Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: pilot wycieczek

Pilot, rezydent i pracownik biura podróży

Artykuł ten, przynajmniej w pewnym sensie, jest kontynuacją poprzedniego (Jesień w turystyce). W listopadzie i grudniu mam trochę więcej czasu, nie podróżuję tak intensywnie, więc mogę zająć się szkoleniami. Prowadzę je w ramach Akademii Turystyki.

Od dawna było wiadomo, że brakuje młodych kadr. Z potrzeby narodziły się kolejne kursy przygotowujące do pracy w biurach podróży. Chodziło o różne stanowiska, od pracownika biurowego, po pilota wycieczek egzotycznych. Na blogu znajdziecie sporo artykułów na ten temat. Wystarczy kliknąć tag: Szkolenia w turystyce.

Od lat największym powodzeniem cieszy się kurs rezydentów biur podróży. W dość prosty sposób można zdobyć podstawy umożliwiające atrakcyjną pracę na typowo wakacyjnych kierunkach, między innymi takich jak Turcja, Hiszpania i Grecja. Więcej na ten temat opowiadam w programie TVP2. Zobacz.

Ze względu na to, że najwięcej pracy dla rezydentów jest w sezonie letnim, to jest praca, którą chętnie wykonują studenci, ale w zawodzie tym możemy spotkać również osoby znacznie starsze. To jest zresztą temat, o który dość często pytają zainteresowani. Na tyle istotny, że poświęciłem mu osobny artykuł: Wiek rezydentów biur podróży.

Praca pilota to okazja do poznania świata i wielu ciekawych ludzi.

Praca pilota to okazja do poznania świata i wielu ciekawych ludzi.

Osobnym zagadnieniem jest kwestia szkolenia pilotów wycieczek. Po deregulacji, to zupełnie nowy temat. Od 1 stycznia 2014 roku nie ma już regulowanych przez ministerstwo kursów i państwowych egzaminów. Nie ma licencji. Pracować może każdy. Musi tylko przekonać pracodawcę, że potrafi. Tyle i aż tyle! Sama praca też nie jest łatwa, wymaga sporej wiedzy i konkretnych umiejętności. Niezależnie więc od politycznych i urzędniczych zmian, szkolić nowych adeptów trzeba. Ważny jest sposób kształcenia. Ustalony przez ministra program kursu mało miał wspólnego z praktyką i słabo przygotowywał do pracy. Od 2 lat mamy wolną rękę. Możemy uczyć po swojemu. Mam nadzieję, że udaje nam się to jak najlepiej.

Jaki kurs wybrać, pilota wycieczek czy rezydenta? To zależy od tego, co lubimy robić i gdzie chcemy pracować. Obie funkcje mają ze sobą coś wspólnego, ale też wiele różnic. Rezydent jest pracownikiem biura podróży, który na stałe, przynajmniej przez kilka miesięcy, przebywa w kurorcie, gdzie wypoczywają turyści. Najczęściej jest to basen Morza Śródziemnego, od Portugalii i Hiszpanii, po Egipt i Turcję. Mniej pracy dla rezydentów jest na kierunkach egzotycznych, np. w Tajlandii czy na Kubie. Praca rezydenta wiąże się z dłuższym pobytem w jednym miejscu i najczęściej dotyczy masowych, najbardziej popularnych wakacyjnych kierunków (słońce i plaża). Zupełnie odwrotnie jest w przypadku pilota. Tu mamy do czynienia z ustawicznym przemieszczaniem się. Piloci pracują na wycieczkach objazdowych. Można jeździć z wycieczkami w Polsce, w Europie, ale też w bardzo egzotycznych krajach. Jeśli ktoś chce pracować z turystami w Iranie czy Etiopii, to w grę wchodzi funkcja pilota. Rezydent zajęcia tam nie znajdzie, ponieważ nie są to destynacje masowej turystyki opartej o plażę i wypoczynek.

Rezydent i pilot zajmują się obsługą grup turystycznych. Ale wcześniej ktoś musi to przygotować i sprzedać. Biura podróży potrzebują wykwalifikowanych pracowników zajmujących się tworzeniem produktu i jego dystrybucją. Najczęściej nazywamy ich specjalistami ds. turystyki. I w tym przypadku również są różnice w oczekiwaniach pracodawców. Innych kompetencje wymaga się od osoby ubiegającej się o pracę w biurze agencyjnym, a zupełnie innych od kandydata na stanowisko specjalisty w biurze organizującym imprezy turystyczne (touroperator). Pojęcie „biuro podróży” jest hasłem zbiorczym, opisującym przedsiębiorstwa zajmujące się różnymi działalnościami z obszaru turystyki. Połowa z nich to po prostu sklepy, które sprzedają wczas i wycieczki organizowane przez inne podmioty. Takie firmy nazywamy agencjami turystycznymi lub biurami agencyjnymi. Co trzeba umieć, żeby w nich pracować? Przede wszystkim wymagana jest znajomość systemów rezerwacyjnych, z których najważniejszy jest MerlinX. Kolejnym obszarem jest wiedza o produkcie, czyli płynne poruszanie się w bardzo bogatej ofercie wielu touroperatorów, zaczynając od Itaki, TUI i Rainbowa. To olbrzymia ilość hoteli, kurortów i atrakcji turystycznych. Do tego dochodzi jeszcze umiejętność sprzedaży i dobrego kontaktu z klientem. Są to zatem konkretne i łatwo weryfikowalne rzeczy. Pracodawca szybko może sprawdzić potencjał kandydata. Proste zadanie może wyglądać tak: Proszę porównać ofertę największych biur i wybrać trzy najkorzystniejsze dla rodziny 2 + 2. Grecja, tydzień, all inclusive, w następującym terminie… I 10 minut na wykonanie zadania. Tak się pracuje w biurze agencyjnym, więc takimi umiejętnościami trzeba się wykazać.

Inaczej u touroperatora, czyli w biurze, które organizuje wczasy i wycieczki. Tu już nie jest potrzebny MerlinX, ani biegła znajomość oferty TUI, Neckermanna czy Eximu. Wymagane za to są umiejętności niezbędne przy tworzeniu produktu turystycznego. Jakie? Znajomość rynku, zasad pracy organizatora i tworzenia pakietów. Zdolność komunikacji z kontrahentami oraz szczegółowa wiedza na temat konkretnych kierunków turystycznych. Więcej na ten temat w artykule: Praca w biurze podróży – informacje zawodowe.

O ile praca w biurze agencyjnym wydaje się dość jednostajna i schematyczna (wyszukiwanie ze zbioru gotowych ofert) o tyle tworzenie imprez turystycznych otwiera możliwości kreacji i odkrywania nowych lądów. Mile widziane są tu osoby twórcze i kreatywne, potrafiące przewidywać rynkowe tendencje. Rewelacyjnie jeśli mają doświadczenie wyniesione z innych krajów. Dlatego bywa, że w tej pracy dobrze sprawdzają się osoby, które wcześniej pracowały w roli pilota lub rezydenta. Pomocna będzie autentyczna pasja i chęć ustawicznego kształcenia się.

Wcale nie jest łatwo o takich pracowników. Szukam do mojego biura już od jakiegoś czasu. Fakt, wymagania są spore, ale taka jest specyfika tego zawodu. Jesteście zainteresowani? Piszcie, może dołączycie do naszego zespołu.

Kompendium pilota wycieczek

W 2014 roku ukazało się czternaste wydanie „Kompendium pilota wycieczek” pod redakcją Z. Kruczka. Przez lata książka była lekturą obowiązkową dla wszystkich ubiegających się o uprawnienia pilota. Na jej podstawie prowadzono kursy i organizowano egzaminy.

W wyniku nowelizacji Gowina sytuacja uległa zmianie. Od 1 stycznia 2014 roku urzędy nie przeprowadzają już egzaminów i nie wydają licencji. Kto chce, może więc być pilotem. Pod warunkiem, że przekona pracodawcę do swoich kompetencji. Zezwoleń, legitymacji i egzaminów już nie ma, ale uczyć się warto.

Wydanie z 2014 r.

Wydanie z 2014 r.

Właśnie skończyłem kolejną edycję kursu pilota wycieczek. Po nowelizacji kształcimy zupełnie inaczej. Bez teorii i wielu niepotrzebnych tematów. Wreszcie możemy zrobić kurs po swojemu, w oparciu o nasze doświadczenia, wykorzystując profesjonalizm najlepszych pilotów i zatrudniających je biur.

Jak bardzo obowiązujący do niedawna i nałożony polskim prawem program szkolenia nieprzystosowany był do realiów pracy pilota, przekonać się można zaglądając do Rozporządzenia Ministra Sportu i Turystyki z dnia 4 marca 2011 roku. Zobacz: Dziennik Ustaw nr 60, załącznik nr 10, s. 3877 – 3878.

Na ten temat napisane zostało już wiele. Zainteresowani znajdą sporo informacji, np. tu: „Deregulacja. Pilot wycieczek”.

W niniejszym artykule chcemy skupić się na omówieniu przydatności wspomnianego wyżej „Kompendium” w kształceniu pilotów wycieczek dziś, w nowej sytuacji prawnej.

Do końca 2013 roku każdy, kto chciał zostać pilotem, musiał ukończyć kurs i zdać egzamin. Kursy i egzaminy uzależnione były od „Kompendium”. Powoływane w urzędach marszałkowskich komisje egzaminacyjne układały pytania na podstawie tej publikacji, a prowadzący szkolenia uznawali ją za lekturę obowiązkową. Kursanci nie narzekali, ponieważ wiedzieli czego się nauczyć. Trzeba było wkuć tę konkretną książkę. Co prawda na pamięć, od deski do deski, ale przecież to niezbyt wygórowana cena za zaliczenie egzaminu państwowego.

Publikacja nie była pozbawiona wad. Zdarzały się rażące błędy. Dotyczyły ogólnej wiedzy o turystyce, ale też samej pracy pilota. Trzy lata temu napisałem analizę „Kompendium”. Zobacz: „Kruczek na pilotów”.

Czy coś się zmieniło? Ponaglany przez kursantów, którzy ciągle pytają o to, czy w zaktualizowanych wydaniach „Kompendium” są błędy, postanowiłem sprawdzić. W tym celu kupiłem najnowszą edycję, z 2014 roku.

Część z wypunktowanych kilka lata temu nieprawdziwych informacji na szczęście zniknęła. Poprawiono chociażby fragment dotyczący pasów bezpieczeństwa na fotelu pilota (s. 122). Autorzy „Kompendium” już nie twierdzą, iż „nie istnieje praktycznie możliwość zamontowania pasów bezpieczeństwa na miejscu pilota” (s. 72 wydania z 2011 roku). Zmieniono też definicję all inclusive – wreszcie na prawdziwą.

Pod jednym względem nie zmieniło się nic. Nadal najgorzej wygląda rozdział „Wiedza o turystyce”. Trafimy tam na informacje, które osobę z doświadczeniem w branży mogą wprawić w osłupienie. Przejdźmy do przykładów.

Co autor ma na myśli pisząc na s. 43, że „przedstawicielstwa firm zagranicznych” (wymienia TUI i Neckermanna) „opanowały już około 80% rynku czarterowego w Polsce”?! Jest to oczywista nieprawda. TUI i Neckermann mają spory udział w rynku, ale nie 80 proc.! Najwięcej ma Itaka, a nie jest przecież „przedstawicielstwem firm zagranicznych”. Tu znajdziecie listę 10 największych biur podróży.

Autorzy „Kompendium” z uporem podtrzymują błędną definicję agencyjnego biura podróży. Agent nie jest osobą, jak podaje „Kompendium” na s. 279, ale samodzielnym podmiotem gospodarczym, tj. zupełnie niezależną firmą. Umowa między touroperatorem, a agentem, który sprzedaje jego produkt, to umowa firma – firma, a formą rozliczenia jest faktura. Gdyby agent był osobą, to musiałaby to być umowa-zlecenie lub umowa o pracę.

Myli się też jeden z autorów „Kompendium” pisząc, że agent „najczęściej nie bierze na siebie odpowiedzialności za usługi swojego szefa” (s. 23). Ten krótki fragment zawiera aż dwa błędy. Po pierwsze, w sensie prawnym, agent nigdy nie bierze na siebie takiej odpowiedzialności, gdyż całkowitą odpowiedzialność za imprezę turystyczną ponosi jej organizator. Po drugie, relacji organizator – agent nie można przedstawiać według schematu zwierzchnik – podwładny. Touroperator nie jest „szefem” biura agencyjnego.

Zresztą tu nieścisłości jest więcej. Znam wiele biur agencyjnych, ale ani jednego, które prowadziłoby usługi dodatkowe, takie jak „załatwianie paszportów” (s. 23). Stronę wcześniej znajdujemy kolejną wątpliwą informację. Skąd autor ma wiedzę, że „zdecydowana większość” oferty „oddawana jest do dystrybucji współpracującym z turoperatorem agentom”? Przecież rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Wielu polskich organizatorów imprez turystycznych nie udostępnia takich danych. Dysponujemy tylko informacjami przekazanymi przez część biur. I tak, np. Sun&Fun za pośrednictwem agentów sprzedaje aż 88 proc. produktu, a Exim Tours 71, ale Logos Tour już tylko 6 proc., a Logos Travel ledwie 4 proc.! Z grubsza, zasada może wyglądać tak, że agenci sprzedają więcej ofert turystyki czarterowej, a mniej produktu biur specjalizujących się w jakiejś konkretnej dziedzinie, np. w egzotyce. Nie wiem też dlaczego autor podpiera się tu przykładem rynku brytyjskiego. Co wspólnego z tym rynkiem może mieć polski pilot wycieczek?! Czy nie lepiej byłoby omówić sytuację, z jaką mamy do czynienia w Polsce? Realnie występującą i bardzo ciekawą, z uwzględnieniem np. sporu na linii TUI – biura agencyjne.

Podobnie rzecz się ma z zamieszczonym dwie strony dalej opisem komputerowych systemów rezerwacyjnych. Fragment ten wygląda na przepisane z zachodnich publikacji czysto akademickie formułki, zupełnie oderwane od rzeczywistości polskiego rynku turystycznego. Pisałem już o tym we wspomnianym wcześniej artykule, zobacz: Kruczek na pilotów, część 2. Wiedza o branży turystycznej. Jeśli autor wspomina, że „korzyści z CRS czerpią także agencje turystyczne, które nie muszą każdorazowo telefonować do turoperatora w celu rezerwacji konkretnych świadczeń”, to chyba powinien przy tej okazji wymienić te systemy, które mają powszechne zastosowanie w Polsce, a nie takie, o których agenci nigdy nie słyszeli.

Uwagi wymaga też rozdział „Obsługa grup z transportem lotniczym”. Trzy lata temu było tam sporo anachronizmów, niektóre rodem z PRL (zobacz). W najnowszym wydaniu jest już dużo lepiej, ale znowu wygląda to trochę tak, jakby tekst podręcznika nie nadążał za zmieniającą się rzeczywistością. Na s. 89 znajdziemy tracącą na aktualności informację dotyczącą imprez pobytowych (jak rozumiem chodzi o turystykę czarterową). Na przestrzeni kliku ostatnich lat biura, jeśli tylko mogą, to przechodzą na odprawę bez biletów. Oznacza to, że turysta pojawia się na lotnisku i od razu, bez żadnego spotkania i pomocy ze strony pracownika/przedstawiciela organizatora, udaje się do odprawy check-in, gdzie na podstawie dokumentu tożsamości nadaje bagaż i otrzymuje kartę pokładową.

W sensie ogólnym „Kompendium” wygląda tak, jakby nie stanowiło logicznej całości. Sprawia wrażenie zebranych ad hoc fragmentów o różnej wartości. Znajdziemy w nim opisy i informacje wzajemnie sobie przeczące.

Dotyczy to przede wszystkim prawnego uregulowania funkcji pilota. Tak, jakby autor jednego rozdziału zaktualizował tekst, dostosowując go do obowiązującego prawa, a autor rozdziału drugiego zapomniał to zrobić. Na s. 156 znajdziemy informację, że podlega kontroli „posiadanie legitymacji pilota potwierdzającej uprawnienia”. Przypominamy, że od 1 stycznia tego roku osoby wykonujące funkcje pilota nie muszą mieć żadnych legitymacji! Podobnie, nie zaktualizowano informacji na s. 166 („zasady egzaminowania kandydatów na pilotów”) i 167 („uprawnienia pilota”). Na tejże stronie znajdziemy jeszcze ciekawszą wzmiankę o ty, że w dziesięciu miastach w Polsce „do oprowadzania grup uprawnieni są wyłącznie przewodnicy miejscy”. Przecież deregulacja objęła też przewodników! Zadziwiające, że autorzy „Kompendium pilota wycieczek” polecanego przez wydawcę również jako lektura dla studentów turystyki, pozwalają sobie na tak rażące błędy. Wymienione wyżej nieprawdziwe informacje umieszczono w rozdziale „Problematyka prawna pilotażu wycieczek”. Wyobraźmy sobie, że student przyswoi sobie materiał z tego rozdziału…

A użyteczność dziś, po deregulacji? Oczywiście jest, ale w ograniczonym zakresie. Nie tylko dlatego, że są tam błędy. Ważne jest również to, że publikacja nie wyczerpuje tematu szkolenia. Niektóre zagadnienia, sprawiające duże kłopoty początkującym pilotom, zostały tylko zaanonsowane, innych brak zupełnie. Zapewne również z tego powodu, że nie ma jednej funkcji pilota wycieczek. Praca z wycieczkami szkolnymi w obrębie Polski, a pilotowanie wycieczek egzotycznych, to dwie różne specjalizacje. Podręcznik próbujący ująć specyfikę tak odmiennych zadań musiałby składać się z kilku tomów.

Niektóre fragmenty są reliktem czasów, gdy obowiązywały państwowe licencje. Na egzaminach trzeba było rozliczyć się z teorii (potrzebnej w pracy lub nie) i „Kompendium” taką teorię podawało. A dziś? No właśnie, weźmy rozdział „Podstawowe zagadnienia i terminy z historii architektury”. Z jednej strony, dla pilota pracującego w Polsce i Europie informacji tych jest za mało. Z drugiej, ktoś, kto pilotuje wycieczki do dalekiej Azji może się bez nich obejść, ale musi za to wiele nauczyć się o architekturze Chin, Indii, Nepalu, Japonii, Wietnamu i Kambodży, a tego oczywiście w „Kompendium” brak. Wszystkiego w jednej książce zmieścić się nie da. Na jakiej zasadzie wybrano pobieżną historię architektury Europy, a pominięto resztę świata?! Żeby to wyjaśnić, trzeba wrócić do obowiązującej przez lata symbiozy między komisjami egzaminacyjnymi, a autorami „Kompendium” (patrz wyżej).

A skoro nie ma już egzaminów, to i podręcznik pilotów wycieczek należałoby chyba napisać na nowo. Rezygnując z wykorzystywanej kiedyś na egzaminach teorii, postawić na informacje użyteczne w pracy. W interesie pilotów, turystów i biur podróży.

Kurs pilotów wycieczek.

Jak zostać pilotem wycieczek?

Co się zmieni po wejściu w życie ustawy deregulacyjnej? Jakie będą konsekwencje zniesienia obowiązkowych szkoleń i egzaminów dla pilotów wycieczek? Od 1 stycznia 2014 r. każdy będzie mógł pracować na tym stanowisku! Nie będą wymagane już żadne licencje i legitymacje! Kto na tym zyska, a kto straci?

pilot_wycieczek_krzysztofmatysOd lat zajmuję się pilotażem wycieczek. Prowadzę również szkołę pilotów. A jako właściciel biura podróży zatrudniam ich. Dlatego w mojej opinii połączyć mogę doświadczenia płynące z kilku źródeł. Mam nadzieję, że w ten sposób uda mi się uchwycić szersze spektrum tematu. Proszę zwrócić uwagę, że takich opinii brak w dyskursie medialnym. Najczęściej przebijają się jednostronne opinie, krytyczne wobec deregulacji. Wygłaszają je oczywiście piloci oraz osoby czerpiące korzyści ze szkolenia i egzaminów.

Jak będzie wyglądała turystyka zorganizowana w 2014 r.? Jeśli chodzi o funkcję pilota wycieczek, to nie nastąpią żadne radykalne zmiany. Sytuacja ewoluować będzie powoli. W pierwszym okresie zlecenia nadal otrzymywać będą te same osoby. To znaczy te, które dały się już poznać pracodawcom. A wiec nadal, w przeważającej mierze, pracować będą piloci, którzy kiedyś zdali egzamin. Dlaczego właśnie ci? On mają doświadczenie, kontakty w branży i wyrobioną opinię wśród pracodawców. A właśnie opinia jest najważniejsza. Biuro podróży, zatrudniając pilota, chce mieć jak największą gwarancję, że ta osoba swoją pracę wykona we właściwy, satysfakcjonujący sposób.

Nowi kandydaci, bez licencji, zdobywać rynek będą stopniowo. W takim tempie, w jakim uda im się przekonać potencjalnych pracodawców do swoich kompetencji. Od 1 stycznia 2014 r. to właśnie kompetencje najbardziej zyskają na wartości. Po zniesieniu sztucznych, urzędniczych regulacji będziemy mieli do czynienia z prawdziwie wolną konkurencją. A biura podróży, we własnym interesie, powinny przeszukiwać rynek w celu wyłowienia najlepszych pilotów. Te firmy, które chcą walczyć o klienta jakością, zapewne tak zrobią.

Kto skorzysta na zniesieniu licencji pilota?

Turyści, ponieważ będą mieli większe szanse na to, że ich wycieczkę poprowadzi pilot z pasją, wiedzą i umiejętnościami, a nie tylko pilot z licencją!

Biura podróży organizujące wycieczki. Będą miały większą swobodę w doborze kadry. Pisałem o tym wielokrotnie, chociażby tu Deregulacja. Pilot wycieczek . Dzięki temu touroperator może zatrudnić w charakterze pilota np. absolwentów specjalistycznych studiów, historyków sztuki, arabistów, egiptologów, archeologów, orientalistów, sinologów, etc. Bywałych w świecie, studiujących za granicą. Niejeden z nich poprowadzi wycieczkę o wiele lepiej niż pilot z urzędu, który tylko co ukończył teoretyczny kurs i zdał pełen absurdów egzamin.

I wreszcie osoby, które chcą zacząć pracę w charakterze pilota wycieczek. W pierwszej kolejności te, które mogą pochwalić się cenioną w branży wiedzą. Sądzę, że mocniej niż dotychczas będą rozwijały się specjalizacje. Sinolog zajmie się tylko daleką Azją, a miłośnik i znawca turystyki rowerowej takimi właśnie wycieczkami. Ktoś na swój obszar działania (i ustawicznego kształcenia) wybierze wyłącznie Polskę i kraje ościenne, a ktoś dalekie, egzotyczne destynacje. Przez to rynek zdominowany zostanie przez specjalistów od konkretnych kierunków i rodzajów turystyki. I dobrze, ponieważ nie ma jednej funkcji pilota wycieczek! (Jak zatem może być jeden kurs i jeden egzamin?! Jest to ważny argument za zniesieniem egzaminu i licencji. Szkolenia niech będą, ale specjalistyczne. Inne dla pilotów pracujących na wycieczkach autokarowych w Polsce i Europie, inne dla osób zainteresowanych samolotowymi wycieczkami egzotycznymi).

Co najważniejsze, wszystko to powinno się dziać z korzyścią dla klienta.

Oczywiście wiele zależeć będzie od biur podróży. To ich zachowanie zadecyduje o tym, w którym kierunku pójdą zmiany. Tour operatorzy konkurujący ceną, sprzedający wycieczki na granicy kosztów, mogą stać się jeszcze bardziej niebezpieczni. Takie biura mogą ulec pokusie zatrudnienia w charakterze pilota byle kogo. Wezmą osobę bez wiedzy i umiejętności, ale za to tanią. Zresztą i dziś mnóstwo jest tego typu praktyk. Organizatorzy tanich, autokarowych wyjazdów specjalizują się w wysyłaniu na swoje wycieczki ledwo co upieczonych pilotów. Niby na staż, za darmo, bez żadnej pensji.  Natomiast biura dobre, rzeczywiście dbające o jakość, z całą pewnością nie pójdą w tę stronę. Zbyt duże ryzyko i dla takich firm nieopłacalne. Te podmioty zareagują odwrotnie. Otwarty rynek pozwoli im zatrudniać specjalistów od konkretnych kierunków dysponujących wyjątkową wiedzą. Ci będą drożsi od standardowych pilotów, ale o wiele atrakcyjniejsi dla turystów.

Kto na tym straci?

Piloci z licencją? Tak, ale tylko ci najsłabsi, najmniej profesjonalni. Ci, którzy poza legitymacją pilota nie mają nic więcej do zaoferowania. Pozostali nie powinni się obawiać. A we własnym interesie, zamiast narzekać i roztaczać czarne wizje, niech się rozejrzą za możliwością podnoszenia swoich kwalifikacji. Rynek to doceni.

Najwięcej stracą ośrodki prowadzące szkolenia, autorzy podręczników do tych szkoleń i członkowie komisji egzaminacyjnych. Dlatego właśnie te środowiska najgłośniej protestowały i uprawiały bardzo silny lobbing w Sejmie w trakcie prac nad ustawą, a teraz straszą najgorszymi konsekwencjami.

Szkolenia

Nie znikną. Z dwóch powodów. Po pierwsze, wspomniane wyżej środowiska nie zrezygnują tak łatwo z korzyści, które przez lata były ich udziałem. Jakoś będą próbowały dostosować się do nowej sytuacji, więc pojawią się organizowane przez nich kursy (obawiam się, że niestety, w większości tak samo teoretyczne jak poprzednio) oraz pomysły na certyfikowanie pilotów. Może jakieś egzaminy organizowane przez federacje, stowarzyszenia czy izby branżowe. Tu trzeba będzie odpowiedzieć na jedno, ale najważniejsze pytanie. Komu będą potrzebne te szkolenia i egzaminy?! Branży turystycznej, a więc biurom podróży (pracodawcom) i kandydatom na pilotów? A może kadrom szkoleniowym, czyli chcącym dorobić wykładowcom różnych uczelni i kierunków typu „turystyka i rekreacja”?! Podejrzewam, że raczej to drugie. Jeśli tak, to byłoby fatalnie. Turystyczne kierunki na uniwersytetach i politechnikach produkują największą ilość bezrobotnych wśród absolwentów szkół wyższych! Cały system uczelnianego szkolenia w tej branży jest jedną wielką katastrofą. No i gdyby teraz te same osoby zaczęły szkolić nam pilotów, przewodników i rezydentów, to będziemy mieli specjalistów tej samej klasy, co absolwenci z tytułem „magister zarządzania turystyką”. W Polsce mamy już tysiące bezrobotnych z takim tytułem. Źle przygotowanych do pracy.

Po drugie, co ważniejsze, potrzebujemy dobrych (podkreślam: dobrych!) szkoleń dla pilotów. Również dla pilotów już praktykujących, ponieważ spora część z nich, nie rozwija się, nie zdobywa nowych kompetencji. Co więcej, łatwo spotkać pilota popełniającego podstawowe błędy, źle wykonującego swoją pracę. Przydałoby się to skorygować. Dotyczy to zresztą i przewodników. Odrębnym tematem jest potrzeba szkoleń dla pilotów, którzy skończyli kiedyś przewidzianym prawem kurs, zdali egzamin i, mimo wielkich chęci, nie podjęli pracy. Dlaczego? Ponieważ biura podróży nie uwierzyły w ich kompetencje, uznając, że sama legitymacja pilota to zbyt mało. Wielkość tej grupy oceniam na ok. 90 proc. spośród tych, którzy zdali egzamin! Jak im pomóc? Czego nauczyć żeby odnieśli sukces? Wydaje się, że potrzebują wsparcia również z zakresu planowania kariery, marketingu i komunikacji z pracodawcami.

Mam nadzieję, że wynikiem deregulacji będzie dostosowanie szkoleń pilotów wycieczek do warunków rynkowych. Że w wyniku otwarcia zawodu pojawią się nowi, lepiej przygotowani do pracy piloci. I niech to będzie początkiem radykalnych zmian w całym systemie szkolenia kadr turystycznych.

Fragmenty tego tekstu ukazały się wcześniej na portalu branżowym tur-info.pl w artykule „Czy deregulacja coś zmieni?”.

Z tego działu zobacz też na blogu:
Kompendium pilota wycieczek   oraz  Pilot, rezydent i pracownik biura podróży.

Kurs pilota wycieczek.

Deregulacja. Pilot wycieczek

Ustawa deregulacyjna stała się rzeczywistością. Na razie sejmową. Teraz kolej na Senat i podpis prezydenta. Nowe rozwiązania wejdą w życie po 30 dniach od uzyskania aprobaty prezydenta. Są więc szanse, że w już czasie zbliżających się wakacji, osoby wykonujące pracę pilota i przewodnika będą mogły to robić bez żadnych licencji.

Trwało to ponad rok. W marcu 2012 Ministerstwo Sprawiedliwości ogłosiło plan uwolnienia zawodu pilota wycieczek i przewodnika turystycznego. Na tym blogu znajduje się kilka artykułów na ten temat: „Pilot bez licencji” 7 marca 2012; „Pilot według Gownia” 19 marca 2012.

Obie funkcje znalazły się w pierwszej transzy deregulacyjnej. Między innymi obok notariusza, pośrednika nieruchomości, adwokata, taksówkarza…

Każde ze środowisk broniło swoich pozycji. Minister Gowin przyznawał, że najbardziej zaskoczony został silną akcją lobbingową ze strony przewodników turystycznych. Przez kilka ostatnich miesięcy posłowie PiS i SLD w sejmowej komisji próbowali zablokować reformę tych dwóch zawodów. Ku zaskoczeniu sporej części branży (w tym moim) lobby pilocko-przewodnickie wykorzystało do swojej akcji również Polską Izbę Turystyki. Do samego końca nie było wiadomo czy oba turystyczne zawody zostaną uwolnione. Decydujące było głosowanie nr 108. Odrzucono w nim poprawki posła Tadeusza Dziuby (PiS). Ich ideą było utrzymanie egzaminów dla pilotów i przewodników (de facto utrzymywałoby to regulację obu zawodów). Dotychczasowych obostrzeń, ograniczających dostęp do zawodu broniło SLD, PiS i część posłów koalicyjnego PSL! Blokującą reformę poprawkę posła Dziuby odrzucono dzięki wsparciu 35 posłów Ruchu Palikota. To bardzo ciekawe, ponieważ w głosowaniu nad całą ustawą deregulacyjną RP był przeciw.

Przejdźmy do kwestii argumentów. Dzięki sprawnej akcji lobby pilocko-przewodnickiego opinia publiczna bombardowana była argumentami przeciwników deregulacji. Pomogła w tym ignorancja części dziennikarzy, którzy wykazywali się wyjątkową sprawnością w przedstawianiu punktu widzenia tylko jednej strony. Straszono, że po wejściu w życie ustawy deregulacyjnej wycieczki oprowadzać będzie byle kto, robiąc to jak najgorzej. W tym miejscu spróbuję odpowiedzieć przynajmniej na część zarzutów i przedstawię argumenty drugiej strony (robiłem to już zresztą wcześniej, np. tutaj).

Jestem licencjonowanym pilotem wycieczek. Pilotuję wycieczki do wielu krajów. Oprowadzałem turystów. Prowadzę też firmę zajmującą się szkoleniami dla kandydatów na pilotów (staram się robić to jak najlepiej, choć narzucony przez ministerstwo program utrudnia to zadanie). Wydaje się, że automatycznie, jak większość osób z mojego środowiska, powinienem być przeciwko ustawie deregulacyjnej. Ale jestem za!

Dlaczego? Z kilku powodów. Oto one:

  1. Ponieważ dotychczasowe rozwiązania oparte na obowiązkowych szkoleniach i państwowych egzaminach wcale nie powodują, że na rynek pracy trafiają dobrze przygotowani piloci. Wręcz przeciwnie. Wymaganym prawem program szkolenia ma wiele mankamentów i zupełnie nie jest dostosowany do sytuacji rynkowej. Nastawiony na teorię, zupełnie niepotrzebną w pracy, nie nadąża za szybko zmieniającą się rzeczywistością. Tradycją i obowiązującą praktyką stało się uzależnienie kursów od słynnej w branży publikacji Zygmunta  Kruczka (komisje egzaminacyjne opierają się na tej książce). Analiza tego fenomenu znajduje się tu „Kruczek na pilotów”.
  2. To biuro podróży, czyli organizator wycieczki zatrudnia pilota i to jego decyzją powinno być kogo wyślę na wycieczkę. W trosce o swój interes przedsiębiorca będzie wybierał najlepszych. Dziś nie może tego robić ponieważ prawo ogranicza jego wybór. Może zatrudnić wyłącznie osoby z licencją. Pokażę to na przykładzie. Moje biuro specjalizuje się w wyprawach egzotycznych. Dla koneserów. Małe grupy, wysoki standard. Planuję wycieczkę do Japonii. Mam wyśmienitego kandydata na pilota. Zna język japoński, spędził tam pół swojego życia. Zna i czuje kulturę. Byłby świetny. Ale nie mogę go wysłać. Ponieważ nie ma licencji pilota! Za to mogę wysłać kogoś świeżo po egzaminie, kogoś, kto nigdy nie był w Japonii, ba nawet w Azji nigdy nie był. Nic nie wie o tym regionie. To nic, ważne, że ma licencję. Urzędnikowi wszystko się zgadza. Przedsiębiorcy nic się nie zgadza. Po wpływem niemądrego przepisu traci firma i tracą klienci.
  3. Właśnie dlatego uważam, że dzięki dotychczasowym rozwiązaniom turyści, zdani są na słabszych pilotów! Licencjonowani piloci nie mają konkurencji. Potrzebna jest grupa, która podnosiłaby standardy. Znam specjalistę od Kaukazu. Jeździ tam od lat, pisze, śledzi wydarzenia polityczne. Jest znawcą historii, kultury i sztuki regionu. Od czasu do czasu chciałby pojechałby jako pilot z moimi grupami. Ale nie może. Bo nie ma licencji! A uczęszczanie na kurs (150 godzin plus wycieczki szkoleniowe), po prostu mu się nie opłaca. Szkoda zachodu.
  4. Poza tym, taki kurs dla ludzi na pewnym poziomie może być po prostu uwłaczający. Oto w programie są podstawy historii architektury (europejskiej oczywiście, o architekturze Azji nie ma ani słowa). Podstawy na poziomie pierwszej klasy liceum. Kolumna jońska, dorycka, portyk. Jak odróżnić styl romański od gotyckiego, itd.? I wyobraźcie sobie na takich zajęciach dobrze wykształconego człowieka. To żenujące. Po co on ma tam chodzić? Nie ma znaczenia, że jest np., profesorem historii sztuki albo autorem wielu publikacji o architekturze. Chodzić na kurs musi, takie prawo!
  5. Są różne standardy turystyki. Jeśli pilotem jest osoba, która o świecie, polityce, historii, religiach świata, sztuce i architekturze ma tylko taką wiedzę jaką wyniosła z kursu pilota, to mamy do czynienia z pilotem, który niczego ciekawego turystom nie powie! Co więcej, taka osoba sama będzie miała kłopoty żeby znaleźć się w egzotycznym kraju. Nie zrozumie go. Po drugiej stronie mamy absolwentów specjalistycznych studiów, arabistów, egiptologów, archeologów, orientalistów, sinologów, etc. Bywałych w świecie, studiujących za granicą. Kto będzie lepszym kandydatem na pilota?! Z kim wolelibyście pojechać? Jakiego pilota byście chcieli?
  6. Nie ma jednej funkcji pilota! Inaczej pracuje i inną wiedzę musi posiadać pilot jeżdżący z wycieczkami szkolnymi po Polsce, zupełnie inną ten, który robi dalekie, egzotyczne kierunki. Dlatego mrzonką jest jedno szkolenie, które przygotowywałoby do pracy na każdym stanowisku. To niemożliwe! To iluzja. Po co więc ją utrzymywać?! Innych umiejętności od pilota wymaga biuro specjalizujące się w tanich wycieczkach autokarowych po Europie, innych to, które organizuje ekskluzywne wycieczki egzotyczne.

W powyższych rozważaniach przewijało się zagadnienie programu szkolenia dla pilotów. Dziś taki kurs jest obowiązkowy, bez odbycia szkolenia nie można podejść do egzaminu. Program jest ustalony przez Ministerstwo Sportu i Turystyki (rozporządzenie z dnia 4 marca 2011 r. – Dz. U. Nr 60 poz.302). Pełny program znajduje się tutaj. A oto „najciekawsze” jego fragmenty:

Wiedza o Polsce i świecie współczesnym – 6 godzin, a w nich takie tematy jak: ustrój społeczno-ekonomiczny i polityczny; struktura władzy w Polsce, polityka rządu, polityka zagraniczna; podstawowe problemy społeczne i ekonomiczne Polski; Unia Europejska – historia, idea, kraje członkowskie, zasady działania, wspólne instytucje UE; Polska w Unii Europejskiej. Nie wiem jak to traktować. Co to ma być? Krótka powtórka? A może coś w rodzaju korepetycji dla maturzysty, który na ocenę mierną chce zdać maturę w przedmiotu wiedza o społeczeństwie? Właściwie nie wiadomo po co. Ale jeśli już, to dlaczego tak żenująco mało?

Geografia turystyczna Polski i Europy – 40 godzin. No właśnie, Polski i Europy. Na kursie w Białymstoku w pierwszej kolejności uczymy o Podlasiu – bo z tego jest najwięcej pytań na egzaminie w naszym urzędzie marszałkowskim. W dalszej kolejności atrakcje turystyczne Polski. Trochę z krajów ościennych. Z reszty Europy stolice i najbardziej popularne miasta, np. Barcelona. Do 2011 r. nie było nic (nic!) z destynacji pozaeuropejskich! Dwa lata temu w rozporządzeniu ministra pojawiło się nowe hasło: „Pozaeuropejskie cele podróży Polaków, regiony wypoczynkowe oraz trasy krajoznawcze i specjalistyczne”. Ale tyle, że się pojawiło. Bo jeśli organizator szkolenia chce zrealizować wcześniejsze punkty, to na naukę „pozaeuropejskich celów podróży” zostaje co najwyżej kilka godzin kursu. Można w tym czasie nauczyć przyszłych pilotów Azji, Afryki, Ameryk…?! Kolejna urzędnicza fikcja.

Jest orientalista. Pracownik akademicki. Zna języki. Wie mnóstwo o Uzbekistanie, Turkmenistanie, Iranie… Pisze o tym, publikuje. Pięknie opowiada. Chce dorobić jako pilot. Musi zdać egzamin. Zapisuje się na kurs. I uczy się zabytków Podlasia, Polski i krajów ościennych. Po to, żeby jeździć z wycieczkami do Azji! Jest tu sens?

Oczywiście pilot musi mieć warsztat. Trzeba wiedzieć jak pracować z grupą. Samoloty, lotniska, autokary, odprawy, bagaż, ubezpieczenia, kwaterowanie turystów, kwestie prawne… Oczywiście, że tak! Ale tego można nauczyć w ciągu 30 – 40 godzin dobrze pomyślanego szkolenia! A dalej to już specjalizacja. Z korzyścią dla turystów!

Odpowiedzialność ministerstwa

Temat uwolnienia zawodu pilota wycieczek pojawiał się już na moim blogu. Pisałem o tym np. tu Pilot bez licencji
 

Dla nas, aktywnych uczestników branży turystycznej, to istotne zagadnienie. Dziś chciałbym poruszyć kilka kontrowersyjnych kwestii.

 

Odpowiedzialność za zeszłoroczne zmiany

 

W ośrodku, który prowadzę właśnie kończymy kurs. Zaczęliśmy jesienią zeszłego roku. Nikt wtedy nie przypuszczał, że rząd tak szybko zajmie się deregulacją. Wręcz odwrotnie. Ministerstwo Sportu i Turystyki ledwie co (w marcu) zaostrzyło kryteria i wydłużyło kurs ze 120 na 150 godzin. Pod nadzorem urzędu marszałkowskiego musieliśmy zmienić wiele rzeczy, sporo papierkowej roboty. Nie byliśmy z tego zadowoleni. Ani my, ani kursanci, którzy musieli więcej zapłacić za szkolenie. Ale wszyscy musieliśmy to zaakceptować. Wydawało się, że to nowe rozwiązanie potrwa przynajmniej kilka lat. A tu cyk. Ni z gruszki, ni z pietruszki, obrót o 180 stopni. Od tak, pomysł Gowina, przekreśla całą cudowną twórczość ministerstwa sprzed roku!

 

Nie ma zmiłuj, będziemy konsekwentnie domagać się informacji kto w ministerstwie, rok temu, podjął decyzję o wydłużeniu kursu i kto za tym lobbował? Jak to uzasadniano? Albo żyjemy w państwie absurdu i można bezkarnie wyczyniać takie wariacje, albo jest to jednak kraj porządku legislacyjnego i za tak przedziwne decyzje trzeba ponosić odpowiedzialność. Do tablicy wzywam urzędników Ministerstwa Sportu i Turystyki. Niech się wytłumaczą kto im wmówił, że kurs 120-godzinny to za mało. Niech wyjaśnią, kto lobbował za przedziwnymi zmianami w ustawie i w idącym za nią rozporządzeniu. Na pierwszy rzut oka wygląda to na rozbój w biały dzień. Tak, jakby ministerstwo tworzyło porządek prawny pod dyktando konkretnego lobby. Wszystkie zmiany wprowadzone w 2011 r. były na korzyść bardzo wpływowego środowiska pilotów i przewodników, reprezentowanego np. przez Polską Federację Pilotażu i Przewodnictwa. Organizacja ta stanowczo występuje przeciwko deregulacji >>> 

 

Rezydent biur podróży

 

Z moich informacji wynika, że to pod wpływem tego lobby, z projektu ustawy wypadł bardzo rozsądny zapis określający funkcję rezydenta. By definicję rezydenta stworzyć, była i jest wyraźna potrzeba. Już chyba w tysiącach można liczyć osoby, które podejmują pracę w tym charakterze. Ale w polskim prawie turystycznym nie ma takiej funkcji! Ani słowa! Dlaczego? Ponieważ wspomnianemu lobby zależało, żeby rezydenta traktować tak samo jak pilota. Żeby było mętnie i niejasno. Dzięki temu udało się wmówić wielu biurom podróży, że od każdej osoby chcącej podjąć pracę rezydenta, trzeba wymagać licencji pilota!!! Dzięki temu pan Zygmunt Kruczek (czołowy obrońca licencji) ma większy ruch na kursach pilota i sprzedaje więcej egzemplarzy swojego „Kompendium pilota wycieczek”. Nie przesadzam nic a nic. Podręcznik ten jest lekturą obowiązkową na kursach oraz podstawą dla komisji w egzekwowaniu wiedzy  egzaminacyjnej! Chcesz zostać pilotem, musisz wkuć na pamięć „Kompendium”. Tak jest od lat (publikacja ma już 11 wydań). Dlaczego? Ponieważ to bardzo wygodne rozwiązanie. Dla wszystkich, dla organizatorów szkoleń, dla wykładowców, dla kursantów i dla komisji egzaminacyjnych.

 

Tyle, że w ten sposób, licencje pilota otrzymują osoby słabo do wykonywania tej roli przygotowane!

 

Szczegółową analiza książki znajduje się tu: „Kruczek na pilotów”.  Podręcznik ten zawiera wiele błędów. Bardzo poważnych, wręcz dyskwalifikujących. Co samo w sobie, w dużym stopniu, świadczy o jakości argumentu, podnoszonego przez część środowisk pilockich, iż tylko ukończony kurs i zdany egzamin, są gwarancją właściwego przygotowania do pracy.

 

Niestety nie ma racji autor bloga „akcja wolne przewodnictwo”,  pisząc, że rezydent jest zawodem wolnym. Ci, którym na tym zależało, postarali się żeby nie był.

 

Właśnie dlatego popieram pomysł deregulacji. Mimo, że mam uwagi i obiekcje. Mimo, że mam świadomość, iż propozycja ministra Gowina w pewnym stopniu jest kolejną polityczną zagrywką. Popieram, ponieważ dotychczasowy wspólny twór urzędników od turystyki i żerującego na nim loby, jest mocno przeregulowany. Zaszli zbyt daleko. W takiej sytuacji nie zostaje nic innego, jak to uciąć.

 

Tu znajdziecie moją wypowiedź dla najnowszego numeru „Rynku Turystycznego” >>>. Jest tam też opinia Marka Śliwki, właściciela znanego biura podróży.

To jest właściwy kierunek! O konsekwencje zmian należy pytać touroperatorów. To oni zatrudniają pilotów i to oni odpowiadają przed turystami za jakość usług. Tak naprawdę liczy się ich zdanie, a nie histeryczne wynurzenia pilotów oraz zagrożonych utratą dochodów właścicieli firm prowadzących szkolenia i wydawnictw publikujących podręczniki.

Dlatego też z satysfakcją odnotowałem stanowisko Polskiej Izby Turystyki, która w komunikacie zamieszczonym na swojej stronie ogłasza, m.in., że „w gospodarce wolnorynkowej to przedsiębiorca winien decydować kogo zatrudnić do obsługi swoich klientów …” >>>

Pilot według Gowina

Trwa zażarta dyskusja. Na forach internetowych mnóstwo niewybrednych opinii. Piloci i przewodnicy nie przebierają w słowach. Propozycja ministra Gowina, delikatnie mówiąc, nie przypadła im do gustu.

 

Ministerstwo Sprawiedliwości przysłało zaproszenie do konsultacji społecznych. Termin nadsyłania opinii upływa 6 kwietnia. Prace idą ostro. Czyżby rząd chciał wyrobić się jeszcze przed latem?

 

Rzecz jasna, w dyskusji udział biorą również media. Powstał pogląd, że każdy jest za uwolnieniem zawodu, byle nie swojego (tygodnik „Przegląd”). Otóż niekoniecznie. Już jakiś czas temu napisałem, że popieram zniesienie licencji pilota wycieczek. Mimo tego, że sam mam taką licencję. Z prostego powodu. Od lat obserwuję branżę i mam świadomość jak nieskuteczne są dotychczasowe rozwiązania.

 

Deregulacja zawodów była tematem tygodnia w „Polityce” (11/2012). Jak zwykle w tego typu przypadkach, powtarza się ten sam problem, dziennikarzowi nie starcza specjalistycznej wiedzy. W skutek czego mamy opinię płytką i niezbyt trafioną.

 

Autor skupia się na zawodzie przewodnika. Tak na marginesie, to z dyskusji medialnej odnoszę wrażenie, ze cześć dziennikarzy nie odróżnia pilota od przewodnika. Nie wiem czy tak jest i w przypadku artykułu zamieszczonego w „Polityce”, ale z całą pewnością, warto by omówić też kwestię pilota.

 

Nie będzie zwiększonego ryzyka dla turystów.

„Polityka” myli się, stwierdzając, że w wyniku planowanych zmian, na turystów spadnie ryzyko wynajęcia nieprofesjonalnego pilota lub przewodnika. Otóż, to nie turyści wybierają kadrę! Przewodnika zatrudnia organizator wycieczki, czyli biuro podróży. A touroperator do tej pracy nie bierze kogokolwiek. Korzysta z osób zaufanych, sprawdzonych przez siebie lub poleconych przez kogoś z branży. Dlatego też uwolnienie zawodu wcale nie oznacza automatycznego dyktatu przypadku.

 

Kwestia ta jeszcze mocniej dotyczy pilota wycieczek. O ile w przypadku przewodnika może zdarzyć się sytuacja, że to turyści (podróżujący indywidualnie) sami wybiorą sobie osobę, która oprowadzi ich po starówce jakiegoś miasta, to w przypadku pilota takie praktyki po prostu nie mają miejsca. To biuro podróży zatrudnia pilotów. To ono decyduje z kim pracuje. Biuro ma wiedzę kto jest wystarczająco dobry by powierzyć mu swoich klientów. Ten organizator, który dba o swoją renomę nie angażuje przypadkowych pilotów. Dlatego też, w mojej ocenie, po ewentualnej deregulacji, niewiele się tu zmieni. Dalej w cenie będą dobrzy, sprawdzeni piloci, a turyści nie będą ponosić większego ryzyka niż dzisiaj.

 

A może będzie trudniej?

Jeszcze jedna rzecz wymaga uwagi. Być może, po wprowadzeniu zmian, wcale nie będzie łatwiej zostać pilotem. W tej chwili przepustką do pracy jest licencja. Często słabą, ale jednak. Niektórzy młodzi adepci, mimo że nie jest łatwo, wchodzą do zawodu. Szczególnie ci, którzy odbyli kurs w renomowanym miejscu lub potrafią pochwalić się czym jeszcze. A po likwidacji uprawnień? Odpadnie podstawowy atut początkującej osoby! Może być tak, że przez pierwsze lata po zmianie, biura nie chcąc ryzykować, będą zatrudniać wyłącznie starych, dobrze znanych, doświadczonych pilotów; tym samym, blokując dostęp do pracy nowym adeptom. W ten sposób, dzieło Gowina obróciłoby się przeciwko przyświecającej mu idei.

 

Pilot wycieczek

Podobno, w Polsce jest  ponad 30 tys. pilotów wycieczek! Każdego roku setki nowych kończą kurs, zdają egzamin i otrzymują licencję. Tyle, że, jak oceniamy, 90 proc. z nich nie podejmuje pracy lub podejmuje incydentalnie. Dlaczego? Z dwóch powodów:

 

1)      Pracodawcy wiedzą, że tuż po kursie, piloci umieją bardzo niewiele. Regulowane prawem szkolenie jest w dużej części teoretyczne i słabo dostosowane do rzeczywistych wymagań jakie stawia rynek pracy. Program kursu w zeszłym roku został znowelizowany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Trochę poprawiono, trochę popsuto, rewolucji nie zrobiono. Dalej zasada jest ta sama. Kończysz kurs, do pracy się nie nadajesz.

2)      Sami absolwenci boją się wyzwań (bo też wiedzą, że mało umieją). A ci, którzy chcieliby spróbować, często nie mają siły przebicia. Nie wiedzą jak wejść w branżę, nie znają nikogo kto mógłby ich polecić. Nie potrafią przekonać pracodawcy, że warto dać im szansę.

 

Jest mnóstwo rozgoryczonych, świeżo upieczonych absolwentów. Rezygnują po kilku nieudanych próbach poszukiwania pracy. Bywa, że poddają się po pierwszych wizytach w biurach podróży. Tam często słyszą pytania w stylu: No dobrze, licencja licencją, ale co pani umie? Jakie ma pan doświadczenia? Jakie kierunki/kraje pani zna?

 

  

Część problemu jest konsekwencją podejścia samych kursantów. Z mojej praktyki, wiem, że wielu z nich w trakcie kursu, skupia się tylko na jednym, na egzaminie. Wydaje im się, że po pozytywnym jego zaliczeniu, wszystkie drzwi staną otworem, a pracodawcy utworzą komitet powitalny. Tymczasem egzamin jest tylko przepustką formalną. Najczęściej, sama licencja, to zbyt mało by odnieść sukces. Co więc trzeba zrobić? Równolegle z zajęciami należałoby realizować jeszcze dwa zadania. Pierwsze dotyczy rzeczywistego przygotowania do pracy. Poza standardowym kursem. Czytać, pytać, podróżować… Chłonąć wszystko, co dotyczy branży. Chodzi o zbudowanie wiedzy na temat szeroko rozumianej turystyki. Literatura jest obfita, źródeł informacji wiele. Nie może być tak, że ktoś chce być pilotem, a nie potrafi wymienić kilku podstawowych w danych dziedzinach, polskich biur podróży albo nie zna kurortów w Egipcie czy Tunezji. Drugie zadanie dotyczy budowy wizerunku. Jeszcze, zanim zacznie się szukać pracy, można zrobić sporo, aby podnieść atrakcyjność w oczach potencjalnego szefa. To bardzo istotna kwestia! Niestety, całkowicie pominięta w ministerialnym programie kształcenia.

 

Duże znaczenie ma też uczciwa informacja udzielana osobom zapisującym się na kurs pilotów. Nie wolno tworzyć iluzji, że sama licencja zapewni zawodowy sukces. Jest sporo ośrodków, które z powodów marketingowych obiecują zbyt wiele. Jednym z przykładów może być temat tzw. kursów pilota-rezydenta. Nie ma niczego takiego! Takie hasło to tylko wprowadzający w błąd, chwyt marketingowy. Kursantom należy się wyczerpująca informacja. Dotycząca również potrzeby uzupełniania wiedzy i umiejętności oraz zalecanych dodatkowych szkoleń. Te wydają się rzeczą konieczną. W literaturze przedmiotu zagadnienie to jest szeroko omówione i dość mocno uzasadnione. Hasło „pilot wycieczek” jest pojęciem tak szerokim, że w trakcie 150 godz. szkolenia nie sposób zrealizować wszystkich możliwych aspektów. Różni się, i w zadaniach, i w specyfice pracy, pilot pracujący z wycieczkami szkolnymi na Podlasiu od pilota jeżdżącego na kilkutygodniowe, egzotyczne wyprawy. Jeszcze, zupełnie czymś innym będzie praca rezydenta, przez cały sezon, zajmującego się turystami w Egipcie czy Tunezji.

 

Biura podróży szukają dobrych pilotów. Tym najlepszym płacą całkiem przyjemne gaże. Ci naprawdę dobrzy, mają dużo więcej ofert, niż są w stanie przyjąć. Pilot jest osobą, która może uratować źle zorganizowaną wycieczkę. Może też zepsuć najlepszą imprezę. Od niego wiele zależy.

 

Ile zarabia pilot wycieczek?

Z życia pilota i przewodnika wycieczek

Sytuacje trudne i awaryjne, to chleb powszedni przewodnika i pilota wycieczek. Jestem świeżo po spotkaniu z początkującymi adeptami tego zawodu. Trochę się obawiają. Wiadomo, jak sobie wyobrazić to, co może się zdarzyć, łatwo się wystraszyć. Ale nie ma co się bać. Należy potraktować pracę z całym dobrodziejstwem. Chcesz być pilotem, to od tego nie uciekniesz! Sytuacje problemowe na pewno będą. Taka jest specyfika tego zawodu i trzeba być na nie przygotowanym. Przynajmniej mentalnie, bo technicznie wszystkich możliwości nie da się przerobić na żadnym kursie! Kreatywność turystów jest nieograniczona, a i warunki lokalne w różnych rejonach świata, potrafią zaskoczyć. Nigdy nie wiesz, co na ciebie czeka.

 

Dla przykładu, wymienię kilka zdarzeń, które miały miejsce w ostatnim okresie. Gdybym miał sięgnąć dalej i przywołać wszystkie takie sytuacje, uzbierałoby się materiału na całą książkę. Zobacz też: Jak się pisze przewodniki.

 

Granica między Syrią a Jordanią

Przy kontroli bagażu okazuje się, że jeden z turystów ma broń. Rewolwer! Sympatyczny pan kupił go kilka dni wcześniej gdzieś na syryjskiej ulicy. Gdzie, jak, dlaczego, co go do tego skłoniło? Nie wiem. Wtedy wiedziałem jedno – mamy problem! Awantura na całego. Oficer mówił mi, że czegoś takiego jeszcze nie przerabiał. Sam nie bardzo wiedział jak się zachować.

Część turystów oczekiwała ode mnie, że zostawię posiadacza rewolweru miejscowym służbom i pojedziemy sobie spokojnie dalej. Właściwie, zgodnie z regułami uczestnictwa w imprezie turystycznej, mógłbym to zrobić. Klient narusza prawo i przepisy graniczne wyłącznie na własne ryzyko. W takiej sytuacji pilot może go zostawić swojemu losowi, powiadamiając tylko polską ambasadę. Ale, jeśli zdarzy się już coś podobnego, piloci raczej starają się pomóc. Nie chciałem go zostawić. Ale też nie mogłem, ponieważ zatrzymano nas wszystkich, całą grupę! Sytuacja patowa. Środek dnia, ucieka nam czas na realizowanie programu. Z każdą kolejną godziną spędzoną na granicy, mamy mniejsze szanse na zwiedzenie tego, za co turyści zapłacili.

 

Jak może skończyć się taka historia? Różnie. Tym razem szczęśliwie. Trzeba było trochę porozmawiać, trochę się pouśmiechać. Nie naciskając na oficera kierującego posterunkiem granicznym, spróbować się z nim zaprzyjaźnić. I jakoś poszło. Puścili nas. Pojechaliśmy dalej, wszyscy. Rewolwer został na granicy.

 

Etiopia

Pierwszy dzień wycieczki. Jesteśmy w stolicy. Zjeżdżamy niewielkim autokarem z góry Entoto. Szybko przejeżdżamy szeroką aleją w centrum Addis Abeby. Po naszej lewej stronie zaraz pojawi się ambasada amerykańska. Uprzedzam turystów, że nie wolno robić zdjęć. Na nic to jednak. Ktoś pstryknął. W dodatku tak, że błysnął flesz. Dwieście metrów dalej zatrzymuje nas wojsko. Mundurowy wchodzi do autokaru, prosi o aparat i paszport osoby, która fotografowała. No to ładnie. Żegnaj paszporcie. Dobrze to nie wygląda.

 

Z mnichem w Lalibeli

Wiecie co w takiej sytuacji jest dla pilota największym problemem? To, że sypie się cały program. Jeśli zatrzymają nas tylko na kilka godzin, to już możemy mieć trudności ze zrealizowaniem wszystkich punktów wycieczki. W największym strachu jest oczywiście osoba, która coś przeskrobała. Co robić?

 

Takie sytuacje nauczyły mnie, że najważniejsze to nie stracić głowy, a często najlepszym sposobem jest daleko posunięta bezczelność. Mówię oficerowi, że nie może zabrać paszportu ponieważ zabrania tego prawo Unii Europejskiej. Żołnierz broni się tłumacząc, że jego prawo nakazuje mu go zabrać. To ja dalej twardo swoje. On swoje. Sprzeczamy się, ale paszport turysty dalej jest w moich rękach, a to już jest coś! W końcu stawiam pytanie, co jest ważniejsze, prawo UE czy prawo Etiopii? Bzdura, ale skutkuje. Oficer ma kłopot z odpowiedzią. No to przechodzę do ofensywy. Mówię, że sami tego nie rozstrzygniemy, więc musimy pójść do wyższego rangą.

 

To jest dobra metoda. Mogę polecić ją wszystkim, którzy znajdą się w podobnych tarapatach. Sprawdziłem w różnych krajach. To, co w oczach urzędnika, policjanta czy żołnierza jest potężnym przestępstwem, dla jego przełożonego (im wyższego, tym lepiej) może nie stanowić żadnego problemu. Jest prawdopodobne, że od ręki nas puści.

Wycieczka w czasie pikniku w górach Siemen

 

Tak stało się i tym razem. Udałem się z oficerem i paszportem turysty do budynku obok ambasady. Cały kompleks wygląda jak twierdza. USA prowadzi w Etiopii swoją charakterystyczną dla tego regionu świata, politykę. Tu zwożą na przesłuchania podejrzanych o wspieranie Al-Kaidy. Rękoma etiopskich żołnierzy, krwawo pacyfikują Ogaden i Somalię, powstrzymując tym samym rozwój islamu. Stąd takie rygory. Wiedzą na co się narażają. Pan w dobrze skrojonym garniturze jest bardzo miły. Gawędzimy sobie chwilę o turystycznych atrakcjach Etiopii. Ani słowa o robieniu zdjęć. Na zakończenie pytam czy możemy jechać. Możemy. Czy powiadomi żołnierzy stojących przy autokarze by nas puścili? Oczywiście, już to robi. Straciliśmy jakieś 40 minut. Mogliśmy dużo więcej.


Więcej artykuł na temat pilota wycieczek.

Na zdjęciu u góry nasz autokar w Armenii.

Zakazane pamiątki z wakacji

Poproszono mnie o wypowiedź dla TVP na temat niedozwolonych pamiątek z wakacji. Sprawa zrobiła się medialna po nagłośnieniu jej przez Beatę Pawlikowską. Portale internetowe donosiły, że znana podróżniczka została „zatrzymana” na lotnisku. Zdjęcia pokazywały ją w otoczeniu celników. To taka mała inscenizacja, zrobiona po to by zwrócić uwagę na trwającą właśnie akcję organizacji ekologicznej WWF „Pamiątka, która nie krzywdzi”. Pawlikowska prezentowała zarekwirowane turystom przedmioty, zniechęcając do ich kupowania i przywożenia.

 

Czy jest to rzeczywisty problem? Oczywiście tak! Według WWF aż 30 tys. gatunków roślin i zwierząt, zagrożonych jest wymarciem właśnie z powodu nielegalnego handlu pamiątkami!

 

Dalekie, egzotyczne podróże to okazja by przywieźć wiele kuszących rzeczy. Głównie są to wyroby z kości słoniowej, skór węży i krokodyli, ptasich piór oraz skorupy żółwi. Zdarzają się też żywe okazy, roślin i zwierząt. Pamiętam jak kiedyś Wojciech Cejrowski oburzał się na prawo zakazujące wwozu na teren Europy takich pamiątek. Na pierwszy rzut oka jego argumentacja wyglądała nawet rozsądnie. Przecież jeśli w Amazonii upoluje żółwia i go zje (rzecz tam powszednia i legalna), to dlaczego nie można skorupy przywieźć do Polski? Absurdalne? Nie, ponieważ siła nabywcza turystów z bogatszej części świata jest tak duża, że mieszkańcy biednych rejonów wyłapaliby wszystko co się tylko rusza by zarobić. Siła życia i chęć bogacenia się zawsze zwyciężą z hasłem ochrony (zagrożonych gatunków, zabytków, czy czegokolwiek innego). Uboższe kraje, często nie są w stanie tego kontrolować. Jedynym skutecznym sposobem jest zlikwidowanie popytu. Stąd kontrole na granicach i wysokie kary.

 

Znacznie bliżej problem nielegalnych pamiątek również występuje. I to na skalę masową. Mam na myśli Egipt i kwestię koralowców oraz muszli. Egipskie prawo zakazuje ich wywozu, ale różnie jest egzekwowane. W Hurghadzie słabiej (dlatego rafy tam są bardziej zniszczone) w Sharmie mocniej – tu na lotnisku rzeczywiście sprawdzają bagaże pod tym kątem. Jak to wygląda w praktyce? Rezydent odwozi turystów na lotnisko. W trakcie drogi przypomina o zakazie wywożenia raf i informuje, że średni mandat wynosi 500 USD, ale bywają też kary znacznie bardziej dotkliwe. Podpowiada, że ostatni moment by się pozbyć problemu to parking przed lotniskiem. Co się wtedy dzieje? Niemal w każdym autokarze ktoś z turystów otwiera walizkę i szuka dobrze ukrytego w ubraniach kawałka rafy czy muszli, a następnie wyrzuca go do kosza. W ten sposób kończy ogromna ilość zakazanych pamiątek. W ostateczności, do niczego się nie przydają i lądują na śmietniku. A szkody odwrócić się już nie da. Z powrotem tego kawałka do rafy nikt już nie przyklei.

 

Dlatego tak ważna jest informacja. Po to, by turyści wyjeżdżając na wakacje wiedzieli jak sprawy wyglądają. Aby nie kupowali od miejscowych pamiątek niedozwolonych. Żeby nie napędzali popytu na takie rzeczy. No i po to, by sami uniknęli kłopotów. 500 USD kary na lotnisku w Egipcie to nic w porównaniu z problemami jakie można mieć w Polsce. Tego lata na lotnisku w Rzeszowie zatrzymano panią, która w bagażu miała koralowce. Tłumaczyła, że nie wiedziała iż jest to zabronione. Sprawę przekazano policji. Grozi jej 5 lat pozbawienia wolności.
……………………………

Dużą rolę mogą tu odegrać rezydenci oraz piloci wycieczek. To oni, od pierwszego spotkania z turystami powinni informować o zakazach. Na samym początku wycieczki, żeby nikt nie miał pokusy kupowania takich pamiątek.


Autorskie biuro podróży Krzysztof Matys Travel

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén