Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Kategoria: Polecane posty (Strona 1 z 3)

Tadź Mahal

Jeden z portali zamieszcza dziś artykuł o mocno niepokojącej wymowie. W skrócie można przedstawić to tak: Chcesz zobaczyć Tadź Mahal? Musisz się pospieszyć ponieważ w ciągu pięciu lat zabytek runie!

Magia Tadź Mahal

Magia Tadź Mahal

Chodzi o to, że budynek wzniesiony został na podmokłym terenie, tuż nad brzegiem rzeki. Wybudowano go na mahoniowych palach. Drewno, jeśli na stale zanurzone jest w wodzie, trwa w dobrym stanie. Ale od jakiegoś czasu rzeka Jamuna ma coraz mniejszy nurt, teren pod budowlą wysycha i w wyniku tego pale szybko korodują. Mówiąc krótko, monumentalny budynek stoi na niepewnym fundamencie. Specjaliści alarmują, a Tadź Mahal ma kolejną bezpłatną reklamę.

Na całym świecie mało jest tak dziwnych miejsc jak to. Byłem tam wielokrotnie, przestudiowałem jego historię.

O Tadź Mahal mogę powiedzieć, że:

– jest mocno przeceniany i cieszy się raczej niezasłużoną sławą,
– stał się symbolem Indii, choć budowla ta raczej Hindusów obraża niż reprezentuje,
– ma niewiele wspólnego z miłością, za to sporo z szaleństwem i rozbuchanym okrucieństwem,
– jest komercyjnym chwytem dla naiwnych.

Wiem, że rozczarowałem niejedną osobę. Przepraszam. Sporo tu nieporozumień. Wyjaśnijmy więc co nieco.

Zacznijmy od nazwy

Zgodnie ze zmianami wprowadzonymi na XX posiedzeniu Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Polski (27 września 2005 roku) poprawna polska nazwa mauzoleum to Tadź Mahal. Tak też również powinniśmy wymawiać tę nazwę. Nie „tadż”, a „tadź”. Zgłoska „dź” jest wspólna dla języków Indii i języka polskiego. Jesteśmy tu uprzywilejowani. Anglicy nie maja takiego komfortu i muszą używać zgłoski „dż”. To za ich przykładem zaczęliśmy nazywać ten zabytek Tadż Mahal (od angielskiego Taj Mahal), ale jest to niepoprawne. Dziwne, że w wielu publikacjach ta forma dalej jest stosowana.

Romantyczna opowieść

Nie wiem kto to wymyślił i kiedy ów pomysł się pojawił, ale dziś mauzoleum to bywa nazywane Świątynią Miłości. Piękne to i idące naprzeciw naszym oczekiwaniom. A jak było w rzeczywistości?

Mumtaz Mahal, żona Szahdżahana (z pochodzenia Ormianka) była córką perskiego dostojnika i najbliższego współpracownika cesarskiego dworu. Wiele wskazuje na to, że ta wyjątkowo mądra kobieta, miała spory wpływ na męża. W zapętlonym w zdradach i okrucieństwie mogolskim dworze, mogła być jedyną osobą, której cesarz ufał. Tym też tłumaczy się rozpacz Szahdżahana po stracie żony. Mumtaz zmarła w czerwcu 1631 r. w wyniku powikłań porodowych. Urodziła czternaste dziecko (cóż za eksploatacja!) Organizm nie wytrzymał trudów podróży (towarzyszyła mężowi w wyprawach pacyfikujących kraj). Rozpacz Szahdżahana wyraziła się między innymi dwuletnim okresem żałoby. W całym państwie nikt nie mógł tańczyć i śpiewać. By wymusić żałobę wymordowano niejedną hinduską wieś (święta religijne często związane są z tańcem i śpiewem). W wyniku tego, do tej pory, w miarę tolerancyjny władca, przeszedł na stronę twardego islamu, wszczynając prześladowania hinduskich wierzeń. Burzone były tradycyjne świątynie, a na ich miejsce wnoszone meczety. Zakazano małżeństw mieszanych. Szahdżahan pogrążył się w motywowanym religijnie okrucieństwie.

Szybko też znalazł pocieszenie. Zawsze otaczał się kobietami, ale teraz to już był czysty hedonizm. Podejrzewa się go o kazirodczy związek z najstarszą córką. Więcej na ten temat w artykule: Indie Wielkich Mogołów.

Budowa

Trwała około 20 lat. Zbiegła się w czasie z tragicznymi wydarzeniami. Doprowadzona do ruiny wysokimi podatkami,

Nasze biuro w Tadź Mahal

Nasze biuro w Tadź Mahal

indyjska wieś, cierpiała głód. Do tego doszły epidemie. Z głodu umierały całe prowincje. Mimo to budowa postępowała. Były fundusze na opłacenie 20 tys. robotników, drogie materiały, ogromne ilości pereł, srebra, złota i szlachetnych kamieni.

Raczej za wydumane (przez hiszpańskiego misjonarza) należy uznać informacje jakoby w pracach przy wznoszeniu mauzoleum udział brali Europejczycy (Włoch i Francuz). Nie mamy na ten temat żadnych innych wzmianek. Domyślamy się, że podbijający Indie biali, mieli kłopoty z uznaniem, że sami Indusi byli w stanie zbudować coś takiego. I z tego powodu pojawiła się popularna historia o udziale Europejczyków.

Symbol Indii

Tadź Mahal został wybudowany na indyjskiej ziemi, ale przez obcą dynastię, która podbiła Indie i nieludzką eksploatacją doprowadziła kraj do ruiny. Mogołowie byli muzułmanami, dlatego mauzoleum to ma islamska formę. Jest muzułmańskim grobowcem! Nie ma nic wspólnego z hinduską kulturą i tradycją! Mahatma Gandhi mawiał, że Tadź Mahal jest symbolem podboju i ucisku Indii.

W następnym miesiącu jadę tam ponownie. Jako pilot i przewodnik, z grupą turystów. Wcale nie będę zaskoczony jeśli od początku wycieczki wszyscy będą pytać o Tadź Mahal. Nie będę zdziwiony jeśli największe wrażenie zabytek wywrze na kobietach. Panie tak zauroczone są popularną wersją historii o miłości, że gotowe są przymknąć oko na inne, nie pasujące do tego obrazu, okoliczności.

Zobacz też: Kadźuraho, świątynie seksu.

Autorskie biuro podróży Krzysztof Matys Travel

Gruzińska Droga Wojenna

Jak powszechnie wiadomo, Gruzja jest bardzo malowniczym krajem. A jednym z najładniejszych szlaków jest Droga Wojenna. Może nazwa nieszczególna, brzmi groźnie i straszy, ale na szczęście, od dawna, z wojną nie ma nic wspólnego. Jest cicho i spokojnie. Nawet latem 2008 r. nie było tu walk. Prezentuje się pięknie. Jeśli ktoś chciałby w ciągu jednego dnia, zobaczyć to, co najładniejsze, to, co można uznać za kwintesencję kraju, to powinien przejechać tą trasą. (Zobacz blog w całości poświęcony Gruzji).

  

XIV-wieczny kościół Tsminda Sameba (św. Trójcy) – jedna z największych atrakcji Gruzińskiej Drogi Wojennej. Zabytek leży na wysokości 2170 m n.p.m.


Zaczyna się w Tbilisi. Wiedzie na północ, do rosyjskiego Władykaukazu. Ma długość 208 km. Przecina góry, wykorzystywana była więc przez tysiąclecia; wędrowali tędy m.in. Scytowie, Hetyci i Mongołowie. W XIX wieku zmodernizowali ją Rosjanie. Po to, by łatwo i sprawnie przerzucać kolejne armie. Co ciekawe, było tam wtedy wielu Polaków. W krwawych i niesamowicie okrutnych wojnach bili się po dwóch stronach frontu. Wcielani do armii rosyjskiej zostawali w niej lub uciekali i dołączali do powstańczych oddziałów. Tworzyli, np. doborową formację kawalerzystów Szamila, bojownika o wolność Czeczenii i Dagestanu. Wielką rolę odegrali polscy inżynierowie. Do tego stopnia, że na Kaukazie jasnym było, iż specjalistami od budowy dróg, twierdz, mostów i fabryk, są właśnie Polacy. Jedni budowali, inni burzyli – znani artylerzyści to też nasi rodacy…

 

Władykaukaz założyli Rosjanie w drugiej połowie XVIII wieku. Miał być ich głównym ośrodkiem w tym regionie. Z tego miejsca mieli kontrolować wszystko dookoła  (stąd nazwa miasta). Kawałek dalej na północ jest znany nam wszystkim Biesłan (właśnie mija rocznica tragicznych wydarzeń w tamtejszej szkole), a trochę na wschód, Grozny.

Góra Kazbeg (5047 m n.p.m.). Zdjęcie zrobiono w październiku z okolic cerkwii Cminda (Tsminda) Sameba

Góra Kazbek (5047 m n.p.m.). Zdjęcie zrobiono w październiku z okolic cerkwi Cminda (Tsminda) Sameba.

 

W 1942 r. armia niemiecka zatrzymana został dopiero na przedmieściach Władykaukazu. Była o krok od ogromnych złóż ropy. To najdalej wysunięte na wschód miejsce, gdzie dotarły ich wojska. Później zaczęły się klęski i odwrót. Pojawili się niemieccy jeńcy. W nieludzkich warunkach rozbudowywali Drogę Wojenną. Głód, choroby i ciężki, górski klimat sprawiły, że wielu z nich zmarło. Są tu ich cmentarze.

 

Dziś, droga ta mogłaby spełniać rolę ważnego szlaku handlowego. Pewnie by tak było, gdyby nie spór rosyjsko-gruziński. W 2006 r. wymiana handlowa ustała. Rosja, jednostronnie, pod pretekstem rozbudowy przejścia, wstrzymała ruch. Chodziło o osłabienie Gruzji i rządzącego nią Saakaszwilego. Teraz, sąsiednia Armenia stara się o zezwolenie Tbilisi na tranzytowy przewóz swoich towarów. Zobaczymy, może wkrótce coś się zmieni.

 

Kościół Dżwari w Mcchecie, początek VII wieku!

 

Na razie, główne znaczenie tej drogi, opiera się na turystyce. Jest nie tylko malownicza, ale i bogata w znamienite zabytki. Monastyr Dżwari, wybudowany na przełomie VI i VII wieku, pochodząca z XI w. katedra w Mcchecie, twierdza Ananuri (XVI/XVII wiek) i wreszcie, leżący u stóp góry Kazbek (5047 m.n.p.m), piękny kościół św. Trójcy. A w międzyczasie Przełęcz Krzyżowa (2379 m n.p.m.) i kurort narciarski Gudauri. Jest tu kilka przyzwoitych hoteli. Ładne pokoje, sauna, dobra kuchnia, wyciągi i stoki narciarskie tuż za oknem. Może kiedyś w Polsce zrobią się modne ferie na Kaukazie. Chce ktoś coś oryginalnego? Zamiast we włoskie Dolomity, to na narty do Gruzji.

 

PS. Jaki jest najwyższy szczyt Europy? W Polsce dzieci wiedzą, że Mont Blanc (4811 m). Ale sprawa jest dyskusyjna. Jeśli granica Europy przebiega szczytami Kaukazu, to wyższy jest nie tylko Elbrus (5642), ale i Kazbek. Zobacz też: Gdzie leży Gruzja?

Moje wycieczki do Gruzji.

Malaria

Właściwie post ten mógłby nosić tytuł: Malaria, czyli jak się robi biznes na wystraszonych turystach.

 

Przeczytałem na portalu Polskiego Radia artykuł: „Eksperci: malaria to realne zagrożenie dla turystów”. Gdybym nie wiedział czego mogę się spodziewać, na pewno moje zdumienie rosłoby z każdym kolejnym przeczytanym akapitem.

 

Sam tytuł jest już pewnym nadużyciem. Malaria niestety nadal jest realnym niebezpieczeństwem, ale akurat najmniejszym dla turystów. Dla podróżników zapuszczających się w mało uczęszczane rejony, tak. Dla masowego turysty – nie!

 

Umieszczenie na liście krajów, gdzie można zarazić się malarią Egiptu i Turcji, to mocna przesada! Czemu służy? Łatwo się domyślić. Proszę pójść do pierwszej lepszej apteki i spytać ile kosztuje profilaktyka antymalaryczna. Właściwie ma na nią monopol jeden potężny koncern farmaceutyczny. Jest producentem leku nowej generacji, który nie powoduje widocznych skutków ubocznych, takich jak złe samopoczucie, zawroty głowy, halucynacje, itd. (starsze farmaceutyki u wielu osób wywoływały takie odczucia). Można go zażywać pijąc alkohol (co jest istotne, ponieważ w trakcie podróży egzotycznych alkohol często spełnia rolę środka zabezpieczającego przed perturbacjami żołądkowymi).

Południowa Etiopia, plemię Mursi

 

Opakowanie z dawką na 12 dni kosztuje około 160 zł. A profilaktykę trzeba rozpocząć kilka dni przed wyjazdem i zakończyć kilka dni po powrocie (jadę na 22 dni, muszę kupić 3 opakowania). Co istotne, środek ten nie daje wcale gwarancji. W przypadku zainfekowania malarią złagodzi przebieg choroby.

 

Trzeba być rozsądnym. Bez profilaktyki na pewno nie wybrałbym się w porze deszczowej do południowej Etiopii. Wtedy tam niebezpieczeństwo malarii jest bardzo realne. Miejscowi nadal masowo na nią zapadają. Widziałem statystyki w wiejskich ośrodkach zdrowia. Ale już ta sama południowa Etiopia w porze suchej jest dużo bardziej bezpieczna. Komarów prawie nie ma. Żeby ich zupełnie uniknąć wystarczy moskitiera nad łóżkiem i dobry preparat odstraszający (polecam Muggę, żaden komar tego nie wytrzyma!).

 

Poludniowa Etiopia, mały wiejski ośrodek zdrowia, na ścianie przyklejone roczne stystyki. Malaria zajmuje drugie miejsce pod względem zachorowań (167 przypadków).

 

Ekspert (dr medycyny) rzuca hasło: „Indie”. Ale to cały subkontynent, wielkości Europy! Na północy kraju byłem wielokrotnie, o malarii nie słyszałem. Być może w niedostępnych, typowo wiejskich regionach tego olbrzymiego państwa, gdzieś w dżungli, malaria występuje. Ale na pewno nie na powszechnie wybieranych przez turystów trasach. Od dziesięcioleci nie ma jej już nawet na nizinnym i podmokłym pograniczu indyjsko-nepalskim.

 

Niemal całe Indie jako strefę wysokiego zagrożenia malarią definiuje też strona internetowa malaria.com.pl, stronę prowadzi wspominany wyżej koncern farmaceutyczny. (Co ciekawe, zalicza subkontynent indyjski do Bliskiego Wschodu). Wysokie ryzyko ma być też np. w Iranie i Syrii.

 

Wydawca tego serwisu grzmi na alarm, że znaczący odsetek spośród 250 tys. Polaków wyjeżdżających każdego roku „do stref występowania malarii” nie przyjmuje właściwej profilaktyki farmaceutycznej. Winą za to obarcza m.in. biura podróży, które jakoby nie informują o zagrożeniach.

 

Daleki jest od lekceważenia niebezpieczeństw. Wręcz odwrotnie, uważam, że szczególnie początkującym i niedoświadczonym adeptom egzotycznych podróży,  często wydaje się, iż wyprawa w głąb Afryki to, to samo, co wycieczka do Paryża. Wiele osób nie bierze pod uwagę możliwych zagrożeń, w tym związanych z chorobami tropikalnymi. Dalekie wyprawy nigdy nie są do końca bezpieczne. Ale świadomość ryzyka i dążenie do jego minimalizowania, to zupełnie coś innego niż nakręcanie spirali strachu.

 

Świat dużo bardziej potrzebuje bardzo tanich lekarstw i szczepionek od malarii, których odbiorcami byłyby ubogie społeczeństwa z terenów, gdzie choroba ta endemicznie występuje, niż drogich medykamentów, na wszelki wypadek aplikowanych bogatym obywatelom Zachodu.

 

Co roku na malarię umiera ok. 1,5 mln ludzi, głównie afrykańskich dzieci. Niektóre szacunki mówią nawet o 3 mln. Ile w naszym kraju? Brak danych, w wypowiedziach specjalistów pojawia się sformułowanie, że „każdego roku ktoś w Polsce umiera na malarię”. Choruje 30-50 osób rocznie.

Cyganie

Ostatnio zrobiło się o nich głośno. W Polsce już od jakiegoś czasu systematycznie powraca temat Romów. Najpierw w Poznaniu, z powodu zakazu wstępu do jednej z restauracji, ostatnio w Limanowej, przy okazji bójki o dziewczynę.

Indie, Radżastan, tańce i stroje, które bardzo przypominają Cyganów

 

Wydarzenia te zdają się pokazywać istniejący problem. Właściwie to można by powiedzieć, że w kraju zmieniło się wiele, niemal wszystko, z wyjątkiem stosunku do Cyganów. Pamiętam z dzieciństwa (wczesne lata 80. ubiegłego wieku), że rodzice straszyli nas Cyganami. Że zabiorą nas jak nie będziemy grzeczni, że jak nie pójdziemy spać to przyjdzie po nas Cygan, itd. I rzeczywiście, baliśmy się strasznie! Dla dzieci Rom był kimś z tej samej kategorii co Baba Jaga i smok, tyle, że żywy, prawdziwy i realny, a więc podwójnie groźny. Pamiętam też, że dorośli we wsi również się ich bali. Wystarczyła informacja, że jeżdżą po wsi, żeby ludzie zostawiali prace polowe i pośpiesznie wracali do domów pilnować dobytku. Było w tym wszystkim sporo obaw, a mało szacunku dla drugiego człowieka.

 

Oczywiście, w żadnym wypadku nie jest to tylko polska specyfika. Rząd francuski odważył się na radykalny proces deportacji. Rumuni jak tylko mogą podkreślają, że bieda i przestępczość to nie oni, to „Gipsy”, a ostatnio Węgrzy na szczeblu rządowym musieli reagować na wzrost rasistowskich nastrojów. Temat asymilacji społeczności romskich miał być jednym z głównych obszarów aktywności Budapesztu w czasie kończącej się właśnie węgierskiej prezydencji. Ocenia się, że w Unii Europejskiej mieszka od 10 do 12 mln Romów. Jest to najliczniejsza unijna mniejszość etniczna! Silnie narażona na wykluczenia i dyskryminację. Według danych Komisji Europejskiej to właśnie ich najbardziej dotyka bieda i bezrobocie.

Baron Artur – król mołdawskich Cyganów

 

Kim są Romowie i skąd się wzięli?

 

Zaskoczyła mnie duża liczba Cyganów w Syrii. Jeżdżąc po kraju, w wielu miejscach natykałem się na ich obozowiska. Nadal żyją jak koczownicy, wędrują przez pustynne tereny, przemieszczając się na dużym obszarze pomiędzy Iranem, Turcją, Syrią i Jordanią. Wspaniale jest zobaczyć coś takiego. To tak jakby dotknąć wielu wieków historii. Wydaje się, że od starożytności nic się tu nie zmieniło. No może z wyjątkiem materiałów z których robione są namioty i środków lokomocji.

 

Romowie na Bliskim i Środkowym Wschodzie są świadectwem ich wędrówki w kierunku Europy z terenu dzisiejszych Indii. To właśnie Indie uznaje się za ich ojczyznę. Znalazło to nawet formalny wyraz, kiedy to w 1981 r. premier Indira Gandhi, zadeklarowała honorowy mecenat nad całą światową społecznością Romów. Opuścili Indie między V a XII wiekiem. Uciekali przed muzułmanami najeżdżającymi ziemie nad Indusem lub byli wywożeni jako niewolnicy. Możliwe też, że musieli emigrować ponieważ nie chcieli dostosować się do zrytualizowanych form życia ówczesnych plemion. Zawsze, kiedy jestem w północno-zachodnich Indiach przypominam sobie o Cyganach. Po setkach lat, nadal wiele łączy europejskich Romów z mieszkańcami Radżasthanu.

Słynna cygańska dzielnica w Sorokach

 

W połowie IX wieku mamy ich już w Konstantynopolu, gdzie nazywani byli Egipcjanami  – stąd angielskie gypsies. W XIII wieku jako jeńcy tatarscy zostali osadzeni w Rumunii i stali się chłopami pańszczyźnianymi (niewolnikami będą aż do 1864 r.!).

 

Pierwsze wzmianki o Cyganach w Polsce pochodzą z początku XV wieku. Nazwa wywodzi się z terenu Bizancjum: Atsinganos to ten, który „jest nietykalny”. Wyraźnie widać tu nawiązanie do hinduskich niedotykalnych (pierwotnych mieszkańców Indii, podbitych przez Ariów). Sami Cyganie mówią o sobie, że są Romami. Rom w ich języku znaczy „człowiek”.

 

Na większa skalę prześladowania Cyganów w Europie zaczęły się pod koniec XV wieku (pogromy w Hiszpanii). Następnie przyszły wydarzenia we Francji i Szkocji, pod przymusem byli przesiedlani do kolonii (Jamajka, Barbados, Luizjana).

 

W Polsce rzadko pamiętamy, że holokaust dotyczył również Romów. Hitlerowcy eksterminowali ich z równym okrucieństwem i bezwzględnością co Żydów. Przeprowadzano na nich badania biologiczne i sterylizowano. Na rozkaż Reichsfürera SS wszyscy mieli być skierowani do obozu koncentracyjnego Auschwitz.

 

Nie znam badań socjologicznych dotyczących stosunku Polaków do osób pochodzenia romskiego. Ale ciekawe jakie byłyby odpowiedzi na pytania typu: Czy zaprosiłbyś Cygana do domu? Czy pozwoliłbyś córce wyjść za mąż za Cygana?

………………..
Zdjęcie u góry: fragment okładki książki Heinz G. Schmidt, Jadą Cyganie!, Cyklady 2011.

 

Koptowie

Moje zainteresowanie Egiptem zaczęło się od Koptów. Było to kilkanaście lat temu. Przyjechałem do Kairu po to, by zajmować się historią tutejszych chrześcijan. Studiowałem, uczyłem się języka koptyjskiego, wędrowałem po kraju i oglądałem pozostałości dawnej świetności egipskiego chrześcijaństwa. Po części z nich oprowadzałem później turystów pracując jako pilot wycieczek i przewodnik. Kościół koptyjski stał mi się na swój sposób bliski.

Mnich koptyjski

Koptowie tworzą jeden z kościołów wschodnich. Po polsku powiedzielibyśmy, że to prawosławni. I byłoby w tym dużo racji. To chrześcijanie ortodoksyjni.  Odłączyli się w połowie V wieku, tworząc własny, narodowy organizm. Przez lata oddzieleni od Europy, trwali przy swoich starożytnych obyczajach. Dziś spotkanie z Kościołem koptyjskim daje szansę na dotknięcie wczesnego chrześcijaństwa. Naprawdę wczesnego. Zresztą nie zawsze pamiętamy, jak wiele chrześcijaństwo zawdzięcza Egiptowi. To tu powstały pierwsze klasztory (do dziś istnieją!). I to tu powstał wizerunek Madonny z Dzieciątkiem (pierwowzorem była staroegipska Izyda ze swym synem Horusem). Zobacz też: Święta Rodzina w Egipcie.

Na zdjęciu koptyjski mnich w jednym z klasztorów

Są bardzo dumni. Mają świadomość wielowiekowej tradycji. Uważają, że to oni są prawdziwymi chrześcijanami, a to, co dziś funkcjonuje na Zachodzie, to raczej jakieś dziwne zmodernizowane twory. W 2000 roku, kiedy Jan Paweł II zawitał do Kairu, papież Koptów – Szenuda III, przyjął go z widocznym dystansem, tak jak się wita młodszego, błądzącego brata. Patriarcha stolicy św. Marka (taki tytuł nosi zwierzchnik Koptów) na lotnisko wysłał tylko swoich przedstawicieli. To Jan Paweł II złożył kurtuazyjną wizytę w rezydencji Szenudy III.

W sensie obyczaju, ortodoksja Koptów polega, na przykład, na praktykowaniu długich postów. Te najważniejsze są przed Bożym Narodzeniem (43 dni) i Wielkanocą (55 dni). W trakcie postu nie je się nie tylko mięsa, ale też żadnych produktów odzwierzęcych, czyli ryb, nabiału, a nawet miodu! Nie wskazane są jakiekolwiek używki (nawet kawa i herbata) o seksie nie wspominając. W sumie, w ciągu roku, wychodzi coś około 200 dni ścisłego postu.

Koptowie są potomkami starożytnych Egipcjan, a język koptyjski jest ostatnią fazą rozwoju języka egipskiego, zapisanego alfabetem greckim. Champollion rozszyfrował hieroglify właśnie dzięki znajomości koptyjskiego.

Klasztor na pustyni

Z ogromnym smutkiem odebrałem wiadomość o ostatnich krwawych zajściach w Kairze. Nie, żeby ta informacja mnie szczególnie mocno zaskoczyła. Takie, kończące się śmiertelnymi ofiarami, starcia między wyznawcami obydwu religii zdarzały się już wcześniej. Pamiętam je chociażby z czasu mojego kilkuletniego pobytu w Egipcie. Można się było spodziewać, że w jakiś czas po upadku reżimu Mubaraka, po osłabieniu i uśpieniu władzy, religijne animozje mogą dojść do głosu. Potrzebny był tylko pretekst. I taki się znalazł.

Wcześniej, to prezydent Mubarak, siłą zapewniał względny spokój. W niektórych rejonach kraju (głównie środkowy Egipt) koptyjskie klasztory strzeżone były niczym małe twierdze. Z tego też powodu obcokrajowcy nie mieli tam wstępu. Pamiętam, jak mimo to, kiedyś się tam wybrałem. Jakoś, kręcąc i klucząc, kupując bilet na pociąg przez podstawionego Egipcjanina, udało nam się (trzem studentom) tam dotrzeć. Ale bardzo szybko zjawił się oficer na czele dobrze uzbrojonego patrolu. Zabrał nas, wsadził do pociągu i odesłał do Kairu. Nie wolno nam było oglądać tego miejsca. Uznano też, że miasto, ze względu na zagrożenie fundamentalizmem, jest dla obcokrajowców zbyt niebezpieczne. Słowem gdzieś, w środku kraju, z daleka od oczu turystów, trudna sytuacja była czymś normalnym. Tak obok siebie żyli muzułmanie i chrześcijanie. Raz na jakiś czas wybuchały większe lub mniejsze zamieszki. Ginęli i chrześcijanie i muzułmanie. Chrześcijanie częściej.

Teraz, przed tymczasowymi władzami Egiptu trudne zadanie. (Zobacz na ten temat: Tahrirowa demokracja). Muszą udowodnić światu, że nie ma groźby ostrych konfliktów religijnych. Muszą pokazać, że panują nad sytuacją. Nie jest łatwo w islamskim kraju, ostro karać muzułmanów za prześladowanie wyznawców innej religii. To trochę jak balansowanie na ostrzu brzytwy. Będę kibicował egipskiemu rządowi, mam nadzieję, że uda mu się wprowadzić rozsądną politykę środka. Do tego dochodzą jeszcze silne oczekiwania Koptów. Od lat mają poczucie krzywdy. Kto może, emigruje. Skarżą się, że są dyskryminowani. W momencie rewolucyjnego festiwalu na placu Tahrir, wszyscy mieli duże nadzieje. Koptowie też. Wydawało się, że wystarczy obalić Mubaraka, by w kraju nastała sprawiedliwość.

……………………………………..

Pozostałe artykuły o Egipcie.

Jak dostać pracę w biurze podróży

Po raz kolejny prowadzę rekrutację. Szukamy pracownika do biura podróży. I nie jest łatwo! Pomimo tego, że w mieście mamy kilka uczelni kształcących na kierunkach typu turystyka i rekreacja oraz zarządzanie turystyką, to dobrych kandydatów jak na lekarstwo. Jestem w branży już wystarczająco długo żeby wiedzieć, że tak po prostu jest. Taki paradoks. Państwowa placówka bierze pieniądze z budżetu (m.in. moje) w celu wykształcenia kadr, ale jak przedsiębiorca chce zatrudniać, to musi sobie pracowników sam wyedukować lub takowych podkupić konkurencji. To temat rzeka, trochę już zresztą o tym pisałem, np. tu: „Praktyki studenckie”.

 

Wiem kogo potrzebuję. Wiem, co kandydat powinien sobą reprezentować. Wiem, co powinien umieć, żeby otrzymać tę pracę. W żadnym wypadku nie jest to wiedza tajemna. Można ją zdobyć w ciągu godziny. Wystarczy przeanalizować ogłoszenia z działu: dam pracę, na jednym z turystycznych portali. Przejrzałem te z ostatnich dwóch tygodni. Naliczyłem 21 ofert. Wymagania pracodawców są jasne. Wszyscy chcą tego samego, konkretnych umiejętności. Są one dokładnie wymienione.

 

Niestety, takich ogłoszeń nie czytają autorzy programów nauczania. Nie robią tego też władze uczelni. Tylko w ten sposób mogę wytłumaczyć całkowite niedostosowanie zawartości merytorycznej studiów do wymagań rynku pracy. A wystarczy poczytać ogłoszenia. A gdyby tak jeszcze któraś ze szkół przeprowadziła małe badanie i spytała przynajmniej kilku przedsiębiorców o to, jakich pracowników ci potrzebują.

 

Snuć marzenia mógłbym jeszcze dość długo, ale przecież czas odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie: JAK OTRZYMAĆ PRACĘ W BIURZE PODRÓŻY?

 

  1. Jeśli jesteś na etapie wyboru kierunku studiów i myślisz o turystyce, zrób tak: Wydrukuj ogłoszenia pracodawców (możesz też opracować zestawienie, które podsumuje umiejętności jakie właściciele biur podróży uważają za najważniejsze), a następnie pójdź z tym do dziekanatu lub komórki na uczelni zajmującej się rekrutacją. I koniecznie, dokładnie i stanowczo spytaj o to, jakich umiejętności są w stanie nauczyć. Nie daj się zbyć ogólnikami, pytaj o konkrety. Listę ogłoszeń znajdziesz tu: Oferty pracy w biurach podróży.
  1. Jeśli już studiujesz turystykę i jeśli jesteś niezadowolony ze swoich studiów (to się zdarza), to przestań narzekać i wykorzystaj czas na indywidualna naukę. Zrób wszystko, żeby jakieś dobre biuro przyjęło cię na praktyki. Umów się, że będziesz im w czymś pomagać, na przykład umyjesz okna, ale oni w zamian mają pokazać coś z prawdziwej pracy w biurze podróży. Wiedza kosztuje, żeby coś otrzymać musisz też dać coś z siebie. 
  2. Jeśli jesteś studentem innego kierunku lub już skończyłeś studia, bądź nigdy nie studiowałeś, to wiedz, że wcale nie jesteś bez szans! Dlaczego? Ponieważ: a) Zawsze liczy się osobowość i nastawienie. Determinacja! (Nie wystarczy mówić, że się chce, trzeba działać). b) Są inne kierunki studiów, które dość dobrze przygotowują do tej pracy. W pierwszej kolejności wymieniłbym studia lingwistyczne. Dobra znajomość języków jest tu konkretną, potrzebną umiejętnością. c) Ucz się branży jak tylko się da! Chodź na dobre, sprawdzone i praktyczne szkolenia. Czytaj. Podróżuj. Szukaj mistrza, może ktoś zechce podzielić się z tobą zawodowymi tajemnicami.

 

Tylko błagam! Nie wysyłajcie „pustych” CV. Ktoś chce pracować w biurze podróży, ale nie ma żadnego doświadczenia, żadnego kontaktu z branżą, żadnych kursów i żadnej wiedzy. Taka osoba jest bez szans! Z punktu widzenia osoby rekrutującej szkoda czasu na otwieranie tego typu maili.

 

Zobacz artykuł: „Praca w biurze podróży – informacje zawodowe”

 

…………………………………………………………

Wszystkim ambitnym i zmotywowanym osobom życzę powodzenia!

Kto rzeczywiście chce, taką pracę znajdzie.

Biura potrzebują pracowników. Ale naprawdę dobrze przygotowanych!

 

Szkolenie dla kandydatów na pracowników biur podróży – specjalista ds. turystyki

Zwiedzanie

Teraz, kiedy widziałem już mnóstwo różnych miejsc, niektóre wielokrotnie, nauczyłem się przywiązywać wagę do zasady pierwszego wrażenia. Zanim poznam miasto i zwiedzę je dokładnie, skupiam się na tym, co mogę zobaczyć i odczuć na samym początku. Zdarza się różnie. Pierwszy może być hotel, dworzec kolejowy, port, restauracja, lotnisko, śródmieście lub peryferia. Nieważne co.

 

Lubię widok nieznanego miasta. Wtedy, w naturalny sposób, jest jeszcze ciekawie. Później, za piątym czy dziesiątym razem, może pojawić się znudzenie, a nawet zmęczenie. Wiem to bardzo dobrze, więc tym bardziej staram się cieszyć pierwszym razem. Nie chodzi o to żeby jakoś intensywniej się wpatrywać, uważniej słuchać czy mocniej wąchać. Rzecz w tym by mieć świadomość, że dzieje się coś wyjątkowego. Sztuka polega na tym by się cieszyć. Delektować się tą jedną, jedyną chwilą. Smakować ją. Tylko tyle. Oczy można mieć zamknięte. Nie o to chodzi by widzieć, ale o to by rozumieć i czuć.

Nepal, Katmandu, moja ulubiona restauracja

Nepal, Katmandu, moja ulubiona restauracja

 

Jeśli podróżuję sam, bez grupy turystów, zwiedzam w nieco odmienny sposób. Najchętniej siadam w kawiarni, w miejscu o ładnym widoku, zamawiam kawę i rozglądam się za gazetą. Gazeta obowiązkowo. Nawet jeśli jest w języku, którego nie rozumiem. Przeglądam, zdarza się, że próbuję rozszyfrować tytuły i podpisy pod zdjęciami. Czasem nie robię nic. Zwyczajnie cieszę się kawą, ładnym widokiem, otaczającym mnie lokalnym gwarem i towarzystwem gazety. Wszystko to tworzy niepowtarzalny klimat i o to właśnie chodzi.

 

Bywa, że nie posuwam się dalej. Tyle mi wystarczy. Nie lubię bieganiny i zaliczania kolejnych obowiązkowych turystycznych atrakcji. Bywa, że nie wchodzą do ważnych zabytków. Zamiast tego przyglądam im się z zewnątrz. Jak dużo można wtedy zobaczyć! Interesują mnie wzajemne relacje obiektu i turystów. Ludzie przepychają się, walczą o wejście i spieszą się (bo przecież w planie mają jeszcze kolejne atrakcje).

 

Nie wchodzę też jeśli nie jestem na to przygotowany. Co mi da oglądanie czegoś, czego nie rozumiem? Lata temu, w Barcelonie, nie wszedłem do Sagrada Familia. Nie chciałem być profanem. Dziś o Gaudim wiem dużo więcej i z ogromną przyjemnością zwiedzę jego dzieło. Naruszę coś, co jest jeszcze nienaruszone. Przekroczę próg. Świadomie i z rozkoszą. I to będzie piękne. I warto na to czekać.

 

Tak, lubię zostawić sobie coś na kolejny raz. Nie jestem zdobywcą. Nie dokonuję podboju. Nie chodzi o to żeby coś ujarzmić, okiełznać, stłamsić i spętać. Przepraszam, ale szybkie odhaczanie kolejnych punktów miasta, wklejanie zdjęć i biletów wstępu do albumu, trochę mi na to wygląda.

 

Lubię czytać. W kawiarniach, w parkach. Pojechać gdzieś daleko po to by siedzieć nad książką? Przecież to wygląda na marnowanie czasu! W pewnym sensie tak. Tracę szansę zobaczenia „czegoś tam ważnego”. Omija mnie przyjemność pospiesznego przeciskania się w zatłoczonych miejscach. Trudno, jakoś to przeżyję. Zamiast tego przeczytam coś inspirującego. Podnosząc wzrok z nad książki, popatrzę na ludzi, na ptaki, na miejscowego kota (taki jak u nas czy inny?). Napiję się kawy. Będzie pięknie.

 

Wydaje mi się, że są to najprzyjemniejsze chwile. W miastach, które odwiedzam wielokrotnie, mam ulubione miejsca. Są to moje oazy. Uciekam tam w wolnym czasie. Pracuję jako pilot i przewodnik. Oprowadzam wycieczkę, później daję trochę wolnego czasu. Zaszywam się gdzieś w urokliwej kawiarni czy restauracji. Może być nawet samotna ławka. Nieważne. Byle był ładny widok i klimat umożliwiający lekturę, oglądanie ludzi i kontemplację. Po to warto pracować, po to warto jeździć.

 

Wycieczki do Indii i Nepalu

Praktyki studenckie

Zaczął się sezon na praktyki. Studenci i uczniowie biegają po biurach podróży i próbują załatwić sobie ich odbycie. Z mojego punktu widzenia jest to przedziwna sytuacja. W programach nauczania są zajęcia praktyczne (i bardzo dobrze!), ale szkoły nie zapewniają możliwości ich realizacji!! Nie pomagają i nie tworzą ani sposobności, ani potrzebnych mechanizmów. Uczeń zostaje wrzucony na głęboką wodę, sam musi znaleźć biuro, które z łaski go przygarnie. I tu pojawiają się interesujące zagadnienia, o których warto wspomnieć ponieważ taki stanu rzeczy ma daleko idące konsekwencje.

  • Praktyki powinny być płatne. A nie są! Uczelnia każe studentom odbyć te zajęcia. I tyle. Nie ma na to żadnych funduszy. Zatem, właściciel biura podróży, ma kogoś przyjąć i uczyć za darmo! Kilka razy opiekowałem się praktykantami, więc wiem z jakimi obciążeniami to się wiąże. Jeśli cała ta impreza ma rzeczywiście służyć dobrej sprawie, czyli przygotowaniu młodego człowieka do zawodu, to ze strony biura generuje same straty. Ktoś musi poświęcić czas, ktoś musi pokazywać, nadzorować, tłumaczyć… W imię czego? Miałem zajęcia praktyczne i w szkole średniej i na studiach. W pierwszym przypadku, szkoła miała stałą współpracę z zakładem pracy, sprawdzone mechanizmy i doskonałych nauczycieli zawodu. Dzięki temu byłem profesjonalnie przygotowany. Efekt? Wszyscy z branży wiedzieli, że absolwenci tej szkoły są najlepsi. Na studiach podobnie. A pokazujący nam praktyczną stronę zawodu opiekunowie otrzymywali za to wynagrodzenie. Inaczej po prostu się nie da! W głowę zachodzę kto wymyślił, że to może działać inaczej! Zatwierdzający programy nauczania i nadzorujący jego jakość tolerują iluzję. Wiedzą, że tak jest, ale udają, że nie widzą. Dzięki temu jesteśmy potęga edukacyjną (tak dużo młodych ludzi studiuje) ale kształcimy na skandalicznie niskim poziomie. Bez sensu i bez celu.
  • Jest więc tak, a nie inaczej. Przychodzi praktykant do biura i co robi? Myje okna i podłogi, stempluje katalogi, wynosi śmieci, robi kawę. Tyle i niewiele więcej. Na pewno nic z sedna zawodu. Nikt nie odkryje przed nim prawdziwych tajemnic. Dlaczego miałby to zrobić? Za darmo ma kształcić swoją potencjalną konkurencję? Halo, ktoś tu czegoś nie rozumie. Albo liczy na naiwnych. Kiedyś byłem naiwny. Na początku swojej działalności przyjmowałem praktykantów i nawet czegoś uczyłem. Teraz nie ma mowy. I nie chodzi tylko o pieniądze. Rzecz w tym, że cały mechanizm postawiony jest na głowie. Uczelnia nawet się nie pofatyguje, żeby spytać czy byłaby taka możliwość, czy biuro by zechciało. A przecież tyle pożytecznych rzeczy można razem zrobić. Na przykład spytać właścicieli jakich pracowników potrzebują i dostosować kształcenie do wymogów rynku pracy. Wydaje się, że takie działania powinny być czymś zupełnie oczywistym i podstawowym. A przecież nie są! Dlaczego? Nie potrafię odpowiedzieć.
  • Jest też jeszcze inna możliwość. Praktykant nie robi nic. Wiem, że część biur załatwia sprawę bardzo prosto: student płaci 50 czy 100 zł i ma praktyki zaliczone. Nie musi wcale pojawiać się w biurze. Bywa, że wystarczy butelka lepszego alkoholu i czekoladki. Skandaliczne? Odruchowo wydaje się, że tak. Ale po głębszym zastanowieniu dostrzegłem też drugą stronę medalu. Skoro i uczelnie, i ministerstwo tak do tego podchodzą, to na co liczą? Naprawdę myślą, że ktoś za darmo nauczy studenta tego, czego szkoła wyższa nie zrobiła przez kilka lat?! Moje zdumienie sięgnęło zenitu kiedy dowiedziałem się, że osoba nadzorująca zajęcia praktyczne na jednej z uczelni zdaje sobie sprawę, że taka praktyka funkcjonuje. Ona to wie, studenci wiedzą, że ona wie, itd. Wszyscy są zadowoleni.
  • Kilkakrotnie rekrutowałem pracowników. Wiem, że to droga przez mękę. Głównie dlatego, że zgłaszają się młodzi absolwenci. Skończyli kierunek o szumnej nazwie turystyka i rekreacja, ale nie umieją niczego, co mogłoby się przydać w pracy. Jakim cudem? Po trzech czy pięciu latach studiowania? Jak to możliwe? By znaleźć odpowiedź wystarczy spojrzeć w program nauczania i przeczytać listę wykładowców. Temat jest mało wdzięczny, więc nie będę go rozwijał. Dość powiedzieć, że za pieniądze pochodzące z podatków przedsiębiorcy kształcony jest student, a kiedy przedsiębiorca chce zatrudnić pracownika, to takiego studenta musi sam wszystkiego nauczyć. Widzicie w tym jakiś sens?!

    Zobacz też: Praca w biurze podróży – informacje zawodowe

    …………………………………………………………………………………………….
    Czy mamy chory system? Oczywiście tak. Zapewne nie tylko w przypadku edukacji turystycznej. Ale najgorsze jest, że to akceptujemy. Milczenie oznacza zgodę. Nie chcę się dalej na to godzić. Stąd mój dzisiejszy tekst.

Szkolenie: pracownik biura podróży

Z życia pilota i przewodnika wycieczek

Sytuacje trudne i awaryjne, to chleb powszedni przewodnika i pilota wycieczek. Jestem świeżo po spotkaniu z początkującymi adeptami tego zawodu. Trochę się obawiają. Wiadomo, jak sobie wyobrazić to, co może się zdarzyć, łatwo się wystraszyć. Ale nie ma co się bać. Należy potraktować pracę z całym dobrodziejstwem. Chcesz być pilotem, to od tego nie uciekniesz! Sytuacje problemowe na pewno będą. Taka jest specyfika tego zawodu i trzeba być na nie przygotowanym. Przynajmniej mentalnie, bo technicznie wszystkich możliwości nie da się przerobić na żadnym kursie! Kreatywność turystów jest nieograniczona, a i warunki lokalne w różnych rejonach świata, potrafią zaskoczyć. Nigdy nie wiesz, co na ciebie czeka.

 

Dla przykładu, wymienię kilka zdarzeń, które miały miejsce w ostatnim okresie. Gdybym miał sięgnąć dalej i przywołać wszystkie takie sytuacje, uzbierałoby się materiału na całą książkę. Zobacz też: Jak się pisze przewodniki.

 

Granica między Syrią a Jordanią

Przy kontroli bagażu okazuje się, że jeden z turystów ma broń. Rewolwer! Sympatyczny pan kupił go kilka dni wcześniej gdzieś na syryjskiej ulicy. Gdzie, jak, dlaczego, co go do tego skłoniło? Nie wiem. Wtedy wiedziałem jedno – mamy problem! Awantura na całego. Oficer mówił mi, że czegoś takiego jeszcze nie przerabiał. Sam nie bardzo wiedział jak się zachować.

Część turystów oczekiwała ode mnie, że zostawię posiadacza rewolweru miejscowym służbom i pojedziemy sobie spokojnie dalej. Właściwie, zgodnie z regułami uczestnictwa w imprezie turystycznej, mógłbym to zrobić. Klient narusza prawo i przepisy graniczne wyłącznie na własne ryzyko. W takiej sytuacji pilot może go zostawić swojemu losowi, powiadamiając tylko polską ambasadę. Ale, jeśli zdarzy się już coś podobnego, piloci raczej starają się pomóc. Nie chciałem go zostawić. Ale też nie mogłem, ponieważ zatrzymano nas wszystkich, całą grupę! Sytuacja patowa. Środek dnia, ucieka nam czas na realizowanie programu. Z każdą kolejną godziną spędzoną na granicy, mamy mniejsze szanse na zwiedzenie tego, za co turyści zapłacili.

Jak może skończyć się taka historia? Różnie. Tym razem szczęśliwie. Trzeba było trochę porozmawiać, trochę się pouśmiechać. Nie naciskając na oficera kierującego posterunkiem granicznym, spróbować się z nim zaprzyjaźnić. I jakoś poszło. Puścili nas. Pojechaliśmy dalej, wszyscy. Rewolwer został na granicy.

 

Etiopia

Pierwszy dzień wycieczki. Jesteśmy w stolicy. Zjeżdżamy niewielkim autokarem z góry Entoto. Szybko przejeżdżamy szeroką aleją w centrum Addis Abeby. Po naszej lewej stronie zaraz pojawi się ambasada amerykańska. Uprzedzam turystów, że nie wolno robić zdjęć. Na nic to jednak. Ktoś pstryknął. W dodatku tak, że błysnął flesz. Dwieście metrów dalej zatrzymuje nas wojsko. Mundurowy wchodzi do autokaru, prosi o aparat i paszport osoby, która fotografowała. No to ładnie. Żegnaj paszporcie. Dobrze to nie wygląda.

 

Z mnichem w Lalibeli

Wiecie co w takiej sytuacji jest dla pilota największym problemem? To, że sypie się cały program. Jeśli zatrzymają nas choćby na kilka godzin, to już możemy mieć trudności ze zrealizowaniem wszystkich punktów wycieczki. W największym strachu jest oczywiście osoba, która coś przeskrobała. Co robić?

Takie sytuacje nauczyły mnie, że najważniejsze to nie stracić głowy, a często najlepszym sposobem jest daleko posunięta bezczelność. Mówię oficerowi, że nie może zabrać paszportu ponieważ zabrania tego prawo Unii Europejskiej. Żołnierz broni się tłumacząc, że jego prawo nakazuje mu coś zupełnie przeciwnego. To ja dalej twardo swoje. On swoje. Sprzeczamy się, ale paszport turysty dalej jest w moich rękach, a to już coś! W końcu stawiam pytanie, co jest ważniejsze, prawo UE czy prawo Etiopii? Bzdura, ale skutkuje. Oficer ma kłopot z odpowiedzią. No to przechodzę do ofensywy. Mówię, że sami tego nie rozstrzygniemy, więc musimy pójść do kogoś wyższego rangą.

To jest dobra metoda. Mogę polecić ją wszystkim, którzy znajdą się w podobnych tarapatach. Sprawdziłem w różnych krajach. To, co w oczach urzędnika, policjanta czy żołnierza jest potężnym przestępstwem, dla jego przełożonego (im wyższego, tym lepiej) może nie stanowić żadnego problemu. Jest prawdopodobne, że od ręki nas puści.

Wycieczka w czasie pikniku w górach Siemen

Tak stało się i tym razem. Udałem się z oficerem i paszportem turysty do budynku obok ambasady. Cały kompleks wygląda jak twierdza. USA prowadzi w Etiopii swoją charakterystyczną dla tego regionu świata politykę. Tu zwożą na przesłuchania podejrzanych o wspieranie Al-Kaidy. Rękoma etiopskich żołnierzy, krwawo pacyfikują Ogaden i Somalię, powstrzymując tym samym rozwój islamu. Stąd takie rygory. Wiedzą na co się narażają. Pan w dobrze skrojonym garniturze jest bardzo miły. Gawędzimy sobie chwilę o turystycznych atrakcjach Etiopii. Ani słowa o robieniu zdjęć. Na zakończenie pytam czy możemy jechać. Możemy. Czy powiadomi żołnierzy stojących przy autokarze by nas puścili? Oczywiście, już to robi. Straciliśmy jakieś 40 minut. Mogliśmy dużo więcej.


Więcej artykuł na temat pilota wycieczek.

Na zdjęciu u góry nasz autokar w Armenii.

Egipt po raz pierwszy

Jesień to czas Egiptu. Oferty wypoczynku nad Morzem Czerwonym dominują w biurach podróży. W tym okresie jest bezkonkurencyjny. Nigdzie indziej, za takie pieniądze, nie będziemy mieli tak ciepło. Do tego niepowtarzalne zabytki, rafy i – jeśli się mądrze wybierze – dobre hotele.

Dlatego pomyślałem sobie, że to dobry pomysł by wrócić do tematu poruszonego już wcześniej w tekście pt. Oswajanie Egiptu. Dziś o moim pierwszym spotkaniu z krajem, dzięki któremu rozpocząłem trwającą do dziś turystyczną przygodę.

Egipscy dżentelmeni

Egipscy dżentelmeni

To było dawno temu, jeszcze w poprzednim stuleciu, a dokładnie jesienią 1999 roku. Przygotowywaliśmy się do wyjazdu na stypendium. Jechaliśmy we dwójkę, ja i moja dziewczyna Magda. Rok akademicki na Uniwersytecie Kairskim. Spore wyzwanie. Byliśmy pierwszymi studentami z naszej uczelni, którzy mieli dostąpić czegoś podobnego.

Nic nie działo się przypadkiem. Wszystko zawdzięczaliśmy jednej osobie, profesor Albertynie Dembskiej, która jako wybitny egiptolog pomogła nam uzyskać to stypendium.

Z podziwem patrzyłem na to jak Magda pakuje do walizki wszystkie swoje piękne obcisłe i zwiewne sukienki.Odsłaniające ramiona, dekolt lub uwypuklające biodra. Nic nie dało się zrobić.Po prostu, decydował natura kobiety – niezależnie od okoliczności trzeba wyglądać atrakcyjnie. Nie pomogły moje prośby i tłumaczenia. Targaliśmy kilka ciężkich walizek. Jedna była pełna książek, druga sukienek, spódniczek i bluzeczek. Ta druga szybko wróciła z powrotem do Polski. Ale nie wyprzedzajmy faktów, wszystko po kolei.

Oczywiście mieliśmy wszystkie niezbędne papiery, wizy i dokumenty. Mieliśmy też potwierdzenie z polskiej ambasady, że będą czekać na nas na lotnisku w Kairze. Do obowiązku attache kulturalnego należała opieka nad polskimi studentami. Oczywiście nikt na nas nie czekał!

Architektura egipskiej ulicy

Architektura egipskiej ulicy

Był koniec września, środek nocy. Upał niemiłosierny. Do dziś pamiętam pierwsze wrażenie. Jakbym wszedł do pieca!Nigdy wcześniej nie byłem w ciepłych krajach. Egipski upał, który dziś nie robi na mnie już żadnego wrażenia, wtedy zwalał z nóg. Wylądowaliśmy na terminalu, na który przybywały samoloty z Trzeciego Świata (taki przydział miała nasza część Europy). Dzięki temu od razu znaleźliśmy się w centrum Afryki. Cała hala zapełniona egzotycznymi studentami. Wszystkich przyciągał Uniwersytet Kairski. To tu studiuje pół Afryki i spora część Bliskiego Wschodu. Było barwnie, gwarnie i przerażająco. Byliśmy mocno wystraszeni. W środku nocy w nieznanym mieście. Bez żadnych kontaktów. Bez najmniejszego pomysłu dokąd pojechać z lotniska, gdzie przenocować.

Na szczęście (dziś, po latach podróżowania, wiem, że zawsze jest jakieś „szczęście”), tym samym samolotem leciał student arabistyki. Z jego uczelni każdego roku na stypendium wyjeżdżało kilka osób. On doskonale wiedział, że nie może liczyć na pomoc ambasady. Był umówiony ze swoim starszym, zadomowionym już w Kairze kolegą. Zlitował się i zabrał nas ze sobą (raz jeszcze dzięki Piotrek, uratowałeś nas wtedy).

To był duży dom na jednej z dzielnic Kairu. Nasi gospodarze zniknęli zajęci swoimi sprawami, my zostaliśmy we dwójkę. Nie było klimatyzacji. Ciężko przechodziliśmy aklimatyzację. Prawie cały dzień byłem w czymś w rodzaju ciężkiego snu. Parę razy próbowałem wstać i po paru krokach padałem na łóżko. Upał odbierał wszelkie siły.

Na targu

Na targu

Bliżej wieczora, kiedy zrobiło się już odrobinę chłodniej, Magda odważyła się wyjść na taras. Oczywiście w jednej ze swoich sukienek. No i się zaczęło! Pod domem szybko zebrał się tłum mężczyzn. Krzyczeli, śpiewali i bębnili w dachy samochodów. Tańczyli jakiś swój, niezrozumiały dla nas taniec. Trwało to długo, prawie całą noc. Spędziliśmy ją przerażeni i zamknięci w tym domu, w jakiejś dzielnicy Kairu. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Najgorsze, że nie wiedzieliśmy też co nas czeka dalej. Początek, w każdym bądź razie, był obiecujący.

Przez kolejne 10 miesięcy Magda już nie włożyła niczego podobnego. Przy pierwszej okazji walizka został wysłana do Polski. A my szybko zrozumieliśmy na czym polega tu jedyna właściwa reakcja na kobiece wdzięki. Zresztą na męskie też. O czym oczywiście napiszę w dalszej kolejności.

Krzysztof Matys Travel

Strona 1 z 3

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén