Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: polityka i turystyka

Ministerstwo Rolnictwa i Turystyki

Podobno włoski rząd chce przenieść turystykę z resortu kultury do resortu rolnictwa. Projekt zakłada stworzenie Ministerstwa Polityki Rolnej, Żywnościowej i Leśnej, a w nim departamentu zajmującego się turystyką oraz jej promocją.

Aż podskoczyłem, jak o tym usłyszałem. Przecież to mój pomysł! Głoszony od lat, na przykład tu, w 2012 roku. Niby żartem, ale jednak… W czym rzecz? Otóż w Polsce turystyka przypisana jest do resortu sportu. No i tu jest problem. Bo przecież, nie są to branże, które mają ze sobą wiele wspólnego. Dlatego też od dawna dworuję sobie, że równie dobrze można by przyłączyć turystykę do Ministerstwa Rolnictwa. Uzasadnienie narzuca się samo. Jest nim agroturystyka, bardzo prężna strefa polskiej gospodarki, zresztą w sporej części szara strefa.

Sioło Budy w okolicach Białowieży. Turystyka wiejska

Który minister sportu choć odrobinę zna się na turystyce? Sprawdźcie, jak szef tego resortu przedstawiany jest przez dziennikarzy. Zobaczycie, że w medialnych doniesieniach tytuł ten często ograniczany jest do pierwszego członu nazwy. Ministra pyta się o sport. O turystykę rzadziej! Sport jest ważny, turystyka znacznie mniej. Sport przecież jest sprawą narodowej wagi, niezmiernie ważną, a turystyka to tylko jakaś fanaberia. Zobacz też.: Premier o turystyce.

W świecie jest to różnie rozwiązanie. Dość często turystykę lokuje się w resorcie gospodarki (to chyba najbardziej uzasadnione miejsce) lub tworzy się osobne, przeznaczone jej ministerstwo.

Armenia. Karahundż. Nieczęsto spotkacie tam turystów, a miejsce jest wyśmienite!

Włosi chcą stworzyć coś zupełnie nowego. Dlaczego tak? Na pierwszy rzut oka wygląda to na dość egzotyczne zestawienie: rolnictwo i turystyka, plus leśnictwo oraz żywność. Ale w zamierzeniach rządu miałoby to zmienić kierunek rozwoju branży i nadać jej nowy impuls. Włoskie miasta przepełnione są turystami, a powszechnie znane zabytki nie wymagają już promocji. Plan jest więc taki, żeby dać impuls mniejszym ośrodkom, turystyce wiejskiej i tradycyjnej kuchni. Odciążyć to, co odciążenia wymaga i skierować urlopowiczów w niewyeksploatowane jeszcze regiony. Nie mam pojęcia czy to się Włochom uda; wśród niebezpieczeństw wymieniłbym między innymi możliwy rozrost biurokracji i urzędniczą niewydolność związaną z istnieniem tak ogromnego resortu; ale kierunek ten może mieć sens. Wydaje się odpowiadać na wyzwania, które pojawiły się wraz ze zmianami światowej sytuacji gospodarczej. Na rynek weszły nowe, olbrzymie i zamożne grupy konsumentów podróży, między innymi z Chin, Indii i Zatoki Perskiej. Będą kolejne. Wenecja oraz Rzym nie są w stanie wszystkich przyjąć. Coś trzeba z tym zrobić. Wygląda na to, że Włosi mają pomysł.

Syberia w okolicach Bajkału, wieś Wierszyna. Obowiązkowy punkt na trasie polskiej wycieczki

Popatrzmy na to z polskiej perspektywy. W Krakowie tłumy. Część mieszkańców już ma tego dość i narzeka. Jak duży wzrost miasto wytrzyma? Przydałby się jakiś program, który sprawiłby, że zagraniczni turyści przylatujący na lotnisko w Balicach nie ograniczaliby się tylko do Krakowa, żeby pojechali dalej w Polskę, do agroturystyk i mniejszych ośrodków. Tam też jest bardzo ciekawie. Na Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu Polska się nie kończy. Robimy coś, żeby tych ludzi wyciągnąć na wieś i pokazać im wspaniałe, a ciągle niedoceniane miejsca?! Z punktu widzenia gospodarki kraju, sytuacja, w której zagraniczny turysta ogranicza wizytę do kilkudniowego pobytu w dużym mieście, nie jest najlepszym rozwiązaniem, bo w takim przypadku nie wykorzystujemy możliwości i tracimy dużą część potencjału.

Rolnictwo i turystyka w jednym kadrze

Przez lata żartowałem sobie powtarzając, że zamiast Ministerstwa Sportu i Turystyki moglibyśmy mieć Ministerstwo Rolnictwa i Turystyki, na to samo by wyszło. W ten sposób chciałem pokazać, że obecne rozwiązanie ma istotne wady, że łączy branże, które w sensie gospodarczym nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. Tymczasem włoski pomysł rzucił na ów fakt zupełnie nowe światło i wydaje się, że z dowcipu może zrobić się koncepcja na serio. Bo mało tego, iż okazuje się, że turystyce bliżej do rolnictwa, niż do sportu, to jeszcze uświadamiamy sobie, że połączenie tych branż może zaowocować czymś twórczym i ciekawym. Co więcej, może być sposobem na rozwiązanie istotnego problemu współczesnej turystyki. Oczywiście, nie upierałbym się przy takim rozwiązaniu, ale gdyby ktoś z resortu rolnictwa chciał zasięgnąć opinii w tej kwestii, to służę pomocą 🙂

Do Grodna na zakupy

Zaczęło się wczoraj. Do naszego biura przyszedł znajomy z nowiną, że jedno z białostockich biur organizuje zakupowe wycieczki do Grodna. W wolne od handlu niedziele, jednodniowe wyprawy na Białoruś w celu odwiedzenia sklepów. A, że jest to człowiek w Grodnie często bywający, to zadał proste pytanie: kto na zakupy pojedzie na Białoruś skoro tam wybór towarów dużo mniejszy i drożej niż w Polsce?! Oto zagadka.

Granica polsko-białoruska jest jednocześnie granicą UE

Temat wrócił wieczorem na Facebooku. Znajomi zaczęli udostępniać wspomniany artykuł, jako dowód na to, że mamy kolejny przykład niezbyt mądrych regulacji, które tym razem spowodują masowe wyjazdy na zakupy do Grodna. Z ciekawości przeczytałem więc rzeczony tekst. Mógłby stanowić materiał do nauki studentów dziennikarstwa. Jako ciekawy przykład tak zwanej dziennikarskiej rzetelności, w której treść artykułu przeczy jego tytułowi.

Materiał sprawia wrażenie, jakby został napisany pod z góry ustalona tezę. To nic, że pracownica biura tłumaczy, że jest to standardowa wycieczka ze zwiedzaniem miasta i przewodnikiem, a dopiero na koniec dnia jest wizyta w jednym ze sklepów. I tak artykuł zostaje opatrzony wymownym nagłówkiem, że biuro podróży „wyszło naprzeciw oczekiwaniom osób, które chcą zrobić zakupy w niedziele niehandlowe i organizuje w tych dniach wyjazdy do Grodna”.

Zamek w Mirze, jedna z głównych turystycznych atrakcji Białorusi

Po raz kolejny wygląda na to, że najważniejsza jest polityka, a w niej krytyka przeciwników. Fakty już są mniej istotne.

Jak więc się rzeczy mają? Moim zdaniem:

a)      Białostockie biuro podróży wykazało się refleksem i marketingową mądrością. Zaoferowało produkt, który daje nadzieję na  dużą i bezpłatną promocję. Co też się stało. „Wyborcza” w ramach uprawiania polityki zapewniła im świetną reklamę. Brawa dla tych, którzy to wymyślili! Zasłużyli na to, więc podaję nazwę: to biuro podróży Nowator.

b)      Zakupowe wyjazdy do Grodna nie mają zbyt dużego sensu, ponieważ na Białorusi jest drożej niż w Polsce. Tamtejsza gospodarka szwankuje, stąd taki właśnie stan. Wiele produktów, to import z Polski. Białorusini masowo przyjeżdżają do Białegostoku na zakupy. W ciągu roku w woj. Podlaskim zostawiają około 1 miliarda złotych! Sklepy z towarami luksusowymi w naszych galeriach żyją w dużym stopniu dzięki wschodnim sąsiadom. Ci biedniejsi kupują i przemycają do siebie nawet tak podstawowe produkty, jak mięso, wędliny i nabiał.

Jezioro Świteź

c)      Na Białorusi tańszy jest alkohol, papierosy i paliwo. Tyle, że przywóz tych towarów do Polski obostrzony jest ścisłymi regulacjami. Wwieźć można maksymalnie 40 sztuk papierosów i 1 litr alkoholu powyżej 22 proc. Akurat to jest dokładnie sprawdzane. Celnicy na granicy skrupulatnie kontrolują autokary z turystami i samochody prywatne. Nici więc z biznesu. Handlowe korzyści z wycieczki nie mogą być wielkie. Więcej o cenach, przepisach celnych, opłatach drogowych, etc. w artykule: Białoruś – informacje.

d)      Jednodniowe wycieczki z Białegostoku do Grodna nie są żadną nowością! Organizowane są od czasu, kiedy Łukaszenka wprowadził ruch bezwizowy. Więcej o tym tu: Białoruś bez wiz. Z uruchomieniem takiej oferty biura podróży nie czekały więc na zakaz handlu w niedziele.

Grodno jest ładnym miastem o pięknej historii. Każdy Polak przynajmniej raz powinien je odwiedzić. A to ze względu na znaczenie tego miejsca w polskiej kulturze i tradycji. Gorąco polecam! Szczegółowo powody wyłożyłem w artykule: Grodno. Historia i zabytki.

Dom-muzeum Czesława Niemena

Białoruś przez wiele lat była pomijana przez polskiego turystę. Teraz to się zmienia. W naszym biurze widzimy duży wzrost zainteresowania tym kierunkiem. I dobrze! Poza Grodnem koniecznie odwiedzić trzeba Wasiliszki Stare (dom-muzeum Czesława Niemena), Nowogródek, Świteź i Zaosie (Adam Mickiewicz), Bohatyrowicze (Eliza Orzeszkowa), Mir (piękny zamek – lista UNESCO), Nieśwież (rezydencja Radziwiłłów oraz pierwszy w pełni barokowy kościół na ziemiach polskich). To minimum jeśli chodzi o Białoruś, ograniczone do najważniejszych poloniców. Program trzydniowego wyjazdu znajdą Państwo tu: Wycieczka na Białoruś.

Osoby przyjeżdżające z dalszych regionów Polski zachęcamy, żeby przy okazji zwiedziły też Podlasie. Jest, co oglądać! Więcej o tym tu: Turystyczna Polska Wschodnia.

 

Premier o turystyce

No to chyba premier Tusk wywoła niezłą burzę w naszym środowisku. Oto jego słowa (cytuję za „Rzeczpospolitą”):

Powiem brutalnie: ja się o wiele bardziej przejmuję losem turystów niż biur turystycznych. Biura turystyczne same w sobie to nie jest branża, od losu której zależy polska gospodarka czy losy polskiego podatnika.

Może przydałby mu się minister, który wiedziałby, że turystyka to jedna z ważniejszych gałęzi gospodarki dzisiejszego świata. W 2020 r. prognozowane wpływy z samej tylko turystyki zagranicznej sięgną 2 bilionów USD! Europa ma mieć aż 46 proc. udział w rynku! Ile będzie miała Polska?

U nas temat ten traktowany jest po macoszemu. Brakuje profesjonalizmu, wizji rozwoju i przede wszystkim decyzji, że jako kraj chcemy mocno zaistnieć na turystycznej mapie świata.

Dlaczego resort turystyki doczepiony został do Ministerstwa Sportu, a nie do Ministerstwa Rolnictwa na przykład? Pasowałby dokładnie tak samo! Więcej na ten temat tu >>>

Słowa premiera napawają mnie obawą, że przy okazji „robienia porządków” w obszarze biur zajmujących się masowym wysyłaniem klientów do Egiptu, Grecji i Turcji, ucierpią też inne gałęzie polskiej turystyki. A przecież powinno być dokładnie odwrotnie! Szczególnie sektor zajmujący się turystyką krajową wymaga wsparcia ze strony państwa. Byłoby to w interesie polskiej gospodarki.

Diagnoza obecnej sytuacji jest następująca:

1)      Problemy mają biura zajmujące się wyjazdową turystyką czarterową.

2)      Wynika to z niskiej rentowności i warunków panujących na rynku, w tym m.in. z nierealnych oczekiwań klientów traktujących ceny last minute jako coś standardowego. Do tego dochodzą nie do końca przemyślane regulacje prawne i dziurawy system nadzoru.

3)      Rzeczywiście ten sektor branży nie generuje specjalnie dużych dochodów do budżetu państwa. W przeciwieństwie do turystyki krajowej. I to w nią warto inwestować. Po pierwsze, w segment turystyki przyjazdowej (pomoc dla biur ściągających do nas turystów), po drugie w poszerzenie rynku lokalnego, czyli uruchomienie mechanizmów, które spowodują, że więcej osób będzie mogło skorzystać z wypoczynku w kraju, również poza ścisłym sezonem. I wreszcie, trzeba pomyśleć o kształtowaniu pożądanych postaw konsumenckich, gdzie wypoczynek niekoniecznie oznaczałby smażenie się na plaży w ramach formuły all inclusive.

 

Fundusz gwarancyjny

Ostatnie wydarzenia związane z upadkiem kolejnych biur podróży obudziły z letargu resort odpowiedzialny za turystykę. Przy okazji niektórzy dowiedzieli się, że w Polsce mamy przedziwną sytuację, w której olbrzymia i rozwojowa dziedzina gospodarki, sztucznie została doczepiona do Ministerstwa Sportu. Turystka ze sportem łączy się podobnie jak ze zdrowiem (turystyka medyczna) czy ze szkolnictwem (wyjazdy edukacyjne). Równie dobrze można by więc sprawy tego sektora powierzyć Ministerstwu Edukacji Narodowej, a nawet i podczepić pod resort rolnictwa, wszak jest coś takiego jak agroturystyka!

W sumie nieważne gdzie. Ważne, że pokazuje to, iż państwo polskie nie ma koncepcji na turystykę. Gdyby rządzący mieli świadomość ogromnych szans związanych z jej rozwojem, to zapewne potraktowaliby sprawę poważniej. W jakim celu przeniesiono sprawy turystyki z Ministerstwa Gospodarki do Sportu? Może warto się zastanowić czy nie byłoby zasadne utworzenie osobnego resortu turystyki? Taki krok pokazałby, że rząd traktuje sprawę poważnie i wiąże duże nadzieje z tym sektorem.

Dzisiejszy stan jest efektem długiej polskiej tradycji. Od odzyskania niepodległości w 1918 r., turystyka wędrowała z ministerstwa do ministerstwa aż 18 razy!

Kolejne bankructwa biur podróży, w wyniku których wiele tysięcy osób poniosło straty finansowe, dobitnie pokazały kilka faktów. Są to:

·        Błędy w regulacjach prawnych, zupełnie niedawno przeprowadzonych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. W trakcie procedowania zmian w ustawie o usługach turystycznych (2009 – 2010) zignorowano wiele postulatów płynących z branży, w tym propozycje Polskiej Izby Turystyki. W efekcie tego otrzymaliśmy wadliwą ustawę. Jeszcze gorzej rzecz wygląda z rozporządzeniami, które w niektórych obszarach wprowadziły kompletny bałagan. Przypadek Triady i Sky Clubu pokazał jak bardzo dziurawe jest prawo. W nowelizowanej ustawie nie przewidziano możliwości omijania wymogu gwarancji ubezpieczeniowych adekwatnych do rzeczywistego obrotu, w przypadku biur nowo powstających, łączenia firm oraz przejmowania klientów.

·        Słabość polskiego sektora turystyki czarterowej. Jest to szczególny segment branży, przez działalność na masową skalę, bardzo widoczny. Związany jest niestety również z dużym ryzykiem ekonomicznym i olbrzymią konkurencją cenową. W efekcie tego, jego rentowność jest bardzo niska. Za ostatnie trzy lata, wyliczona dla największych biur wynosi 1,3 proc.! To znacznie niżej niż zysk z obligacji! Kto zatem i po co prowadzi taką działalność, angażuje swój czas i pieniądze? Może warto bliżej przyjrzeć się temu zjawisku? W takiej sytuacji bankructwa należy traktować jako coś normalnego i nieuniknionego.

Lekarstwem na to, jak słyszymy w ciągu ostatnich dni, zdaniem Ministerstwa Sportu i Turystyki ma być utworzenie funduszu gwarancyjnego, który pokrywałby straty związane z upadkiem biur. W skrócie wyglądać ma to tak, że touroperatorzy składają się na taki fundusz i w wyniku tego powstaje awaryjna kwota, do użycia w przypadku kłopotów jednego z organizatorów. Jest to stary postulat części branży, wcześniej odrzucany przez ministerstwo. Pomysł niby dobry, ale… Koszty funduszu poniosą klienci ponieważ to oni zapłacą za to w cenie wycieczki. Wyobraźmy sobie, że takie zabezpieczenie już jest i pada duże biuro, tysiące turystów ponosi straty finansowe. Fundusz to pokryje. A za chwilę dowiadujemy się, że biuro upadło w niejasnych okolicznościach, ktoś wyprowadził pieniądze, itd. Czyli my wszyscy, i biura, i klienci, mamy składać się na koszty nieuczciwych, czynionych z rozmysłem działań.

Słyszałem dziś wypowiedź minister Muchy, w której zwraca uwagę, że fundusz dawałby „znacznie większą gwarancję klientom”, ale też wprowadzałby poczucie bezpieczeństwa dla biur. Oczywiście. Czyli, w zasadzie, stworzyć to może doskonały klimat do przekrętów. Klienci, jak już nabiorą zaufania, to będą kupować wszystko, nawet 5 gwiazdek all inclusive za 999 zł! Bo co tam, jest fundusz jakby co! Niektóre biura agencyjne będą sprzedawać jak leci, bo też jest zabezpieczenie, itd. Tylko dlaczego za to mają płacić firmy uczciwe oraz te, które rentowność mają znacznie wyższą niż 1 proc.?!

Rozwiązanie wydaje się możliwe dopiero wtedy, kiedy wyeliminuje się leżące u podstaw problemu przyczyny. Najpierw korekta stanu prawnego, usprawnienie nadzoru i refleksja nad priorytetami całej gospodarki turystycznej, a później można myśleć o funduszu. W przeciwnej sytuacji będzie to leczenie objawów, a nie przyczyn.

Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć. Mamy bałagan w polskiej turystyce! Od ministerstwa poczynając na zachowaniu klientów kończąc. Rynek dostał bzika na punkcie wypoczynku typu all inclusive i uwierzył w nierealne ceny. Sektor turystyki czarterowej nie jest zdrowy. Ostatnie bankructwa są tego efektem. Stan ten wymaga czegoś więcej niż szukanie prostych rozwiązań w postaci funduszu gwarancyjnego.

Więcej na temat kondycji turystyki czarterowej tu: Nic pewnego

Tahrirowa demokracja

Paradoks związany z dzisiejszą sytuacja w Egipcie, polega miedzy innymi na tym, że nie wiemy, czy stało się dobrze, czy źle! Z jednej strony jest wielkie hura – obalono dyktatora, masy upomniały się o swoje prawa, niech żyje głos ludu! Z drugiej potężna obawa o szanse choćby namiastki demokracji w tej części świata. Gdybym musiał nakreślić najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju sytuacji, powiedziałbym, że samoczynne zaistnienie demokracji byłoby czystym cudem.

Nie ten czas, nie to miejsce, nie ta kultura. Oczywiście mogę się mylić, wszak cuda się zdarzają. I bardzo bym chciał aby teraz się zdarzył.

Łatwo posądzić zachodnich analityków o rasizm. Przecież przez lata odmawiali Arabom realnych szans na demokrację. Tak, jakby ci byli ludźmi innej kategorii. Takie podejście pomagało uzasadnić poparcia USA i Europy dla tutejszych reżimów. Skoro społeczeństwa nie nadają się do demokracji, to lepiej niech rządzi nimi ktoś twardą ręką, przynajmniej jest porządek.

Bazar Chan al-Chalili w Kairze

Bazar Chan al-Chalili w Kairze

Ale dziś nie o rasizm tu chodzi, tylko o społeczne realia. Każdy, kto zna Egipt nieco bardziej, musi niepokoić się o jego przyszłość. Czy możliwa jest realna demokracja w kraju gdzie jedna trzecia ludzi nie potrafi czytać, gdzie jest potężny problem ubóstwa i idąca z tym w parze podatność na skrajne demagogie? Pytania można by mnożyć. Kto ma rząd dusz i czy znajdziemy tu demokratyczną wykładnię islamu? Nikt chyba nie zakłada, że możliwa jest demokracja wbrew islamowi. Co jest głównym czynnikiem jednoczącym ten naród? Czy przypadkiem nie wrogość wobec Izraela? Z czego są dumni? Ku czemu chcą dążyć?

Teraz, z każdym kolejnym dniem, sytuacja będzie się zmieniała. W newsach coraz mniej upokorzonego Mubaraka, coraz więcej bohatera masowego jakim staną się egipskie problemy. Niektóre zdarzenia będą nas śmieszyć inne wprawiać w zdumienie. Jeszcze inne będziemy piętnować. Ot, społeczeństwo pokaże swoje oblicze. No chyba, ze armia szybko zaprowadzi żołnierski porządek.

„Korespondentka amerykańskiej sieci radiowo-telewizyjnej CBS Lara Logan została pobita i była napastowana na tle seksualnym podczas relacjonowania wydarzeń na placu Tahrir w Kairze”. Oto bardziej pikantne oblicze tak zwanej rewolucji. Ktoś na forum napisał, że trudno się dziwić tłumowi, tak atrakcyjnie wygląda owa gwiazda TV (do zobaczenia tu). Szczerze powiedziawszy, ja kobiety bym tam nie wysłał, a już na pewno nie w takim stroju. CBS może sobie pogratulować.

Do czasu rewolucji prezydent Mubarak był niemal wszędzie

Do czasu rewolucji prezydent Mubarak był niemal wszędzie

Waszyngton zmienił zdanie. Tak jak do tej pory pomagał reżimom, tak teraz zachęca do ich obalania. Piękne to! Takie oczywiste, że aż dziw bierze, że dopiero teraz Biały Dom na to wpadł.

Tyle, że w tę logikę wpisany jest prosty schemat: obalajcie, obalajcie, aż obalicie reżim w Iranie! Oto cel. Największy problem amerykańskiej polityki zagranicznej może rozwiązać się sam. Na ulicach Teheranu zamiast na polu atomowej bitwy. Znowu piękne to.

Wyobraźmy sobie. Za kilka lat nikt nie chce jeździć na wakacje do Hiszpanii. Bo dlaczego tam kiedy są tak fantastyczne miejsca jak Libia, Arabia Saudyjska, Jemen, cała Zatoka Perska łącznie z Iranem? Wszędzie ciepło i piękne plaże. Kurorty jak w Europie. Ludzie kulturalni, otwarci, mili i uprzejmi, nikt nie chwyta za rękaw, nie wciąga do sklepu, nie napastuje turystek… To będą piękne czasy. Już nie mogę się doczekać. Cóż może jednak USA mają rację? Po raz kolejny…

PS. Póki co, upadł Mubarak. Egipcjanie tak go znienawidzili również za to, że wbrew społeczeństwu prowadził proamerykańska politykę.

Boski Egipt Napieralskiego

Skuszony reklamą na kiosku z gazetami zainwestowałem 1,40 zł by dowiedzieć się do jakiego „raju” trafił Grzegorz Napieralski. Na pierwszej stronie czytam, że „lider lewicy pławi się w basenie luksusowego pięciogwiazdkowego hotelu”. Gazeta dodaje też, że taki hotel w Hurghadzie to „spełnienie marzeń każdego wczasowicza”.

Przyglądam się by ze zdjęć zidentyfikować jaki to hotel wzbudził taki zachwyt dziennikarzy „Faktu”, ale idzie mi słabo. Na zdjęciach króluje tors polityka. Trochę z boku żona i dzieci.

Przychodzi mi do głowy kilka refleksji.

Ustawiane te zdjęcia czy też ktoś z biura, a może spośród turystów sprzedał temat gazecie? Turyści raczej odpadają bo pan Grzegorz zapewne wybrał hotel, w którym polskich wczasowiczów jest bardzo mało albo nie ma wcale. Osoby szeroko znane z mediów tak robią, a politycy w szczególności. Są otwarci i chętni do dyskusji przed kamerami, ale raczej unikają kontaktów bezpośrednich, choć i tu są wyjątki. Zdarzało mi się spotykać polityków gdzieś na obczyźnie. Mocno utkwiły mi dwie sytuacje. W obydwu przypadkach sposób zachowania polityka był dla mnie zaskoczeniem.

Lata temu, w samolocie z Egiptu, leciał z nami Jan Maria Rokita. Wtedy jeszcze nikt nie słyszał o jego lotniczych wyczynach. Wsiadł do samolotu ostatni, schował się za żonę siadając przy oknie. Z nikim nie porozmawiał. Nic. Jakby go nie było. Trochę mnie to zdziwiło. Była to przecież dobra okazja by nawiązać autentyczną, a nie telewizyjną więź z wyborcami.

Kilka lat temu w Jerozolimie, przy Ścianie Płaczu spotkałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tu też było zaskoczenie. Myślałem, że będzie bardziej oficjalny i zdystansowany. Tymczasem, prezydent, zauważywszy, że są tam Polacy skierował się do nas. Podał rękę, porozmawiał. Szczegółowo opisałem to tu: Spotkanie z prezydentem Kaczyńskim.

A wracając do głównego wątku, to skąd gazeta miała informacje? I skąd zdjęcia tak dobrej jakości? To może ktoś z biura, które organizowało wyjazd sprzedał newsa na pierwszą stronę? Możliwe, ale raczej wątpię. Takie osoby dostają status VIP i biurom mocno zależy na ich satysfakcji. Przez lata pracy, jako rezydent, miałem z tym styczność. Nie znam sytuacji by biuro wydało swego VIP-a. No chyba, że za obopólną zgodą! To już inna historia. Czasem gwiazda telewizyjna dostaje wakacje gratis, a organizator ma reklamę.

A może Napieralski sam ustawił to z gazetą? Może jako polityk o lewicowej wrażliwości chce przebić postulat prezesa PiS dotyczący masowego wypoczynku Polaków na plażach Egiptu i Tunezji (zobacz)?  I po prostu pojechał sprawdzić jak tam jest. Może?

A jak jest prawda?

Prawda jest taka, że Egipt to kraj bardzo atrakcyjny turystycznie. Za określoną kwotę tu dostaniemy najwięcej. Dlatego tak wielu Polaków tam jeździ. Lider lewicy pewnie też.

Moje spotkanie z prezydentem Kaczyńskim

Jakże paskudna wiadomość! Siedzę przed komputerem w pracy, ale właściwie myślę tylko o tym tragicznym wydarzeniu. Chyba zaczynam rozumieć co mogli czuć Polacy porażeni nagłą śmiercią generała Sikorskiego, a wcześniej zaskoczeni odejściem Piłsudskiego. Jak sobie z tym poradzimy?!

Prezydenta Lecha Kaczyńskiego spotkałem raz, w Jerozolimie. Było to latem 2006 r. Zwiedziliśmy już całe miasto, wycieczkę kończyliśmy pod Ścianą Płaczu. Słońce chyliło się ku zachodowi pięknie oświetlając Kopułę Skały. Zmierzaliśmy w stronę parkingu, kiedy otrzymałem informację, że za chwilę będzie tu prezydent. Zupełne zaskoczenie! Od kilku miesięcy byłem poza krajem, z dala od bieżących wydarzeń politycznych. I gdybym przypadkowo nie potknął się o dziennikarza Telewizji Polskiej, pewnie byśmy się z prezydentem rozminęli.

Jerozolima, 2006 rok

 

Kiedy powiedziałem turystom: „Słuchajcie za chwilę będzie tu prezydent Kaczyński!” grupa podzieliła się na dwie części. Jedni chcieli koniecznie wrócić i spotkać się z polską delegacją. Pozostali żądali powrotu do autokaru. Odezwały się nasze polityczne animozje, uprzedzenia i emocje.

Z częścią osób wróciliśmy pod Ścianę Płaczu. Nie należałem do zwolenników Lecha Kaczyńskiego, ale w takiej chwili to nie miało znaczenia. To po prostu było spotkanie Polaków, i do tego w tak niezwykłym miejscu. Byłem też pilotem i przewodnikiem grupy, a to zawsze zobowiązuje. Prezydent podszedł do nas, podał rękę, wymieniliśmy kilka zdań. Odniosłem jak najlepsze wrażenie z kontaktu z miłym człowiekiem.

Maria Kaczyńska i polskie turystki

Kobiety z naszej grupy otoczyły wianuszkiem panią prezydentową. Maria Kaczyńska rozmawiała, pozowała do zdjęć, wyraźnie zadowolona z naszego towarzystwa.

Wtedy potraktowałem to na spokojnie, z uśmiechem. Ot swoista atrakcja, dodatek do pracy w moim zawodzie. Dziś jestem bardzo wdzięczny losowi za to spotkanie.

Więcej artykułów o turystyce w Ziemi Świętej (Izrael, Autonomia Palestyńska i Jordania).

Zobacz też na tym blogu: Wielkanoc w Jerozolimie.

Miliony Polaków w Egipcie i Tunezji

Choć to niedziela, czas odpoczynku, to nie ma wyjścia, trzeba usiąść i napisać. Nieczęsto bowiem trafia się tak ważny powód. Wczoraj dostarczył go prezes Kaczyński. W paru słowach wyniósł turystykę na czołówki serwisów informacyjnych i programów publicystycznych, telewizyjnych i radiowych. Brawo! My, robiący w podróżach, czujemy się dowartościowani. Nasza ciężka praca została politycznie doceniona!

Zacytujmy wypowiedź prezesa:

Plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan czy Czechów, Polaków tam niezbyt wielu. W 2020 roku muszą być tam miliony Polaków.

Nie mam nic przeciwko milionom Polaków w tych krajach. Lubię Egipt, spędziłem tam masę czasu, tam zaczynałem swoją przygodę z podróżami. (Zobacz: Egipt po raz pierwszy). Dziś żyję, między innymi, ze sprzedaż wycieczek do Egiptu, to nasza specjalność. Warto wszakże zauważyć, że już, i to od ładnych kilku lat, są tam setki tysięcy Polaków. Egipt jest w czołówce destynacji. Trudno o drugi tak atrakcyjny kierunek. Bo całoroczny, bo stosunkowo blisko, i tani! Z tego ostatniego powodu wcale nie królują tam Anglicy, Niemcy czy Francuzi. Ci wybierają droższe wycieczki: Tajlandię, Indie, Sri Lankę, Meksyk i Kubę, a bliżej głównie Wyspy Kanaryjskie i Maroko – to zimą. Natomiast latem południową Europę: Hiszpanię, Włochy, Portugalię.

A my już, a nie dopiero w 2020 r., rządzimy w Egipcie, Tunezji i Turcji. Podobnie jak Rosjanie (ci również z powodu braku wiz), Czesi, Słowacy, Węgrzy i Rumuni.

Ambitny cel na 2020 r.? Żeby było nas stać na droższe wakacje w dalekiej Azji, w Ameryce Południowej, na wyspach Polinezji Francuskiej… To z jednej strony. A z drugiej, politycy powinni raczej myśleć o tym, jak zrobić z Polski atrakcyjną i masową destynację turystyczną. Jak przyciągną turystów, żeby w naszym kraju zostawili duże pieniądze. Oto wyzwanie!

Wycieczki urzędników

Podróże kształcą. Dlatego właśnie (nie śmiemy w to wątpić) politycy samorządów lokalnych rzucili się w wir „służbowych” eskapad. Pisze o tym dzisiejszy Kurier Poranny. Rozbawiło mnie tłumaczenie starosty białostockiego. Jak wyjaśnić podatnikowi prawie tygodniowy pobyt w Portugalii lub wycieczkę do Rzymu? Otóż celem wyjazdów było zapoznanie się z tamtejszymi systemami zwalczania bezrobocia oraz szkolnictwa. Co zyskał na tym nasz powiat? Odpowiedź: nic, bo funkcjonujące tam rozwiązania zupełnie nie przystające do naszych! Następnym razem proponuję sprawdzić to przed wyjazdem. Ja zawsze tak robię. Dzięki temu wiem, że nie wszędzie i nie zawsze warto jechać. A jak już jadę, to korzystam. Jakby co, to służę pomocą. Nie tylko panu staroście.

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén