Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: turystyka (Strona 1 z 5)

Rok w turystyce

Jest lipiec i właśnie przyszedł mi do głowy pomysł na ten artykuł. Pewnie lepiej byłoby przysiąść do niego w grudniu lub styczniu, żeby podsumować stary rok i zaplanować nowy, ale trudno, jest jak jest, zrobię to w środku lata. Zresztą, nie jestem odosobniony. Kilka dni temu weszła w życie nowa ustawa o usługach turystycznych, z dniem 1 lipca zmieniając reguły gry i zasady relacji biura podróży z klientem. W szczycie sezonu! Wiadomo powszechnie, że przykład idzie z góry, więc czuję się usprawiedliwiony. Skoro majestat państwa może, to i ja spróbuję.

Indie, jeden z całorocznych kierunków. Na zdjęciu poranek w Waranasi.

Łatwo pisać właśnie teraz, ponieważ turystyczny rok jest przewidywalny. Z góry wiadomo, co będzie. Tylko jakieś nadzwyczajne okoliczności mogłyby zakłócić prawidłowości, do których zdążyliśmy przywyknąć. Jak więc wygląda powtarzany od lat schemat? Otóż:

Zima. Narzekanie na pogodę i wzdychanie do lata. Czekanie na wakacje, na słońce i na urlop. Pierwsze pytania o ceny, o first minute i jak zwykle: „dlaczego tak drogo?”. A może w last minute będzie taniej? Mnóstwo pytań. Jaką strategię wybrać, kupić teraz czy czekać do ostatniej chwili? Zaryzykować urlop nad polskim morzem czy raczej postawić na ciepłe kraje? W prasie branżowej doniesienia z przedsprzedaży,  informacje o tym, jakie kierunki mają powodzenie i jak kształtują się trendy. W międzyczasie ferie, trochę nart, nieco wycieczek egzotycznych, ale generalnie, w turystyce zima jest po to, żeby czekać na lato.

Turystyczna zima potrzebuje śniegu. Na zdjęciu meczet w Kruszynianach.

Wiosna. Z pozoru niemrawa, zanurzona jeszcze w zimowym nastroju, na poły śpiąca, ale już wiadomo, że zaraz wybuchnie sezonem na wycieczki. Pierwszym symptomem są obrazki na Instagramie. Jeśli nagle tysiącami pojawią się zdjęcia krokusów z Doliny Chochołowskiej, to znaczy, że już się zaczęło i zaraz wiosna uderzy z pełną mocą. Apogeum będzie stanowił weekend majowy. Brutalnie i bez żadnych ceregieli wyrwie turystów z zimowego snu. Informacje o tym, że zbliża się ten szczególny moment pojawią wszędzie, od telewizji po ulotki osiedlowego sklepu. W gazetach i w internecie uwagę przyciągać będą porady, pomysły i rankingi. Dokąd pojechać, gdzie warto, co wybrać, z kim, za ile i dlaczego. Generalnie artykuły te mają pomóc w jak najlepszym zaplanowaniu majówki. Tyle, że akurat to, dawno już zostało zaplanowane. Siła popytu jest tak wielka, że samoloty i hotele trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. W przypadku niektórych kierunków robimy to nawet rok wcześniej. Tak więc porady czytane w kwietniu mogą się przydać, i owszem, ale w zaplanowaniu majówki na przyszły rok. Nie udało się teraz, za późno się obudziliśmy? Zabrakło miejsc albo ceny szaleńczo poszły w górę? Nic to, zaraz przyjdą wakacje, a z nimi kolejne turystyczne wyzwania. Będzie okazja, żeby się zrehabilitować i w porę zrobić rezerwację.

Wiosna w Armenii. Świątynia w Garni.

W międzyczasie, od początku maja do końca czerwca też można podziałać. Kwitnie turystyka wewnętrzna, jest to sezon na wycieczki szkolne, weekendowe wyjazdy integracyjne, ogniska, imprezy i zwiedzanie. Od Bałtyku po Tatry. Dobry czas na wszelkiego rodzaju autokarowe wypady, również do krajów sąsiednich. Są momenty, że brakuje pilotów wycieczek, autokarów i miejsc w hotelach.

Lato. Wakacyjny terror w pełni. Chcesz czy nie, czujesz się przymuszony, trzeba gdzieś wyjechać. Nawet jeśli nie masz ochoty, bo po prostu lubisz pracę albo nie jesteś zmęczony. Nieważne, atmosfera taka, że wstyd się przyznać, iż chciałoby się inaczej. Mus to mus, więc zaczyna się nerwówka. Co wybrać, jaki kierunek, hotel ten czy inny? Już rezerwować czy poczekać jeszcze kilka dni w nadziei, że ceny spadną?! Turystyka i stres, są jak siostra i brat, żyć bez siebie nie mogą. Ile to trzeba się nadenerwować, żeby dobrze wybrać i zdążyć z rezerwacją!

Latem rządzi plaża. Albania, Durres.

Lipiec to jeszcze pół biedy, jakoś tam się pracuje i można urlop odkładać na drugą część lata, ale sierpień jest miesiącem bezwzględnym. Nielubiący wakacji są bez szans. W polityce nudy, w telewizji też, w radiu ulubione audycje spadły z anteny. Miasta wyludnione, znajomi powyjeżdżali i bombardują zdjęciami na Facebooku. Wcześniej nie posądzałbyś siebie o takie tendencje, ale pod ich wpływem zaczynasz zazdrościć. Może więc jednak pojechać? I też wrzucać fotki?

W gazetach lekkie tematy, wakacyjne, na plażę. Redakcje kombinują, żeby były w klimacie, więc podobnie, jak przed weekendem majowym, mamy wysyp artykułów o turystyce. Polak na wczasach, plusy i minusy Bałtyku, najlepsze plaże, śmieszne sytuacje z pracy pilota wycieczek, letnie romanse, i tak dalej. Rankingi, poradniki i quizy, w których można sprawdzić, jakim kto jest turystą.

Nie ma gdzie uciec, wszędzie wakacyjna atmosfera. Lato ma swoje prawa. Nawet jeśli akurat pada deszcz i jest zimno.

Iran, Persepolis. Najlepsza pora na wycieczkę to kwiecień i październik.

Jesień. Przez jakiś tydzień zastanawiamy się nad tym, czy to już. Trochę niepewności, oglądanie się na pogodę i zaczynające spadać liście. W sumie zimno nie jest, a i kalendarzowo, to jeszcze niby lato. Ale zaraz wszystko się wyjaśni. Życie nabierze większego tempa, miasta utkną w korkach, a dzieci pójdą do szkoły. Wpadniemy w znane, dobrze uformowane koleiny. W radiu znowu zagości ulubiona audycja, a gazety wypełnią się poważniejszymi tematami. Życie wróci do normy. Jasnym więc będzie, że to już jesień.

I w związku z tym pojawi się ona, powakacyjna depresja. Żyć będzie w kawiarnianych rozmowach, na portalach społecznościowych i w medialnych doniesieniach. O tej porze roku temat to obowiązkowy, wręcz idealny na zakończenie urlopowego sezonu. Jest podsumowaniem mijającego lata i wprowadzeniem do tego, co właśnie się zaczyna. Oczywiście, potraktowany zostanie z przesadą, pewnie po to, by nadać mu większe znaczenie. Do depresji przecież jeszcze daleko, mówić można raczej o małym smuteczku, co najwyżej chandrze, ścielącej się jak pierwsze wrześniowe mgły. Zresztą, jak można mieć depresję po udanym urlopie?! Jeśli się wypoczęło (a wakacje po to właśnie są) to do pracy powinno się wracać pełnym energii. Jeśli teraz, na styku lata i jesieni, ktoś pisze o depresji, to chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co będzie w listopadzie! Właśnie ten miesiąc jest wyzwaniem turysty. Powszechnie uważany za najgorszy w roku. Dlatego powodzeniem cieszą się listopadowe wycieczki do egzotycznych krajów. Szuka się miejsc, gdzie świeci słońce i krajobraz zaraża optymizmem.

Co prawda, jak napisano wyżej, to zima jest właśnie po to, żeby planować letni urlop, ale część osób zaczyna już jesienią. W biurach pojawią się pierwsze katalogi z nagłówkiem first minute. Coraz częściej się zdarza, że od razu po powrocie z wycieczki rezerwujemy kolejną, na przyszły rok. Wybór większy i urlop można spokojnie zaplanować. A i czekać wtedy jest na co, bo jeśli wyjazd pięknie się zapowiada, to dłużej można się cieszyć tym, co jeszcze przed nami. Mówiąc krótko, jak ktoś lubi wakacje i wyjazdy, to takie rozwiązanie ma sens, bo nadchodzącym latem cieszyć się można już jesienią.

Zobacz też: Jesień w turystyce.

Nepal, jeden z egzotycznych kierunków na jesień. W tle Annapurna.

Taki jest właśnie turystyczny rok. Od wakacji do wakacji. Od urlopu do urlopu. Szukamy długich weekendów, pięknych wycieczek i najlepszych ofert. Kalendarz jest ważny, a w nim takie daty, jak Boże Narodzenie i sylwester, ferie, Wielkanoc, majówka, 15 sierpnia i 11 listopada, czyli te, które mogą prowokować do wyjazdów. Branża turystyczna z dużym wyprzedzeniem kreuje atrakcje i zachęca, jak tylko może. Jeździmy więc. Według danych Światowej Organizacji Turystyki w 2017 roku w podróż udało się aż 1,322 miliarda osób, o 7 proc. więcej, niż w roku poprzednim.

Autorskie biuro podróży: Krzysztof Matys Travel

Coraz mniejszy świat

Z tematem borykam się od lat. Szukam nowych kierunków. Dla turystów. Biuro podróży musi odświeżać ofertę i przynajmniej raz na jakiś czas zaproponować atrakcyjną nowość. Jest z tym pewien kłopot, bo do dyspozycji mamy coraz mniej niewyeksploatowanych miejsc. Gdzie zabrać wycieczkę? Czym zwrócić uwagę i jak zainteresować rynek? Turyści, którzy dużo jeżdżą, byli już niemal wszędzie, od Nowej Zelandii po Białoruś. Świat zmalał, skurczył się i ma coraz większe trudności z zaspakajaniem podróżniczych potrzeb. Przydałyby się nowe kontynenty, a nawet więcej – nowe planety.

Właśnie to zaprzątało mi głowę, gdy przeciskałem się przez ludzką ciżbę na targach książki. Zaglądam na nie co roku, głównie po to, żeby szybko, w jednym miejscu nabyć pozycje, które wcześniej jakoś umknęły, o których w codziennym zabieganiu po prostu zapomniałem. No i oczywiście, za każdym razem mam nadzieję, że może dostrzegę jakąś perełkę, pozycję, o której nie słyszałem, a która warta jest lektury. Tym razem się udało! Wypatrzyłem ją pośród setek innych publikacji. Właściwie to chyba sama rzuciła mi się w oczy; bardziej ona znalazła mnie, niż ja ją. Książka pięknie wydana, bogata w reprodukcje dawnych map. To Atlas lądów niebyłych Edwarda Brooke-Hittchinga, autora, o którym przeczytałem na okładce, że jest nieuleczalnym mapofilem, synem antykwariusza; mieszka w Londynie wśród zakurzonych starych map oraz książek. Wiele wyjaśnia podtytuł tej pracy: Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów. Chodzi więc o miejsca, których w rzeczywistości nie ma, a które pojawiły się tylko w opisach i opowieściach. Są tam hasła zgoła niesamowite, jak choćby Wewnętrzne Morze Australii, Wyspa Demonów czy Nowa Południowa Grenlandia. Z perspektywy dzisiejszego człowieka, uzbrojonego w wiedzę i narzędzia dwudziestego pierwszego stulecia brzmi to wręcz zabawnie, ale był czas, że traktowano je serio. Wysyłano ekspedycje i wydawano opasłe tomy relacji i świadectw.

Fragment okładki. Dom Wydawniczy „Rebis”.

Cześć z zamieszczonych w tej książce map znana jest dość powszechnie z innych publikacji. Podobnie zresztą, jak i niektóre tematy. Ot, choćby królestwo Księdza Jana, którego fascynującą historię poznaje się przy okazji studiów nad Etiopią. Spora część haseł z indeksu „lądów niebyłych i fantasmagorii” powstała w okresie odkryć geograficznych, jest efektem pomyłek ówczesnych żeglarzy, ale też celowych zmyśleń i przechwałek. Najbliższa nam geograficznie jest opisana w tej książce historia bogatego wyspiarskiego miasta Wineta, utożsamianego z wyspą Wolin.

Tak więc, książka rzuciła mi się w oczy. Nie słyszałem o niej wcześniej, ale nie zastanawiałem się nad kupnem. Nabyłem od razu. Dlaczego? Z uwagi na samą koncepcję książki. A właściwie, to ze względu na sposób, w jaki tę koncepcję odczytałem. Wystarczył mi widok okładki, żeby obudziła się nadzieja, że trafiłem na coś, co może mieć znaczenie dla rozważań nad turystycznym fenomenem kurczącego się świata. To tak, jakbym spotkał kogoś, kto myśli podobnie, kto doszedł do tych samych wniosków. Radość i nadzieja na dodatkowe, inspirujące treści. Tak przywitałem książkę londyńskiego mapofila. Oto miałem przed sobą literaturę faktu, niemalże reportaż, tekst o lądach, ale lądach wyjątkowych – tych, których nie ma. Nie ma, a przecież dobrze by było, gdyby jednak istniały! Co by nam szkodziło mieć drugą Grenlandię, wewnętrzne morze w Australii czy jakiś zapomniany wcześniej kontynent?! Jasne, że byłoby super, gdyby pojawiły się na obowiązującej dziś mapie. Istniałyby i kusiły. Nie, oczywiście nie szukalibyśmy tam złota czy cennych przypraw, jak w epoce kolonialnej. Mielibyśmy po prostu więcej podróżniczych celów. Mielibyśmy pole do popisu, do zaspakajania potrzeb podróży i poznawania świata. Nowe strony w katalogach i nowe programy wycieczek.

Dawno temu nieznane lądy wzbudzały zainteresowanie z powodu marzeń o bogactwie, ze względu na szanse podboju i możliwość tworzenia kolonii. Potrzebne były faktorie, monopole i siłą budowane rynki zbytu. Emocje rozbudzały też fantastyczne opowieści o jednookich stworzeniach przykrywających się własnymi stopami i potworach zamieszkujących odległe morza. A dziś? Dziś potrzebujemy plaż dla turystów i ciekawych obiektów do zwiedzania. Tyle wystarczy.

Czas na wycieczki

Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na wycieczki też. Pojawia się dobry moment, trwa dłużej lub krócej, ale – co ważne – może się nie powtórzyć. Są kraje do których trzeba jechać teraz, bo za rok czy dwa może być już za późno. Zmienia się sytuacja polityczna i wyjazd staje się niemożliwy ze względów bezpieczeństwa (przykład Syrii oraz Libanu) lub odwrotnie – ruch turystyczny rozwija się tak bardzo, że miejsce przekształca się w nieprzyjemny obiekt masowej inwazji.

Tadź Mahal – piękny, ale również bardzo zatłoczony zabytek

Już od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami intensywnego rozwoju światowej turystyki. Obserwujemy olbrzymi wzrost popytu. Na rynek wchodzą kolejne grupy klientów. Duże i zamożne, więc od razu stają się silną konkurencją. Chodzi tu przede wszystkim o bogacących się szybko Azjatów. Przodują oczywiście Chińczycy, ale tuż za nimi są Indusi. Coraz większą siłę nabywczą mają przedstawiciele państw Zatoki Perskiej. Efektem jest wzrost cen oraz coraz większe trudności z potwierdzeniem świadczeń (miejsc w hotelach, biletów lotniczych, etc.). Nam turystom wydaje się czasem, że skoro gdzieś przyjeżdżamy i przywozimy pieniądze, to wyświadczamy miejscowym wielką uprzejmość, za co mamy prawo liczyć na specjalne względy. Tymczasem, zdradzając nieco z turystycznej kuchni, mogę powiedzieć, że są kraje, w których musimy się mocno postarać, żeby załatwić odpowiednie świadczenia. Zawsze znajdzie się bogatsza grupa z Iranu czy Francji, która przebije nasze ceny i będzie miała pierwszeństwo w hotelu.

Jeśli ktoś był w Chinach dziesięć lat temu i dziś ponownie uda się w te same miejsca, to nie pozna kraju. Tak się zmieniło! Przede wszystkim w wyniku nieprawdopodobnego wręcz rozwoju ruchu wewnętrznego. Chińczycy zwiedzają swój kraj. Wzrost ten wymusił zmiany w infrastrukturze. Kiedyś autobus podwoził pod sam zabytek, teraz wysiada się na oddalonym parkingu i w stronę obiektu podąża się kolejką, meleksem lub innym środkiem transportu, bo na spacer to zbyt duża odległość. Szerokim łukiem omijać należy tamtejsze święta i długi weekendy, bo ceny w hotelach rosną bardzo wyraźnie, a na co dzień zatłoczone miejsca stają się jeszcze bardziej niedostępne.

Nepal. Lubimy kraje, które nie stały się jeszcze obiektem turystyki masowej

Izrael w 2017 roku. Tłumy, dużo pielgrzymek, również z bardziej odległych regionów, w tym z Ameryki Południowej. Wielogodzinne oczekiwanie w kolejkach do najważniejszych miejsc, Groty Narodzenia w Betlejem i Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Pomijając dyskomfort przeciskania się w nieprzebranej ludzkiej ciżbie, wymusza to również zmiany w harmonogramie wycieczki, ponieważ w tym samym czasie da się zobaczyć mniej. Dlatego też, jeśli tylko można, wydłuża się czas aktywności, rozpoczynając wycieczkę wczesnym rankiem.

Często posługuję się przykładem Gruzji. Dziesięć lat temu kraj był niedoceniany, jeździło tam niewielu turystów, ledwie coś około 300 tys. rocznie. Na miejscu zastawali zupełnie niesamowity klimat kaukaskiej gościnności, spontanicznych Gruzinów zapraszających do domów, częstujących winem. Istne szaleństwo. Z punktu widzenia turysty bardzo przyjemne. A dziś, gdy w ciągu roku przyjeżdża około 6 mln turystów? Coś tam jeszcze na szczęście zostało z dawnej atmosfery, ale szczerze powiedziawszy niewiele. Zmiany wymusiła masowa turystyka. Kto wie, gdzie i jak szukać, jeszcze znajdzie, ale olbrzymia większość turystów odwiedzających Tbilisi nawet nie otrze się o największe atrakcje. Będą pić wino z butelek, takie samo, jak te, które kupić można w polskich supermarketach i jeść coś, co udaje gruzińską tradycyjną kuchnię. Komercja i łatwizna. Tak to już jest, naturalna konsekwencja, na którą nie ma co się gniewać. Po prostu najlepiej jeździć wtedy, kiedy kraj nie jest jeszcze zbyt popularny.

Gruzja, Swanetia – piękna jak zawsze!

Przyglądam się temu, co dzieje się nad Bajkałem. Latem, w szczycie sezonu, tłumy. Dlatego z premedytacją wolimy pojechać tam nieco później, we wrześniu. Pogoda wtedy sprzyja zwiedzaniu, a ludzi jest znacznie mniej. Kto dominuje nad Bajkałem? Ze względu na niewielką odległość, oczywiście Chińczycy. Zabrakło hoteli, więc budują swoje.

Odpowiedni czas to jeden z głównych motywatorów wyjazdów na Kubę. Boom zaczął się kilka lat temu. Turyści chcieli „teraz, zanim tam się jeszcze nie zmieniło”. Temat to nieco kontrowersyjny, wiele można by na ten temat powiedzieć. Więcej o tym w artykule: Kuba, relacja osobista.

Bajkał. Ważne, żeby wybrać dobry termin

Oto moja krótka lista krajów. Na razie tłoku tam nie ma, ale można zaryzykować stwierdzenie, że to się zmieni. Zbyt są atrakcyjne te miejsca, by miały tkwić na liście krajów najrzadziej odwiedzanych. (Potwierdza to przykład Albanii. Jeszcze nie tak dawno pisałem, że to region niedoceniany, że ludzie ciągle się boją i nie wiedzą po co tam jechać – zobacz: Albania to nie Afganistan. Wystarczyły trzy lata i Albania stała się hitem. W tym roku będą tam już tłumy. Zjawisko to dotyczy zresztą większej części regionu, więcej na ten temat w artykule: Biura podróży stawiają na Bałkany).

Mołdawia

Kraj zapomniany. Przez lata borykał się ze swoimi programami, nie było pieniędzy na promocję i rozwój. W efekcie długo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w ogóle warto wziąć go pod uwagę. A tymczasem ma niezaprzeczalne atuty. Wśród nich między innymi: największe na świecie piwnice winne, piękne krajobrazy i wyśmienitą naturalną kuchnię. Dla nas dodatkowo znaczenie może mieć historia, bo teren dzisiejszej Mołdawii, to najdalej wysunięte polskie kresy, które znamy choćby z powieści Sienkiewicza.

Krajobraz Mołdawii. Stare Orhei

Jeden z komentarzy na naszym facebookowym profilu: Wyprawa życia, za nie długo tego już nie będzie, Mołdawia to żywy skansen którego nigdzie nie znajdziecie, polecam (…)!!!! – Włodzimierz Korzeniowski. Wycieczka do Mołdawii

Białoruś

Decydowała polityka i zła opinia na Zachodzie, telewizyjny przekaz straszący Łukaszenką. To, co było minusem można zamienić w atut. Jeśli do tej pory tak mało Polaków odwiedziło Białoruś, to dzięki temu kraj ten ma dziś wielki walor. Jest nim świeżość, atrakcja nieznanego miejsca. I zdaje się, że jest to jeden z mechanizmów szybko wzrastającego zainteresowania Białorusią.

Armenia

Mniej popularna siostra Gruzji. Świat już dostrzegł jej atrakcje, od kilku lat przyjeżdża tam coraz więcej turystów. Z różnych kierunków. Z Francji, Włoch i Hiszpanii, ale też z Iranu i Rosji. W Polsce jeszcze mocno niedoceniana. Znowu, jak w przypadku Mołdawii, zabrakło promocji. Niemal całą kaukaską popularność skonsumowała Gruzja, mądrze reklamowana w Polsce przez ekipę Saakaszwilego. Wielu turystów z naszego kraju popełnia prosty błąd zakładając, że z Kaukazu, to wystarczy odwiedzić Gruzję, że Armenia jest pewnie bardzo podobna i dlatego można ją sobie odpuścić.

Armenia, widok na górę Ararat

Zobacz też: Ranking najmniej popularnych krajów.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć jeszcze o Iranie, który jest tak atrakcyjny, że w sprzyjających warunkach szybko stać się powinien celem masowej turystyki. Trend wzrostowy zaczął się już kilka lat temu, wraz z normalizacją stosunków między rządem w Teheranie, a światem zachodnim. Co prawda po dojściu do władzy Trumpa został nieco osłabiony (patrz na przykład wycofanie się LOT-u z planów bezpośrednich połączeń lotniczych z Warszawy), ale jak będzie dalej, tego nie wiemy. Nawet w perspektywie kilku najbliższych lat rozwój wypadków jest trudny do przewidzenia. Równie możliwa jest destabilizacja sytuacji politycznej, jak i szybki wzrost zainteresowania wycieczkami. Dlatego wizyty w Iranie nie odkładałbym na później. Zobacz też: Iran – notatki z podróży.

Warto też przeczytać: Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach.

Po sezonie

Najbardziej intensywna część roku ma się ku końcowi. Za mną sporo wycieczek. Tych zorganizowanych i tych, które sam poprowadziłem jako pilot i przewodnik. Pracy było tak dużo, że jakoś zapomniałem o blogu. Co nie znaczy, że w ogóle nie powstawały teksty. Kilka pojawiło się w innych miejscach. Ostatnio krótka relacja ze święta wina w Mołdawii, chwilę wcześniej artykuł o Erywaniu. We wrześniu pisałem o Bajkale oraz o ważnej dla wszystkich zainteresowanych Kaukazem książce, czyli o wydanej właśnie „Ali i Nino”.

Bajkał, wyspa Olchon, wrzesień 2017 r.

Bajkał, wyspa Olchon, wrzesień 2017 r.

Czas jednak wrócić do bloga, na którym przez lata działo się najwięcej. Prowadzę go od siedmiu lat. Kawał czasu, dużo tekstów. Niektóre z nich lądowały na stronie głównej Onetu. Dzięki temu poszerzyłem grono znajomych, zrobiłem kilka fajnych rzeczy. Mam więc spory sentyment, ale też chęć, by miejsce żyło i przyciągało czytelników.

Jaki to był sezon? Jak zwykle w naszym biurze, z wielkim udziałem Gruzji – wiele grup, różne programy, na zamówienie, szyte na miarę, firmowe… Sporo też Armenii i Mołdawii. Gorąco polecam te dwa kraje! Ciągle jakoś są niedoceniane, niezbyt popularne, mimo oczywistych atutów. Hitem tego roku okazał się Uzbekistan i wygląda na to, że dalej tak będzie, na weekend majowy przyszłego roku nie mamy już wolnych miejsc! A jeśli można coś przewidywać, to wygląda na to, że będzie to również rok Albanii, tak wielkie jest zainteresowanie tym krajem. Nasze klasyczne, jak najbardziej godne polecenia wycieczki, to również Iran, Chiny i Etiopia. Od kilku lat widzimy wzmożone zainteresowanie Białorusią, tak, jakby Polacy nagle uzmysłowili sobie, że na wycieczki można również tam. Swoją drogą naprawdę warto! Propozycji jest oczywiście więcej, w tym cieszący się uznaniem turystów Bajkał. Pełna oferta jak zwykle na stronie internetowej Krzysztof Matys Travel.

Święto wina w Kiszyniowie, 7 października 2017 r.

Święto wina w Kiszyniowie, 7 października 2017 r.

Organizujemy też coraz więcej wycieczek, integracji i imprez firmowych na Podlasiu. To region Polski do tej pory słabo eksplorowany, mamy więc duże pole do popisu. Zainteresowanych zapraszamy! Czeka piękna przyroda, tradycje wielu kultur i religii, wyśmienita i oryginalna kuchnia oraz bardzo życzliwi ludzie. Kto był, ten wie. Kto nie był, musi spróbować! (Artykuł o turystycznych atrakcjach Polski Wschodniej). Kilkudniowy pobyt na Podlasiu lub Suwalszczyźnie można połączyć z wypadem na Białoruś lub Litwę. (Tu znajduje się przykładowy program: Suwalszczyzna i Litwa). Już teraz zapraszamy też na Sylwestra juliańskiego (13 stycznia!). To wyjątkowa okazja, żeby witać nowy rok po raz drugi!

Kolejne artykuły już wkrótce. Miłej lektury!

Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach

Czas przed wakacjami wzmaga aktywność turystycznych portali. Wśród artykułów, reportaży i porad pojawiają się też specyficzne materiały o charakterze rankingów, zestawień miejsc do odwiedzenia, szczególnie polecanych plaż i tym podobnych wskazówek.

Oto przykład. Jedno miejsce w kraju, które trzeba odwiedzić. Wymyślił to Trip Advisor, wybierali sami turyści w internetowym plebiscycie. Media podchwyciły. Widzę już kolejną publikację na ten temat. Tym razem tygodnik „Polityka” na swojej stronie internetowej. Tytuł zachęca do kliknięcia: Jedna rzecz, którą trzeba zobaczyć w każdym kraju na świecie.

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Materiał w formie mapy. Powiększam ją, by przyjrzeć się najbliższym mi krajom. Cóż tam mamy? Na Białorusi twierdza w Brześciu, w Mołdawii park Stefana Wielkiego, w Gruzji cerkiew św. Trójcy (Gergeti), w Armenii klasztor Geghard. Dość oryginalna interpretacja atrakcji. Szczególnie ta dotycząca Mołdawii. Park, w którym nie ma absolutnie niczego wyjątkowego został uznany za miejsce, które zobaczyć trzeba koniecznie. Chciałbym wiedzieć ile osób oddało taki głos. Mołdawię odwiedza bardzo mało turystów, udział w plebiscycie wzięło rzecz jasna jeszcze mniej. Może była to zupełnie przypadkowa i niereprezentatywna grupa. Bo w jaki inny sposób kawałek zieleni w centrum miasta mógłby wygrać z największymi na świecie piwnicami winnymi (Milestii Mici, 200 km podziemnych sal i korytarzy!) z bardzo malowniczym Starym Orhei lub wywierającą duże wrażenie twierdzą w Sorokach?! Wygląda to tak, jakby zdecydowały głosy turystów, którzy z całego kraju widzieli tylko Kiszyniów. I to ledwie przez chwilę. (Więcej o turystycznych atutach Mołdawii).

Ale w rankingu znajdujemy też atrakcje oczywiste. W Etiopii kute w skale kościoły, w Izraelu stara Jerozolima, w Jordanii Petra, w Iranie Persepolis, a w Peru Machu Picchu. Trafione, trudno polemizować z takim wyborem. Nawet jeśli mielibyśmy typy alternatywne, to te ogłoszone przez Trip Advisor z pewnością się obronią. Mają mocne uzasadnienie.

Ciekawie jest w Polsce. Napisano „Main Market Squere”. Ale gdzie? Tego Trip Advisor już nie wyjaśnia. Zakładam, że w Krakowie. Dlaczego właśnie tam? Ze względu na popularność Krakowa, na powodzenie jakim cieszy się wśród zagranicznych turystów. Wielu z nich odwiedza tylko to miasto. Niektórzy zobaczą jeszcze Wieliczkę i Oświęcim. I niewiele więcej. Zapewne właśnie stąd ten wybór.

Plaża w Varadero

Plaża w Varadero

Dyskusyjne jest samo założenie leżące u podstaw zestawienia – jedna atrakcja na cały kraj. Jedno miejsce na wielką Rosję. (To cerkiew Zbawiciela na Krwi w Petersburgu. Przyznać trzeba, że w tym przypadku internauci zagłosowali nieco pod prąd, spodziewałbym się raczej moskiewskiego Kremla, Placu Czerwonego lub Soboru Wasyla Błogosławionego, ale może po prostu wśród głosujących więcej było miłośników Petersburga). W olbrzymich i pełnych atrakcji Indiach tylko Tadź Mahal, a w Chinach Wielki Mur. Ileż wyśmienitych zabytków i wielkich atrakcji trzeba pominąć?! W takich przypadkach często stawia się na obiekty-ikony. To tak, jakby ktoś myślał w jakim miejscu zrobić selfie, żeby wszyscy oglądający od razu rozpoznali co to za kraj. Petra, Lalibela, Machu Picchu, Koloseum i Tadź Mahal idealnie się do tego nadają.

Dalej przeglądam mapę. Kuba. Padło na plaże Varadero. A więc nie stara Hawana, nie Baracoa, Santiago de Cuba czy Pinar del Rio. Nawet nie wieczór w którymś z klubów w stylu Buena Vista Social Club. Wygrały plaże. Przypomnijmy pytanie. Jedno miejsce, jedna atrakcja. W odpowiedzi wskazano na plaże. Dlaczego? Ponieważ właśnie tam realizuje się turystyka masowa, tam trafia najwięcej osób. Nadmorskie kurorty są najbardziej znane. Co wcale nie znaczy, że zasługują na największą uwagę. Bez wizyty w Varadero można poznać Kubę, ale odwiedzając samo Varadero nie ma szans by zrozumieć  fenomen kraju, by go dotknąć i doświadczyć. Otoczone płotami hotele all inclusive nie odzwierciedlają realnej sytuacji w kraju. W przypadku Kuby są raczej jej wypaczeniem. Zobacz też: Kuba. Relacja osobista.

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Czy możemy pokusić się o analizę kryteriów i przesłanek, które zadecydowały o takim, a nie innym wyborze? Wydaje się, że mamy do czynienia z kilkoma rodzajami motywów i okoliczności. Silną i oczywistą grupę stanowią obiekty-ikony aspirujące do roli symbolu danego kraju. W przypadku Indii jest to wspominany wyżej Tadź Mahal. Zasłużenie czy nie, to zupełnie inna sprawa (muzułmański grobowiec w hinduistycznym kraju), ale ważne, że działa kojarząc się jednoznacznie. Zdjęcie zamieścić można na okładce katalogu biura podróży, ale też na opakowaniach indyjskiej herbaty. Po drugie, miejsca cieszące się największym powodzeniem, te, do których trafia najwięcej osób, gdzie lądują samoloty czarterowe. Tak, jak we wspominanym wyżej Varadero, ale plaże wygrywają też na Dominikanie i na Malediwach. Po trzecie, coś nowego i zaskakującego. Ciekawy powiew świeżości, atrakcje, które powstały niedawno, a już zdążyły zająć czołowe miejsce. W tym przypadku może przesądzić siła głosów młodego pokolenia, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie numerem jeden jest Harry Potter Studio Tour. I na koniec, po czwarte, ewidentne pudła, typy przypadkowe, bez żadnego racjonalnego uzasadnienia. Wynikające chyba z nieznajomości kraju. Tak jest choćby z omówionym wyżej przypadkiem parku w Kiszyniowie.

Czemu służą takie rankingi? W pierwszej kolejności korzyści tych, którzy je tworzą. To jedna z form reklamy. Media lubią takie materiały i chętnie je powielają. Czytelnicy też zwracają na nie baczniejszą uwagę. Znam to z praktyki blogowej. Można napisać artykuł o turystycznych atrakcjach danego kraju, ale lepiej nadać mu formę zestawienia, zamkniętej listy pięciu czy dziesięciu miejsc, które trzeba odwiedzić. Ważny jest też tytuł. Klikalność rośnie, gdy nagłówek zachęca: „Dziesięć największych atrakcji” albo „Zobacz koniecznie”. Oczywistym jest, że należy podchodzić do nich ze sporym dystansem. Nie są żadną wyrocznią, ani prawdą objawioną. Zdarza się, że ich autorzy się mylą, a werdykty wprowadzają w błąd. Pamiętajmy też, że takie materiały dyktują wakacyjne mody. Jeśli więc w tym roku będą pisać, że na plażę najlepiej pojechać w to jedno konkretne miejsce, to nie wybierajcie się tam, bo na miejscu zastaniecie tłum ludzi, korki i zawyżone ceny.

Gruzja Gergeti Cminda Sameba Stepancminda Kazbegi

Gruzja, sięgająca chmur cerkiew Cminda Sameba (Gergeti)

Rankingów, zestawień i podpowiedzi jest cała masa. Życia nie starczy, żeby podróżować ich śladem. Na monitorze komputera wyświetlił mi się kolejny: Wybrano 100 najlepszych europejskich miast na wakacyjny wypad. Wśród nich aż 3 polskie. Klikam zatem, żeby się dowiedzieć, jakie to miasta z naszego kraju zasłużyły na ten szczególny przywilej. No i o to właśnie chodzi, żebym kliknął. Wraz ze wzrostem ilości odsłon rosną wpływy z reklam. A, że nie zgodzę się z tym werdyktem, że uznam go za co najmniej dziwny, to już przecież nie ma żadnego znaczenia.

Uważajcie na rankingi! Nie dajcie się im wodzić za nos.

Ciekawiej jest chodzić pod prąd, wybierając mniej popularne kierunki. Takie podejście przynosi większą satysfakcję. To opcja dla koneserów wyjątkowych podróży.

Krzysztof Matys Travel

Turystyka w 2017 roku

Sporo już wiemy o tym, jakie kierunki cieszyć się będą szczególnym powodzeniem. W turystyce masowej zapowiada się kolejny sezon ze zmniejszonym udziałem Turcji, dlatego ponownie zyska Grecja i Hiszpania. Ze względu na setną rocznicę Fatimy oblegana będzie Portugalia. Już od kilku miesięcy da się odczuć wzmożone zainteresowanie hotelami od Lizbony po Porto.

Plaża w Durres

Plaża w Durres

Wypada mieć też nadzieję, że podobnie jak w zeszłym roku, na topie będzie wypoczynek krajowy. Z punktu widzenia polskiej gospodarki korzystne jest, by jak najwięcej osób wybrało wakacje w kraju. Jak zawsze, polecam egzotyczną i bardzo ciekawą Polskę Wschodnią.

Myślę, że na znaczeniu zyskiwały będą mniej popularne kraje, m.in. Białoruś, Iran, Uzbekistan i Albania. Modę na Bałkany widać już od kliku lat. Część turystycznego ruchu z Egiptu, Tunezji i Turcji próbowano przekierować nad Adriatyk i Morze Czarne. Pisałem o tym już wcześniej w artykule: Biura podróży stawiają na Bałkany.

Czy to będzie rok Białorusi?

Tak dużo o Białorusi nie mówiło się chyba nigdy wcześniej. Władze w Mińsku zrobiły kilka mądrych posunięć udanie promując kraj. Zaczęło się w 2015 r. od ruchu bezwizowego w obrębie Puszczy Białowieskiej. Jesienią 2016 r. doszła możliwość wyjazdu do Grodna bez konieczności posiadania wizy, a za chwilę wejdzie też w życie podobne rozwiązanie obejmujące Mińsk. Dzięki temu media w Polsce, szczególnie te poświęcone turystyce, wielokrotnie zachęcały do wyjazdu na Białoruś. Więcej na ten temat w artykule: Białoruś – ruch bezwizowy.

Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku

Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku

Rok dopiero się rozpoczął, ale już widać duży wzrost zainteresowania tym kierunkiem. Dla wielu turystów jest to coś nowego. Wśród klientów naszego biura są tacy, którzy zwiedzili już niemal cały świat, byli w Australii i Japonii, ale nigdy wcześniej nie myśleli o wycieczce do Grodna, Nowogródka i Zaosia. Teraz nadrabiają zaległości, przekonując się przy okazji, że blisko też może być ciekawie.

Z racji położenia Białegostoku (tu jest główna siedziba naszego biura) Białoruś jest jedną z naszych specjalizacji. Znamy i gorąco polecamy!

Albania i Kosowo

Od lat szukam kraju, który mógłby równać się z Gruzją. Tak w naszej ofercie pojawiły się Mołdawia, Armenia, Uzbekistan i Iran. Każdy z nich jest ciekawy, każdy zasługuje na uwagę i jest celem rewelacyjnych wycieczek. Przekonany jestem, że do tego grona dołączą Albania i Kosowo. Mają wiele atutów. Piękne  góry na północy i piaszczyste plaże nad morzem. Do tego zabytki, dobra i naturalna jeszcze kuchnie oraz ciekawe regionalne trunki.

Albańskie góry, Valbona

Albańskie góry, Valbona

Albania mocno zmieniła się w ciągu kilku ostatnich lat (polecam artykuł: Albania to nie Afganistan!). Znacząco poprawiła się kwestia bezpieczeństwa. Wybudowano nowe drogi i hotele. Wielu Albańczyków wróciło do ojczyzny inwestując zarobione na Zachodzie pieniądze. Wolnorynkowe reformy rządu w Tiranie skłoniły włoskich restauratorów do przeniesienia swoich biznesów na drugą stronę Adriatyku. Jest ładnie i ciekawie. A co najważniejsze, w terenie jest jeszcze pusto, nie ma masowego ruchu turystów. W górach można poczuć klimat, jak w Gruzji 10 lat temu!  Jeśli jechać, to właśnie teraz, zanim cały świat ruszy do Albanii. Zatłoczone bywają tylko nadmorskie kurorty, najgorzej jest w Sarandzie, znacznie luźniej w regionie Durres. Artykuł: Plaże Albanii.

Iran. Egzotycznie i bezpiecznie

Turystyka lubi kraje ciekawe, bogate w atrakcje i świeże, to znaczy takie, które do tej pory nie były zbyt często odwiedzane przez turystów. Taki właśnie jest Iran. Na większą skalę otworzył się już kilka lat temu, ale na polskim rynku wzrost zainteresowania zaczynamy odczuwać dopiero teraz. Wcześniej pojawiły się wycieczki z zachodniej Europy.

Iranu nawet nie ma co za bardzo reklamować, osoby jeżdżące po świecie wiedzą, że warto się tam wybrać. Któż nie chciałby zobaczyć starożytnego Persepolis, Szirazu czy Isfahanu? Po prostu trzeba. Prędzej czy później kierunek ten musi pojawić się na drodze każdego ambitnego turysty.

Iran, wnętrze meczetu w Szirazie

Iran, wnętrze meczetu w Szirazie

Wcześniej mogły być obawy o bezpieczeństwo. Nieuzasadnione, na wyrost, ale to już osobny temat. Iran miał złą prasę na Zachodzie, media kreowały zniekształcony obraz kraju. Na szczęście to już minęło. Wraz z normalizacją stosunków politycznych, „niezależne” telewizje zmieniły narrację i już nie straszą. A jak jest w istocie? Iran jest państwem stabilnym, z silną władzą, a w dzisiejszym świecie, ma to duże znaczenie. Dzięki temu Persja jest regionalną wyspą spokoju. W kraju jest bezpiecznie, śmiało można podróżować. Duże znaczenie ma też nastawienie miejscowych. To życzliwi i sympatyczni ludzie. Są otwarci na nowe znajomości. W Iranie przemieszczałem się różnymi środkami transportu: metrem, autobusami, taksówkami i samolotami. Wędrowałem ulicami i uliczkami miast, również nocą. Nie spotkałem się z przejawami agresji. Wszędzie czułem się bezpiecznie. Więcej na ten temat w artykule: Iran – notatki z podróży.

*****

Główną domeną naszego biura są oczywiście wycieczki egzotyczne, ale sporo uwagi poświęcamy też turystyce w naszym regionie. Łączymy Podlasie z wyprawami na Litwę i Białoruś. Polecam takie rozwiązanie. Na urlop, konferencję czy imprezę firmową. Północno-wschodnia Polska kryje wiele atrakcji. Poza dziewiczą przyrodą i wyjątkowymi zabytkami atrakcją jest  też wyśmienita lokalna kuchnia. A wycieczka do pobliskiego Grodna i Wilna będzie zwieńczeniem udanego wyjazdu.

Turystyczny Fundusz Gwarancyjny z perspektywy biura podróży

Chcieliśmy to mamy. Tak można podsumować stan, w którym się znaleźliśmy. Od lat pomysł utworzenia Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wspierała część branżowych środowisk, z Polską Izbą Turystyki na czele. Tyle, że teraz, kiedy po latach starań idea wchodzi w życie, jakoś nie widzę entuzjazmu. Branża nie odtrąbiła sukcesu. Dlaczego? Powód jest prosty. TFG będzie utrapieniem dla biur podróży.

Jak zawsze w tego typu przypadkach kłopotliwa jest biurokracja. Organizatorzy imprez turystycznych będą musieli składać miesięczne raporty zawierające wykaz zawartych umów, z tak szczegółowymi danymi jak: termin zawarcia umowy, termin imprezy turystycznej, liczbę osób, cenę, miejsce wykonania umowy, rodzaj środka transportu, terminy i wysokość dokonanych wpłat, termin i wysokość zwrotu wpłat w przypadku rozwiązania umowy.

Czy dzięki TFG Polacy chętniej wrócą do Tunezji, Egiptu i Turcji?

Czy dzięki TFG Polacy chętniej wrócą do Tunezji, Egiptu i Turcji?

Wypełnienie tego obowiązku wymaga dodatkowej pracy, co wiąże się ze wzrostem kosztów działalności biura. I wydaje się, że właśnie ten aspekt touroperatorzy odczują najbardziej. Jak zwykle w tego typu przypadkach, trudniej będą miały małe biura, które nie zawsze mogą pozwolić sobie na zwiększenie zatrudnienia.

Mniej doskwierać będzie składka na fundusz. Organizatorzy turystyki muszą odprowadzić opłatę naliczaną od każdego turysty. Kwotę kilku czy kilkunastu złotych biura podróży przerzucą oczywiście na klientów i tak naprawdę, w sensie finansowym, to klienci stworzą ten fundusz.

Przepisy dotyczące Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wchodzą etapami, zaczynając od dziś. Najważniejszy dla biur podróży moment nastąpi 26 listopada, ponieważ od tego dnia każdy touroperator będzie musiał prowadzić szczegółową ewidencję. Pierwsze sprawozdanie do funduszu organizatorzy imprez turystycznych przekażą w grudniu, za listopad właśnie.

Jaki jest cel funduszu?

W idei powołania funduszu chodzi o pełne zabezpieczenie interesów klientów biur podróży. Każdy legalnie działający touroperator posiada gwarancję ubezpieczeniową (względnie gwarancję bankową), która na wypadek bankructwa biura podróży ma pokryć ewentualne roszczenia (ściągnięcie turystów z zagranicy oraz zwrot wpłaconych należności). Tyle, że dotychczas pieniędzy z gwarancji zazwyczaj nie wystarczało. Dlatego zdecydowano się na wprowadzenie dodatkowego filaru zabezpieczeń. Touroperatorzy przekazując do funduszu składki stworzą pulę pieniędzy, z której – na wypadek bankructwa jednego z biur – mają być pokryte roszczenia. Wszystkie! Zgodnie z tym klient, który opłacił wycieczkę, a nie zdążył wyjechać, bo w międzyczasie biuro ogłosiło upadłość, odzyska pełną kwotę.

Przewidywane skutki

Co do zasady, postulat, by klient był w pełni zabezpieczony wydaje się słuszny. Tyle, że tego typu rozwiązanie może stworzyć oczywiste zagrożenia. Wśród nich najbardziej niebezpiecznym wydaje się zmiana nastawienia klientów. Po serii bankructw sprzed kilku lat rynek ustabilizował się, a turyści zrozumieli, że do wyboru oferty podchodzić należy ostrożnie, biorąc pod uwagę nie tylko atrakcyjną  cenę, ale też dane dotyczące kondycji biura oraz opinie o nim. Takie zachowania premiują przedsiębiorstwa pewne, stabilne i zasługujące na zaufanie. Istnieje uzasadniona obawa, że na skutek działania funduszu może się to zmienić. Klienci posiadając gwarancję pełnych zwrotów poniesionych opłat nie będą już tak ostrożni. W naturalny sposób pojawi się przestrzeń dla przedsiębiorców skłonnych do większego ryzyka, mniej doświadczonych lub zwyczajnych oszustów, liczących na łatwe ściągnięcie pieniędzy z rynku. Sądzę, że jest duże prawdopodobieństwo pojawienia się biur oferujących produkt na granicy kosztów. Wszystko według zasady, że może się uda. A jak nie, to TFG pokryje straty. Pisałem o tym już cztery lata temu w artykule Fundusz Gwarancyjny.

Negatywnych skutków może być więcej. Tego typu rozwiązanie działa na korzyść turystyki wyjazdowej i wspiera przede wszystkim biura zajmujące się masową turystyką czarterową, bo to właśnie do nich w wyniku działania funduszu, klienci nabiorą większego zaufania. W praktyce oznaczać to może, że więcej Polaków wyjedzie na urlop za granicę i mniej pieniędzy zostanie u nas w kraju. Po świetnych tegorocznych wakacjach za rok może być już gorzej.

Niestety, wzmocni to dodatkowo szarą strefę. Już teraz osoby lub instytucje organizujące wycieczki nielegalnie, z pominięciem ustawy o usługach turystycznych, mają przewagę. Wykazują niższe koszty, nie ponoszą opłat związanych chociażby z gwarancją ubezpieczeniową i nie podlegają kontroli, bo ta skupia się wyłącznie na biurach zarejestrowanych. Teraz dysproporcja jeszcze się powiększy. Szara strefa nie będzie odprowadzać składek na TFG oraz uniknie obowiązku kłopotliwej biurokracji z tym związanej.

Jakieś plusy?

Charakter Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego powoduje, że trudno przesądzić jakie skutki wywoła jego wprowadzenie. W założeniu Polskiej Izby Turystyki, od lat lobbującej na rzecz pełnego zabezpieczenia klientów ma to spowodować większe zaufanie do biur podróży, owocujące wzrostem sprzedaży. Czy tak się stanie? Zobaczymy.  Równocześnie może pojawić się efekt psucia rynku przez touroperatorów, którzy uznają, że najlepszą metodą marketingową jest przedstawienie oferty najtańszej. Nabiorą się na to w pierwszym rzędzie klienci uznający TFG za czynnik znoszący wszelkie ryzyko.

Wycieczki dla koneserów

Wielka majówka

Temat to pewny. Tak samo jak fakt, że w kalendarzu jest dzień pierwszego i trzeciego maja. Zatem długi weekend. Jak go spędzić i dokąd pojechać? Każdego roku, w drugiej połowie kwietnia pojawiają się artykuły w gazetach i na portalach internetowych. Trochę zdjęć i krótkich opisów. Plus garść pobieżnych rad.

Wysyp pomysłów. Najciekawsze, najdalsze lub najbliższe kierunki. Najtańsze albo najbardziej luksusowe. Coś jak konkurs, w którym wygrywa autor szczególnie oryginalnej propozycji. Z dużym wyprzedzeniem można prognozować tytuły artykułów. Obowiązkowo pojawi się coś w stylu: „Dziesięć pomysłów na weekend majowy”. Będą też bardziej szczegółowe, np. „Europejskie stolice na majówkę”. A dla patriotów: „Długi weekend w Polsce”. Ważne jest jeszcze to, żeby przez przypadek nie sięgnąć po motyw zgrany w zeszłym roku. Jednym słowem, robi się coraz trudniej. A weekend majowy jest i tą swoją obecnością domaga się reakcji. Takiego tematu nie można pominąć. Coś trzeba napisać.

Gruzja, Swanetia

Gruzja, Swanetia

Presji poddane są nie tylko redakcje, dziennikarze i blogerzy. Ciężar kilku dni wolnych od pracy czuć muszą również wszyscy czytający. Trzeba być mocno asertywnym, żeby postawić na swoim i zostać w domu.

Podróżnicy zapewne już dawno zaplanowali swoje wyprawy, kupili bilety i zarezerwowali noclegi. Z ich punktu widzenia publikowanie takich artykułów tuż przed weekendem nie ma sensu. Za późno. Szczególnie te dalsze wyjazdy projektuje się z dużym wyprzedzeniem. W dużym stopniu ze względu na bilety lotnicze, które, co do zasady, im wcześniej kupujemy, tym są tańsze.

Mój weekend majowy też już jest od dawna ustalony. W tym przypadku to oczywiście praca. Lecę z grupą do Gruzji. W zeszłym roku o tej porze byłem w Armenii. Sezon na Kaukazie zaczynamy właśnie z końcem kwietnia. Potrwa przynajmniej do połowy października.

Majówki cieszą się dużym powodzeniem turystów. Grupy szybko się zapełniają. Korzysta z tego kto może. Przewoźnicy i hotele. Organizując wycieczkę w tym terminie nie możemy liczyć na zniżki. Bilety lotnicze są drogie, a co więcej, trzeba rezerwować je z naprawdę dużym wyprzedzeniem.

Bywa, że kalendarz nie jest zbyt przychylny, dni wolnych wypada mało i początek maja niewiele różni się od przeciętnego weekendu. Nic to. Magia daty i tak zadziała. Tak, jakby wszyscy umówili się na ten właśnie termin. Może realizuje się tu sezonowość wdrukowana w geny człowieka naszej szerokości geograficznej? Zima jest bardziej do spania niż do działania. Zaleganie na zapiecku, to jest czynność właściwa tej porze roku. Czekamy na dłuższy dzień, na gęsi i żurawie, które dadzą znak, że można ruszać w drogę. Zazielenienie trawy jest sygnałem dla koczownika. Powinien pakować sakwy. Tak było od zawsze. Tak zostaliśmy zaprogramowani. Ale świat się nagle zmienił i nasza życiowa aktywność wypadła z rytmu pór roku. Wiosną nie wychodzimy już w pole, żeby orać, siać i walczyć o byt. Zimowy letarg, w który zapadliśmy w okolicach grudnia przerywamy więc w inny sposób – ruszając na wycieczkę.

PS. W historii tego bloga największą popularnością cieszył się artykuł o majówce na Litwie.

A na długi weekend polecam również wycieczkę na Białoruś.

Dziesięć powodów, dla których warto pojechać do Armenii

Bywam tam często, przynajmniej kilka razy w roku. Armenia jest jednym z moich ulubionych kierunków. Artykuły na ten temat pojawiały się już na blogu (więcej pod tagiem Armenia). Niniejszym tekstem chciałbym zwrócić uwagę turystów na ten piękny kraj. W tym roku LOT wznowił bezpośrednie połączenia do Erywania. Jeśli szukacie pomysłu na wycieczkę, weźcie pod uwagę Armenię!

Bliska egzotyka

Lot z Warszawy trwa tylko 3,5 godziny. Polacy nie potrzebują wiz i nie muszą spełniać żadnych formalności, wystarczy paszport. A kraj jest piękny i wyjątkowy. Niezbyt często zdarza się takie połączenie. Zazwyczaj miejsca egzotyczne i interesujące są bardziej oddalone i trudniej dostępne. W tym przypadku jest inaczej i już chociażby z tego powodu warto wybrać się do Armenii.

Góry

Aż 40 proc. powierzchni kraju znajduje się na wysokości powyżej 2 tys. m n.p.m.! Armenia to piękne górskie krajobrazy. I do tego bardzo zróżnicowane. Na przykład, w okolicach miejscowości Dilidżan, zwanej armeńską Szwajcarią, oglądamy stoki porośnięte pięknymi lasami, a po 10 minutach, kiedy przejedziemy tunelem na drugą stronę góry, otwiera się przed nami widok na łąki wokół jeziora Sawen. To typowe dla Armenii, gdzie towarzyszą nam szybko zmieniające się krajobrazy. Co jeden to ładniejszy.

Ararat. Po prawej stronie klasztor Chor Wirap

Ararat. Po prawej stronie klasztor Chor Wirap

Wystarczyłyby już same widoki z okien autokaru, bo przecież przekraczamy przełęcze leżące na wysokości większej niż szczyty naszych Tatr! Ale przecież to dopiero początek. Zatrzymujemy się w najbardziej malowniczych miejscach. Arcydzieła zabytkowej architektury położone są wśród wyjątkowych krajobrazów. Wystarczy wymienić klasztor Chor Wirap z widokiem na górę Ararat, Norawank wznoszący się wśród cudownie czerwieniejących skał oraz Tatew, do którego dostajemy się kolejką linową frunąc ponad 300 metrów nad dnem kanionu.

Góry stwarzają możliwość uprawiania turystyki aktywnej. Piesze wędrówki, rajdy konne, a zimą narty. Jest infrastruktura, są możliwości. Zobacz artykuł: Narty w Armenii.

Rząd w Erywaniu nie promuje w Polsce swojego kraju tak, jak to robi chociażby sąsiednie Tbilisi. W efekcie tego Armenia wśród naszych turystów nie jest tak popularna, jak Gruzja. Trzeba jednak zaznaczyć, że wcale nie jest mniej atrakcyjna!

Zabytki

W Armenii byłem wiele razy, ale do dziś pamiętam swoją pierwszą wizytę. Z wykształcenia jestem historykiem, niby byłem przygotowany, ale i tak to, co zobaczyłem, zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Kamienne budowle sakralne z pierwszego tysiąclecia. Do dziś, niemal bez żadnych zmian, istnieją kościoły wzniesione w VII wieku! A zabytków z okresu średniowiecza jest wręcz zatrzęsienie. Trzeba dokonać mądrej selekcji, żeby wybrać te najciekawsze. Inaczej musielibyśmy krążyć po Armenii dobre trzy tygodnie.

Wykute w skale pomieszczenia klasztoru Geghard

Wykute w skale pomieszczenia klasztoru Geghard

Co warto zobaczyć? Część wyśmienitych zabytków znajduje się blisko stołecznego Erywania i da się je odwiedzić w ciągu 2-3 dni. Są to: Eczmiadzyn z kościołami z VII wieku, skalny klasztor Geghard, pochodząca z I wieku rzymska świątynia w Garni i Chor Wirap, położony rewelacyjnie u stóp góry Ararat. Pozostałe obiekty znajdują się dalej i żeby do nich dotrzeć potrzeba więcej czasu. Koniecznie trzeba zobaczyć średniowieczny klasztor Norawank, przy okazji zatrzymując się w sąsiedniej wsi Areni, która słynie z wina (w jednej ze skalnych grot znaleziono tu pozostałości winiarni sprzed 6 tys. lat!). Kolejnym obowiązkowym punktem jest Tatew, monumentalny klasztor-twierdza, do którego docieramy najdłuższą na świecie jednosekcyjną kolejką linową (zobacz). Czymś absolutnie niezwykłym są takie obiekty jak Karahundż (Zorac Karer) zwane armeńskim Stonehunge oraz Zwartnoc – największe skupisko chaczkarów. Do miejsc obowiązkowych należy włączyć też zespół architektoniczny Sewanawank, pięknie ulokowany na skarpie nad jeziorem Sewan. Wycieczka obejmująca wszystkie te obiekty zajmie około 7 dni.

Historia

Wystarczą dwa dobre muzea i kilka zabytków, żeby nabrać dużego szacunku do historycznego dziedzictwa regionu. Szybko zdajemy sobie sprawę z faktu, że Południowy Kaukaz jest jedną z kolebek cywilizacji. Tu człowiek opanowywał sztukę wytapiania metali, udomowił zboża i niektóre gatunki zwierząt. Stąd pochodzi umiejętność wytwarzania wina. Tradycje winiarskie sięgające 8 tys. lat i żaden region świata pod tym względem nie może konkurować z obszarem dzisiejszej Gruzji i Armenii.

Zorac Karer jest najprawdopodobniej najstarszym na świecie obserwatorium astronomicznym

Zorac Karer jest najprawdopodobniej najstarszym na świecie obserwatorium astronomicznym

To obszar o niezwykle bogatej historii, licząc od czasów głębokiej starożytności, po epokę współczesną. Przewodnik wycieczki ma duże pole do popisu. Musi opanować rozległą wiedzę, ale w zamian będzie mógł zaskakiwać turystów coraz to ciekawszymi opowieściami.

Najstarszy chrześcijański kraj

Król Armenii, Tiridates III, na samym początku IV wieku uczynił chrześcijaństwo religią państwową. W ten sposób Armenia stała się pierwszym tego typu krajem na świecie. Fakt ten jest powodem wielkiej dumy Ormian. Chrześcijaństwo mimo niesprzyjających okoliczności i powtarzających się przez stulecia krwawych najazdów perskich, arabskich, mongolskich i tureckich, przetrwało tam do dziś i jest jednym z podstawowych składników świadomości narodowej Ormian.

Bogactwem kraju są zabytkowe budowle sakralne, kościoły i klasztory. Kamienne, o specyficznej architekturze, zaświadczają o przebogatej historii tych ziem. Najstarsze, które do dziś przetrwały w niezmienionej postaci, pochodzą z VII wieku. Stoją jak gdyby czas dla nich nie istniał. Są czynne, odprawia się w nich msze. To trzeba zobaczyć!

Ze względu na ten fakt Armenia cieszy się powodzeniem również wśród polskich grup pielgrzymkowych oraz wszystkich osób zainteresowanych historią chrześcijaństwa. Zobacz artykuł: Pielgrzymki do Gruzji i Armenii.

Turyści fotografujący Ararat

Turyści fotografujący Ararat

Znajomość świata

Wartością dodaną wycieczki na Południowy Kaukaz jest otwarcie nowej perspektywy. Porównać to można do odkrycia nowego lądu. Bo Armenia nie jest czymś tak turystycznie oczywistym, jak Grecja, Egipt, Meksyk albo Indie. Przez dziesięciolecia znajdowała się poza ofertą biur podróży. Kraj funkcjonował sobie gdzieś tam, bardzo daleko, poza naszą percepcją. Tak patrzymy na Armenię zanim tam nie pojedziemy. Wycieczka wszystko zmienia. Jak po dopłynięciu do nowego kontynentu, z istnieniu którego do tej pory nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę.

Południowy Kaukaz jest jak kontynent. Tak bardzo bogaty w znaczenia, historię i opowieści. I tak bardzo ważny! Również dziś, w polityce światowej. Rozszyfrowywanie zawiłości, które determinują stosunki w regionie jest zajęciem pasjonującym. Znajomość relacji w gronie takich państw jak Armenia, Rosja, Iran, Turcja, Azerbejdżan i Gruzja, poszerzone o wiedzę na temat interesów USA, Izraela, a nawet Polski, może pomóc w zrozumieniu niejednego procesu politycznego ostatnich lat.

Przyroda

W tym niewielkim kraju (dziewięć razy mniejszym od Polski) występuje aż pięć stref klimatyczno-roślinnych i olbrzymia różnorodność świata roślin. Mamy przekrój od terenów półpustynnych po obszary subalpejskie.

Nad jeziorem Sewan

Nad jeziorem Sewan

Jeden z najwyższych wskaźników bioróżnorodności na świecie. Na 1 km kwadratowy przypada aż 100 gatunków! Na tak niewielkim obszarze występuje aż sto gatunków roślin endemicznych. Niektóre z nich są naprawdę rzadkie, jak chociażby odkryty i opisany przez polskiego botanika, dzwonek Massalskiego.

Armenia składa się obszarów leżących na różnych wysokościach. Kiedy na terenach położonych niżej wiosna już dawno minęła, to w wyższych partiach łąki dopiero zaczynają kwitnąć. Przyjedźcie do Armenii o dowolnej porze, od kwietnia do października, a zawsze zobaczycie coś pięknego.

Kuchnia

W ciągu ostatnich lat wśród turystów z Polski furorę zrobiła kuchnia gruzińska. To o niej pisze się artykuły i opowiada w telewizji. Ormiańska nie jest tak popularna nie dlatego, że w czymś ustępuje gruzińskiej. Raczej ze względu na to, że nie wybuchła jeszcze moda na Armenię. Jeszcze nasi celebryci tam nie pojechali, nie napisali książek i nie nagrali piosenek. Wszystko przed nami.

Podobnie jak w Gruzji zaletą tutejszej kuchni jest ekologia. Nie dotarły tu jeszcze sztuczne owoce i warzywa. Naturalne jest mięso, sery i mąka na tradycyjny ormiański chleb lawasz. Kolejną zaletą jest fakt, że wszystko przygotowywane jest na bieżąco. Nie ma tu półproduktów, potraw w proszku i mrożonek.

Restauracja z widokiem na świątynię w Garni

Restauracja z widokiem na świątynię w Garni

A czego warto spróbować? Specjalnością Ormian są wszelkiego rodzaju marynaty i kiszonki. Zima jest tu długa i surowa, dlatego ludzie nauczyli się zabezpieczać płody ziemi na cały jej okres. Marynuje się tu niemal wszystko, nawet grzebienie kogutów (do kupienia na targu w Erywaniu)!

Pyszne mają tu sery, w wielu odmianach, również owcze i słone.  Dużo je się warzyw ze szczególnym upodobaniem do zieleniny, ale są też szaszłyki i kebaby. Jeśli ktoś nie jadł ormiańskiego kebaba, nie wie jak ten powinien smakować.

Wino i inne trunki

W Armenii, podobnie jak w Gruzji, wytwarza się wina. Na pewno warto odwiedzić miejscowość Areni, w której sztuka ta kwitnie od 6 tysięcy lat! Żadne inne miejsce na świecie nie może pochwalić się takimi tradycjami. Co prawda najstarsze ślady tego trunku w postaci soli kwasu winowego znaleziono na terenie dzisiejszej Gruzji (7 tys. lat!), ale to Armenii przypada pierwszeństwo jeśli chodzi infrastrukturę do wytwarzania wina. Co ciekawe, we wsi trunek robi się do dziś, i to w dodatku, z tego samego szczepu!

Największą dumą Armenii są mocniejsze alkohole. W pierwszej kolejności chodzi o koniak, z powodów formalnych zwany „brandy”. Wielkim jego miłośnikiem był Winston Churchill. Stalin wysyłam do Londynu całe skrzynki przedniego trunku. Będąc w Erywaniu warto odwiedzić słynną wytwórnię Ararat.

Erywań. W restauracji wita nas muzyka

Erywań. W restauracji wita nas muzyka

Tradycja

Ormianie są dumnym narodem. Mają świadomość kilku tysięcy lat historii. Tworzą kulturę mocno ukorzenioną. Nie zatracili jej mimo tego, że aż przez sześć stuleci nie posiadali państwa! Przechowali ją przez trudne lata Związku Radzieckiego. Dziś, odwiedzając Armenię, ze zdumieniem możemy stwierdzić, że mimo nowoczesności i szybko zmieniającego się świata, tradycja jest tu czymś żywym i powszechnie obecnym. Przekona się o tym każdy turysta, a wystarczy zaledwie tygodniowy pobyt. Co najciekawszego? Wymieńmy rzeczy oczywiste.

Lawasz, czyli chleb w formie cienkiego jak papier placka. Wyrabiany jest z mąki pszennej, wody i soli. Wypieka się go tak, jak przed setkami lat, przylepiając do wewnętrznych ścian pieca zwanego tondirem. Stanowi dodatek do każdego posiłku. Nie ma ormiańskiego domu bez lawaszu. W 2014 roku został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Duduk, prosty flet, pasterska fujarka, która dzięki Ormianom weszła na salony. Jego ciepłe, nosowe brzmienie jest podstawą tutejszej muzyki. Tym, kim dla Polaków jest Chopin, dla Ormian jest Komitas, muzykolog i kompozytor, twórca klasycznych dzieł na duduka. Najsłynniejszy współczesny artysta to Dżiwan Gasparian, którego muzykę usłyszymy w takich filmach, jak „Gladiator” i „Ostatnie kuszeniu Chrystusa”.

Zwartnoc (VII wiek), lista UNESCO

Zwartnoc (VII wiek), lista UNESCO

Zakończenie

Kto zwiedzi Armenię, nie będzie żałował. Przy okazji wzbogaci się o wiedzę na temat fascynującego regionu. Warto zaznaczyć, że Armenia mocno różni się od Gruzji! To zupełnie inny kraj, z odmienną kuchnią, muzyką, trunkami i obyczajami. Nawet góry są tu inne. Gorąco polecam!

Program wycieczki do Armenii.

Ranking najmniej popularnych krajów

Dokąd warto pojechać? Jaki kraj wybrać i gdzie spędzić urlop? Zbliżający się początek roku sprzyja układaniu planów, również tych wakacyjnych.

Wiele osób kieruje się modą i stawia na kierunki cieszące się największą popularnością. Znaczenie mają publikowane rankingi najchętniej odwiedzanych miejsc oraz prognozy na nadchodzący rok. Jeśli chodzi o te ostatnie, to ich wielkim mankamentem jest fakt, że najczęściej są tłumaczeniami zagranicznych doniesień. Jeśli taki ranking powstał w USA lub Wielkiej Brytanii, to oczywiście nijak się ma do polskich warunków. Nasi turyści dysponują zupełnie innym portfelem i możliwościami. Różnimy się też preferencjami. Zatem jeśli na jakimś portalu widzicie wielki tytuł o treści „Najlepsze kierunki podróży w 2016 roku”, to podejdźcie do tematu z dystansem. Bo może się okazać, że na czołowych miejscach znajdziecie Botswanę, Filipiny i Urugwaj. Po takiej lekturze nic, tylko jechać!

Gościnna Mołdawia

Gościnna Mołdawia

Modę nakręca też kino i telewizja. Pamiętam szał związany z filmem Vicky Cristina Barcelona. Całkiem udana reklamówka nakręcona przez Woody’ego Allena zaowocowała zwiększoną ilością zapytań również w polskich biurach podróży. Głównie panie pytały o wakacje w Barcelonie.

Cóż, akurat w tym przypadku turystyka nie różni się od innych dziedzin gospodarki. Jak powszechnie wiadomo reklama jest dźwigną handlu. Dobry przykład stanowi Gruzja, która odniosła imponujący sukces. W krótkim okresie nastąpił duży wzrost popularności kraju wśród zagranicznych turystów. Zmienił się też jego wizerunek. Co interesujące osiągnięto to niewielkimi nakładami finansowymi.

Są kraje rzadko odwiedzane tylko ze względu na brak reklamy. Jeździ tam mało turystów, bo mało kto wie, że warto. Czasami dzieje się tak również ze względu na nie najlepszy wizerunek. To nic, że już od wielu lat obraz ten nie ma nic wspólnego z rzeczywistością i że kraj zdążył się mocno zmienić.

Popatrzcie przychylniej na takie właśnie miejsca. Niejedno z z nich jest bardzo wdzięcznym celem wycieczki. Świadomie wybieram takie właśnie kierunki. Stały się również specjalnością naszego biura. Są to m.in. Armenia, Mołdawia, Białoruś i kraje bałkańskie.

Z uwagą przyjrzałem się wyjątkowemu rankingowi. Przedstawia on najrzadziej odwiedzane kraje Europy. Zestawienie takie opracowała Światowa Organizacja Turystyki Narodów Zjednoczonych (UNWTO). Pierwsze dwa miejsca zajmują i Liechtenstein i San Marino. To akurat nic zaskakującego, ponieważ są to bardzo małe państwa, nawet bez własnych lotnisk. Ale na trzecim miejscu jest Mołdawia, którą w 2014 roku odwiedziło tylko 94 tys. osób. To mało, zważywszy na duży potencjał kraju. Mołdawia ma wiele turystycznych atrakcji, część z nich to światowa czołówka, jak chociażby największe piwnice winne w Milestii Mici i w Cricovej! Tyle, że mało kto o nich wie. I to jest problem tamtejszej turystyki. Jeżdżę do Mołdawii od kilku lat. Jest ciekawie, przyjemnie i bezpiecznie. Dodatkową atrakcję stanowi obszar autonomicznej Gagauzji i separatystyczne Naddniestrze, funkcjonujące na zasadzie parapaństwa. Kierunek ten mogę polecić zarówno turystom indywidualnym, jak i grupom. Świetnie nadaje się na zorganizowanie wyjazdu firmowego czy hucznej imprezy (dobra kuchnia i wino). Ze względu na to ostatnie jest świetnym miejscem dla enoturystyki.

Białoruś. Zamek w Mirze

Białoruś. Zamek w Mirze

Na czwartym miejscu rankingu znalazła się Białoruś, z liczbą 137 tys. turystów w 2014 roku. Kraj jest duży, ze sporym potencjałem i ustabilizowaną sytuacją. Ze względu na polskie kresy, Mickiewicza i Orzeszkową, powinna przyciągać wiele wycieczek przede wszystkim z naszego kraju. Dlaczego zatem tak mało osób ją odwiedza? Decyduje negatywny wizerunek. Turyści boją się Białorusi. Jeśli obawy mają Polacy, to co dopiero Francuzi czy Hiszpanie. Na Białorusi byłem wielokrotnie. Z racji położenia Białegostoku specjalizujemy się w tym kierunku organizując sporo wycieczek. Jak tam jest? Bezpiecznie i gościnnie. Wyolbrzymione są opinie na temat tamtejszej biurokracji i utrudnień wizowych. Śmiało można jeździć! Polecam artykuły z tego bloga, np. Wycieczka do Grodna.

W pierwszej dziesiątce znalazły się też Bośnia i Hercegowina (536 tys. odwiedzin) oraz Serbia (1 mln turystów). O potencjale Bałkanów pisałem w poprzednim artykule (Biura podróży stawiają na Bałkany). Na pewno warto spojrzeć bardziej życzliwym okiem na ten region. I to nie tylko na bardzo popularną Chorwację czy modną Czarnogórę. Duży potencjał ma chociażby Albania.

Po co podążać za tłumem i jeździć tam, gdzie wszyscy?! Mniej się zobaczy, a liczyć można co najwyżej na utrudnienia. Właśnie coś takiego zaczyna się teraz na Kubie. Nagle pół świata chce tam pojechać. Podobną eksplozję zainteresowania mamy w przypadku Iranu. Wystarczyło, że europejskie telewizje podały, iż Iran otwiera się na turystów, by do biur podróży napłynęły pytania o wycieczki. W wyniku tego w Iranie ceny rosną i coraz trudniej o miejsca w samolotach. Co nie oznacza, że nie polecam Iranu. Wręcz przeciwnie! Turystycznie kraj jest bardzo atrakcyjny. Tylko nie liczcie już na to, że nie będzie tłumów. Zobacz: Iran. Relacja z wycieczki.

Tym bardziej warto pomyśleć o mniej popularnych krajach?! Póki jeszcze czas, zanim nie rozwinęła się tam turystyka masowa. Czekają na koneserów potrafiących docenić niepowtarzalne i pełne uroku klimaty.

Artykuł: Mołdawia nieznana.

Strona 1 z 5

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén