Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: górski karabach

Górski Karabach. Między Armenią i Azerbejdżanem

Jeżdżę tam od lat. Za pierwszym razem z wypiekami na twarzy. Chciałem zobaczyć jeden z tych szczególnych regionów. Nazywamy je parapaństwami, czyli krajami, które niby są, ale tak do końca to nie wiadomo czy aby na pewno. Bo oficjalnie Karabach nie istnieje. Mimo, że ma demokratycznie wybrane władze, policję, armię, flagę, urzędy i granice. Brakuje mu międzynarodowego uznania, więc nigdzie na świecie nie honoruje się wystawionych tam dokumentów (w tym paszportów), nie przyjmuje się prezydenta i ministrów. Nawet nazwać ich w ten sposób nie można, bo od razu protestowałby Azerbejdżan, który posiada oficjalne prawa do tego terytorium. Tak więc nie ma rządu, nie ma granic i paszportów. Nie ma kraju.

Wznoszący się na przedmieściach pomnik "My i nasze góry" stał się symbolem Karabachu

Wznoszący się na przedmieściach Stepanakertu pomnik „My i nasze góry” stał się symbolem regionu

Karabach to po ormiańsku Arcach. Zamieszkuje go ok. 150 tys. ludzi. Stolicą jest Stepanakert (60 tys. mieszkańców). Formalnie jest ormiańską enklawą na terenie Azerbejdżanu. W rzeczywistości Baku nie sprawuje tam żadnej kontroli. Karabach funkcjonuje dzięki pomocy Armenii. Obowiązującą walutą są armeńskie dramy. Mieszkańcy regionu, którzy chcą podróżować za granicę starają się o armeńskie paszporty.

Wciśnięty między Armenię i Azerbejdżan, Górski Karabach na początku kwietnia znalazł się na czołówkach gazet. Wojna! O co ta wojna? Sięgamy pamięcią do lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Tyle, że wtedy był to Górny Karabach. Błędna nazwa, powstała przez pomyłkę w tłumaczeniu, ale wtedy stosowano ją powszechnie. Używał jej również Ryszard Kapuściński. Cesarz reportażu był w Stepanakercie w czasie konfliktu. Opis tych wydarzeń znajdujemy w „Imperium”, głośniej książce o Związku Radzieckim. Kapuściński pisze tam o Karabachu, że to jeden z najpiękniejszych zakątków świata.

Swoje interesy mają tam światowe potęgi. I to od nich zależy rozwój sytuacji. Głównym rozgrywającym jest Rosja. Armenia jest od niej uzależniona, gospodarczo i politycznie. Moskwa jest gwarantem armeńskich granic. Mały kraj graniczy z dwoma wrogimi krajami: Azerbejdżanem i Turcją. Roczny budżet woskowy Azerbejdżanu równy jest budżetowi całej Armenii. W tej sytuacji Ormianie rozumieją, że zdani są na Rosjan, a Kreml bezwzględnie to wykorzystuje.

Klasztor Gandzasar (XIII wiek) jest jednym z ważniejszych zabytków Karabachu

Klasztor Gandzasar (XIII wiek) jest jednym z ważniejszych zabytków Karabachu

Od pierwszego dnia strzelaniny trwają spekulacje. Kto sprowokował konflikt? Kto za tym stoi? Rosja czy Turcja? Wygląda na to, że pierwsi zaczęli Azerowie. Ale kto im na to pozwolił, kto podpuścił? Rząd w Baku nie jest na tyle szalony by sam z siebie miał ryzykować wojnę z Rosją, a otwarty atak na Karabach tym właśnie grozi. Więc kto?!

Dziś wiemy już trochę więcej. Najbardziej skorzystała na tym Moskwa. Potwierdziła swoją pozycję na Kaukazie. Zachód raz jeszcze przekonał się o jej sile. Premier Miedwiediew odwiedził dwie stolice, był w Erywaniu oraz w Baku. I oznajmił, że Rosja dalej będzie dostarczać broń dwóm zwaśnionym stronom. Z tą zmianą, że teraz zapewne więcej, bo podgrzany konflikt napędza zbrojenia.

Ostatni raz byłem w Karabachu w zeszłym roku. Miejsce całkowicie bezpiecznie. Ludzie przyjaźni, mili, z właściwą Wschodowi gościnnością zapraszający do domów. Stepanakert, stolica nieuznawanego kraju, to ładne miasto. Wysprzątane i eleganckie. W centrum, tuż obok budynków lokalnych władz, dobrej jakości, czterogwiazdkowy hotel Armenia. Mieszkamy w nim lub w jednym z kilku mniejszych pensjonatów. Ruch turystyczny niewielki, ale przez kilka ostatnich lat było widać, że wzrasta, że dzieje się coś pozytywnego.

Oczywiście nie pchaliśmy się w pobliże granicy z Azerbejdżanem. Tam co jakiś czas dochodziło do wymiany ognia. Wiedzieliśmy o tym. Znaliśmy też przyczynę. Konflikt o Karabach jest potrzebny rządzącym w Erywaniu i w Baku. Demokracja w Armenii zostawia wiele do życzenia, a w Azerbejdżanie w ogóle nie ma o niej mowy – łamane są prawa człowieka, system rządów to autorytarny reżim. W jednej i w drugiej stolicy doskonale zdają sobie sprawę, że wokół takiego konfliktu łatwo ludzi jednoczyć i odwracać uwagę od wewnętrznej polityki. W ten sposób przykrywa się korupcję, nepotyzm i biedę sporej części społeczeństwa. Raz na jakiś czas, na wewnętrzny użytek, podgrzewano więc atmosferę. Przywykliśmy do tego, zdając sobie sprawę, że tak już chyba po prostu będzie. Na granicy wojsko, a wewnątrz regionu normalne życie.

Płot zrobiony z samochodowych rejestracji z czasów

Płot z samochodowych tablic rejestracyjnych z czasów, kiedy Karabach był częścią Azerbejdżańskiej SRR

U źródeł konfliktu leżą wydarzenia sprzed lat. Na większa skalę problemy rozpoczęły się w XX wieku. W 1923 r. komuniści radzieccy sprezentowali region Karabachu Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. W ten sposób obszar zamieszkały w przeważającej większości przez Ormian (chrześcijan) znalazł się w rękach Azerów (muzułmanów). Politykę w stylu dziel i rządź twórczo rozwinął Stalin. Przez cały okres ZSRR osiedlano Azerów w Karabachu. W efekcie tych działań zmieniono strukturę demograficzną regionu. Jeśli na początku XX wieku Ormianie stanowili 90 proc. mieszkańców, to w latach osiemdziesiątych już „tylko” około 70. Rozpadający się Związek Radziecki wywołał burzę. Powaśnione narody chwyciły za broń. Wygrali Ormianie przejmując pełną kontrolę nad Karabachem. Z regionu uciekli wszyscy Azerowie.

Wjechać tu można tylko od strony Armenii. Wymagany jest paszport i wiza, którą można otrzymać w przedstawicielstwie Karabachu w Erywaniu lub odebrać na miejscu, w Stepanakercie. Kosztuje ok. 10 USD i wystawiana jest na luźnej kartce, ponieważ nieuznawane przez świat władze Karabachu nie mają prawa wbijać jej do paszportów. A poza tym taka wiza przekreślałaby szanse na wjazd do Azerbejdżanu.

Czy będziemy tam jeszcze jeździć? Myślę, że tak. Wydaje się, że teraz, po załatwieniu zbrojeniowych interesów przez Miedwiediewa, sytuacja się uspokoi. Będzie jak było.

Więcej informacji o Górskim Karabachu.

Zobacz też: Dziesięć powodów by pojechać do Armenii.

Para-państwa

Przy okazji wydarzeń na Krymie przypominamy sobie historię Naddniestrza, Górskiego Karabachu, Abchazji i Południowej Osetii. Dziennikarze używają ich jako punktów odniesienia. Ileż to razy można było usłyszeć, że Putin realizuje wariant abchaski. Albo, że Krym stanie się dla Ukrainy tym, czym Naddniestrze dla Mołdawii.

Jeździmy tam od lat. Karabach odwiedzamy przy okazji wycieczki do Armenii, a Naddniestrze łączymy z Mołdawią i Odessą. Przekraczamy nieuznawane przez nikogo granice, fotografujemy formalnie nieistniejące flagi i godła oraz budynki rządów, których jakoby nie ma. Otrzymujemy wizy, których nikt nie ma prawa wydawać. Ot, jeden z paradoksów świata. Turyści oczekujący czegoś więcej niż plaża i all inclusive lubią tropić takie tematy. W ich poszukiwaniu mogą przemierzać cały świat. W tym przypadku nie trzeba daleko, te miejsca są w Europie.

flaga_górskiego_karabachu

Flaga Górskiego Karabachu

Wiemy, że pełnią określoną rolę w polityce regionu, że dzięki nim swoje interesy rozgrywa Moskwa. Za ich pomocą utrudnia życie Mołdawii, Gruzji i Azerbejdżanowi. Kreml wykorzystuje je do sabotowania prozachodniego tendencji Kiszyniowa i Tbilisi. Dlatego też quasi-państwa stale goszczą w mediach. Ostatnio mocnej ze względu na ukraińskie wydarzenia. Pojawiają się też informacje o Gagauzji – zapomnianym regionie Mołdawii.

Gdybyśmy mieli poprzestać na powierzchownych doniesieniach, to moglibyśmy dojść do wniosku, że są to jakieś straszne miejsca, w których spotka nas tylko bieda, korupcja i przestępczość. A tak w ogóle, to lepiej omijać je z daleka. Czarne plamy na mapie i nieszczęście dla świata.

Właśnie z tego względu warto tam pojechać. Żeby zobaczyć, że jest inaczej. Niezależnie od tego w co uwikłane są rządy tych niby państw, to przecież żyją tam ludzie. Tacy, jak my. Chcą zarabiać, kupować modne rzeczy, bawić się i jeździć na wycieczki. Z uśmiechem patrzę na reakcję turystów, którzy wjeżdżają do Naddniestrza czy Karabachu pierwszy raz. Są zaskoczeni, że jest tam „tak normalnie”. No, a jak ma być?! Na szczęście to nie jest miejsce takie jak Strefa Gazy. To nie obóz i więzienie. Będąc tam łatwo odnieść wrażenie, że to kraj jak wiele innych. Ani lepszy, ani gorszy, ot średnia tego regionu. Tyle, że nieuznawany przez cały świat. Mimo tego, że w rzeczywistości ma swoje terytorium, granice, armię, policję, walutę i władze (bywa, że wybrane demokratycznie!).

herb_naddniestrza

Na ulicy Tyraspola

Ciekawe to bardzo. Dlaczego więc świat ich nie uznaje? Bo to naruszyłoby interesy krajów od których się odłączyły. Bo stworzyłoby niebezpieczny precedens, groźny dla wielu innych regionów świata, od Chin po Hiszpanię. Wystarczy zdać sobie sprawę w jak trudnej sytuacji dziś postawiony został Zachód przez swoją decyzję sprzed kilku lat o uznaniu Kosowa. Teraz Rosja i Krym powołują się na ten precedens.

Dlatego też świat pilnuje pozorów, przestrzegając chociażby norm językowych. I tak, w żadnych oficjalnych dokumentach i wystąpieniach sprawującego władzę w niby-państwie nie można nazwać prezydentem, a jedynie „liderem nieuznawanego Naddniestrza”, a człowieka, który de facto jest ministrem spraw zagranicznych nazywać można co najwyżej „szefem służby zagranicznej”. Takie dyplomatyczne konwenanse. Czemuś służą? Między innymi potrzebie symbolicznego ukarania władz terytorium, które zechciało być państwem.

Trudniej mają mieszkający tam ludzie. Skoro nikt nie uznaje ich kraju, to nie uznaje się też tamtejszej poczty, banków i sieci telefonii komórkowej (i w związku z tym, nie można z nimi współpracować). W Tyraspolu, stolicy Naddniestrza, prowadzimy wycieczki do urzędu pocztowego. Żeby podróżnicy mogli kupić na pamiątkę wyjątkowy znaczek pocztowy – taki, którego nie uznaje żadna poczta na świecie poza Naddniestrzem. Jeśli ktoś chce wysłać stąd pocztówkę do Polski musi nakleić na kartkę znaczek mołdawski. Ten nasza poczta zaakceptuje. Naddniestrzańskiego już nie. Nie są uznawane też tamtejsze dokumenty. Dlatego wielu mieszkańców takich regionów przyjmuje paszporty krajów sąsiednich. Dopiero wtedy mogą podróżować po świecie. Naddniestrzanie mają dokumenty rosyjskie, mołdawskie i ukraińskie. Ich własne są nic niewarte.

Lubię odwiedzać te miejsca. Mają swój urok. Górski Karabach to piękne góry i magia miejsca na końcu świata, gdzie dojechać trudno i trafia mało kto. Znacie kogoś, kto tam był? Prawda, że to oryginalny cel wycieczki?! Z rytuałem przekraczania granicy i odbierania wizy w tamtejszym „Ministerstwie Spraw Zagranicznych”. Co ciekawe, bez żadnej biurokratycznej mordęgi, łapówek i utrudnień. Kulturalnie i bezpiecznie. Europa. Podobnie jest w Naddniestrzu. Stołeczny Tyraspol to ciekawe miejsce. Z jednej strony Lenin na głównym placu miasta, z drugiej nowoczesny czterogwiazdkowy hotel, w którym nocujemy i wizyta w wytwórni doskonałych koniaków Kvint. Prawie Ameryka… tyle, że utrzymywana z rosyjskich dotacji. Polecam!

Wycieczka do Mołdawii

 

Moja Armenia

Jeżdżę tam od kilku lat. Z dużą przyjemnością. Najpierw odkryłem Gruzję, Armenię trochę później. Sąsiednie kraje. Niby podobne, ale w rzeczywistości mocno się różnią. Inna historia, język, muzyka, kultura.. Nawet góry są inne. Gruzja leży w paśmie Wysokiego Kaukazu – to tam znajdują się najwyższe szczyty, Szchara i Kazbeg. Ale spora część kraju, w tym najpopularniejsze turystycznie miejsca, znajduje się na znacznie mniejszej wysokości. Część to doliny, a nawet tereny nizinne. Inaczej jest w Armenii. Aż 90 proc. powierzchni to tereny leżące na wysokości powyżej 1 tys. m n.p.m., a 40 proc. ma 2 tys. m i więcej! Góry są bardziej surowe, skaliste. Charakterystyczne są urwiska i przepaście. Bez problemu spotykamy całe obsydianowe stoki, na których wulkaniczne szkliwo zbierać można gołymi rękoma.

Armenia Khor Virap

Klasztor Chor Wirap (Khor Virap). Widok na Ararat

Za co lubię Armenię? Dlaczego tam jeżdżę?

Od kiedy zacząłem zajmować się turystyką ciągnie mnie na Wschód. Najbardziej kuszą „gorsze światy”. Miejsca, gdzie nic nie jest jeszcze tak równo poukładane jak na Zachodzie. Kraje, w których nowoczesność nie zabiła tradycji i normalnych ludzkich relacji. I to już by wystarczyło. Ale Armenia do zaoferowania ma znacznie więcej.

Z całą pewnością turystów zainteresuje ciekawa i oryginalna kuchnia oraz przednie trunki. Nie tylko powszechnie szanowany „Ararat”, ale też tutowka – mocna wódka z owoców morwy. Najlepsza pochodzi z Górskiego Karabachu. Po trzech latach dojrzewania w dębowych beczkach nabiera wyjątkowego smaku i szlachetności. Ormianie uważają, że regularne spożywanie tutowki ma właściwości zdrowotne. Słynna długowieczność mieszkańców Karabachu tym właśnie jest  tłumaczona. Ważne by jej nie nadużywać. Miejscowi powtarzają, że kto pije zbyt wiele, nie szanuje alkoholu, a tutowaja wodka na szacunek zasługuje.

Armenia, gata, Gegart

Gata – pyszny kołacz

W Armenii licząca tysiące lat historia przeplata się z nowoczesnością. To właśnie tu znajduje się najdłuższa linowa kolejka świata! Ma 5,7 km długości! Została oddana do użytku niecałe trzy lata temu. Wagoniki poruszają się z prędkością 37 km na godzinę. Widoki są imponujące. W pewnym momencie pasażerowie znajdują się aż 320 m nad poziomem rozciągającej się pomiędzy dwoma wzgórzami doliny! Zobacz: Wycieczka do Armenii.

Jest to kraj fantastycznych zabytków. Podobnie jak w Gruzji, tak i tu, turystę zaskoczyć może mnogość historycznych monumentów. Duża ilość dobrze zachowanej architektury sakralnej, w tym pochodzącej z pierwszego tysiąclecia, czyni z Armenii bardzo interesujący cel turystyki pielgrzymkowej. Tym bardziej, że jest to najstarszy chrześcijański kraj świata. Władca Armenii, Tirydates III, już w 301 roku uczynił chrześcijaństwo religią panującą. W jej ślady poszła Gruzja, kolejna była Etiopia. Rzym został w tyle…

Swiątynia Garni

Świątynia w Garni, fot. J. Świercz

Jednym z bardziej zaskakujących zabytków jest świątynia w Garni. Pochodząca z I wieku budowla przypomina ateński Partenon. Tyle, że wzniesiono ją nie z białego marmuru, ale z miejscowego, ciemnego bazaltu. Najprawdopodobniej była poświęcona bogu Mitrze. Jest jednym z wymownych dowodów na związki Armenii ze światem kultury antycznej. Pełni tę samą rolę, co zdeponowane w tbiliskim muzeum, słynne „złoto Kolchidy”. Burzy nasz ładny, poukładany europejski obraz. Musimy zrobić w nim wyłom by przyznać, że Południowy Kaukaz był jednym z centrów cywilizacyjnych. Co więcej, wniósł spory wkład w rozwój Europy. Tu udomowiono niektóre gatunki roślin i zwierząt. Tu, człowiek nauczył się wytwarzać wino. Tereny te rozpalały umysły starożytnych Greków. Kusiło ich bogactwo i zaawansowane rzemiosło… Stąd wziął się mit o złotym runie i opowieść o wyprawie Argonautów. Region ten był wówczas odpowiednikiem Eldorado. Przyciągał i inspirował. Wywierał wpływ. Zresztą trudno się temu dziwić. To przecież tu, na górze Ararat, osiadła arka Noego. Ci, którzy z niej wyszli, zbudowali naszą cywilizację. W niewielkim muzeum, znajdującym się w Eczmiadzynie, zobaczyć możemy kawałek deski z tej arki. Robi takie samo wrażenie jak grot z włóczni, którą przebito bok Jezusa.

Wycieczka do Armenii jest podróżą w czasie. W okres odległy i mityczny. W czas, gdy tworzyły się podstawy europejskiej kultury. Dla niektórych zaskakującym może być fakt, że działo się to tak daleko od Londynu, Paryża i Rzymu…

Wycieczka do Gruzji i Armenii. 12 dni pięknej przygody! Góry, wyśmienita kuchnia, wino i wyjątkowe zabytki. Kameralna grupa i bardzo dobry pilot-przewodnik. Wycieczka dla koneserów. Polecam!

Więcej o turystycznych atrakcjach Armenii: armenia.blog.pl

Film: Armenia – perła Kaukazu

Górski Karabach

Państwo, które oficjalnie nie istnieje. Nie uznaje go nikt na świecie. Ten dziwny kraj ma piękne góry, interesujące zabytki, oryginalną kulturę i dobra kuchnię. Ale nawet gdyby ich nie było, miejsce to zachowałaby swoją atrakcyjność. Dużą moc przyciągania ma aura tajemnicy. Jak to jest być w państwie, którego nie ma?!

 
Jeden z symboli Karabachu, pomnik „dziadek i babcia”.

 

O tym żeby tu przyjechać myślałem od dawna. Ale jakoś się nie składało, nie było po drodze. Właściwie to można powiedzieć, że wyprawa do Górskiego Karabachu nie zdarza się ot tak, przy okazji. Trzeba wybrać się tu  specjalnie. W jednym celu, żeby zobaczyć to niby-państwo.

 

Republika Górskiego Karabachu wciśnięta jest między Armenię i Azerbejdżan. Formalnie należy do Azerbejdżanu, ale w rzeczywistości Azerowie nie maja tu wstępu. Ci, którzy tu kiedyś mieszkali musieli wyemigrować. Zostały po nich opuszczone domy i meczety.

 

Wjechać tu można wyłącznie od strony Armenii. Granica istnieje tylko formalnie. Mieszkańcy Karabachu i Ormianie przekraczają ją bez żadnej kontroli. Obcokrajowcy muszą się zatrzymać i pokazać paszport. Oficer wpisze dane do wielkiej księgi i poinformuje, że formalności wizowych należy dopełnić w Stepanakercie, stolicy niby-państwa. Trzeba udać się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie w pokoiku na parterze miła pani wystawi nam wizę. Spyta wcześniej czy chcemy wkleić ją do paszportu czy też wolimy otrzymać ją na osobnej kartce (jakikolwiek ślad w paszporcie uniemożliwia w przyszłości uzyskanie wizy do Azerbejdżanu).

 

Karabach od 20 lat stanowi przyczynę konfliktu miedzy Armenią i Azerbejdżanem (w swoim apogeum, w latach 1991-94 zamienionego na krwawą wojnę). W XX wieku region ten nie miał szczęścia. Rządząca tu Moskwa sprawiła iż zamieszkany w większości przez Ormian obszar został przyłączony do Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Stalin przesiedlał całe społeczności i zmieniał granice. Stosował starą zasadę okupantów. By łatwiej rządzić podbitymi narodami trzeba doprowadzić do nienawiści między nimi, a samemu występować w roli arbitra. Taką taktykę przyjął też Gorbaczow. U schyłku ZSRR, kiedy na Kaukazie zaczął rodzić się ruch niepodległościowy, stacjonująca tu armia radziecka nie zrobiła nic by powstrzymać wybuchające pogromy (1988 r.). Przyglądano się jak Azerowie mordują Ormian. Na interwencję marszałkowi Jazowowi nie pozwolił Gorbaczow. Wiedział, że nienawiść dwóch kaukaskich narodów to szansa dla Moskwy by dłużej utrzymać tu swoje wpływy. A kiedy już wybuchła otwarta wojna, Rosja najpierw wspierała jedną stronę, a później drugą. Rosyjski sprzęt wojskowy, w tym najnowszej generacji systemy przeciwpancerne, pozwoliły Ormianom wygrać i utworzyć samozwańcze państwo. Republika Górskiego Karabachu (po ormiańsku Arcach) nie jest uznawana przez żaden kraj na świecie. Ma demokratycznie wybrane władze, wszystkie niezbędne instytucje łącznie z armią i zagranicznymi przedstawicielstwami, a mimo to, zgodnie z międzynarodowym prawem, po prostu nie istnieje!

 

By nie narazić się na dyplomatyczne reperkusje, Arcachu nie uznała też bliźniacza Armenia. W praktyce wygląda to zabawnie bo byt niewielkiego para-państwa bez akceptacji i wsparcia Erywania nie miałby szans powodzenia. W Karabachu obowiązuje ormiańska waluta, czyli dramy (AMD). Tablice rejestracyjne samochodów są identyczne jak w Armenii.

 

Byłem tu z moimi przyjaciółmi z Erywania. Żartowali, że nie jest im łatwo porozumieć się z miejscowymi. Niektórzy mieszkańcy Karabachu słabo mówią po ormiańsku. Posługują się dialektem. Za to powszechnie zrozumiały jest rosyjski. Bywa więc, że Ormianin z Erywania rozmawia z Ormianinem ze Stepanakertu posiłkując się rosyjskim!

 

Przyjeżdża tu niewielu turystów. Bardzo mało grup. Głównie indywidualni podróżnicy. Ludzie naprawdę ciekawi świata i nastawieni na jego poznanie. Jak sądzę, ta samozwańcza republika stanowi białą plamę na mapie niejednego turysty. Wielu z globtroterów było niemal w każdym zakątku świata, ale tu jeszcze nie. Warto nadrobić tę zaległość. Polecam!

 

Więcej informacji na temat Górskiego Karabachu.

 

Wycieczka do Armenii – Zobacz Karabach na własne oczy! 9 dni pięknej przygody! Góry, wyśmienita kuchnia, wino i wyjątkowe zabytki. Kameralna grupa i bardzo dobry pilot-przewodnik. Wycieczka dla koneserów. Polecam!

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén