Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: gruzja (Strona 1 z 3)

Adżaria. Batumi i coś jeszcze

Batumi cieszy się dużą popularnością. Szczególnie miło wspominają je osoby, które pamiętają opowieści z czasów PRL-u. Legenda powstała w dużej mierze dzięki piosence Filipinek. Była to jedna z bardziej znanych melodii tamtych lat, niedawno przypomniana przez Natalię Lesz. Młodsze pokolenie poznaje kurort dzięki taniej linii lotniczej Wizz Air, która od kilku lat obsługuje połączenia z Warszawy i Katowic do gruzińskiego Kutaisi.

Plac Europejski z pomnikiem Medei

Plac Europejski z pomnikiem Medei

Każdego roku odwiedzam Batumi przynajmniej kilka razy. Miasto znajduje się w naszej standardowej i cieszącej się największym powodzeniem wycieczce. Do Batumi przyjeżdżamy po zwiedzeniu Tbilisi, Gori i Swaneti. Po wizycie nad morzem wracamy do stolicy, a tam czekają na nas jeszcze wyprawy do winiarskiej Kachetii i górzystego Kazbegi. Jednym słowem mnóstwo atrakcji. Zawsze pytam turystów o wrażenia. Opinie z grubsza są te same. Że do Batumi przyjechać trzeba było, ale głównie po, by zmierzyć się z legendą słynnego niegdyś kurortu. Pospacerować po ogrodzie botanicznym i zobaczyć jak wygląda plaża. Ale, że nie było to miejsce najważniejsze. Nic w tym zaskakującego, Gruzja ma wiele atrakcji i kilka miejsc, które przebijają ofertę nadmorskiego ośrodka.

Tyle o Batumi wpisanym w program wycieczki objazdowej. Można oczywiście i inaczej, niektórzy wybierają kurort na dłuższy wakacyjny pobyt. Zainteresowani szczegółowymi informacjami znajdą je w artykule: Batumi, pogoda, plaża. Turystom zastanawiającym się nad opcją all inclusive polecam artykuł: Gruzja all inclusive.

A co z obszarem wokół kurortu? Czy region Adżarii może stanowić atrakcyjny cel wycieczki? Od kilku lat obserwuję wysiłki lokalnych władz. Robią sporo, starają się. Adżaria jest obecna na największych polskich targach turystycznych. Regularnie zaprasza dziennikarzy i blogerów, dzięki czemu w internecie znajdziemy sporo relacji z kilkudniowych wypadów do Adżarii.

Centrum miasta jest dobrze oznaczone. Z prawej strony budynek zabytkowej synagogi

Centrum miasta jest dobrze oznaczone. Z prawej strony budynek zabytkowej synagogi

Po pierwsze historia

Zaskakująco ciekawa. Od czasów starożytnych po współczesność. Jeśli ktoś nie był w Muzeum Narodowym w Tbilisi, to powinien odwiedzić tutejsze Muzeum Archeologiczne lub choćby niewielką salę z eksponatami  znajdującą się na terenie twierdzy twierdzy Gonio.

Adżaria, to teren starożytnej Kolchidy. Do tego miejsca wyprawili się Argonauci po złote runo. Historie związane z tą częścią dzisiejszej Gruzji stanowią osnowę znanych greckich mitów, o czym przypomina nam charakterystycznym pomnik Medei na placu Europejskim. W Muzeum Archeologicznym niewielka sala przeznaczona jest na ekspozycję pięknej złotej biżuterii z okresu przełomu er, która od razu kojarzy się nam ze słynnym złotem Kolchidy.

To właśnie historia przesądziła o specyfice Adżarii. Region ten przez kilkaset lat znajdował się pod panowaniem tureckim. Pozostałością z tamtych czasów są zabytkowe meczety i muzułmańska społeczność zamieszkująca region. Bliskość tureckiej granicy widać w samym Batumi. Spora część hoteli, restauracji i innych lokalnych biznesów należy do kapitału tureckiego.

Interesująca jest historia najnowsza. Do 2004 r. Adżaria była de facto osobnym państwem, zarządzanym przez dyktatora Asłana Abaszydze. Dopiero zmiana władzy w Tbilisi i energiczne działania Micheila Saakaszwilego zmieniły tę sytuację. Gruzji udało się odzyskać kontrolę nad zbuntowaną republiką. Od tamtej pory rząd w Tbilisi zainwestował tu sporo środków starając się tym samym przekonać Adżarów o korzyściach przynależności do państwa gruzińskiego. Region funkcjonuje na zasadach autonomii, ma swoją flagę, lokalny rząd i parlament. W Batumi swoją siedzibę ma gruziński Sąd Konstytucyjny.

Jeden spośród słynnych kamiennych mostów

Jeden spośród słynnych kamiennych mostów

Morze

Plaża w Batumi, na całej długości kamienista. Piasek pojawia się sporadycznie w miejscowościach obok, w zatłoczonym każdego lata kurorcie Kobuleti oraz w znacznie bardziej kameralnej okolicy wokół twierdzy Gonio. Jeśli ktoś jest mobilny, to warto zobaczyć też czarne, powulkaniczne plaże w Ureki. Przeszkadzać w wypoczynku może pogoda. W okolicy często pada, również latem. Nie sposób też przewidzieć na co możemy liczyć w danym momencie. W maju i we wrześniu równie dobrze może być mokro, wietrznie i zimno (temperatura na polar i kurtkę), co słonecznie i ciepło (opalanie na plaży). Zmiany zachodzą nagle, z dnia na dzień, raz pada, raz świeci słońce. Więcej o pogodzie w Batumi.

Zwiedzanie

Batumi jest młodym miastem, powstało dopiero w XIX wieku, stąd też najważniejsze zabytki znajdują się poza jego granicami. Tuż obok wznosi się twierdza Gonio (starożytne Apsaros). Warto tu zajrzeć, by zdać sobie sprawę z bogatej historii tych ziem. Na terenie twierdzy znajduje się domniemane miejsce pochówku apostoła Macieja.

Bazar w Batumi. Właśnie przejechał pociąg

Bazar w Batumi. Właśnie przejechał pociąg

Jeśli mamy kilka dni na zwiedzanie Adżarii, to będziemy musieli postarać się, żeby dobrze wykorzystać czas. Zobaczyć trzeba choć jeden z kamiennych mostów, które wznoszą się tu od czasu średniowiecza. Ówczesna Adżaria mogła poszczycić się siecią bitych dróg, których częścią były właśnie te mosty. Kunszt z jakim je zbudowano zdumiewa do dziś. Miłośnicy przyrody zapuścić się mogą do parków narodowych Maczachela i Mtrala. To dobre miejsce na trekking, powstały szlaki, pojawiają się kolejne kwatery agroturystyczne.

A w samym Batumi? W ciągu ostatnich lat zrobiono sporo, żeby podnieść atrakcyjność miasta. Wyremontowano centrum. Turyści zatrzymują się na placu Europejskim i w zrobionym na wzór włoski kwartale zwanym Piazza. Ten ostatni, szczerze powiedziawszy nie jest niczym szczególnie ciekawym, to po prostu zespół eleganckich restauracji.

Osoby, które lubią takie miejsca, z przyjemnością odwiedzą tutejsze muzea. Jest ich kilka. Wspomniane już Muzeum Archeologiczne oraz Muzeum Adżarii. Warto zajrzeć do Muzeum Sztuki, choćby po to by zobaczyć obraz słynnego gruzińskiego prymitywisty, Niko Pirosmaniego. Z zabytkowych obiektów jest jeszcze synagoga – duży, odrestaurowany budynek otwarty jest dla zwiedzających.

Można wybrać się na przejażdżkę kolejką linową Argo. Linia ma 2,5 km długości i w ciągu 8 minut z nadmorskiej plaży wwozi pasażerów na wysokość 252 metrów. Roztacza się stąd ładny widok na miasto i wybrzeże.

Wyjątkowo wilgotny las w jednym z parków Adżarii

Wyjątkowo wilgotny las w jednym z parków Adżarii

Jeśli lubimy wschodnie klimaty, to zajrzyjmy na tutejszy bazar. Niby nic wielkiego, ale przynajmniej części osób może wydać się interesujący. To zresztą dobre miejsce, żeby na szybko przyjrzeć się gruzińskiej kulturze kulinarnej. Oczy cieszą stoiska z przeróżnymi przyprawami, wspaniałymi serami, miodem w plastrach i owocami. Tanio kupimy adżikę – lokalną pikantną przyprawę o konsystencji pasty lub sól swańską  – mieszankę z dużą domieszką czosnku. Miłośnicy herbaty zapewne zwrócą uwagę na miejscowy susz. A jeśli trafimy na moment, w którym przez teren bazaru, tuż przy nogach handlarzy, przejeżdża pociąg, to ujrzymy obrazki niemal jak z Indii.

Wielką popularnością cieszy się tutejsze delfinarium. Latem, w szczycie sezonu, widownia zajęta jest do ostatniego fotela. Byłem, i choć z reguły nie przepadam za takimi widowiskami, to w tym przypadku muszę przyznać, że robi ono wrażenie. Rodziny z dziećmi będą zachwycone. Pamiętać tylko trzeba o tym, żeby bilety kupić z wyprzedzeniem, bo tuż przed pokazem może nie być wolnych miejsc.

Ze względu na swoją różnorodność Batumi daje możliwość poruszania się na szerokiej turystycznej skali. Od luksusowych pięciogwiazdkowych hoteli z kasynami, po kwatery prywatne. Dobrze rozwinięty jest tu rynek wynajmu mieszkań na czas wakacji. Wędrujemy od czystego i zadbanego nadmorskiego deptaka (bulwar ma aż 7 km długości), po opisane wyżej, iście wschodnie targowisko. To wszystko razem ma pewien urok. Ambicje nowoczesnej, momentami bardzo ciekawej architektury (wszystkim polecam oryginalny budynek McDonalda) zderzają się z postradzieckimi blokowiskami. Dzisiejszy wygląd miasta właściwie oceni tylko ta osoba, która pamięta jego wygląd sprzed 5-7 lat. Zmieniło się nieprawdopodobnie dużo. Batumi wypiękniało. Zobacz też: Batumi, legenda i rzeczywistość.

Delfinarium. Bilet: 20 GEL

Delfinarium. Bilet: 20 GEL

Jak się tu dostać?

Autobusem (marszutką) bądź nocnym pociągiem z Tbilisi. Można też przylecieć do oddalonego o 2 godziny jazdy Kutaisi: Wizz Air z Warszawy i z Katowic). Od września będą też połączenia z Berlina. Mieszkańcy północno-wschodniej Polski mogą wziąć pod uwagę loty z Wilna. Albo wybrać wycieczkę objazdową, w programie której znajduje się również Batumi.

Informacje praktyczne:

Batumi, pogoda, plaża, hotele

Lotnisko w Kutaisi, transport, wymiana pieniędzy

Kutaisi – nowe centrum gruzińskiej turystyki

Turystyka kulinarna w Gruzji

Ten segment turystyki rozwija się bardzo prężnie. Na szczęście minęły już czasy, kiedy Polacy jeździli wyłącznie z własnym prowiantem, gdy chcieli jak najtaniej. Dziś coraz więcej osób szuka nowych smakowych doznań. Liczy się też atmosfera, lokalny koloryt i oryginalność. Ciekawość świata zaspakajana również w tym aspekcie. I bardzo dobrze! Jest gorącym zwolennikiem takiego podejścia. Nie lubię wycieczek, w czasie których turysta biega z językiem na brodzie, od zabytku do zabytku i nie ma czasu na obiad w pięknym miejscu, kieliszek wina czy kawę z uroczym widokiem. (Pod tym względem polecam artykuł: Atuty wycieczki do Gruzji).

Łódź, Festiwal Dobrego Smaku

Łódź, Festiwal Dobrego Smaku

Coraz bardziej cenię chwile relaksu przy dobrej kuchni. Dlatego też na imprezach organizowanych przeze mnie unikamy hotelowego jedzenia. Z rozmysłem wybieramy dobre restauracje. Bywa, że małe, pomijane przez innych turystów. Bywa, że daleko od popularnych tras, np. na wsi, w uroczych winnicach.

Turystyka kulinarna w oczywisty sposób związana jest z enoturystyką, bo cóż lepiej pasuje do pysznego jedzenia, jeśli nie wino.

Jednym z krajów rewelacyjnie nadających się na tego typu wycieczki jest Gruzja. Tamtejszą kuchnię uważam za jedną z najlepszych na świecie. O jej atrakcyjności decyduje kilka czynników. Po pierwsze naturalne, w pełni ekologiczne produkty. Przemysłowe rolnictwo jeszcze tam nie dotarło. Wszystko musi być świeże, w całości przygotowane tuż przed podaniem. Żadne półprodukty czy mrożonki nie wchodzą w grę. No i rzecz kolejna, być może najważniejsza, to kultura stołu. Nie może być szybko, na łapu-capu. W Gruzji  je się tak samo, jak pije. Z szacunkiem dla darów nieba. I z przekonaniem, że należy użyć ich we właściwy sposób. Na chwałę dnia, który właśnie trwa. Z radości, że ludzie spotykają się, rozmawiają i mogą zasiąść przy jednym stole. Więcej na ten temat w artykule Gruzińska kuchnia.

Przyjemność enoturystyki

Przyjemność enoturystyki

Gruzińska kuchnia to coś więcej niż jedzenie. To obyczaj. To świętość supry, wina i gościnności. Jeśli będziemy umieli spojrzeć na to w ten sposób, dotkniemy prawdziwej Gruzji. Kraju, który pod tym względem nie ma sobie równych.

I o tym właśnie będę opowiadał w Łodzi, w ramach Festiwalu Dobrego Smaku. Zapraszam w piątek, 17 czerwca do księgarni ArtTravel.pl (godz. 17.00). Szczegółowe informacje znajdują się na stronie Festiwalu.

Zobacz też nasz film z Gruzji.

Polecam też artykuł Supra, zabawa w gruzińskim stylu.

Wielkanoc w Gruzji i na Podlasiu

Poniedziałek wielkanocny. W tym roku późno, drugiego maja. Miesiąc po świętach katolickich. W Kachetii wiosna w pełni. Jak na warunki Gruzji to teren nizinny, ledwie sześćset metrów nad poziomem morza, dlatego ciepło. Nie to co w górach, gdzie jeszcze leży śnieg. W Kachetii trawa już wysoka, na drzewach kwiaty. Słońce opala twarze.

Cmentarz w Gruzji

Cmentarz w Gruzji

Cmentarze. Widzieliśmy ich kilka. Zlokalizowane przy drodze, więc wszystko widać z samochodu, nawet nie trzeba wysiadać z auta. Pikniki. Drugiego dnia Świąt Wielkanocnych Gruzini odwiedzają zmarłych. Idą na cmentarze. Zabierają ze sobą jedzenie i wino. Wspominają i ucztują. Jakiś czas temu niecierpliwi kaukascy górale szli na groby dzień wcześniej, ale zaprotestował patriarcha tutejszej Cerkwi. Ogłosił, że nie wolno, bo niedziela poświęcona jest żywym. A, że Gruzini słuchają Eliasza (cieszy się tu on wielkim autorytetem) to wstrzymali się. Pokornie czekają do poniedziałku. I wtedy masowo ruszają na cmentarze. Odchodząc zostawiają malowane jajka. Położone na grobach od razu rzucają się w oczy. Szczególnie nam, katolikom, u których nie ma takiego obyczaju. Razem z pisankami leżą babki wielkanocne.

Cmentarz w Białymstoku

Cmentarz na Podlasiu. Malowane jajka obok zniczy

Kilka lat temu obserwowałem podobny obyczaj w Mołdawii. Tyle, że tam, podobnie jak na sporym obszarze prawosławia, cmentarze odwiedza się w niedzielę przypadającą tydzień po Wielkanocy. Na groby bliskich schodzą się całe rodziny. Ucztują, piją alkohol. To bardzo ważny moment w roku. W Kiszyniowie miałem wrażenie, że ludzie żyją tylko tym. Trzeba było przekładać spotkania, bo wszyscy powyjeżdżali na wieś, na groby przodków.

We wtorek, trzeciego dnia Świąt, byliśmy już w zachodniej Gruzji. Tuż obok Kutaisi znajduje się monaster Gelati. Wzniesiony w XII wieku, słynie z pięknych średniowiecznych fresków. Tu pochowano też jednego z największych władców kraju – Dawida IV Wielkiego. Ładny poranek, jesteśmy sami. Ciszę przerywają tylko wiosenne śpiewy ptaków. Idziemy na pobliski cmentarz. Chcemy z bliska zobaczyć świadectwa wielkanocnego obyczaju. Na grobach leżą malowane jajka. Zostawiono je tu wczoraj, razem ze świątecznymi babkami. Na części mogił stoją też butelki z winem. Zobacz też: Wielkanoc w Jerozolimie.

Z Gruzji wróciłem do Białegostoku. Tydzień po prawosławnej Wielkanocy, w poniedziałek, poszedłem na duży prawosławny cmentarz. Chciałem sprawdzić na ile obyczaj ten utrzymuje się również u nas. Są pisanki! Na części grobów. Tradycyjne, bordowe, farbowane w wywarze z łupin cebuli. Ale widziałem też nowoczesne, wielokolorowe, oklejone wzorzystymi nalepkami. Są też znicze. Dużo zniczy, część pali się jeszcze. Niektóre od wczoraj, inne zapalone zostały dziś rano. Robię zdjęcia. Tak, żeby w jednym kadrze było malowane jajko i znicz. Kwiaty. Sporo sztucznych, ale z racji na to, że prawosławna Wielkanoc w tym roku wypadła późno, to widać też kwiatki naturalne. Wszystko razem komponuje się w ujmujący obraz. Jest coś szczególnego w takim zestawieniu. Nieodwracalność grobu, status zmarłego i ciała pogrzebanego na wieki wywołuje smutek. Ale w tym przypadku wrażenie to złamane zostaje symbolem jajka, które kryje w sobie życie. Zmartwychwstanie. Przedchrześcijański motyw pisanki w przypadku Wschodu nie ogranicza się tylko do żywych spotykających się przy świątecznym stole. Wychodzi dalej. Na cmentarze. By przypominać o odrodzeniu. A wiosna temu sprzyja. Przyroda budzi się do życia. Stąd wydaje się to bardzo naturalne, logiczne i wpisane w rytm świata.

W Białymstoku, 9 maja

W Białymstoku, 9 maja

A gdyby ktoś chciał zobaczyć coś tak szczególnego, to szansa będzie jeszcze w najbliższą niedzielę. Część osób, ze względów praktycznych, rozkłada wizyty na grobach na dwa tygodnie. Zapewne najbardziej ujmujące obrazy powstaną na wiejskich cmentarzach. Zapraszamy na Podlasie!

Zobacz też artykuł o prawosławnych obyczajach wielkanocnych: Orthodox Easter.

Narty w Armenii, Iranie i Gruzji

W czasie, kiedy śniegu brakuje nawet w Alpach, trzeba myśleć o nowych kierunkach narciarskich. Warto wziąć pod uwagę kraje mniej oczywiste, takie które do tej  pory z nartami wcale się nie kojarzyły. W Gruzji czy Iranie znajdziemy trasy zjazdowe położone na wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. Warunki śniegowe są dobre, infrastruktura przygotowana. Nic tylko korzystać! Dodatkowo, wypad narciarski połączyć można ze zwiedzaniem. Oto przykładowa oferta: Narty w Gruzji, narciarski kurort Gudauri.

Gruzja

Chyba jako jedyna z wymienionej trójki państw zdołała przebić się do świadomości Polaków. Kilka lat temu napisałem pierwszy artykuł na ten temat. Do tej pory zorganizowaliśmy już sporo wyjazdów narciarskich w pasmo Wielkiego Kaukazu. W Gruzji są trzy kurorty: Gudauri, Bakuriani i Mestia, ale realnie, jak na razie, liczy się tylko ten pierwszy. Położony najbliżej stołecznego Tbilisi (tu jest lotnisko) posiada też najlepsze warunki. Najwyższy punkt trasy zjazdowej znajduje się na wysokości 3250 m n.p.m. Śnieg leży tu od grudnia do kwietnia. Zaspy po pas widziałem też na początku maja.

Gruzja, Gudauri

Gruzja, Gudauri

W ciągu kilku ostatnich lat powstały dobre hotele, dysponujące krytymi basenami i saunami. Jest też trochę mniejszych, bardziej ekonomicznych obiektów. Zaskoczeniem może być fakt, że w sezonie w Gudauri ciężko o wolne miejsca. Rezerwacje, szczególnie dla grup, należy robić z dużym wyprzedzeniem. Poza tym wcale nie jest tanio. Lepsze hotele mocno trzymają cenę. Nowoczesne wyciągi wykonała austriacko-szwajcarska firma Doppelmayer.

Długość tras zjazdowych to ponad 57 km, a średnia pokrywa śnieżna — 2,5 m. Najniższy punkt trasy narciarskiej leży na wysokości 2050 m n.p.m.

W Gudauri jest specjalny stok dla amatorów jazdy ekstremalnej, tzw. free-ride, a poszukiwacze jeszcze mocniejszych wrażeń mają możliwość uprawiania narciarstwa z helikoptera.

Dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym z Warszawy do Tbilisi łatwo dostać się do Gruzji. Przelot zajmuje nieco ponad 3 godziny, a zimą bilety są tańsze. Z lotniska do Gudauri jest 120 km. Najlepszym rozwiązaniem jest połączenie wyjazdu narciarskiego ze zwiedzaniem, a przynajmniej z degustacją miejscowej kuchni i wina.

Więcej na ten temat w artykule: Narty w Gruzji.

Iran

W górach Alborz znajdują się dwa największe kurorty – Dizin i Szemszak. Blisko Teheranu, ledwie o godzinę jazdy samochodem.

Dizin leży na wysokości 2650 m n.p.m., a najwyższy punkt trasy sięga 3600 m n.p.m.! To największy irański kurort narciarski, polecany głównie dla początkujących i mniej zaawansowanych narciarzy i snowboardzistów oraz dla rodzin z dziećmi.

Iran, Dizin

Iran, Dizin

Kolejny kurort, Szemszak, ma trasy ulokowane na wysokości od 2550 do 3050 m n.p.m. Ze względu strome stoki polecany jest dla zaawansowanych narciarzy.

Dokładne omówienie tego tematu znajduje się w artykule Dominiki Klimowicz: Na narty do… Iranu.

Armenia

Kraj w Polsce mało znany; jeździ tam niewielu turystów. Szkoda, bo jest nie mniej atrakcyjny niż sąsiednia Gruzja. Wspaniałe zabytki, piękne góry, dobra kuchnia i wyjątkowe trunki. Z tych powodów Armenia jest bardzo atrakcyjnym celem wycieczki objazdowej. O turystycznych atrakcjach Armenii pisałem już na tym blogu. Zobacz.

Ze względu na ukształtowanie powierzchni (40 proc. obszaru leży na wysokości powyżej 2 tys. m n.p.m.!) Armenia ma też dobre warunki narciarskie. Najbardziej znany jest Tsakhkadzor, ośrodek wzniesiony w latach 80. XX wieku jako miejsce treningów radzieckiej kadry olimpijskiej. Szeroki przekrój tras daje możliwość uprawiania narciarstwa zjazdowego od osób stawiających pierwsze kroki po zaawansowanych adeptów białego szaleństwa. Sezon trwa od połowy grudnia do połowy marca. Tsakhkadzor znajduje się w odległości 55 km od stołecznego Erywania i międzynarodowego lotniska. Wyciągi zostały wyprodukowane i są obsługiwane przez włoską firmę Leitner. W sumie mają ponad 6 km długości i są w stanie przewieźć prawie 5 tys. pasażerów w ciągu godziny. Trasy rozciągają się od wysokości 1966 m do 2819 m n.p.m. I całkowita długość wynosi 27 km. Tsakhkadzor jest znacznie tańszym ośrodkiem od gruzińskiego Gudauri. Pamiętać należy tylko, że w okresie Nowego Roku i prawosławnych Świąt Bożego Naradzenia, czyli do połowy stycznia jest mocno zatłoczony. Więcej na ten temat tu: Narty w Armenii.

Armenia, mapa tras narciarskich w

Armenia, mapa tras narciarskich w Tsakhkadzor

Inne kierunki

Narciarze i snowboardziści mogą wziąć pod uwagę również Bałkany. Z zimowej olimpiady 1984 roku pamiętamy Sarajewo w dzisiejszej Bośni i Hercegowinie. Funkcjonują tam dwa w ośrodki narciarskie: Bjelasnica i Jahorina. Zimą w Bośni są większe szanse na śnieg niż w Polsce. Na narty można wybrać się też np. do Rumunii i Serbii. W tej ostatniej prym wiedzie duży i dobrze wyposażony kurort Kopaonik.

W ostatnich latach polska turystyka podlega istotnym zmianom. Na popularności zyskują nowe kierunki, do tej pory nieobecne w ofercie biur podróży. Mam wrażenie, że podobny proces dotyczy również zimowego wypoczynku. Być może w krajach tych nie znajdziemy tak dobrych warunków jak w Dolomitach, ale niosą one ze sobą powiew świeżości i odrobinę egzotyki. Warto przyjrzeć się im bliżej.

Zapisz

Gruzja nie jest kierunkiem dla każdego

W turystyce potrzebujemy nowych pomysłów. Takich, które są  atrakcyjne i potrafią odświeżyć skostniały rynek. Kilka lat temu pojawiła się Gruzja. Pojechałem wtedy do Tbilisi. Wróciłem zachwycony. Ludźmi, krajobrazami, kuchnią, zabytkami i winem.  W naszym biurze Gruzja stała się kierunkiem numer jeden, a ja odwołałem wszystkie pozostałe wyjazdy. Zostałem niewolnikiem Południowego Kaukazu. Przez kilka lat jeździłem tylko do Gruzji i Armenii.

Wycieczki

Od początku było jasne, że łatwo nie będzie. Baza hotelowa dopiero powstawała, miejscowe kadry niekoniecznie przygotowane były na przyjmowanie gości z Zachodu. Charakter Gruzinów jest specyficzny. Są bardzo dumni. Gościnność posunięta jest tu aż do absurdu. Gość to świętość. Ale pod warunkiem, że się na tym nie zarabia! Gruzini przypominają polską szlachtę z XIX wieku. Czują się źle pełniąc rolę hotelarza i kelnera. Dlatego wcześniej, przed epoką Związku Radzieckiego, profesje te należały do Ormian.

Cminda Sameba, cerkiew z XIV wieku u stóp góry Kazbek

Cminda Sameba, cerkiew z XIV wieku u stóp góry Kazbek

Pamiętam początki. Gruzini uczyli mnie ich kultury, ja próbowałem wytłumaczyć im cokolwiek z obsługi turystów. Kiedyś powiedziałem, że w Polsce mówi się „klient nasz pan”. Nie mogli w to uwierzyć! Zasada płacę i wymagam tu nie obowiązuje. Chcesz mieć dobry biznes, to się najpierw zaprzyjaźnij. Muszą szanować cię jako człowieka. Bez tego będzie słabo.

To kraj, który zachwyci osoby zainteresowane światem, otwarte na inne kultury i gotowe zaakceptować odmienne podejście do życia. By pokochać Kaukaz trzeba być choć trochę szalonym. Nie jest to destynacja dla sztywniaka z Zachodu, który wszędzie chciałby widzieć Szwajcarię albo porównywałby tutejsze hotele np. z Hiszpanią.

Gruzja stawia wyzwania. Trzeba coś zaakceptować, z czymś się pogodzić.  Przyjeżdżamy ze swoim, dobrze ukształtowanym obrazem świata i zderzamy się z inną perspektywą. Trzeba nauczyć się nowych rzeczy. Dotyczących geografii (Europa to czy nie? zobacz) historii, polityki, a nawet wina. Tradycje winiarskie Południowego Kaukazu liczą 8 tys. lat. Kachetyjska metoda jest najstarszym na świecie i nadal praktykowanym sposobem wytwarzania tego trunku. Potrzebujemy dobrego przewodnika, który wytłumaczy nam, że tradycyjne wino podawane na stół w dzbanach jest czymś absolutnie wyjątkowym. O wiele ciekawszych od wina w butelkach. Więcej w artykule: Gruzja – ojczyzna wina.

Opinie

Oprowadziłem po Południowym Kaukazie wiele wycieczek. Widziałem zachwyconych turystów. Obserwowałem jak z każdym kolejnym dniem wsiąkają w lokalny klimat, jak zaprzyjaźniają się z miejscowymi. W przypadku Gruzji, to coś więcej niż turystyka. To również  poznanie, zrozumienie i szacunek. Interkulturowość w pełnym tego słowa znaczeniu.

Autor na plaży w Batumi w sierpniu 2012 roku

Autor na plaży w Batumi w sierpniu 2012 roku

Dlatego smucą mnie pojawiające się czasem niepochlebne opinie na temat wycieczek do Gruzji. Nie ma ich wiele, ale jednak. To coś nowego. Słyszę je od pracowników biur podróży. Jeden z nich napisał mi jakiś czas temu, że jego zdaniem Gruzja to postradziecka ruina, słabe hotele i jeszcze gorsza jakość pracy miejscowych. Ktoś zadzwonił do mnie z pytaniem dlaczego w różnych tekstach tak zachwalam Gruzję. On był na firmowym wyjeździe organizowanym przez jedno z popularnych biur i nie doświadczył niczego ciekawego. Jak to wyjaśnić?!

Być może mamy klasyczny etap przejścia od turystyki elitarnej do masowej. W masówce jakość spada. W przypadku każdej destynacji. A jeśli chodzi o Gruzję, to zasada ta ma zastosowanie w szczególny sposób. Baza hotelowa jest mała. Są miejscowości, gdzie jest tylko jeden dobry hotel. Trzeba rezerwować go nawet rok wcześniej! Staranności wymaga każdy etap, np. kolacje można zamówić w hotelu, ale można też zawieźć grupę do dobrej restauracji. W pierwszym wypadku wyjdzie tak sobie, nic szczególnego. W drugim będzie super, pyszne jedzenie, wino, zabawa i tańce, a turyści zabiorą ze sobą fantastyczne wspomnienia.

Trzeba pamiętać, że Gruzja to nie Majorka. Nie jest najlepszym kierunkiem na plażowanie. W Batumi często pada. Chmury i ulewy w środku lata to norma. Nie ma jeszcze hoteli w typie resortów, z rozległym terenem, basenami i zjeżdżalniami. Do tego kamienista plaża. Jeśli ktoś wybierze się tu na tydzień lub dwa w celu miłego spędzenia czasu na plaży, to może być zawiedziony. Więcej na ten temat w artykule: Batumi. Pogoda, plaża i hotele.

Myślę, że pojawiające się negatywne opinie wynikają z nieporozumień. Mają one miejsce wtedy, gdy udają się tam osoby oczekujące czegoś, czego kraj ten dać nie może. Może również z niewiedzy. Wystarczy źle ułożony program, wybór niewłaściwych miejsc i atrakcji.

Gruzja jest fantastycznym celem wycieczek! Ale naprawdę dobrze pomyślanych. Dla organizatorów nie jest to kierunek łatwy. Wymagający wiedzy i specyficznego podejścia. I chyba niezbyt nadaje się na obszar turystyki masowej. Szczerze powiedziawszy mam nadzieję, że nigdy takim się nie stanie. Lubię Gruzję taką, jaka jest.

Tekst w skróconej formie ukazał się wcześniej w  „Wiadomościach Turystycznych”.

Nasza wycieczka do Gruzji.

 

Armenia i Gruzja we Wrocławiu

W piątek 27 lutego w ramach Festiwalu Podróżników będę miał przyjemność gościć na Targach Turystycznych we Wrocławiu. Wszystkich zainteresowanych Gruzją i Armenią serdecznie zapraszam! Moje wystąpienie rozpoczyna się o godz. 13.50. Miejsce: Sala Cesarska w Hali Stulecia.

Gruzja, Cminda Sameba

Gruzja, Cminda Sameba

Na spotkaniu opowiem m.in. o tym:

  • Czy Gruzja i Armenia to jeszcze Europa?
  • Dlaczego w gruzińskich hotelach nie dają śniadań przed ósmą rano?
  •  Jaka jest prawda o letnim wypoczynku w Batumi?
  • Skąd wiemy, że wino pochodzi z Kaukazu?

Zapraszamy miłośników wycieczek, dziennikarzy oraz przedstawicieli biur podróży, którzy chcieliby poznać turystyczne możliwości tych krajów.

Dopełnieniem opowieści będzie pokaz slajdów i prezentacja krótkiego filmu.

Na pewno warto pojawić się w Hali Stulecia. Wystąpi tam również Beata Pawlikowska i Aleksander Doba.

Do zobaczenia!

Zobacz też moje blogi poświęcone Gruzji i Armenii.

Enoturystyka. Podróże z winem w tle

Takie wycieczki zyskują na popularności. Rośnie kultura winiarska, a wraz z nią zapotrzebowanie na tego typu wyjazdy. Ci, którzy mają już za sobą Francję i Włochy, rozglądają się za nowymi kierunkami. W artykule tym chciałbym zwrócić uwagę na trzy bardzo interesujące kraje. Dla każdego winiarza wręcz obowiązkowe!

Winobranie w Kachetii, gruzińskiej stolicy wina

Winobranie w Kachetii, gruzińskiej stolicy wina

Gruzja

Ojczyzna wina! Udomowienie winorośli i umiejętność wytwarzania szlachetnego trunku nastąpiły na Południowym Kaukazie. Gruzja szczyci się siedmioma tysiącami lat winiarskich tradycji! Nadal praktykowany jest tu najstarszy znany sposób wytwarzania wina. W zakopanych w ziemi glinianych kwewri trunek dojrzewa przez całą zimę nad osadem z pestek i skórek. W ten sposób powstaje klasyczne gruzińskie wino tetri, czyli „białe”. Odwiedzamy winnice, przyglądamy się procesowi produkcji i testujemy różne rodzaje trunków. Chętni mogą spróbować picia z rogów. Dopełnieniem degustacji jest czacza – mocny alkohol robiony z winogronowych wytłoczyn. Więcej o specyfice gruzińskiego wina.

Nie ma Gruzji bez supry, czyli uczty z toastami wygłaszanymi przez tamadę. Miejscowa kuchnia jest wyśmienita. Jeśli jedziemy do Gruzji, to również po to, by spróbować narodowych dań. W przerwie warto posłuchać gruzińskiej muzyki i obejrzeć pokaz narodowych tańców.

Przykładowy program wycieczki: Gruzja – szlakiem wina.

Armenia

Razem z Gruzją dzierży miano ojczyzny wina. W niewielkiej miejscowości Areni archeolodzy odnaleźli pozostałości najstarszej na świecie wytwórni (ma 6 tys. lat!). Ciekawostką jest to, że wino robi się tam do dziś. Odwiedzamy Areni i degustujemy tamtejsze trunki. Zwiedzamy również słynną fabrykę koniaków (brandy) Ararat w Erywaniu.

Przyjemność enoturystyki

Przyjemność enoturystyki

Będąc w Armenii warto też spróbować cieszących się olbrzymim szacunkiem domowych trunków, w tym przede wszystkim tutowki, czyli okowity wytwarzanej z owoców morwy. Na szczególną uwagę zasługuje Arcach – tutowaja wodka po 3 latach dojrzewania w dębowych beczkach. Najlepsza pochodzi z Górskiego Karabachu.

Specjalnością Ormian jest również wino z granatów.

W trakcie wizyty w Armenii nie powinno zabraknąć tradycyjnej muzyki i miejscowej kuchni.

W przypadku Południowego Kaukazu znaczenie ma również to, że podstawą produkcji są miejscowe, endemiczne szczepy. W Armenii i w Gruzji nie zadomowiły się europejskie odmiany. Jest to więc zupełnie inny winiarski świat. Oryginalny i bardzo interesujący.

Mołdawia

Miłośnicy wina powinni wybrać się do Mołdawii. Znajdują się tam dwie największe na świecie piwnice winne. Milesti Mici ma ponad 200 km podziemnych korytarzy, a druga w kolejności Cricova, to 120 km piwnic i tuneli. Zwiedzamy je jeżdżąc po nich samochodami! Ozdobą Cricovej jest również jej imponująca kolekcja, najstarsze wino pochodzi z 1902 roku!

Fontanna wina w Milesti Mici

Fontanna wina w Milesti Mici

Degustujemy królewskie wino Negru de Purcari. Od wielu lat trafia na stół Elżbiety II. Czerwone, wytrawne; swój wyrazisty i oryginalny smak zawdzięcza dodatkowi gruzińskiego szczepu saperawi. Odwiedzamy też małe, tradycyjne winiarnie. Próbujemy wina domowego – oczywiście w towarzystwie wyśmienitych potraw miejscowej kuchni. Więcej o mołdawskim winiarstwie.

Będąc w Mołdawii można wybrać się również do Naddniestrza, nie uznawanego przez świat para-państwa. W jego stolicy, Tyraspolu, znajduje się znana wytwórnia koniaków Kvint. Zwiedzamy zakład, degustujemy i kupujemy.

…………………………………….

Kolebką winiarstwa jest Południowy Kaukaz. Tam wszystko się zaczęło. Pierwszy był Noe. To on na stokach Araratu miał zasadzić pierwszą winnicę. Więcej na ten temat w artykule: Gruzja i Armenia – ojczyzna wina. Tradycje winiarskie trwają przynajmniej od 7 tysięcy lat! Żadne inne miejsce na świecie nie ma takiej historii. To tam zachowały się wyjątkowe endemiczne szczepy i unikatowe metody wytwarzania wina w glinianych kwewri (kvevri). Do tej dwójki dodałem Mołdawię. Dlaczego? Ponieważ zasługuje na uwagę, a w Polsce jest mało znana. Do tego ciężko u nas o dobre mołdawskie wina. Łatwiej znaleźć je tam, na miejscu, w niewielkich, a bardzo dobrych winnicach, takich jak Purcari. No i te olbrzymie piwnice. Kilometry wykutych w skale korytarzy, po których poruszamy się busami! Naprawdę warto to zobaczyć!

Święto wina w Kiszyniowie

Polecamy też wycieczkę: Chile – Argentyna. Winnice „Nowego Świata”.

Nasz kanał na YouTube

– filmy z Armenii, Gruzji, Mołdawii…

Zobacz też artykuł: Enoturystyka. Wino i podróże.

 

Gruzini w polskiej armii

Wrzesień to dobry moment, by przywołać pamięć o tych szczególnych żołnierzach. Tym bardziej, że przez dziesięciolecia robiono wiele by o nich zapomniano. Nie wspominano o nich w szkole. Ani słowa na studiach (skończyłem historię). Za moich czasów wzmianek na ten temat nie było nawet w akademickich podręcznikach. W PRL-u była to historia zakazana. Do tej pory nie nadrobiliśmy zaległości.

Polska była ich drugą ojczyzną i tymczasową przystanią. W chwili próby pozostali jej wierni. Nie zeszli z placu boju, choć jako oficerowie kontraktowi mieli do tego prawo. Walczyli w kampanii wrześniowej, a następnie w Armii Krajowej. Brali udział w Powstaniu Warszawskim. Ich groby są na Monte Cassino i w Katyniu. Wiele lat później syn jednego z nich, urodzony w Warszawie Jan Szalikaszwili, uzyskał najwyższe stanowisko wojskowe w USA.

Zobacz nasz film z Gruzji.

Pomnik oficerów gruzińskich na terenie Muzeum Powstania Warszawskiego

Pomnik oficerów gruzińskich na terenie Muzeum Powstania Warszawskiego

Krótka niepodległość

Przez trzy lata, między 1918 a 1921 rokiem istniała demokratyczna i niepodległą Gruzja. W Polsce rozumiano, że to ważny sojusznik. Głównym orędownikiem tej współpracy był Józef Piłsudski. Jednym z celów ofensywy kijowskiej z 1920 r. było osłonięcie broniącej się przed Armią Czerwoną Gruzji. Niestety, po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej, Lenin zajął Południowy Kaukaz i z młodego kraju uczynił radziecką republikę. Udający się na emigrację gruziński rząd szukał przydziału dla swoich najlepszych oficerów. Nikt nie myślał wtedy, że na odzyskanie niepodległości przyjdzie czekać aż 70 lat. Liczono na rychłą geopolityczną zmianę. Wysłani na Zachód młodzi oficerowie mieli stanowić zalążek odradzającej się gruzińskiej armii. W dwudziestoleciu międzywojennym na polskim żołdzie było około 100 oficerów, w tym 6 generałów! Pełnili ważne funkcje, byli też wykładowcami w szkołach wojskowych. Zbierali najlepsze noty. Cieszyli się uznaniem polskich kolegów. Łączyły ich te same pasje i cechy charakteru: honor, brawura, miłość do szabli i konia, umiejętność dobrej zabawy. Do legendy przeszły słynne gruzińskie bale w Warszawie. Dodatkowej sympatii ze strony Polaków przysporzyło antysowieckie powstanie jakie wybuchło w Gruzji w  1924 roku, krwawo stłumione przez Moskwę.

Oficerowie kontraktowi

Byli oficerami na szczególnych zasadach. Cywilno-prawna umowa na czas określony przewidywała, że obowiązek służby wygasa w dniu rozpoczęcia wojny. Większość z nich miało status bezpaństwowca (posługiwali się paszportami kraju, którego zniknął z mapy świata). Zaledwie część z nich przyjęła polskie obywatelstwo. Mówiąc krótko, z założenia byli żołnierzami  tylko na czas pokoju. Nie zważając na to bili się w kampanii wrześniowej. W trakcie walk o Warszawę do historii przeszła ofiarna i skuteczna obrona Ochoty. Odcinkiem tym dowodził major Artemi Aroniszydze. Otrzymał za to Virtuti Militari.

Z ekspozycji Muzeum Powstania Warszawskiego

Z ekspozycji Muzeum Powstania Warszawskiego

Najtragiczniejszy los spotkał tych, którzy po 17 września wpadli w ręce Armii Czerwonej. NKWD traktowało ich jak zdrajców. Wyszukiwano ich na podstawie przygotowanych wcześniej list proskrypcyjnych. Niestety, mamy tu swoją haniebną kartę. Po zakończeniu wojny UB na zlecenie radzieckich służb brało udział w eksterminacji gruzińskich oficerów. Ci, którzy przeżyli wojnę byli torturowani i mordowani w polskich katowniach. Doskonale wiedzieli co ich czeka. Próbowali się ukrywać. Kompletnie niesamowitą historią jest życiorys Waleriana Tewzadze. Ten gruziński oficer ukrywał się pod polskim nazwiskiem aż do swojej śmierci w 1985 roku! Wypłynął na statku z Batumi w 1921 r. Był wtedy zastępcą szefa wywiadu. Całe dwudziestolecie przesłużył w polskiej armii. Wykładał w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie. Walczył w kampanii wrześniowej dowodząc północnym odcinkiem obrony Warszawy (Virtuti Militari). Później w Armii Krajowej – szef sztabu 7 Dywizji Piechoty. Po wojnie zaszył się w Dzierżoniowie, został księgowym w miejscowych zakładach „Silesiana”. Wszyscy znali go jako Waleriana Krzyżanowskiego. Sensacja wybuchła kiedy odczytano testament. Powszechnie szanowany starszy pan przedstawił w nim swoją prawdziwą historię. Napisał też:

Jako Gruzin chciałbym być pochowany w Gruzji, ale jestem szczęśliwy, że będę pochowany w ziemi szlachetnego i dzielnego Narodu Polskiego.

Zdanie to wykuto na jego grobie.

Powstanie Warszawskie

Symboliczną postacią jest Irka. Zginęła w powstaniu w wieku 16 lat. Była córką gruzińskiego oficera lotnictwa, który został zamordowany w Katyniu. Irena Schirtladze, łączniczka batalionu „Parasol”, odznaczona Krzyżem Walecznych. Jej grób znajduje się na Powązkach Wojskowych.

O udziale Gruzinów przypomina kilkuzdaniowy, niewielki napis w Muzeum Powstania Warszawskiego. To cytat z „Rzeczpospolitej Polskiej” z dnia 20 sierpnia 1944 r.

Pamięć

Lepsze czasy dla pamięci o tych niezwykłych ludziach przyszły w okresie prezydentury Micheila Saakaszwilego i Lecha Kaczyńskiego. Dwaj prezydenci, w maju 2007 r. na terenie Muzeum Powstania Warszawskiego odsłonili pomnik poświęcony gruzińskim oficerom służącym w wojsku polskim.

Wtedy, przez moment wydawało się, że wrócić mogą dawne koncepcje sojuszu z Gruzją. Można było odnieść wrażenie iż w Polsce znowu zaczynamy rozumieć dużą rolę Kaukazu.

Święty

W dwudziestoleciu międzywojennym kapelanem Gruzinów mieszkających w Polsce był Grzegorz Peradze. Ksiądz i jednocześnie wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, wybitny znawca chrześcijaństwa wschodniego. Znajomość wielu języków, w tym koptyjskiego, hebrajskiego, syryjskiego, gruzińskiego i ormiańskiego umożliwiała mu studia porównawcze na poziomie niedostępnym nikomu innemu. Z propozycjami pracy zwracały się do niego najbardziej prestiżowe europejski uczelnie. Wybrał Warszawę. Opiekę jaką nad nim roztoczył zwierzchnik polskiej Cerkwi. Po zwycięstwie Niemców w kampanii wrześniowej odrzucił ofertę składaną przez uniwersytet w Berlinie. Aresztowany i odesłany do obozu w Auschwitz-Birkenau zginął w podobnych okolicznościach jak Maksymilian Kolbe. Dziś jest świętym Kościoła gruzińskiego.

Prawie wszystko o Gruzji

Zamiast zakończenia

Co wiemy o tych ludziach? Czy o nich pamiętamy? Myślę, że warto przywrócić ich pamięć. Lubimy szczycić  się zasługami w walce o „wolność naszą i waszą”. Tym bardziej powinniśmy docenić dzieło gruzińskich oficerów.

Zobacz też inne artykuły o Gruzji:

Supra – zabawa w gruzińskim stylu.

Człowiek gruziński. Najstarszy Europejczyk.

Muzeum Stalina.

Pierogi w różnych kuchniach świata

Uznajemy je za nasze narodowe danie. Tyle, że wielu z moich zagranicznych znajomych zna pierogi i wcale z Polską ich nie kojarzy. Próbowali ich choćby u naszych wschodnich sąsiadów. Tak sobie myślę, że trzeba poszukać nieco głębiej w narodowej kuchni, żeby znaleźć coś naprawdę wyjątkowego. Mam tu jakieś typy, opisałem je kilka lat temu w artykule Kulinarne przeboje.

Autor ze smakiem zajadający chinkali

Gdzie znajdziemy „pierogi”, w jakich krajach i kuchniach świata? Nazwa jest w cudzysłowie ponieważ traktujemy ją jako szeroką kategorię, niekoniecznie będą to te potrawy, które w Polsce jednoznacznie by się z pierogami kojarzyły.

Chinakli

Chinkali

Gruzińskie pierogi

Ostatnio stały się popularne.  Podobnie jak cała Gruzja. Zna je chyba każdy turysta wracający z Sakartwelo. Swego czasu znalazły się również w programie Magdy Gessler. Choć pani Magda nie potrafiła ich jeść. Wzięła się za nie za pomocą noża i widelca, a to rażący błąd! Chinkali je się rękoma. Nie można ich rozkrajać, ponieważ wtedy ucieknie nam najsmaczniejszy element, czyli znajdujący się w środku pieroga rosół.

Jak więc je jeść? Bierzemy chinkali w dłoń, nadgryzamy jeden rąbek i wysączamy rosół. Chodzi o to, żeby nie uciekła nawet kropelka.

Klasyką chinkali jest nadzienie mięsne z domieszką baraniny. Wszystko pysznie przyprawione – cechą kuchni Południowego Kaukazu jest duża ilość ziół, z obowiązkowym udziałem kolendry. Zresztą chinkali to cały rytuał. Ich lepienie wymaga sporej wprawy i jest jednym z czynników poprzez które teściowa ocenia synową. Mocny element kultury narodowej. Więcej w artykule Gruzińska kuchnia.

Momo

Znam je gównie z Nepalu. Są tam chyba najbardziej popularnym daniem. Przy ulicach miast stoją charakterystyczne duże aluminiowe kotły. W nich to, na parze gotowane są niewielkie pierożki w kształcie sakiewek. Proste pierogowe ciasto (mąka, woda, odrobina oleju i soli) wycinane jest w formę kółek. Do każdego kółeczka wkładana jest łyżka farszu z mięsa jaka, bawołu, kozy lub kurczaka. Lepimy po środku w kształt torebki. Znajdziemy też odmiany wegetariańskie, z warzywami bądź serem.

Autor w nepalskiej kuchni

W nepalskiej kuchni

Samosy

Kojarzą je wszyscy zainteresowani kuchnią indyjską. Popularne wśród wegetarian na całym świecie. Większe od naszych pierogów, smażone na głębokim tłuszczu. Nadzienie może być różne, ale w klasycznej formie stanowi je bezmięsny farsz z soczewicy, dobrze przyprawionych warzyw lub sera panir. Kto choć raz jadł prawdziwe samosy wie, że mają charakterystyczny smak. Jego tajemnica kryje się w przyprawach (kminek, kolendra, kozieradka). W Indiach spotkamy je w ulicznych jadłodajniach, ale też w luksusowych restauracjach. Klasyka tutejszej kuchni.

Na samosy trafiłem też w Etiopii. We wschodniej części kraju. Widać musiały dotrzeć tu przez Ocean Indyjski. Duże jak pięść, pękate, wypełnione soczewicą. Artykuł: Etiopia od kuchni.

Uzbeckie manty

Samosy dzięki smażeniu na głębokim tłuszczu są stosunkowo bezpieczną potrawą nawet w tak egzotycznych krajach jak Indie i Etiopia.

Manty

Pierożki podobne do nepalskich momo, ale trochę większe. Klasyczne danie Azji Centralnej, powszechne w Uzbekistanie i Kirgistanie. W podstawowej formie nadzienie stanowi grubo siekana baranina, cebula i przyprawy. Pyszne! Zresztą baranina to klasyka tamtejszej kuchni. Znajdziemy ją w zupie (rewelacyjna siorba) i szaszłykach (najlepsze w Samarkandzie). Ale też w samsach – to, przekąska, lokalny fast food, który z nazwy przypomina indyjskie samosy. Wypiekane w tradycyjnych tondirach (podobne piece spotkamy od Indii po Armenię). Mięso otoczone ciastem francuskim. Jeśli ktoś nie lubi baraniny każdą z potraw może zamówić w wersji z wołowiną lub drobiem.

Pozy (buzy) – buriackie pierogi nad Bajkałem. Zobacz: Bajkał od kuchni

Kołduny

No właśnie, jak zakwalifikować to danie? Potrawa moich rodzinnych stron, pogranicza Litwy, Białorusi i Rzeczpospolitej. Utożsamione z Wileńszczyzną i tamtejsza szlachtą. W rzeczywistości na te tereny kołduny przywędrowały z Tatarami.  Nadzieniem jest mięso baranie, wołowe lub wołowo-jagnięce. Obowiązkowo w rosole. Zapraszam na Podlasie, na Szlak Tatarski, tu podadzą najlepsze!

Polecam też artykuł: Supra – zabawa w gruzińskim stylu.

Bohater z Chewsuretii

Nazywa się Micheil, jak poprzedni prezydent Gruzji. Ma 65 lat i jest lekarzem. Pracował w szpitalu w Tbilisi, ale zawsze myślał o powrocie w rodzinne strony. Po raz pierwszy usłyszałem o nim na przełęczy Datwis Dżwari. Na wysokości 2676 m n.p.m. spotkaliśmy miejscowych pograniczników. Mieli akurat wolne, więc zrobili piknik. Po gruzińsku: pomidory, ogórki, chleb, ser, trzylitrowy pojemnik z dobrym bimbrem oraz szczere zaproszenie – Chodźcie, wypijemy za piękno otaczających nas gór. Mówimy, że jedziemy do Szatlili i że zatrzymamy się u doktora. – O, to bohater – mówią. W czasie wojny Rosji z Czeczenią pomagał bojownikom. Przez góry przynosili do niego rannych. Przeprowadzał operacje u siebie w domu. Wielu uratował. Ale zapewne też niejeden Czeczen umarł na jego kuchennym stole.

Doktor Micheil z synem

Doktor Micheil (Misza) z synem

Następnego dnia urządziliśmy wycieczkę po Chewsuretii. Misza był naszym przewodnikiem. Pokazywał najciekawsze miejsca, wyszukiwał najładniejsze widoki. Niewielu tam ludzi, przez cały dzień spotkaliśmy ledwie kilku. Każdy  z dużym szacunkiem witał doktora.

Chewsuretia leży na północy Gruzji, tuż przy granicy z Czeczenią, w paśmie Wielkiego Kaukazu. Dojechać tu można tylko latem. Potrzebny jest samochód z napędem na dwie osie. Droga z Tbilisi zajmuje około 5 godzin.

Od kilku lat jeżdżę na Kaukaz i tylko dwa razy zdarzyło mi się, żeby ktoś w Gruzji odmówił rozmowy po rosyjsku. Raz zakonnica w jednym z klasztorów Kachetii, no i teraz Misza. Rosyjski zna na pewno. Nie ma innej możliwości. Studia skończył w ZSRR. Na półce stoją pisane po rosyjsku podręczniki chirurgii. Ale nie chce i już. Rozmawiamy więc przez tłumacza.

Zobacz nasz film z Gruzji.

Supra na przełęczy Datwis Dżwari

Supra na przełęczy Datwis Dżwari

Dom jest duży, ale warunki w nim raczej surowe. Prosto urządzony. Duża kuchnia, gdzie jadają zatrzymujący się tu globtroterzy. I duży pokój z telewizorem. Tam doktor Misza przyjmuje pacjentów. W obydwu pomieszczeniach na ścianach wiszą niedźwiedzie skóry. Chyba dla podkreślenia górskiego, twardego charakteru gospodarza.

Właśnie z oddalonej o kilka kilometrów wsi przyjechali rodzice z gorączkującym dzieckiem. Od niedawna rząd wypłaca doktorowi niewielką pensję. Obiecano przekazać samochód. Teraz też ma, ale niesprawny, stary, jeszcze z radzieckich czasów. Najbliższa apteka jest w zasięgu kilku godzin jazdy, więc doktor sam kupuje potrzebne medykamenty i rozdaje potrzebującym.

Misza jest jedynym ratunkiem dla zapuszczających się tu turystów. Pytam czy od zagranicznych podróżników też nie bierze pieniędzy. Odpowiada, że oczywiście nie, że nie mógłby inaczej, tak nakazuje gościnność. Próbuję tłumaczyć, że turyści mają ubezpieczenie, że dla towarzystw ubezpieczeniowych jest skarbem, ponieważ pomagając tu na miejscu, minimalizuje koszty, że jak wystawi rachunek na 50 dolarów, to zrobi im przysługę. Tylko macha ręką. Nie chce słuchać. Wiem, że go nie przekonam.

Chewsuretia, Szatili

Chewsuretia, Szatili

Mieszka z żoną i dwójką dzieci. Chłopcy są jeszcze mali, chodzą do  szkoły podstawowej. Rodzina spędza tu okrągły rok. To rzadkość. Mało kto zostaje na zimę. Warunki są surowe, życie ciężkie, a cały region przez kilka miesięcy odcięty od świata. Szatili, niewielka miejscowość pełniąca rolę stolicy Chewsuretii ma dziesięć, może kilkanaście domów. Plus odrestaurowany niedawno, piękny zespół średniowiecznych baszt obronnych. Wzniesione w XII wieku kamienne wieże są wizytówką regionu. Do tego szkoła i kościółek.

Od powrotu z Chewsuretii myślę o Miszy. O pracy, którą wykonuje nie oczekując niczego w zamian. O jego doświadczeniach z czasu wojny czeczeńskiej. O prosto urządzonym domu, w którym zimą musi być naprawdę zimno. Co wtedy robią dwaj mali chłopcy?

Przypominają mi się twarze tych ludzi i widoki tamtejszych gór. Odludnych i pięknych. Chewsuretia to wyjątkowe miejsce.

Więcej o tym regionie w artykule: Chewsuretia – między Gruzją a Czeczenią.

Strona 1 z 3

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén