Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Autor: Krzysztof Matys (Strona 1 z 37)

Inflacja – killer turystyki

Globalny wzrost cen psuje turystyczny sezon. W jego wyniku spada rentowność podmiotów tworzących produkt turystyczny. Wyceny zrobione przed rokiem czy nawet pół roku temu nijak się mają do obecnej sytuacji. Mówiąc krótko, niejedna firma znacząco obniżyła swoje marże po to, by wywiązać się z umów podpisanych wiele miesięcy temu. W tym roku może się to jeszcze udać. Biura podróży zarobią mniej, ale znacząco cen nie podniosą. W przyszłym tak się już nie da.

Jesteśmy na etapie zbierania wycen na 2023 rok. Przychodzą oferty z linii lotniczych i zagranicznych kontrahentów. Wszystko jest wyraźnie droższe. O ile? Oto przykład jednego z krajów.

Gruzja. Ceny hoteli, transportu autokarowego i wyżywienia. Razem wzrost w stosunku do tego roku o 24 proc. Droższe są też bilety lotnicze. Jak wiadomo, znacząco droższy jest też dolar, a w tej walucie rozliczamy się z Gruzinami. Jeśli to wszystko zsumować, to nasza wycieczka do Gruzji na rok 2023 musiałaby podrożeć o 1900 zł!

Przykład numer dwa. Uzbekistan. Wycena z linii lotniczej na bilet do Taszkentu na weekend majowy 2023 jest aż o 35 proc. wyższa od ceny jaką płaciliśmy za analogiczny okres 2022 roku.

To na dziś. Co będzie dalej, nie sposób przewidzieć. Obserwując rozwój sytuacji można sobie wyobrazić, że za kilka miesięcy dolar będzie kosztował nie 4,7 zł, ale na przykład o złotówkę więcej.

Czy rynek zaakceptuje takie wzrosty?! Myślę, że to jest najistotniejsze pytanie, gdy myślimy o przyszłości polskiej turystyki w perspektywie najbliższego roku. Niestety obawiam się, że tegoroczne wakacje mogą być ostatnią fazą wzmożonych wydatków na podróże. Jesienią nastroje się zmienią, a przyszła wiosna może przynieść już zupełnie inną rzeczywistość. Rzeczywistość, w której inflacja dokona znaczących szkód. Również w turystyce.

Macedonia Północna

Właśnie wróciłem, byłem kolejny już raz. Nadal odkrywam interesujące miejsca i staram się znaleźć coś nowego. Tym razem program wzbogaciliśmy o jeden dzień w Bułgarii. Melnik jest najmniejszym bułgarskim miastem, to właściwie wieś, ślicznie położona wśród wapiennych skał, tuż przy granicy z Macedonią i Grecją. Znany jest przede wszystkim z wina i w tym też celu tam się wybraliśmy. Ozdobą dnia były degustacje w dwóch winiarniach. Dobrze też karmią w Melniku, cała wycieczka z uznaniem wspomina tamtejszy obiad (jak zawsze pyszne warzywa w różnych postaciach i rewelacyjna golonka).

Melnik, widok z hotelu

Granicę macedońsko-bułgarską przekracza się sprawnie i szybko, można więc w jednej wycieczce łączyć oba kraje. Oczywiście, jeśli czas pozwoli, bo na objazd samej Macedonii potrzebujemy około 8 dni. Poza tym, do Bułgarii warto wybrać się na osobną wycieczkę objazdową. Kraj ten kojarzy nam się głównie z wypoczynkiem nad morzem, a ma przecież wiele innych atrakcji, od gór, zabytków, wina i dobrej kuchni zaczynając.

Ochryda, widok na jezioro i cerkiew Jana Kaneo

O Macedonii pisałem wcześniej, że to kraj, który zasługuje na odkrycie. Ma sporo atutów i wiele uroku, a tłumów nie widać. Przed pandemią względną popularnością cieszyła się Ochryda i wypoczynek na tamtejszych planach, ale dziś na początku lata 2022, ruch sprzed trzech lat jeszcze nie wrócił. A w pozostałych miejscach turystów niemal zupełnie nie ma. W Bitoli czy Stobi byliśmy jedynymi wycieczkami. W takich warunkach zwiedza się świetnie, spokojnie i bez tłoku. Warto odkryć Macedonię teraz, zanim nie zrobił się z niej jeszcze kierunek masowy! Prędzej czy później to nastąpi, bo kraj leży blisko dużych, zasobnych rynków turystycznych i ma sporo atrakcji do zaoferowania. Wymienię kilka podstawowych.

Stobi, w wielu miejscach pięknie zachowane mozaiki

Góry. Macedonia jest pięknie pofałdowana. W popularnych materiałach, w tym w przewodnikach turystycznych, często powtarzana jest fraza o tym, że gdyby krajobrazy te przenieść do Szwajcarii, to zaroiłyby się hotelami i pensjonatami, a turyści przyjeżdżaliby niezależnie od pory roku. Macedonia ma aż 300 słonecznych dni w roku, pamiętać jednak należy, że w lipcu i sierpniu jest upalnie i na zwiedzanie najlepiej wybierać takie miesiące, jak maj, początek czerwca i wrzesień.

Widok z przełęczy Galiczica na Jezioro Ochrydzkie

Zabytki. Ziemia ta była miejscem rozwoju kolejnych kultur i organizmów państwowych, stąd też znajdziemy tu i znamienite świadectwa historii. Co prawda, archeologia nie jest dziedziną szczególnie dofinansowaną w Macedonii, w niektórych miejscach prace dopiero nabierają tempa, ale znajdziemy kilka stanowisk archeologicznych, które wywierają duże wrażenie. Kto był w Stobi, ten wie, jak duży potencjał pod tym względem ma ten kraj. Stolica w ramach projektu „Skopje 2014” próbuje nawiązać do starożytnej Macedonii i Aleksandra Wielkiego, ale jeśli chodzi o zabytki, to przodują obiekty z czasów rzymskich, od antycznego teatru w Ochrydzie, po częściowo odsłonięte miasto Heraclea Lyncestis.

Skopje i pomnik Aleksandra Wielkiego

Kuchnia i wino. Wielką zaletą Macedonii jest naturalna kuchnia oparta o dobrej jakości lokalne produkty, w tym rewelacyjne warzywa i sery. Zwykła szopska sałatka składająca się z pomidorów, ogórków, słodkiej cebuli, słonego, twardego sera i oliwy z oliwek smakuje rewelacyjnie. Do tego oczywiście papryka w każdej postaci, ze wspaniałymi ajwarami na czele. Grillowane cukinie, bakłażany i pasty czosnkowe. Spróbować należy macedońskiego klasyka, czyli tawcze grawcze (potrawka z fasoli), najlepiej z dodatkiem mięsnych cewapi (qofte). Jedna z bohaterek książki „Spragnienie podróży. Rozmowy o turystyce” tak podsumowuje kulinarne atrakcje kraju: „jeśli mowa o atutach, to Macedonia smakuje wybornie. Nie zdarza się często, żeby podróżując po jakimś kraju zawsze być zadowolonym z jedzenia, a w Macedonii nie miałam żadnej wpadki kulinarnej. A jak jeszcze dodam, że ten kraj najlepiej zwiedzać szlakiem winnic… to mamy mały raj” (s. 167).

Sałata szopska w nieco innej formie

Winiarstwo rozwija się świetnie. Poza winami domowymi, z dzbana, takimi, jakie pasują do wieczornych uczt gdzieś w interiorze, do dyspozycji mamy nowoczesne winiarnie, wytwarzające dobrej jakości trunki. Poza lokalnymi, bałkańskimi szczepami, spotkamy też i inne, na przykład Stobi robi białe wino z gruzińskiego szczepu Rkatsiteli. Naprawdę dobre i choć daleko od Kaukazu, to degustując je przez chwilę poczułem się jak w Gruzji. Zobacz artykuł: Gruzja – ojczyzna wina.

Gruzińskie Rkatsiteli (R’kaciteli) w macedońskim wydaniu

Jezioro Ochrydzkie. Jest właściwie osobnym regionem turystycznym. Tym miejscem, które przyciąga najbardziej. To tu przyjeżdża się na klasyczny wypoczynek na plaży, tu jest najwięcej turystów. Niestety, niektórzy swój pobyt w Macedonii ograniczają tylko do Ochrydy. Szkoda, bo kraj ma sporo innych atrakcji i warto objechać go dookoła.

Rejs po Jeziorze Ochrydzkim. Statek przybija do Zatoki Kości

Jak może wyglądać Macedonia za kilka lat przekonać się można już teraz odwiedzając w weekend  kanion Matka. Jest to jedno z podstawowych turystycznych miejsc w kraju. Położone o niecałą godzinę jazdy z centrum stolicy, w soboty i niedziele jest tłumnie odwiedzane między innymi przez wycieczki z Kosowa, które upodobały sobie akurat tę atrakcję. Aż trudno uwierzyć, że w tym samym czasie, w innych turystycznych miejscach Macedonii nie ma ani jednego turysty!

Kanion Matka

Macedonia jest krajem niezmiernie ciekawym. Godzinami można opowiadać o najnowszej historii i o obecnych uwarunkowaniach politycznych. Niesamowita historia wieloletniego sporu z Grecją zakończonego w 2018 roku zmianą nazwy państwa, przechodzi płynnie w sąsiedzkie problemy z Bułgarią, w ramach których Sofia blokuje akcesję Macedonii do Unii Europejskiej, artykułując wobec Skopje zupełnie niesamowite żądania, wśród nich zmianę nazwy języka urzędowego i korekty podręczników historii. Macedonia jest najmłodszym członkiem NATO (przystąpiła wiosną 2020 roku, po zakończeniu sporu z Grecją), a proces akcesji to temat na osobną zajmującą opowieść. Podobnie jak zjawisko znane pod nazwą „Skopje 2014”, które, gdy wniknąć w nie odpowiednio głęboko, przyniesie wiele zajmujących informacji.

Widok na Ochrydę

Jest to mały kraj wielkich turystycznych możliwości. Macedonie gorąco polecam! Najlepiej na wycieczkę objazdową, szlakiem winnic, zabytków i kulinariów. Koniecznie z rejsem po Jeziorze Ochrydzkim i z wjazdem na Galiczicę, powyżej górnej granicy lasu, skąd rozpościera się piękny widok na oba jeziora: Ochrydzkie i Prespę.

Wycieczka do Macedonii

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Matys

Zobacz też: Supra – zabawa w gruzińskim stylu.

Gruzja 2022. Aktualne informacje

W artykule tym piszę o aktualnej sytuacji w Gruzji, m.in. o bezpieczeństwie, cenach i kursie wymiany walut. Odpowiadam również na pytanie czy wojna na Ukrainie ma jakikolwiek wpływ na gruzińską turystykę.

Gdzieś w Gruzji

Od kilkunastu lat organizujemy wycieczki do Gruzji. Przez ten czas przeżyliśmy niejedno zawirowanie. W 2014 roku turystów na chwilę wystraszyła wojna w Donbasie. Choć Gruzja z Ukrainą nie graniczy i sytuacja u naszego wschodniego sąsiada nie miała absolutnie żadnego wpływu na to, co działo się w Tbilisi, to jednak klienci dopytywali o bezpieczeństwo i o to, czy przypadkiem nie rezygnujemy z wyjazdów na Kaukaz. Zobacz: Film o bezpieczeństwie w Gruzji i Armenii

Podobnie jest w tym roku. Wiele na ten temat już powiedziano. Staramy się tłumaczyć, gdzie tylko się da, że wojna na Ukrainie nic nie zmieniła w kwestii Gruzji. Jak było, tak i nadal jest bezpiecznie! Ludzie są tak samo mili i gościnni, wino wyborne, a kuchnia wyśmienita.

Starówka w Tbilisi

Samoloty lecące z Warszawy do Tbilisi omijają terytorium Ukrainy, lecą nad Turcją. Więcej na ten temat w tym artykule: Gruzja i Armenia, bezpieczeństwo.

Właśnie teraz w Gruzji jest jedna z naszych grup. Turyści bawią się świetnie. Można im tylko zazdrościć. Dodatkowym plusem jest to, że nie ma tłumów. Nawet w tak zazwyczaj obleganych miejscach, jak starówka w Tbilisi czy Dżwari w Mcchecie jest pustawo. Rewelacyjne warunki do zwiedzania!

Kachetia, katedra Alawerdi, XI wiek!

Podobnie było w zeszłym roku, gdy wróciliśmy z wyjazdami po covidowej przerwie. Przed 2020 rokiem problem stanowiła gwałtownie rosnąca liczba turystów. W zabytkach i muzeach robiło się coraz bardziej tłoczno, w restauracjach i winiarniach pojawiła się kategoria masowej jakości, stąd coraz trudniej było na przykład o prawdziwą suprę i naturalne wino z kwewri. Za to pełno było przemysłowego wina, którym raczono nieświadomych przyjezdnych. Zobacz artykuł: Gruzja – ojczyzna wina). Trzeba było mocniej się starać i bardziej pilnować, by zapewnić turystom to, co jeszcze pięć lat wcześniej było absolutnym standardem. Po prostu, masowa turystyka ma swoje prawa, komercjalizuje co się da, nawet słynną gruzińską gościnność. Pandemia przerwała ten proces. Ponad rok bez turystów zrobił swoje. Latem i jesienią 2021, gdy przylecieliśmy z pierwszymi wycieczkami, znowu było jak przed laty – bez tłoku, jakoś bardziej naturalnie i gościnnie! Na ten temat zobacz artykuł: Gruzja 2021, relacja z wycieczki.

Średniowieczna cerkiew Cminda Sameba u stóp góry Kazbek

Tak jest i w tym roku. Korzystajcie, póki można! Kto jeszcze nie był w Gruzji, niech nie odkłada na później. Teraz jest dobry czas! Bo za rok czy dwa znowu wrócą tłumy, a kraj zmieni się w turystyczny kombinat mielący bez opamiętania milionowe rzesze turystów, spragnionych „prawdziwej Gruzji”.

Jak jest obecnie?

Pilotka naszej wycieczki pisze właśnie z Mestii (stolica Swanetii), że miejscowi radością reagują na widok turystów, że dookoła tylko nasza grupa, że o takich warunkach przed 2020 rokiem, można było tylko pomarzyć.

Adżarskie chaczepuri z jajkiem (fot. G. Przybyłowska). Zjemy je oczywiście w Batumi. Cena to 12 lari (GEL), czyli około 18 złotych. Zobacz artykuł o gruzińskiej kuchni

A oto kilka praktycznych, aktualnych informacji

Inflacja. Na Kaukazie również robi swoje. Ceny wzrosły. Realnie, jeśli porównam aktualne koszty naszego biura z tymi sprzed roku, to podwyżka wynosi około 20 proc. (choć wskaźniki oficjalne mówią o 12 proc.). To na razie, bo jest niemal pewne, że będzie drożało dalej.

Przykładowe ceny: lunch w restauracji: około 40-50 lari (60-75 zł); chaczapuri, czyli najpopularniejsza gruzińska przekąska na ciepło i fantastyczny fast food (chleb upieczony z serem): od 12 do 18 lari (18-27 zł), szkmeruli – gruzińska klasyka, kurczak w sosie czosnkowym: 26 lari (39 zł).

Szchara, najwyższa góra Gruzji. Zobacz artykuł o Swanetii

Kurs walut. W podróż zabieramy dolary lub euro (nie ma znaczenia którą z tych dwóch walut wybierzemy). Wymiana pieniędzy w Gruzji to żaden problem. Mnóstwo kantorów ułatwia nam ten proces do maksimum. Kurs z kwietnia/maja 2022:
1 USD = 3,00 GEL
1 EUR = 3,15 GEL

Nasza wycieczka do Gruzji

PS. Aktualizacja: czerwiec 2022. Dzisiejszy kurs wymiany walut niżej na zdjęciu:

Tablica z kursem walut w jednym z kantorów. Czerwiec 2022

Jak widać, kurs EUR i USD w Gruzji podlega podobnym wahaniom, jak w Polsce.

Zobacz też: Najważniejsze atuty wycieczki do Gruzji.

AKTUALIZACJA: Od 15 czerwca 2022 r. Gruzja nie wymaga już zaświadczeń o zaszczepieniu na COVID ani testów!

Jordania turystycznie. Od Petry do Ain Ghazal

Poleciałem w połowie kwietnia. W przypadku Jordanii termin jest ważny. Najlepsza pora to wiosna i jesień. Zima jest zbyt chłodna. W tym roku jeszcze na początku marca turyści trochę marzli i robili zdjęcia na tle zachmurzonego nieba. Najlepszy jest kwiecień, maksymalnie początek maja. Kolejne okienko pogodowe otwiera się w październiku i trwa do pierwszej połowy listopada. Lipiec i sierpień omijamy ze względu na upały. Latem najtrudniej będzie wytrzymać nad Morzem Martwym, w Petrze i na pustyni Wadi Rum, choć i na północy kraju, w tak rozległych i nasłonecznionych miejscach, jak starożytne miasto Dżarasz, upał również mocno daje się we znaki.

Autor na pustyni Wadi Rum w 2006 roku

W kwietniu pogoda nie zawiodła, dwadzieścia kilka stopni i słońce. Świetne warunki i do zwiedzania, i do robienia zdjęć.

Cytadela w Ammanie, pozostałości rzymskiej świątyni Zeusa

Pierwszy raz do Jordanii wybrałem się w 2006 roku. Pracowałem wtedy w Egipcie. Organizowaliśmy wycieczki do Petry z egipskiego Sharm el-Sheikh. Były to złote czasy masowej turystyki nad Morzem Czerwonym (zobacz artykuły o Jordanii z tamtego czasu). Tysiące wczasowiczów, pełne autokary i mnóstwo pracy. Jako przewodnik po Jordanii przepracowałem cały długi sezon. Wracałem w kolejnych latach, między innymi pilotując wycieczki objazdowe łączące Liban, Syrię i Jordanię. To wtedy przydarzyła mi się jedna z ciekawszych historii, gdy turysta z naszej grupy na granicy syryjsko-jordańskiej próbował przemycić pistolet. Opisałem ją w tym artykule: Z życia pilota wycieczek.

Petra, Chazne

Z tym, że trzeba od razu powiedzieć, iż Jordania zasługuje na osobną wycieczkę! I doskonale sprawdza się w tej roli. Atrakcji jest sporo, w zupełności wystarczy na tygodniowy wyjazd. W pierwszej kolejności kojarzymy oczywiście Petrę, jeden z siedmiu nowych cudów świata, ale kraj ten ma dużo więcej do zaoferowania!

Dżarasz, świątynia Artemidy

Coraz większa popularnością, wręcz legendą miejsca wyjątkowego i pełnego uroku cieszy się malownicza pustynia Wadi Rum oraz noclegi na tamtejszych luksusowych kampingach (dzięki temu otrzymujemy możliwość podziwiania wschodu i zachodu słońca na pustyni). Dziś, komfortowe domki zapewniają standard wygodnego pokoju hotelowego. A pamiętam czasy, gdy do dyspozycji były wyłącznie skromne namioty.

Wschód słońca na Wadi Rum

Na noc zatrzymujemy się również nad Morzem Martwym. Śpimy w jednym z zaledwie kilku hoteli położonych przy linii brzegowej, z własną plażą dającą możliwość korzystania z uroków tej wyjątkowej wody. Zamiast pływać układamy się na wodzie pozując do zdjęć z gazetą lub książką w ręku. Oczywiście wszyscy od stóp do głów smarują się pełnym minerałów kosmetycznym błotem z Morza Martwego, którego na plaży znajdziemy pod dostatkiem.

Camping na Wadi Rum

W południowej części kraju atrakcyjnym miejscem jest Akaba. Ulokowana nad Morzem Czerwonym jest miastem o specjalnym statusie strefy wolnocłowej, dzięki czemu niektóre produkty są tam tańsze. Szczególnie ceny alkoholu zwracają uwagę, gdyż standardowo w Jordanii alkohol jest po prostu drogi. Piwo w barze lub kieliszek wina w restauracji to koszt 6-7 dinarów, czyli około 10 USD! Akaba położona jest w specyficznym miejscu, na styku czterech państw: Jordanii, Egiptu, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Z Akaby widać izraelski Ejlat, oba miasta wyglądają jak sąsiadujące ze sobą dzielnice. Korzystając z uroków Morza Czerwonego można urządzić wycieczkę łodzią ze szklanym dnem połączoną ze snurkowaniem.

Widok z góry Nebo

Przemieszczając się na północ, słynną Drogą Królewską, która pretenduje do tytułu najstarszej na świecie nadal używanej trasy, docieramy do Madaby i góry Nebo. Pierwsze z tych miejsc przyciąga nas rewelacyjnie zachowaną mozaiką przedstawiającą mapę regionu Bliskiego Wschodu od Nilu i półwyspu Synaj, po Jerozolimę. Na górze Nebo, w miejscu w którym Mojżesz ujrzeć miał Ziemię Obiecaną podziwiamy widoki spoglądając z góry na Morze Martwe i tereny za Jordanem, od Jerycha po Betlejem.

Wąwóz prowadzący do Petry

Zaglądamy jeszcze do zamku Karak i jedziemy na północ, by w ślicznej, górzystej okolicy, porośniętej oliwkowymi sadami, zwiedzić dwa monumentalne zabytki. Jeden to słynny Dżarasz, czyli starożytna Geraza, wielkich rozmiarów rzymskie miasto, które w rewelacyjnym stanie dotrwało do naszych czasów. Podziwiamy wielką bramę wjazdową, łuk triumfalny, długą na 800 metrów ulicę Cardo Maximus, owalne forum otoczone kolumnadą, pełną uroku świątynię Artemidy oraz dwa teatry. Dżarasz jest bardzo malowniczym miejscem i z całą pewnością nie może go zabraknąć w programie wycieczki. Warto pojechać też odrobinę dalej na północ i zwiedzić zamek w Adżlun (Kalat ar-Rabat).

Dżarasz, jeden z dwóch antycznych teatrów

Na zakończenie trzeba wspomnieć oczywiście o Ammanie. Stolica Jordanii, od której zaczynamy objazd kraju jest kilkumilionową metropolią i miastem o tysiącach lat historii. Najciekawsze turystycznie miejsca znajdziemy w obrębie starego miasta. Najważniejszym punktem jest cytadela, na obszarze której oglądamy pozostałości rzymskiej świątyni Herkulesa oraz zwiedzamy niewielkie, ale bardzo interesujące Muzeum Archeologiczne. Znajdziemy w nim między innymi jeden z najbardziej niezwykłych zabytków całego Bliskiego Wschodu, a mianowicie słynne rzeźby z Ain Ghazal. Liczące sobie od 8 do 10 tys. lat figury są tajemniczymi i szczególnie zasługującymi na uwagę obiektami, istotnymi z punktu widzenia rozwoju naszej cywilizacji. Łatwo je pominąć, przechodząc obok niepozornie wyglądających gablot, Aby docenić ich rangę, potrzebujemy przewodnika, który uraczy nas pasjonująca historią.

Rzeźba z Ain Ghazal

Jordania, to kraj, który w pierwszej kolejności kojarzy się z Petrą. I Petra oczywiście na to zasługuje. Miejsce ma w sobie mnóstwo uroku i zasłużenie przyciąga rzesze turystów. Pamiętać jednak warto, że kraj ten ma sporo innych atrakcji i stanowi pasjonujący cel pięknej wycieczki objazdowej.

Wycieczka do Jordanii

Choroba holenderska i wojna na Ukrainie

Tekst ten zacząłem pisać 1 marca, jako jeden z rozdziałów nowej książki. Początkowo nie chciałem publikować go na blogu. Zmieniłem zdanie pod wpływem dziesiątków komentarzy jakie na kilku facebookowych forach wywołał post sprzed paru dni (Co z turystyką?). Widać z nich jak bardzo żyjemy tym tematem, jak jest ważny. I jak ciężko nam zrozumieć to, co się wydarzyło. Dlaczego wojna?! Po co, na co?! Przez jednego człowieka?! Mam nadzieję, że tych kilka zdań rzuci nieco światła na ten problem.

Choroba holenderska

Dotyczy gospodarki. Pojawia się wtedy, gdy kraj tak bardzo skupia się na eksploatacji surowców, że zapomina o pozostałych gałęziach przemysłu. Rozwija się, gdy energia państwa koncentruje się na jednym obszarze, na kopalniach i odwiertach. Angielski termin dutch disease wprowadził w 1977 r. tygodnik „The Economist”, opisując gospodarcze konsekwencje odkrycia dużych złóż gazu ziemnego w Holandii.

Choroba ta charakteryzuje się brakiem równomiernego rozwoju i prowadzi do regresu gospodarczego. Blisko stąd do innego zjawiska zwanego „klątwą surowcową” lub „paradoksem bogactwa”, w ramach którego, kraje pomimo posiadania dużych złóż surowców, charakteryzują się niskim poziomem rozwoju gospodarczego. Innymi słowy, eksploatują bogactwa naturalne, ale nie potrafią przełożyć tego na dobrobyt obywateli. Przykładem są tu takie państwa, jak Meksyk, Wenezuela i Rosja.

Co istotne, łatwo przychodzące pieniądze wykoślawiają nie tylko ekonomię (zapóźnienie całych sektorów gospodarki), ale psują też standardy społeczne (korupcja i nierównomierny podział dóbr).

To, co właśnie dzieje się z Rosją jest przykładem tego typu zjawisk. Olbrzymia gotówka z eksportu surowców energetycznych, w dobrze pomyślanym państwie, wywołałaby szereg pozytywnych procesów w wielu obszarach, od rozbudowy infrastruktury, przez ochronę zdrowia po rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Moskwa skupiła się jednak na umocnieniu władzy i przebudowie armii; lekceważąc cały szereg obowiązków nowoczesnego państwa. Zamieniła się w niezbyt pociągającą krzyżówkę stacji benzynowej z czołgiem. Żyła z gazu i straszyła wojną. Nie miała innej propozycji. Nic, czym mogłaby przekonać do siebie, wzbudzić sympatię i zachęcić do naśladownictwa. Żadnej oferty cywilizacyjnej, którą chcielibyśmy zaimportować. Tylko strach i uzależnienie od rur z paliwami. Chore państwo, niedorosłe do warunków dwudziestego pierwszego wieku.

Kilka dni wojny z Ukrainą bezwzględnie obnażyło tę prawdę. Ukazała nam się armia słabsza niż spodziewaliśmy się zobaczyć. Miejscami żołnierze mizerni, słabo wyszkoleni i nieświadomi tego, co robią. Nie ma w ogóle mowy o społeczeństwie obywatelskim, za to jest totalna indoktrynacja, cenzura i są drakońskie kary za mówienie prawdy.

Winą za nieszczęście obarczamy Putina, dywagując nad stanem jego psychiki. Tym samym, zbyt łatwo abstrahujemy od istoty kraju, od mechanizmów nim rządzących. Nie zaryzykuję zbyt wiele twierdząc, że do konfliktu dojść musiało. Musiało, bo wojna (lub straszenie nią) była jedyną drogą, którą Moskwa mogła wypracowywać taką pozycję w Europie, na jakiej jej zależało. W to inwestowała, tę zdolność rozwijała. Kreml potrzebuje mocno osadzić się w Europie, bo stąd czerpie kapitał, technologie i cywilizacyjne wartości. Potrzebuje Zachodu również jako przeciwwagi dla Chin. Najlepsze dla Moskwy jest balansowanie pomiędzy tymi dwoma biegunami. Rosja na obrzeżach Europy jest bardziej podatna na naciski, wypchnięta poza nawias, stanie się całkowicie zależna od Pekinu. Uderzając na Ukrainę, Putin rozpoczął walkę o miejsce na kontynencie. Zdobyć je może tylko kosztem swoich sąsiadów (w tym i Polski!). Stąd ta wojna.

Stąd też wielkie obawy w Mołdawii, niedużym kraju, pozbawionym ochrony NATO i Unii Europejskiej. Moi znajomi z Kiszyniowa obawiają się, że ich ojczyzna może być kolejnym celem rosyjskiego ataku.

Patrząc z historycznego punktu widzenia, to Rosja była ważną, wręcz podstawową częścią panującego na kontynencie ładu wtedy, gdy obejmowała tereny Europy Środkowo-Wschodniej. To cały XIX wiek, aż po pierwszą wojnę światową. Gdy przez odradzającą się Polskę, w wyniku wojny 1920 roku, została odrzucona daleko na wschód, to wypadła poza margines europejskiego układu sił i współpracy. Wróciła do niego w 1939 roku, zajmując wschodnią część II Rzeczpospolitej. To prosta zależność. Rosja odsunięta gdzieś w okolice granicy Rzeczpospolitej Obojga Narodów gwałtownie traci na znaczeniu. Rosja ulokowana nad Bugiem i Wisłą staje się ważną częścią europejskiego ładu, współtworzy go i uczestniczy w rządzeniu kontynentem. Wtedy staje się najważniejszym partnerem Niemiec i Francji. O to właśnie gra Moskwa!

Mamy więc motyw. Potrzebna była jeszcze sposobność. Tę zapewniły pieniądze z Zachodu. I tu wracamy do „choroby holenderskiej”. W jej wyniku pojawia się nie tylko regres gospodarczy. Kolejnym skutkiem może być nadzwyczaj optymistyczne szacowanie swoich możliwości. Mam pieniądze, łatwo mi przychodzą, więc porywam się na rzeczy kosztowne, z fantazją, na granicy możliwości. Jeśli się nie uda i wszystko stracę, to nic, przecież ropa i gaz przyniesie kolejne fundusze. Na tej zasadzie Emiraty Arabskie budują Dubaj, a Rosja rozpoczyna wojnę. Duża kasa dała Kremlowi duże możliwości. Każda importowana baryłka ropy, każdy wagon węgla, przybliżał Putina do wojny. Łatwo zarobione pieniądze przyniosły tragiczne skutki. Dla Ukrainy, ale i dla Rosji.

Zobacz też: Ukraina

Co z turystyką?

Wojna zawsze zastaje nas w trakcie czegoś. W trakcie nauki, rozwoju firmy, budowy domu, koszenia trawy, skręcania mebli lub wybierania sali weselnej. W moim przypadku to głównie praca. Wycieczki zostały zaplanowane pół roku wcześniej. W obecnej sytuacji, coraz bardziej realnym staje się pytanie o to, czy czas oraz pieniądze poświęcone na rezerwowanie biletów lotniczych, hoteli, reklamę i sprzedaż oferty, nie pójdą na marne? Czy nie powtórzy się historia sprzed dwóch lat? (Na ten temat zobacz artykuł: Pół roku pracy za darmo). Grupy już prawie zebrane, w niektórych brak wolnych miejsc, ale czy wyjazdy będą mogły się odbyć?! Czy polecą? Na przykład Mołdawia przewidziana na początek maja.

Sercem z Ukrainą!

Jestem w kontakcie ze znajomymi z Kiszyniowa. Boją się. Są przekonani, że ich kraj będzie kolejnym celem ataku. Obawa jest o tyle zasadna, że Mołdawia byłaby stosunkowo łatwym łupem. Kraj niewielki i słabo uzbrojony, a do tego ze sporą prorosyjską mniejszością. Ponadto nie jest w NATO, ani w Unii Europejskiej. I ma Naddniestrze, czyli separatystyczną republikę, oderwaną od Mołdawii w wyniku wojny na początku lat 90. XX wieku. W Naddniestrzu stacjonują rosyjskie wojska. Do tej pory było to całkiem sympatyczne miejsce, odwiedzaliśmy je w ramach wycieczek do Mołdawii, ale jak będzie teraz? Jak zachowają się obywatele tego pseudopaństwa? Czy rosyjscy żołnierze z Naddniestrza odegrają jakąś rolę w wojnie z Ukrainą?! Jest ich tam niewielu, ale teoretycznie mogliby uderzyć od zachodu, otwierając kolejny front. Zobacz artykuł: Naddniestrze – Lenin w Tyraspolu.

Naddniestrze, pomnik Lenina w Tyraspolu

Na razie zamknięto lotnisko w Kiszyniowie. Bo leży blisko Ukrainy i jeszcze bliżej Naddniestrza. Bo nie wiadomo co może się wydarzyć. LOT skasował połączenia do końca marca. Wprowadzono stan wyjątkowy, który ma zapobiec prorosyjskim demonstracjom i ewentualnym rozruchom na tym tle. Wszystko działa niby normalnie, hotele, restauracje i rewelacyjne największe na świecie piwnice z winem są otwarte, ale zamiast przyjmować turystów, kwaterują uchodźców z Ukrainy i wydają im posiłki.

Turyście pytają też o Gruzję. Tradycyjnie mamy sporo wycieczek. Pierwsze przewidziane na koniec kwietnia. Kolejne w maju i w czerwcu. Niektórzy dzwonią i piszą maile z pytaniami czy wyjazdy dojdą do skutku. W tym przypadku, przynajmniej na dziś, nie ma żadnych wątpliwości. Wszystko zgodnie z planem. Gruzja nie graniczy z Ukrainą. Tam nie ma żadnych problemów. Samoloty oczywiście polecą bezpieczną trasą, nad Turcją. Zobacz: Gruzja i Armenia. Informacje w związku z sytuacją na Ukrainie.

Ukraińska restauracja w Tyraspolu, Naddniestrze

Podobnie z innymi wyjazdami na Wschód, z Uzbekistanem czy Armenią. Wydaje się, że nie ma też przeszkód, żeby poleciały wycieczki do Emiratów Arabskich i Libanu.

Pod jednym z naszych postów na Facebooku ktoś napisał: „Ja nie wiem jak w takiej sytuacji można podróżować…”. Dostał sporo polubieni. Myślę, że podróżować można tak samo, jak wykłada się towar na sklepowe półki czy zawiązuje krawat idąc do pracy w korporacji albo w urzędzie. Taki zawód. Tak zarabiamy na życie i od tego, co zarobimy płacimy podatki. Co niby mielibyśmy zrobić, odwołać wszystkie wycieczki?! A co ze spektaklami teatralnymi, wystawami, koncertami i weselami? Też odwołać?! Rolnik ma nie zasiać pola, a pisarz nie wydać książki?!

Mołdawia, twierdza w Sorokach, na granicy z Ukrainą

Rozumiem, że entuzjazm może być mniejszy i  radość nie ta. Bo przecież wojna! Ale z drugiej strony, kto wie ile jeszcze wycieczek przed nami?! Wydawało się, że czas pokoju, dobrobytu i wzrostu będzie już zawsze, że zawsze będą otwarte granice. Tymczasem… wszyscy widzimy co się dzieje. Może więc właśnie, to jest najlepszy czas, by pojechać?! Teraz! Bo przyszłość różnie może się ułożyć.

Zobacz też: Ukraina oraz Parapaństwa: Naddniestrze, Górski Karabach…

Walencja

Nie tak popularna jak Madryt i Barcelona, ale na pewno nie mniej atrakcyjna. Mnie przypadła do gustu nawet bardziej. Urzekła architekturą, zarówno zabytkową, jak i współczesną. Ma piękną plażę i lokalny klimat, czyli coś, co zdefiniować trudno, ale jeśli już to coś jest, to stanowi spory turystyczny atut.

Plac przy Mercado Central. Do Mercado zajrzeć należy koniecznie!

Wybraliśmy się tam w ramach ferii. Szukając pomysłu na zimowe kanikuły, przypomniałem sobie, że o Walencji myśleliśmy latem, ale wtedy zwyciężył Madryt. Teraz wyszła wycieczka złożona z dwóch członów, najpierw kilka dni w Krakowie, później weekend na południu Hiszpanii.

Urzekająca architektura Walencji

Atuty

Niedrogie połączenia lotnicze z Krakowa. Bilety w Ryanerze można było kupić już za kilkadziesiąt złotych. Oczywiście wszystko zależy od terminu, tydzień później ten sam bilet może być dziesięć razy droższy.

Widokówki z Walencji

Pogoda. Słonecznie i wiosennie. Przeskoczyliśmy z polskiego plus dwa, na hiszpańskie plus dwadzieścia. Czułem się jak u nas pod koniec kwietnia, mam wrażenie, że wyprzedziliśmy wiosnę o jakieś dwa i pół miesiąca. Stoliki kawiarni i restauracji ustawione na zewnątrz, wieczorami mnóstwo ludzi. Niemal wakacyjna atmosfera.

Ciudad de Las Artes Las Ciencias (pol. Miasteczko Sztuki i Nauki). Na głównym zdjęciu wyżej ten sam obiekt nocą

Kuchnia. Kto zna i lubi Hiszpanię, ten wie i rozumie. Tym razem zabieram ze sobą smak kalmarów, były świetne, jedne z najlepszych, jakie jadłem. W przypadku Walencji wspomnieć należy oczywiście o paelli. O tej miejscowej, z mięsem i z fasolą. I o tym, że sama potrawa właśnie z tego regionu Hiszpanii się wywodzi, bo pojawić się mogła dopiero, gdy Maurowie przywieźli tu ryż.

Warto też podpowiedzieć, że o tej porze roku miejsce to zachwyci miłośników owoców, bo za niewielkie pieniądze zjemy świeże i pyszne papaje, mango czy truskawki. A drzewa obsypane są dojrzewającymi właśnie mandarynkami i cytrynami.

Plaza de la Virgen katedra, z prawej strony katedra. 4 lutego. Na zdjęciu nasze worki turystyczne

Zwiedzanie. Miasto jest piękne. Na tyle, że już samo spacerowanie po ulicach jest wielką przyjemnością. Śliczne, odnowione i zadbane kamienice w połączeniu z zielenią palm i bananowców sprawiają bardzo przyjemne wrażenie. Jest czysto i ładnie, od chodników po dachy domów, widać rękę gospodarza. Wygląda to tak, jakby Walencja brała udział w konkursie na najbardziej zadbane i wypieszczone miasto świata.

Palmiarnia (L’Umbracle), jeden z obiektów zespołu Ciudad de Las Artes Las Ciencias

Architektura jest zdecydowanie mocną stroną Walencji. Od tej zabytkowej, z której mamy piękne przykłady obiektów w stylu romańskim, gotyckim i barokowym, po współczesną, ze słynnym futurystycznym kompleksem Ciudad de Las Artes y Las Ciencias na czele. To ostatnie jest rewelacyjnym przykładem tego, jak ambitną i przemyślaną inwestycją architektoniczną można ponieść atrakcyjność miasta. Wielkie uznanie dla włodarzy, że się na coś takiego porwali. Przy tej okazji po raz kolejny wypada wyrazić żal, że w Polsce podobnych działań niemal nie uświadczymy.

Największe w Europie oceanarium. Wielka atrakcja dla rodzin z dziećmi

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga. Zespół Ciudad de Las Artes y Las Ciencias trzeba zobaczyć minimum dwa razy. W dzień i po zachodzie słońca, kiedy jest oświetlone. Naprawdę warto!

Zobacz też: Puerta del Sol

Albania Edwarda Maliszewskiego

Dzięki uprzejmości pani Hanny Łukasik-Ciężkiej trafiła do mnie wyjątkowa książka, wydana w Warszawie w 1913 roku, nakładem Księgarni Wincentego Jakowickiego, „Albania” Edwarda Maliszewskiego. Niewielka, licząca sobie sześćdziesiąt kilka stron praca, zawiera czarno-białe ilustracje i mapę zachodniej części Bałkanów.

Strona tytułowa

Ze wzruszeniem przewracałem pożółkłe stronice, w pierwszej kolejności szukając w treści tego, co już wiem, co przeczytałem w książkach o sto lat późniejszych, co widziałem na własne oczy nie raz odwiedzając Albanię. Pięknie jest, gdy można dobrze znane miejsca znaleźć w publikacji sprzed wieku, gdy można porównać, dostrzec zmiany, popatrzeć na lubiany kraj oczami ludzi z początku XX stulecia.

Edward Wacław Maliszewski (urodzony w Warszawie w 1875 roku) to dziennikarz, historyk i etnograf. Wśród jego prac znajdujemy publikacje o Białorusi, Czarnogórze, Polakach na Litwie, Śląsku i Pomorzu. Zmarł w 1928 roku, pochowany został na warszawskich Powązkach.

Zobacz blog w całości poświęcony Albanii.

Cerkiew w Gracanicy

Na samym początku publikacji autor wyjaśnia powody, dla których zajął się akurat tym tematem:

„Kraj, na który obecnie ma zwrócone oczy cała Europa, był do ostatnich czasów jednym z najgłuchszych, najbardziej zamkniętych, najmniej znanych zakątków naszej części świata” (s.7).

Spis treści

Książka ukazała się w 1913 roku, chodzi więc o pierwszą wojnę bałkańską, w wyniku której na mapie Europy pojawiła się Albania. Bałkany Zachodnie koncentrowały wówczas uwagę światowej opinii publicznej i jak wiadomo, to właśnie wydarzenia z tego regionu doprowadziły niebawem do wybuchu I wojny światowej.

Mapa Bałkanów Zachodnich

Pisząc o granicach nowopowstałej Albanii autor zwraca uwagę na trudności w ich wyznaczeniu, o tym, że „w okręgach Ipeku, Djakowy, Prizrenu i Skoplij [pisownia oryginalna] Albańczycy są tak zmieszani z Serbami, że przeprowadzenie w nich granicy etnograficznej między obu narodowościami jest absolutnym niepodobieństwem” (s.8). Cały rozdział poświęcony jest „pograniczu albańsko-serbskiemu”, w którym od razu trafiamy na fotografie rynku w Prizrenie i ulicy w Prisztinie. Miasta te dobrze znają nasi turyści, bo znajdują się one na trasie wycieczki Alabnia i Kosowo, podobnie jak i Gracanica, z której piękna, średniowieczna cerkiew również znalazła się w tej książce (s.51).

Wiele w niej smaczków, o których i dziś, przewodnicy opowiadają uczestnikom wycieczek. Na przykład w rozdziale „Mieszkańcy, język, wyznanie” pojawia się taki fragment:

„Albańczycy są stale uzbrojeni od stóp aż do głów i nader chętnie przy najmniejszych nieporozumieniach uciekają się do broni. Każde jednak zabójstwo musi być pomszczone. Rodzina zabitego jest do tego wprost zobowiązana przez zwyczaj miejscowy. Jeżeli się nie ma możności pomszczenia na samym zabójcy, wówczas zabija się jego ojca, syna, brata lub krewniaka” (s.17).

Nasz film o Albanii:

Lektura tej książki, przed ponad wiekiem opublikowanej, każdemu bliżej zainteresowanemu Albanią, sprawić musi niemałą przyjemność. Tak też było i w moim przypadku.

Zobacz też: Albania to nie Afganistan!

Edward Maliszewski, Albania, Warszawa 1913. Nakładem księgarni Wincentego Jakowickiego. Drukiem Piotra Laskauera.

Wycieczka Albania i Kosowo

Ukraina

Od tygodni obserwujemy gromadzenie rosyjskiego wojska wokół Ukrainy. Rośnie napięcie, piętrzą się dywagacje. Wejdą czy nie wejdą, a jeśli tak, to kiedy?! Dziś, 20 stycznia, kiedy piszę ten tekst, rosyjska agresja wydaje się bardzo prawdopodobna. Moskwa na Białoruś ściąga jednostki z drugiego końca kraju, znad granicy z Chinami. Dzięki temu będą mogli oskrzydlić Ukrainę. Kijów może być zaatakowany z trzech stron, niezagrożona pozostaje tylko zachodnia granica.

Rynki chyba również uwierzyły w wojnę. Spada kurs rubla, inwestorzy wycofują się z Rosji. Odbija się to również w Polsce, rosną ceny złota i srebra, znowu drożeje dolar. Jeśli rozpocznie się konflikt, osłabienie naszej waluty będzie jeszcze bardziej widoczne, co oczywiście odbije się na cenach zagranicznych wyjazdów.

Ukraińskie okno

Rosyjskie siły z Białorusi mogą zaatakować północ Ukrainy, mogą też uderzyć na Polskę. Grodno z Białegostoku oddalone jest zaledwie o 80 km! Atak z tamtego kierunku postępowałby zapewne na linii Sokółka – Białystok, bo w tych dwóch miastach mamy duże i strategiczne węzły kolejowe. A następnie trasą na Warszawę, gdzie pierwszym realnym punktem oporu mogłaby być rzeka Narew, o szerokiej i podmokłej dolinie, niełatwej do sforsowania przez oddziały wyposażone w ciężki sprzęt. W tym sensie patrzę na otoczenie mojego domu, jak na potencjalny teren walki. Gdy rozmawiam ze znajomymi, to odnoszę wrażenie, że nikt jeszcze nie myśli o tym, jak o czymś naprawdę realnym, ale po ewentualnej agresji na Ukrainę, to się szybko zmieni. Wtedy jasnym się stanie, że tak, jak po Gruzji przyszedł czas na Ukrainę, tak po Ukrainie wojna zapuka nam do okien. A przynajmniej, naprawdę na serio należy brać to pod uwagę.

Dniestr, granica mołdawsko-ukraińska. Widok na Ukrainę z twierdzy w Sorokach

Inaczej zapewne patrzą na to mieszkańcy Szczecina czy Wrocławia… Oni poza Narwią mają jeszcze zaporę w postaci Bugu i Wisły. Nas od Białorusi (dziś czytaj: Rosji) nie oddziela żadna rzeka. Obecna granica jest granicą sztuczną. Białystok i Grodno to jedna i ta sama ziemia, zawsze były w tym samym organizmie politycznym, najpierw w Wielkim Księstwie Litewskim, później w zaborze rosyjskim, następnie w województwie białostockim II Rzeczpospolitej. Jak będzie w przyszłości?!

Znając dobrze wydarzenia z przeszłości porównuję Ukrainę z Gruzją. Latem 2008 roku wybuchła krótka, pięciodniowa wojna. Jej głównym celem było skompromitowanie rządu w Tbilisi, a tym samym zablokowanie gruzińskiej drogi do NATO i Unii Europejskiej. Putin miał też cele poboczne, wśród nich między innymi wzięcie odwetu za uznanie niepodległości Kosowa. W sensie militarnym każde zwycięstwo było sukcesem. Wariant minimum to wprowadzenie na stałe rosyjskich wojsk do Abchazji i Osetii Południowej. Wariant maksimum to zajęcie całej Gruzji, może zamontowanie w Tbilisi prorosyjskiego rządu. Część się udała, część nie (na skutek interwencji Zachodu, między innymi Polski). Teraz może być podobnie. Moskwa posunie się tak daleko, jak okoliczności jej na to pozwolą, ale z całą pewnością ma jakiś cel minimum, który uzna za satysfakcjonujący.

odessa_opera_krzysztof_matys

Odessa, gmach opery

Na zakończenie warto wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Otóż wojna rosyjsko-gruzińska wybuchła, gdy rozpoczynały się igrzyska olimpijskie w Pekinie. Między innymi ten fakt świadczył na niekorzyść Gruzji, bowiem przywódcy państw udali się do Chin, media skupione były na święcie sportu, opinia światowa nie miała głowy do jakiegoś tam konfliktu na niewielkim skrawku Kaukazu.

Mamy zatem jeszcze jedno podobieństwo między sytuacją z lata 2008 roku, a tym co dzieje się obecnie. Niebawem igrzyska znowu zawitają do Państwa Środka. Tym razem rywalizować będą sportowcy dyscyplin zimowych. Czy to jest ten moment, którego obawiać się należy najmocniej?!

Zobacz też: Ukraińska Besarabia oraz Naddniestrze – parapaństwo pomiędzy Ukrainą i Mołdawią.

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Matys

11 września 2001 roku

Tego dnia byłem w drodze. Odwoziłem grupę turystów. Z Kairu do Sharm el-Sheikh to około siedmiu czy ośmiu godzin w autokarze. Po drodze przystanek nad Kanałem Sueskim. Gdy stanąć na pustyni, w pewnym oddaleniu od wody, to kanału nie widać. Wielkie kontenerowce wyglądają tak, jakby sunęły po piasku.

Autor pod piramidami w Gizie, około roku 2001

Do Sharmu przyjechaliśmy późnym popołudniem. Kwaterując turystów w hotelu jednym okiem spoglądałem na telewizor. Co to za film? – Spytałem recepcjonistę. To nie film – odpowiedział nie przerywając wydawania kluczy – To się naprawdę zdarzyło! Spojrzałem uważniej. Samolot wbijał się w wielki biurowiec. Tak dowiedziałem się o ataku na Word Trade Center.

Wieczór spędziłem w służbowym mieszkaniu. Razem z kilkoma pracownikami miejscowego biura. Egipcjanie, koledzy z pracy. Mniej więcej w moim wieku, młodzi ludzie, tuż po studiach. Siedzieliśmy przed ekranem telewizora wsłuchując się w komunikaty płynące z paru kanałów informacyjnych. Rozmawialiśmy. Jeden ze współlokatorów świętował. Nie krył radości z faktu, że „Ameryka wreszcie dostała za swoje”. Obok mnie siedział sympatyk terrorystów, mój kolega.

Hotel w Sharm el-Sheikh

Miałem kilka godzin na odpoczynek. W nocy łapałem miejscowy pekaes i wracałem do Kairu. Około dziesiątej rano pod Muzeum Egipskim musiałem odebrać nową wycieczkę. Przyjechałem kilka godzin za wcześnie. Spędziłem je w jednej z kawiarń przy placu Tahrir, popijając mocną i słodką herbatę. W oparach dymu fajki wodnej witałem nowy dzień, pierwszy po 11 września. Już wtedy jasnym było, że data ta na trwale zapisze się w historii świata.

Młody, poczatkujący pilot wycieczek przywiózł grupę turystów z Hurgady. Miałem oprowadzić ich po Kairze. Pamiętam wystraszonych ludzi. Esemesami (internetu w telefonach jeszcze nie było) dostali z Polski pierwsze informacje o Osamie bin Ladenie. Muzułmanie uderzyli w zachodnią cywilizację. Niebezpiecznie jest tam, gdzie jest islam. Tak to można było zrozumieć. A byliśmy w Egipcie, kraju przesiąkniętym religią, w dwudziestomilionowym Kairze, gdzie w każdym miejscu, pięć razy dziennie usłyszysz wezwanie muezina. Bali się na zapas, zupełnie niepotrzebnie, ale się bali.

Sprzedawca pamiątek w Asuanie. Południowy Egipt

Wycieczka się udała. Zwiedzaliśmy bez przeszkód. Tłumaczyłem, że jeśli gdzieś teraz jest bezpiecznie, to właśnie w Egipcie, bo tutejszy reżim postawił właśnie na nogi całą tajną policję i wszystkie możliwe służby. Turyści byli dobrze pilnowani.

Wróciłem do Hurgady i zabrałem grupę na kilkudniowy rejs po Nilu. Ci, którzy wcześniej przylecieli do Egiptu, zwiedzali jeszcze w miarę normalnie, korzystając z uroków wakacji, ale jasnym już było, że turystyka zaraz się zatrzyma. Siła telewizyjnego przekazu była porażająca. Sprzedaż stanęła.

Egipska ulica w tamtym czasie

Świat bał się samolotów. Turyści bali się Egiptu. Hurgada szybko się wyludniła. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego, tak przygnębiająco pustych ulic! Na kilka miesięcy straciliśmy pracę, i ja, i mój kolega cieszący się z upokorzenia Ameryki. Do Egiptu wróciłem dopiero w styczniu, razem z pierwszymi turystami.

Tekst ten jest fragmentem nowej książki. Książka nie ma jeszcze tytułu, ale się pisze 🙂 , wydanie planowane jest na rok 2022. Będzie to kontynuacja książki „O podróżowaniu”.

Zobacz też: Egipt po raz pierwszy.

Strona 1 z 37

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén