Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: turystyka czarterowa (Strona 1 z 2)

Jesień w turystyce

Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w telewizyjnej dyskusji na temat jesiennych wakacji. Motyw przewodni narzuca się sam. W Polsce brzydka pogoda, szaro, mokro i zimno, więc najlepiej uciec choćby na tydzień lub dwa. Tam, gdzie ciepło i słonecznie. Pytanie brzmi, gdzie i za ile?

Słońce i woda, sposób na udane wakacje

Słońce i woda, sposób na udane wakacje

Południowa Europa

Grecja, Włochy, Hiszpania i Portugalia, to dobry pomysł na wrzesień. Tłumów już nie ma, ceny niższe, a pogoda jeszcze bardzo przyjemna. W październiku może być już różnie, jak się trafi, raz słońce, raz deszcz. Miłośnicy ciepła i plaży raczej nie będą zadowoleni. Listopad odpada zupełnie. Tak samo na Bałkanach (Albania, Czarnogóra i Chorwacja) oraz basen Morza Czarnego (Bułgaria, Rumunia i Gruzja). W tej ostatniej byłem na początku października. W Batumi już po sezonie. Pusto, na plażach tylko spacerowicze. Pozamykały się nawet nadmorskie restauracje i bary.

Podobnie rzecz się ma z Turcją. Kraj ten cieszy się dużym powodzeniem, zyskał kosztem Egiptu i Tunezji, więc biura podróży wydłużają sezon do granic możliwości. Pod koniec października lecą ostatnie samoloty czarterowe, ale szału już nie ma. W kurortach nad Morzem Śródziemnym temperatura jeszcze powyżej 20 stopni, ale na najbliższe dni prognozy zapowiadają deszcz (Alanya i Bodrum). Do miana kierunku całorocznego pretenduje Cypr. W tej chwili jest tam 25 stopni, ale zimą już raczej około 15. Od stycznia do marca tego roku Itaka sprzedawała Cypr poniżej kosztów (last minute). Tygodniowy pobyt można było kupić za mniej niż tysiąc zł. Na listopad i grudzień wyspę tę znajdziemy w ofercie kilku biur podróży, ceny już od 1039 zł (hotel 2* bez wyżywienia).

Północna Afryka

Przez lata królem tej pory roku był Egipt. Zapewniał najlepszą relację ceny do atrakcji. Przysłowiowe pięć gwiazdek w all inclusive za 2 tys. złotych, a jak się uda, to nawet trochę taniej. I do tego gwarancja dobrej pogody! Co się zmieniło? Słońce oczywiście jest nadal, tylko sam Egipt trochę się zużył. Wszyscy już tam byli i to po kilka razy. Do tego hotele nie poprawiły jakości, a to, co wystarczało Polakom 10 lat temu, dziś już euforii nie wzbudza. Staliśmy się bardziej wymagający. Pisałem o tym wcześniej tu: Egipt po latach.

Swoje dołożyły też polityczne zawieruchy. Arabska wiosna zaszkodziła turystyce. Po wydarzeniach sprzed kilku lat Egipt nie wrócił już do dawnej formy. Do duża strata dla branży turystycznej, również w Polsce. Późną jesienią, to właśnie ten kierunek stanowił podstawę sprzedaży. Decydowała gwarancja słonecznej pogody i niskie ceny.

Maroko. Agadir w listopadzie

Maroko. Agadir w listopadzie

Tunezja. Pogada nieco mniej łaskawa niż w Egipcie, ale jeszcze w październiku i listopadzie bywa ciepło i słonecznie. Atutem jest też niewysoka cena (oferta na koniec listopada: hotel 5*, śniadania i obiadokolacje, 1499 zł). Tyle, że po ostatnich krwawych zamachach ruch turystyczny uległ załamaniu. Tunezja pracuje nad odwróceniem tego trendu. Właśnie gości grupę przedstawicieli Polskiej Izby Turystyki. Liczy na to, że Polacy wrócą na piaszczyste plaże tamtejszych kurortów. Zadecyduje sytuacja polityczna. Potrzebny jest spokój i poczucie bezpieczeństwa. Zobacz też: Tunezja. Turystyka po zamachu.

Maroko. Teoretycznie, o tej porze roku możemy liczyć tu na lepszą pogodą niż w Tunezji. Na przełomie października i listopada nawet powyżej 25 stopni, ale możliwe są deszcze. Byłem kilka lat temu, w listopadzie właśnie. Ciągle padało. W Agadirze było jeszcze ciepło, ale już w Casablance i Rabacie zastaliśmy typowo jesienną pogodę. Ceny na najbliższy miesiąc – od 1600 zł za śniadania i obiadokolacje w hotelu 3*.

Wyspy Kanaryjskie

Pamiętam czasy sprzed kilkunastu lat. Klienci wchodzili do biura pytając o Kanary, a wychodzili z wycieczką do Egiptu. Wtedy było jeszcze za drogo, zresztą jak i w innych regionach Hiszpanii. Dziś jest inaczej. Turyści, którzy kiedyś w listopadzie wypoczywali w Hurghadzie, dziś wybierają Fuerteventurę, Gran Canarię czy Teneryfę. Co prawda upałów w listopadzie tam nie ma, jest zimniej niż w Egipcie i może padać deszcz, ale za to hotele i jakość obsługi dużo lepsza. Teneryfa na grudzień: 3*, śniadania i obiadokolacje, od 1800 zł.

Tak na marginesie, popularna zrobiła się też portugalska Madera. Wybierają ją ludzie, którym nie zależy na wysokiej temperaturze i gwarancji słońca. Zwana „krainą wiecznej wiosny” oferuje 20 stopni i sporą dawkę deszczu. Droga w porównaniu z innymi kierunkami, 3* ze śniadaniami na listopad – od 2 tys. zł za osobę.

Egzotyka i polskie klimaty

Lekarstwem na listopadową smutę nie musi być tylko i wyłącznie wypoczynek na plaży. O który zresztą, jak widać na podstawie przedstawionego wyżej zestawienia, wcale nie jest łatwo. Na południu Europy już zbyt zimno, a Afryka straciła na atrakcyjności.

Ta pora roku jest idealnym momentem na egzotyczne wycieczki objazdowe. Akurat mamy sezon na takie kierunki, jak Indie, Etiopia czy Iran. Przez lata było tak, że w listopadzie wyjeżdżałem z wycieczkami w tamte regiony. Wielu klientów wybiera właśnie ten termin. Każdego roku planują jakąś ciekawą egzotykę.

Etiopia, wodospady Nilu Błekitnego

Etiopia, wodospady Nilu Błękitnego

A turystyka w Polsce? Wbrew pozorom, to może być dobry czas na pobyt w Białowieży, na Mazurach lub nad naszym morzem. Można liczyć na promocje w hotelach i wiele atrakcji równoważących niedogodności pogodowe. Na Podlasiu z utęsknieniem czekamy aż się ochłodzi i będzie można zacząć sezon zimowych kąpieli. Morsowanie robi się modne. Polecam wszystkim, którzy nie lubią chłodu. Rewelacyjnie zmienia nastawienie i zaprzyjaźnia z warunkami atmosferycznymi. Polecam też ruską banię, czyli tradycyjną saunę, z której wyskakuje się wprost na śnieg lub do lodowatej rzeki. Rozgrzać się można też słynnym duchem puszczy.

A na koniec coś bardziej osobistego. Czekam na jesień. To nic, że deszcz, że szaro i zimno. Plus taki, że jesienią mogę trochę odpocząć. Od kwietnia do października mam bardzo intensywny sezon i rzadko bywam w domu. Turystyczna popularność kierunków, w których specjalizuje się nasze biuro (m.in. Gruzja, Armenia i Mołdawia) wiąże moją uwagę na całe turystyczne lato. Od listopada robi się nieco luźniej, z racji nawału obowiązków nie jeżdżę już do Indii i Etiopii, w tym miesiącu robię sobie wolne od wyjazdów. Od podróży, choćby nie wiem jak atrakcyjnych, też trzeba odpocząć. Mam wtedy więcej czasu na pracę biurową oraz planowanie przyszłorocznych wypraw. I na zajmowanie się blogiem. Wszystkim życzę miłej jesieni!

Egipt po latach

Ci z Państwa, którzy śledzą mój blog od początku wiedzą, że turystyczną przygodę zaczynałem w Egipcie. Niemal dokładnie 15 lat temu poleciałem na stypendium do Kairu. Egipt był dla mnie pierwszą egzotyką, pierwszym ważnym odkryciem. I długo dzierżył tę pozycję. Jakoś nie mogłem się wyzwolić. Żartowałem, że znalazłem się w „egipskiej niewoli”. Porównywałem z nim każdy kolejny odwiedzony kraj. Żaden nie wytrzymywał konkurencji. Udało się to dopiero Indiom i Etiopii. Później palmę pierwszeństwa przejęła Gruzja.

Zobacz artykuł: Egipt po raz pierwszy.

Zaletą Egiptu są hotele z dobrą infrastrukturą basenową, aquaparki, zjeżdżalnie...

Zaletą Egiptu są hotele z dobrą infrastrukturą basenową, aquaparki, zjeżdżalnie…

Właśnie wróciłem z tygodniowego wypoczynku w Marsa el Alam. Wyjazd bez żadnych większych ambicji. Lato, słońce, plaża i basen. Lecąc tam zastanawiałem się jak będzie, jakie wrażenie zrobi kraj po tych wszystkich przejściach. Poza Egiptem jestem już od 8 lat. Przez ten czas byłem tylko raz, na tygodniowym wypoczynku w Sharm el Sheikh. Oderwałem się więc od tematu. Co prawda wydarzenia arabskiej wiosny na chwilę przyciągnęły moją uwagę w stronę Kairu (pisałem o tym na blogu, np. tu: Tahrirowa demokracja), ale był to tylko epizod. Przez kolejne lata Egipt zajmował mnie tylko o tyle, o ile zachodzące tam zmiany odbijały się na polskiej turystyce. Niekorzystnie oczywiście. Rewolucja i późniejsza polityczna destabilizacja wpłynęła na rażący spadek zainteresowania kierunkiem. Na polskim rynku nie ma kraju, którym można by zastąpić Egipt. To najtańsza całoroczna destynacja.  Zawierucha w Egipcie była jednym z głównych powodów kryzysu polskiej turystyki czarterowej, który kilka lat temu tak bardzo dał się nam we znaki.

Jaki dziś jest Egipt? Kiedyś miałem jasny obraz kraju. Powstał z doświadczeń wynikłych z mieszkania w Kairze, zajmowania się historią i zmaganiem ze współczesnością. Dołożyła się też praca rezydenta i pilota-przewodnika. Objechałem Egipt dziesiątki razy. Był moim domem, a ja jego częścią. A dziś? Nie wiem jak jest w Luksorze, Asuanie, Edfu czy Kom Ombo. Dawno nie byłem też w Kairze. Dla nas Egipt to głównie kurorty, nadmorskie enklawy, gdzie wstęp mają tylko turyści i miejscowi pracownicy. Daleko od doliny Nilu, gdzie toczy się życie kraju. W zupełnej izolacji. Kiedyś oprowadzając wycieczki starałem się przybliżyć lokalną kulturę, zwyczaje i światopogląd. Może dziwne dla nas, ale całkowicie logiczne dla miejscowych. Co można powiedzieć teraz? W zamkniętym hotelu all inclusive? Można co najwyżej skomentować pogodę (gorąco jak diabli), ocenić kuchnię (w hotelach gotują równie słabo jak kiedyś) i jakość pracy obsługi (pierwszy element, który należałoby poprawić). A reszta?

Piasek, ciepła woda, rafy i all inclusive

Pustynia, ciepła woda, rafy i all inclusive

Cała reszta to proces. Egipt jest na etapie, w którym sam musi się zdefiniować. Pójść może w różnych kierunkach. Potężny wpływ islamu, zatrważająca bieda milionów ludzi i trudne do wyobrażenia braki w edukacji tworzą klimat, w którym wyrosnąć mogą przedziwne owoce. Na razie cieszymy się tym, co jest: ciepłą wodą, bajecznymi rafami i tanimi hotelami.

Co będzie dalej? Jeśli chodzi o turystykę to Egipt ma do wyboru kilka kierunków. Pierwszy, którym najbardziej jesteśmy zainteresowani, to droga w stronę Europy. Na początku trzeba by choć odrobinę podnieść jakość obsługi. Drugi, to przestawienie się na turystów z krajów islamu. Arabia Saudyjska, Emiraty, Katar, może również Iran… Tam są duże pieniądze, a Egipt ma atuty. Z jednej strony to trochę Zachód – można korzystać z kasyn i raczyć się alkoholem. Z drugiej – stosunkowo łatwo byłoby wprowadzić część muzułmańskich obostrzeń, np. dotyczących strojów plażowych dla kobiet (zobacz: Kobieta w Egipcie). No i wreszcie trzecia opcja, najprostsza, zostawić tak jak jest. Ale wtedy, z roku na rok, będzie to kierunek coraz mniej atrakcyjny.

Pozostałe artykuły dotyczące Egiptu.

Turystyka w 2013 roku

W 2012 przekaz medialny zdominowany został przez kwestie związane z bankructwami biur podróży. Jednak ważnych spraw uzbierało się więcej. Niektóre z nich będą współdecydować o kondycji branży w roku 2013.

Do słabych nastrojów w turystyce już się przyzwyczailiśmy. Trwają od kilku lat. Nieciekawy obraz polskiej turystyki namalowała branża czarterowa. Jej kondycja decyduje o wizerunku wszystkich biur podróży, również tych, które z czarterami i masowym wypoczynkiem nie mają nic wspólnego.

Rok 2012 do łatwych nie należał. Zresztą kłopoty zaczęły się wcześniej. Chwilowa, dobra koniunktura trwająca w okolicach 2008 r. przegrzała rynek. Masowi touroperatorzy na wyścigi rezerwowali hotele i samoloty w przekonaniu, że sprzeda się wszystko, byle tylko mieć co sprzedawać. W efekcie, przy przewadze podaży nad popytem, sporą część oferty przehandlowano poniżej kosztów (słynne last minute). W ten sposób zepsuto również rynek. Klienci stracili zaufanie do ofert typu first minute, do ostatniej chwili czekając na lasty. A co najważniejsze, uwierzyli w wakacje typu: 5*, all inclusive za 1500 zł. Rynek zaczął przypominać ruletkę. Sytuację wzmocniły wydarzenia w Egipcie i Tunezji oraz nadciągający ogólnoświatowy kryzys.

Dlatego też wszystko to, co wydarzyło się w minionym roku nie mogło być zaskoczeniem. W grudniu 2011 pisałem, że sytuacja jest zła i należy się spodziewać upadków touroperatorów z branży czarterowej („Turystyka 2012”).

Jak to się ma do tego, co nas czeka? Jaki będzie rok 2013?

Touroperatorzy kontra agenci

Dla branży czarterowej, a za tym i dla turystów myślących o wypoczynku na ciepłych plażach, duże znaczenie będzie miał konflikt pomiędzy organizatorami a agentami. Symptomy cichej wojny dało się odczuć już wcześniej, ale przepychanka na dobre rozpoczęła się w minionym roku. Część touroperatorów chce podnieść rentowność kosztem biur agencyjnych, ograniczając ich rolę w systemie sprzedaży. Warunki finansowe, w których działają agenci są coraz gorsze. Niektórzy z nich będą mieli trudności by się utrzymać.

Łatwo to już było

Kryzys inspiruje do działań, do poszukiwań nowych rozwiązań. Agentom źle układa się współpraca z największymi organizatorami i część z nich zapewne przeniesie swoją sympatię na małe, również niszowe biura. A ten segment turystyki będzie się rozwijał. Biura butikowe, wycieczki w małych grupach, najlepsi piloci, rejsy, wycieczki na zamówienie… Warto też pomyśleć o wypoczynku w Polsce. Zamiast leżakowania na plażach Egiptu, może coś ciekawszego na Podlasiu! Branżę czeka wiele zmian. Biura agencyjne mniej będą miały masowej, prostej sprzedaży. Trzeba będzie starać się zaproponować klientom coś oryginalnego, ciekawego i bezpiecznego. W turystyce zaczął się czas alternatyw.

Ustawa, gwarancje i piloci

Spektakularne bankructwa jakie miały miejsce latem zeszłego roku, wymusiły reakcję Ministerstwa Sportu (i Turystki). Tematem nr jeden była kwestia pełnych zabezpieczeń klientów biur podróży. Stąd pomysł ze słynnym już funduszem gwarancyjnym. Z całą pewnością, wątek ten będzie kontynuowany w roku bieżącym. Tak samo jak konieczność poprawienia ustawy o usługach turystycznych. Wiceminister Katarzyna Sobierajska w końcu przyznała, że obowiązująca ustawa ma wiele błędów i należy ją zmienić. Po silnych i wzbudzających sporo emocji dyskusjach na temat deregulacji zawodów rzecz nabrała konkretnego kształtu. Wiele wskazuje na to, że już wiosną tego roku zniesione zostaną licencje pilotów wycieczek i przewodników turystycznych (o deregulacji czytaj: „Odpowiedzialność ministerstwa”).

Rok 2013 wcale nie musi być zły! Wręcz odwrotnie. Dla tych firm, które zrobią krok we właściwym kierunku może być szansą na rozwój. Mniejszy ruch w biurach to nie tylko efekt rosnącego strachu przed skutkami kryzysu. To także zmiana preferencji wśród części klientów. Trzeba zaproponować im coś nowego.

Wycieczka do Gruzji i Armenii – 12 dni pięknej przygody! Góry, wyśmienita kuchnia, wino i wyjątkowe zabytki. Kameralna grupa i bardzo dobry pilot-przewodnik. Wycieczka dla koneserów. Polecam!

Bankructwa biur podróży

W kapitalizmie bankructwa się zdarzają. To normalne. Ale zlikwidować działalność można na kilka sposobów. Warto to zrobić tak, żeby nie pozostawić jak najgorszego wrażenia. Nie potrafią tego właściciele upadających właśnie biur podróży. Ich „dokonania” obciążają całą branżę. I chyba nadszedł czas, żeby branża powiedziała jasno i wyraźnie: z takimi „specjalistami” nie chcemy mieć nic wspólnego!

 

Wczoraj upadło biuro Summerelse. Dziś pojawiło się oświadczenie. O ile wiem, to nie zostało podpisane konkretnym nazwiskiem, a szkoda. Ktoś mógłby wziąć odpowiedzialność za rzucone tam słowa. Szczególnie mocno chodzi mi o jedno zdanie: Dodatkowo niektórzy Agenci biura nie regulowali terminowo zobowiązań.

 

To jest styl i klasa! Zamknąć biuro, zostawić turystów w tarapatach, narobić problemów całej branży i jeszcze obciążyć winą swoich partnerów! Niezgodnie z prawdą, zresztą.

 

Summerelse, śladem innych touroperatorów czarterowych, zmienił zasady współpracy z agentami. Biuro agencyjne po podpisaniu umowy z klientem w imieniu Summerelsa nie mogło brać od turystów żadnych pieniędzy. Klienci sami, na podstawie umowy, mieli przesyłać całą należność za wycieczkę bezpośrednio do organizatora. Jakich więc zobowiązań, zdaniem Summerelsa, nie regulowali agenci?!

 

Rzecz się ma dokładnie odwrotnie. To Summerelse od jakiegoś już czasu zalegał z wypłatami prowizji dla biur agencyjnych!

 

Dzięki fatalnym posunięciom garstki ludzi wszyscy w Polsce poznali takie nazwy jak Sky Club, Alba Tour, Atena Travel… Czym błysnęły te biura? Stylem! Można przecież zakończyć działalność przez zwykłe wygaszenie. Ogłasza się zamknięcie biura z dużym wyprzedzeniem, przestaje się przyjmować zapisy i działa się tylko do czasu obsłużenia ostatnich, zakontraktowanych wcześniej klientów. Nie zostawia się wtedy turystów na lodzie. W ten sposób, po cichu i bez wyrządzania krzywdzenia komukolwiek, byt na polskim rynku zakończył chociażby Jet Touristic. A wcześniej duże, znane biuro Pegas Touristik Poland.

 

Gdyby właściciele Triady (i Sky Clubu jednocześnie) w porę podjęli rozsądną decyzję o zamknięciu nierentownej Triady, to dziś zostałby im chociaż dochodowa  spółka-córka, czyli Sky Club. A tak, próbowali sztuczek, chcieli być sprytniejsi od innych i w efekcie stracili wszystko. Nie tylko oba biura, ale też dobre imię.

 

Jeśli właściciel touroperatora do godz. 18.00 przyjmuje wpłaty za wycieczki, a o godz. 19.00 ogłasza upadłość, to jest to działalność polegająca na wyłudzaniu pieniędzy. I szkoda, że polskie prawo nie traktuje tego w ten sposób.

 

Ministerstwo Sportu (i Turystyki – ale kto pamięta o tym dodatku!) zostało wyrwane z uśpienia i urodziło pomysł: Turystyczny Fundusz Gwarancyjny. W niczym on jednak nie pomoże. Jeśli powstanie, to tylko uspokoi klientów i tym samym uśpi ich czujność. To stworzy jeszcze lepszy klimat dla tych, którzy chcą nagle i niespodziewanie zwinąć się z rynku z pieniędzmi turystów. Ale o tym już pisałem >>>
 

Środków zaradczych trzeba szukać gdzieś indziej. O tym też już trochę było na tym blogu. Może warto też zastanowić się nad ograniczeniami w przyjmowaniu pieniędzy z tak dużym wyprzedzeniem. Niektórzy touroperatorzy czarterowi chcą otrzymać pełną zapłatę za wycieczkę już na 30 dni przed rozpoczęciem imprezy. W jakim celu aż tak wcześnie?! Nie jest tajemnicą, że touroperatorzy o tym profilu, z bieżących wpłat klientów, finansują wycieczki znacznie wcześniej zapisanych turystów. Tworzy się w ten sposób piramida finansowa, która wcześniej czy później, musi runąć.

 

Oto pełen tekst oświadczenia biura Summerelse.

 

Szanowni Państwo,

Z ogromnym żalem pragniemy poinformować, że dn. 9 sierpnia 2012 r. zostaliśmy zmuszeni do zawieszenia działalności operacyjnej i złożyliśmy do Mazowieckiego Urzędu Marszałkowskiego pismo o utracie płynności finansowej. Od dn. 10 sierpnia 2012 r. wszystkie loty zostają zawieszone, a planowane operacje nie odbędą się. Bezpośrednią przyczyną było wycofanie się jednego z inwestorów, właściciela sieci hotelowej w Egipcie, który zaledwie kilka tygodni wcześniej deklarował wniesienie do spółki dużego kapitału. Zbiegło się to z upadkiem linii OLT w którym Summerelse miało zakontraktowane miejsca. Dodatkowo niektórzy Agenci biura nie regulowali terminowo zobowiązań.

Zespół Summerelse jednocześnie serdecznie dziękuje za 2-letnią współpracę.

W sprawie szczegółów powrotu klientów do Polski prosimy o kontakt z Mazowieckim Urzędem Marszałkowskim: tel. (22) 59 79 544.

 

Premier o turystyce

No to chyba premier Tusk wywoła niezłą burzę w naszym środowisku. Oto jego słowa (cytuję za „Rzeczpospolitą”):

 

Powiem brutalnie: ja się o wiele bardziej przejmuję losem turystów niż biur turystycznych. Biura turystyczne same w sobie to nie jest branża, od losu której zależy polska gospodarka czy losy polskiego podatnika.

 

Może przydałby mu się minister, który wiedziałby, że turystyka to jedna z ważniejszych gałęzi gospodarki dzisiejszego świata. W 2020 r. prognozowane wpływy z samej tylko turystyki zagranicznej sięgną 2 bilionów USD! Europa ma mieć aż 46 proc. udział w rynku! Ile będzie miała Polska?

 

U nas temat ten traktowany jest po macoszemu. Brakuje profesjonalizmu, wizji rozwoju i przede wszystkim decyzji, że jako kraj chcemy mocno zaistnieć na turystycznej mapie świata.

 

Dlaczego resort turystyki doczepiony został do Ministerstwa Sportu, a nie do Ministerstwa Rolnictwa na przykład? Pasowałby dokładnie tak samo! Więcej na ten temat tu >>>

 

Słowa premiera napawają mnie obawą, że przy okazji „robienia porządków” w obszarze biur zajmujących się masowym wysyłaniem klientów do Egiptu, Grecji i Turcji, ucierpią też inne gałęzie polskiej turystyki. A przecież powinno być dokładnie odwrotnie! Szczególnie sektor zajmujący się turystyką krajową wymaga wsparcia ze strony państwa. Byłoby to w interesie polskiej gospodarki.

 

Diagnoza obecnej sytuacji jest następująca:

 

1)      Problemy mają biura zajmujące się wyjazdową turystyką czarterową.

2)      Wynika to z niskiej rentowności i warunków panujących na rynku, w tym m.in. z nierealnych oczekiwań klientów traktujących ceny last minute jako coś standardowego. Do tego dochodzą nie do końca przemyślane regulacje prawne i dziurawy system nadzoru.

3)      Rzeczywiście ten sektor branży nie generuje specjalnie dużych dochodów dla budżetu państwa. W przeciwieństwie do turystyki krajowej. I to w nią warto inwestować. Po pierwsze, w segment turystyki przyjazdowej (pomoc dla biur ściągających do nas turystów), po drugie w poszerzenie rynku lokalnego, czyli uruchomienie mechanizmów, które spowodują, że więcej osób będzie mogło skorzystać z wypoczynku w kraju, również poza ścisłym sezonem. I wreszcie, trzeba pomyśleć o kształtowaniu pożądanych postaw konsumenckich, gdzie wypoczynek niekoniecznie oznaczałby smażenie się na plaży w ramach formuły all inclusive.

Fundusz gwarancyjny

Ostatnie wydarzenia związane z upadkiem kolejnych biur podróży obudziły z letargu resort odpowiedzialny za turystykę. Przy okazji niektórzy się dowiedzieli, że w Polsce mamy przedziwną sytuację, w której olbrzymia i rozwojowa dziedzina gospodarki, sztucznie została doczepiona do Ministerstwa Sportu. Turystka ze sportem łączy się podobnie jak ze zdrowiem (turystyka medyczna) czy ze szkolnictwem (wyjazdy edukacyjne). Równie dobrze można by więc sprawy tego sektora powierzyć Ministerstwu Edukacji Narodowej, a nawet i podczepić pod resort rolnictwa, wszak jest coś takiego jak agroturystyka!

 

W sumie nieważne gdzie. Ważne iż pokazuje to, że państwo polskie nie ma koncepcji na turystykę. Gdyby rządzący mieli świadomość ogromnych szans związanych z jej rozwojem, to zapewne potraktowaliby sprawę poważniej. W jakim celu przeniesiono sprawy turystyki z Ministerstwa Gospodarki do Sportu? Może warto się zastanowić czy nie byłoby zasadne utworzenie osobnego resortu turystyki? Taki krok pokazałby, że rząd traktuje sprawę poważnie i wiąże duże nadzieje z tym sektorem.

 

Dzisiejszy stan jest efektem długiej polskiej tradycji. Od odzyskania niepodległości w 1918 r., turystyka wędrowała z ministerstwa do ministerstwa aż 18 razy!

 

Kolejne bankructwa biur podróży, w wyniku których wiele tysiący osób poniosło straty finansowe, dobitnie pokazały kilka faktów. Są to:

 

·        Błędy w regulacjach prawnych, zupełnie niedawno przeprowadzonych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. W trakcie procedowania zmian w ustawie o usługach turystycznych (2009 – 2010) zignorowano wiele postulatów płynących z branży, w tym propozycje Polskiej Izby Turystyki. W efekcie tego otrzymaliśmy wadliwą ustawę. Jeszcze gorzej rzecz wygląda z rozporządzeniami, które w niektórych obszarach wprowadziły kompletny bałagan. Przypadek Triady i Sky Clubu pokazał jak bardzo dziurawe jest prawo. W nowelizowanej ustawie nie przewidziano możliwości omijania wymogu gwarancji ubezpieczeniowych adekwatnych do rzeczywistego obrotu, w przypadku biur nowo powstających, łączenia firm oraz przejmowania klientów.

·        Słabość polskiego sektora turystyki czarterowej. Jest to szczególny segment branży, przez działalność na masową skalę, bardzo widoczny. Związany jest niestety również z dużym ryzykiem ekonomicznym i olbrzymią konkurencją cenową. W efekcie tego, jego rentowność jest bardzo niska. Za ostatnie trzy lata, wyliczona dla największych biur wynosi 1,3 proc.! To znacznie niżej niż zysk z obligacji! Kto zatem i po co prowadzi taką działalność, angażuje swój czas i pieniądze? Może warto bliżej przyjrzeć się temu zjawisku? W takiej sytuacji bankructwa należy traktować jako coś normalnego i nieuniknionego.

 

Lekarstwem na to, jak słyszymy w ciągu ostatnich dni, zdaniem Ministerstwa Sportu i Turystyki ma być utworzenie funduszu gwarancyjnego, który pokrywałby straty związane z upadkiem biur. W skrócie wyglądać ma to tak, że touroperatorzy składają się na taki fundusz i w wyniku tego powstaje awaryjna kwota, do użycia w przypadku kłopotów jednego z organizatorów. Jest to stary postulat części branży, wcześniej odrzucany przez ministerstwo. Pomysł niby dobry, ale… Koszty funduszu poniosą klienci ponieważ to oni zapłacą za to w cenie wycieczki. Wyobraźmy sobie, że takie zabezpieczenie już jest i pada duże biuro, tysiące turystów ponosi straty finansowe. Fundusz to pokryje. A za chwilę dowiadujemy się, że biuro upadło w niejasnych okolicznościach, ktoś wyprowadził pieniądze, itd. Czyli my wszyscy, i biura, i klienci, mamy składać się na koszty nieuczciwych, czynionych z rozmysłem działań.

 

Słyszałem dziś wypowiedź minister Muchy, w której zwraca uwagę, że fundusz dawałby „znacznie większą gwarancję klientom”, ale też wprowadzałby poczucie bezpieczeństwa dla biur. Oczywiście. Czyli, w zasadzie, stworzyć to może doskonały klimat do przekrętów. Klienci, jak już nabiorą zaufania, to będą kupować wszystko, nawet 5 gwiazdek all inclusive za 999 zł! Bo co tam, jest fundusz jakby co! Niektóre biura agencyjne będą sprzedawać jak leci, bo też jest zabezpieczenie, itd. Tylko dlaczego za to mają płacić firmy uczciwe oraz te, które rentowność mają znacznie wyższą niż 1 proc.?!

 

Rozwiązanie wydaje się możliwe dopiero wtedy, kiedy wyeliminuje się leżące u podstaw problemu przyczyny. Najpierw korekta stanu prawnego, usprawnienie nadzoru i refleksja nad priorytetami całej gospodarki turystycznej, a później można myśleć o funduszu. W przeciwnej sytuacji będzie to leczenie objawów, a nie przyczyn.

 

Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć. Mamy bałagan w polskiej turystyce! Od ministerstwa poczynając na zachowaniu klientów kończąc. Rynek dostał bzika na punkcie wypoczynku typu all inclusive i uwierzył w nierealne ceny. Sektor turystyki czarterowej nie jest zdrowy. Ostatnie bankructwa są tego efektem. Stan ten wymaga czegoś więcej niż szukanie prostych rozwiązań w postaci funduszu gwarancyjnego.

Więcej na temat kondycji turystyki czarterowej tu: „Nic pewnego”

Nic pewnego

Czy to biuro jest bezpieczne? – to najczęściej zadawane dziś pytanie. Klienci przychodzą, przecież to szczyt sezonu, wybierają wycieczki, kupują (a jakże!), ale bardzo chcieliby usłyszeć potwierdzenie typu – to biuro na pewno nie zbankrutuje. Ale nic z tego! Żaden agent nie ma mocy by udzielić takich gwarancji. Sądzę też, że po ostatnich doświadczeniach, nawet nie będzie próbował. Zbyt duże ryzyko.

 

Dla kogoś, kto analizuje branżę od dłuższego czasu, dzisiejszy stan nie jest żadnym zaskoczeniem. Wiadomo było, że tego typu biura będą bankrutować. I to właśnie w tym roku! Przypomnę tylko to, co napisałem już w grudniu:

 

Niezależnie od tego, co ogłaszają biura, ostatnie lata nie były łatwe, a najbliższy rok będzie jeszcze trudniejszy. Nie wszystkie czynniki da się przewidzieć i precyzyjnie określić, ale jedno na pewno wiadomo. Może to być bardzo ciężki rok! Owocujący w duże kłopoty finansowe, łącznie z plajtami. Całość: „Turystyka 2012”.
 

Bankructwa biur podróży wpisane są w logikę ich działania. Jak może być inaczej jeśli rentowność branży wynosi 1,3 proc.! A takie właśnie dane mamy za ostatnie trzy lata działalności największych polskich touroperatorów wyspecjalizowanych w turystyce czarterowej.

 

Może warto zadać jeszcze jedno pytanie. Kto i po co prowadzi przedsiębiorstwa o tak niskiej rentowności? Przecież lepszą inwestycją są obligacje. Bez ryzyka i bez wysiłku. Gdzie i z czego, w rzeczywistości czerpią dochód uzasadniający prowadzenie nierentownego biznesu? Trochę o tym już było na tym blogu. O powiązaniu polskich biur z kapitałem z takich krajów jak Tunezja czy Egipt, np. tu: „Prawda o biurach podróży”. Możliwości jest kilka:

 

Prowadzenie nawet przez lata, nawet bardzo dużego i nierentownego biura czarterowego, tylko po to, żeby zarabiać na dodatkowych usługach świadczonych swoim klientom. Przykłady?

 

Wycieczki fakultatywne, czyli system w którym zagraniczny partner (to on na miejscu organizuje takie wycieczki) płaci prowizję polskim właścicielom od każdej obsłużonej osoby. A właściciele mają drugą, niezależną firmę, zarejestrowaną np. na Cyprze. Polskie biuro upadnie zostawiając długi i wściekłych klientów, ale firma cypryjska przyniesie spory dochód. Analogicznie można robić z lotniczymi liniami czarterowymi i sprzedawać bilety samemu sobie.

 

Albo dopłaty do ostatniej doby. Wykwaterowanie o 12.00 (zgodnie z umową i systemem doby hotelowej), ale wylot o 23.00. Klienci chcą przedłużyć pobyt w hotelu. Nie mogą jednak  zrobić tego samodzielnie w recepcji hotelowej ponieważ biuro ma na to monopol. I zarabia na tym.

 

Jest jeszcze jedna możliwość, ostateczna. Doprowadzić firmę do bankructwa, wcześniej wyprowadzając z niej pieniądze. Jest to prosty sposób na podniesienie rentowności.

 

Wszystkie ostatnie wydarzenia może wreszcie obudzą odpowiednie organy państwowe. Jeśli masowa turystyka jest tak niebezpieczną i wrażliwą społecznie dziedziną, to może powinna znaleźć się pod nieco większym nadzorem. Jeśli ja wiedziałem, że właściciel Alba Tour niegodna zaufania postać, mająca problemy prawne w swoim kraju, to nie była to żadna wiedza tajemna. Może zawczasu trzeba było się temu przyjrzeć. Straty byłyby dużo niższe. Jest kilka słynnych w branży postaci, które od lat krążą wokół tematu, doprowadzając do upadku kolejne biura. Za ich „profesjonalizm” rachunki płaci cała branża, rzesze turystów i budżet państwa.

Upadł Sky Club!

Gorąca informacja sprzed chwili – zbankrutował Sky Club. Wieść właśnie obiega ludzi z branży. Oficjalne pismo z wnioskiem o upadłość zarząd spółki złoży jutro rano. Kto kupił wycieczkę w tym biurze, musi zmienić wakacyjne plany.

 

Sky to duże biuro. Początkowo było spółką zależną od Triady (wówczas największego polskiego touroperatora). W wyniku kłopotów finansowych Triada zakończyła działalność, a jej klientów i markę przejął właśnie Sky Club. Nie wiadomo jeszcze ile osób straciło pieniądze i szanse na wakacje. Nie wiadomo czy na pokrycie długów i strat wystarczą dwie gwarancje ubezpieczeniowe biura na łączna kwotę 25 mln zł. Można podejrzewać, że kwota ta będzie stanowczo za niska.

 

Straty branży będą spore. To początek sezonu! Takie wydarzenie raczej ostudzi zapał do zakupów. Wydarzenie niestety wstrząśnie rynkiem.

 

Fakt ten, podobnie jak wcześniejsze bankructwa Orbisu i Selectoursa pokazują dobitnie jak trudnym biznesem jest turystyka oparta na czarterach. Niska rentowność (1-2 proc.) w połączeniu z dużym ryzykiem tworzą miksturę, która raz na jakiś czas okazuje się być mieszanką wybuchową.

Trochę więcej na ten temat >>>

Uważajcie na dziennikarzy!

Po raz kolejny, przychodzi mi komentować przedziwne gazetowe opinie. Dziś popis dała „Rzeczpospolita”. W dodatku ekonomicznym pojawił się artykuł pod wielce wymownym tytułem „Największe biura mają się dobrze, uważajcie na małe”.

 

Opinia mająca niewiele wspólnego z prawdą, znajduje się już w pierwszym akapicie. Oto ten fragment:

 

Wąska grupa liderów z zyskami, reszta branży per saldo na stratach – tak wygląda polski rynek firm zajmujących się zagraniczną turystyką wyjazdową.

 

Całkowicie nie zgadzam się z takim ujęciem tematu. Mamy dobry czas dla niewielkich, szczególnie niszowych biur; takich, które nie zabijają się w konkurencji o cenę. Dla biur organizujących wyprawy egzotyczne, wycieczki szkolne czy turystykę biznesową. W żadnym wypadku nie można postawić tezy, że średni i mali touroperatorzy są w złej sytuacji finansowej! Niby na jakiej podstawie robi to cytowana przez gazetę firma InfoService?! Finanse polskich biur nie są transparentne. Ani małych, ani dużych! Więcej na ten temat tu: Jak to się robi, czyli kto dotuje polskie biura?
 

Jaki błąd popełnia „Rzeczpospolita”? Opiera cały materiał na kryterium obrotu. W rankingu tym, pierwsza dziewiątka biur, to przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w turystyce czarterowej. Specyfiką tego segmentu jest bardzo duży obrót i mała rentowność (na poziomie zaledwie 1-3 proc.! Gazeta pisze o „całkiem dobrej rentowności 1,33 proc.”!). Towarzyszy mu duże ryzyko, zarezerwowane wyłącznie do tej części branży. Pokrótce przypomnę tylko to, o czym pisałem już na tym blogu, chociażby w tekście Turystyka 2012. Największe biura, na loty czarterowe podpisują  sztywne umowy. Czy samolot poleci pełny czy w połowie pusty, zapłacić trzeba. Hotele też są często na gwarancji, to znaczy, że płaci się za nie z dużym wyprzedzeniem. Jeśli się tego nie sprzeda, tworzą się ogromne straty. Do tego dochodzi wyjątkowo trudny rynek. Podstawowym kryterium klientów jest cena. Efektem jest zabójcza konkurencja i oferty na granicy opłacalności. Nawet niewielkie, nieprzewidziane koszty, stwarzają perturbacje, zagrażające egzystencji biura.

 

Wcale nie jest tak, że „największe biura mają się dobrze”. Jeden z liderów rynku, żeby funkcjonować, bierze kredyty bankowe pod zastaw nieruchomości swoich agentów! O innych wiadomo, że nie płacą swoim zagranicznym kontrahentom. Prawda o biurach podróży jest znacznie bardziej złożona niż przedziwne opinie drukowane w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”.

 

Również dotychczasowe doświadczenia pokazują coś zupełnie przeciwnego. Jakie biura padały zostawiając turystów na lodzie? Duże! Ostatnio Orbis (Dlaczego upadł Orbis Travel) i Selectours (wrzesień 2010). Ale też kilku touroperatorów ze ścisłej czołówki otarło się o finansową katastrofę. Wszyscy słyszeli o Triadzie (do niedawna lider polskiego rynku), ale olbrzymie zmiany wymuszone sytuacją finansową przeszedł też jeszcze jeden duży touroperator – w tym przypadku wszystko zrobiono bardzo dyskretnie.

 

W środku sezonu wakacyjnego, na granicy płynności był bardzo duży touroperator. Na wczasach były rzesze turystów. Kolejne tysiące czekały na wyjazd. Nikt nie podejrzewał, że ich wakacje wiszą na włosku. Znalazł się ktoś, kto przekazał większe pieniądze. Po cichu zmieniono prezesa, i tyle. Dzięki temu gazety nie napisały o największym bankructwie w historii polskiej turystyki.

 

Właściwie to nie wiem czym tłumaczyć aż taki stopień braku dziennikarskiego profesjonalizmu. Pisze to ktoś, kto nie zna branży? Ktoś, kto nie przykłada się do pracy i nie chce mu się zadać trudu, by uważniej przestudiować temat? Obserwuję takie dziennikarskie rewelacje od kilku lat. Wygląda to na artykuły pisane na kolanie, szybko i niestarannie. Wystarczy zapytać kila osób i z wypowiedzi skomponować jakiś materiał o nośnym tytule. I wszystko! Nieważne ile to ma wspólnego z rzeczywistym obrazem omawianego zagadnienia.

 

Więcej na ten temat: Prawda o biurach podróży

 

PS

Tekst ten dotyczy touroperatorów. Sytuacja biur agencyjnych to zupełnie inny temat.

Turystyka 2012

Grudzień to czas podsumowań mijającego roku i planów na nowy. Przyjrzyjmy się sytuacji w branży turystycznej.

 

Niezależnie od tego, co ogłaszają biura, ostatnie lata nie były łatwe, a najbliższy rok będzie jeszcze trudniejszy. Nie wszystkie czynniki da się przewidzieć i precyzyjnie określić, ale jedno na pewno wiadomo. Może to być bardzo ciężki rok! Owocujący w duże kłopoty finansowe, łącznie z plajtami.

 

Żeby być precyzyjnym należy zaznaczyć, że mówimy o masowej turystyce czarterowej. Na boku zostawiamy mniejsze, niszowe biura, wyspecjalizowane, na przykład, w podróżach egzotycznych. Tym touroperatorom krzywda się nie dzieje. Po pierwsze dlatego, że działają zupełnie inaczej. Najpierw sprzedają imprezę, a dopiero później kupują potrzebne do jej skonstruowania półprodukty, takie jak bilety lotnicze i miejsca w hotelach. Co więcej, sporą część ceny wycieczki podają w dolarach lub euro, przez co zabezpieczają się od ryzyka kursowego. Po drugie, ich klienci nie odczuwają kryzysu, a jeśli nawet, to nadal stać ich na drogie wycieczki. To pasja i sposób na życie. Mówimy o sektorze, w którym wycieczka kosztuje 10 – 15 tys. zł i więcej. To inni turyści, to zupełnie inny segment rynku. Tu nic złego nie powinno się wydarzyć. Tej grupie touroperatorów kłopoty mogą przynieść tylko ewentualne, światowe zawirowania, wojny, rewolucje, trzęsienia ziemi, czyli kompletnie nieprzewidywalne czynniki.

Zupełnie odmiennie wygląda sytuacja w turystyce czarterowej. Nastawione na masowego turystę, najbardziej popularne, biura podróży, czeka trudny okres. Źródeł problemów i niebezpieczeństw jest kilka:

 

  • Trudne ostatnie lata. W wyniku załamania rynku, kryzysu, wulkanu, rewolucji w krajach arabskich, i tym podobnym niesprzyjających turystyce wydarzeniom, touroperatorzy wpadli w kłopoty finansowe. W branży mówi się, że od dwóch lat prawie nikt, tak naprawdę, nie wyszedł na plus. Biura dopłacają, zaciągają kredyty, przyjmują inwestorów, w nadziei, że lada moment sytuacja się odwróci.
  • Słaba kondycja z poprzednich lat i zaciągnięte kredyty powodują wzmożoną chęć odkucia się. Najlepiej jak najszybciej, najlepiej już teraz. Dlatego, mimo oczywistych, niepokojących sygnałów, biura podchodzą do najbliższego sezonu z dużym optymizmem. Moim zdaniem, ze zbyt dużym. I tu jest główne niebezpieczeństwo. Dla konkretnych biur, ale i dla całej branży. Dla klientów także.
  • Rosnące koszty. Chodzi przede wszystkim o ceny paliwa i kursy walut. Nieuniknione! Powyżej pewnego poziomu, zaowocują cenami nie do zaakceptowania dla masowego odbiorcy. To jeden z powodów, dla którego sprzedaż w roku 2012 będzie dużo mniejsza.
  • Wysokie ryzyko branży. Z przewoźnikami na loty czarterowe podpisuje się sztywne umowy. Czy samolot poleci pełny czy w połowie pusty, zapłacić trzeba tyle samo. Coraz więcej miejsc w hotelach jest na gwarancji, to znaczy, że płaci się za nie z dużym wyprzedzeniem. Jeśli się tego nie sprzeda, tworzą się ogromne straty.
  • Trudny rynek. Podstawowym kryterium klientów jest cena. Efektem jest zabójcza konkurencja i oferty cenowe na granicy opłacalności. Nawet niewielkie, nowe, nieprzewidziane koszty, stwarzają perturbacje. Rentowność tego sektora turystyki to ledwie 1-3 proc.

Właśnie pojawił się strach. Jego powodem jest wysoki kurs euro. Touroperatorzy podobno są zaskoczeni. W first minute sprzedali ofertę, licząc optymistycznie po kursie 4,1 – 4,2, a dziś muszą zapłacić kontrahentom według przelicznika 4,5! Jutro to będzie 4,6, a za miesiąc może 4,7. Kto pokryje różnicę? Mógłby klient, ale oczywiście ma gwarancję niezmienności ceny. Biura liczą straty. Paradoksalnie, najmocniej tracą ci, którzy odnieśli sukces i sprzedali najwięcej.

 

Ale czy można było oczekiwać czegoś innego?! Przecież jest kryzys. Im większy, tym kurs złotówki będzie niższy. Każda zła ekonomicznie informacja, będzie pogłębiała ten proces. Co więcej, jest jeszcze jedna, piekielnie niebezpieczna możliwość; co się stanie jeśli strefa euro przeżyje silniejsze wstrząsy, jeśli np. Grecja wróci do drahmy? Czy polscy touroperatorzy zabezpieczyli się na tę okoliczność? Po jakim kursie będą płacić  kontrahentom?!

 

Klient ma prawo czuć się bezpiecznie jeśli w pakiecie z wycieczką otrzymał gwarancję niezmienności ceny. Przy ofercie typu first minute to słuszna i godna pochwały zasada. Tyle, że działa dopóty, dopóki funkcjonuje biuro. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której touroperator sprzedał zbyt dużo ofert po zbyt niskich cenach. Jeśli nie udźwignie tego ciężaru będzie musiał ogłosić upadłość. A wtedy klient straci wszystko.

Moim zdaniem to będzie bardzo trudny rok, wyjątkowy w skali wielu ostatnich lat. Źródeł niebezpieczeństw szukamy w światowej sytuacji ekonomicznej. Jeśli Europa zapanuje nad kryzysem w strefie euro, perturbacje będą mniejsze. Jeśli nie, to grozi nam turystyczna katastrofa.

 

Ale przyjrzeć się, należy też polityce największych touroperatorów. Do sezonu lato 2012 warto podejść wyjątkowo ostrożnie. Potrzebna jest elastyczna polityka, z miesiąca na miesiąc dostosowująca się do dynamicznych warunków. Wszystkie pomysły typu bicie rekordów sprzedaży, są bardzo niebezpieczne. Sztywne rezerwacje dużej ilości miejsc mogą skończyć się chęcią sprzedaży za wszelką cenę, poniżej kosztów, a to może być gwoździem do trumny niejednego biura. Z niepokojem patrzę na szumne zapowiedzi znanych marek. Mam nadzieję, że to tylko element kreacji marketingowej, a nie rzeczywiste plany.

Zobacz też: „Prawda o biurach podróży”

Strona 1 z 2

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén