Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Kategoria: Bez kategorii (Strona 1 z 32)

Gruzja 2022. Aktualne informacje

W artykule tym piszemy o aktualnej sytuacji w Gruzji, m.in. o bezpieczeństwie, cenach i kursie wymiany walut. Odpowiadamy również na pytanie czy wojna na Ukrainie ma jakikolwiek wpływ na gruzińską turystykę.

Gdzieś w Gruzji

Od kilkunastu lat organizujemy wycieczki do Gruzji. Przez ten czas przeżyliśmy niejedno zawirowanie. W 2014 roku, na przykład, turystów na chwilę wystraszyła wojna w Donbasie. Choć Gruzja z Ukrainą nie graniczy i sytuacja u naszego wschodniego sąsiada nie miała absolutnie żadnego wpływu na to, co działo się w Tbilisi, to jednak klienci dopytywali o bezpieczeństwo i o to, czy przypadkiem nie rezygnujemy z wyjazdów na Kaukaz. Zobacz: Film o bezpieczeństwie w Gruzji i Armenii

Podobnie jest w tym roku. Wiele na ten temat już powiedzieliśmy. Staramy się tłumaczyć, gdzie tylko się da, że wojna na Ukrainie nic nie zmieniła w kwestii Gruzji. Jak było, tak i nadal jest bezpiecznie! Ludzie są tak samo mili i gościnni, wino wyborne, a kuchnia wyśmienita.

Starówka w Tbilisi

Samoloty lecące z Warszawy do Tbilisi omijają oczywiście terytorium Ukrainy, lecą nad Turcją. Więcej na ten temat w tym artykule: Gruzja i Armenia, bezpieczeństwo.

Właśnie teraz w Gruzji jest jedna z naszych grup. Poleciała na długi weekend majowy. Turyści bawią się świetnie. Można im tylko zazdrościć. Dodatkowym plusem jest to, że nie ma tłumów. Nawet w tak zazwyczaj obleganych miejscach, jak starówka w Tbilisi czy Dżwari w Mcchecie jest pustawo. Rewelacyjne warunki do zwiedzania!

Kachetia, katedra Alawerdi, XI wiek!

Podobnie było w zeszłym roku, gdy wróciliśmy z wyjazdami po covidowej przerwie. Przed 2020 rokiem problem stanowiła gwałtownie rosnąca liczba turystów. W zabytkach i muzeach robiło się coraz bardziej tłoczno, w restauracjach i winiarniach pojawiła się kategoria masowej jakości, stąd coraz trudniej było na przykład o prawdziwą suprę i naturalne wino z kwewri (za to pełno było przemysłowego wina, którym raczono nieświadomych przyjezdnych). Trzeba było mocniej się starać i bardziej pilnować, by zapewnić turystom to, co jeszcze pięć lat wcześniej było absolutnym standardem. Po prostu, masowa turystyka ma swoje prawa, komercjalizuje co się da, nawet słynną gruzińską gościnność. Pandemia przerwała ten proces. Ponad rok bez turystów zrobił swoje. Latem i jesienią 2021, gdy przylecieliśmy z pierwszymi wycieczkami, znowu było jak przed laty – bez tłoku, jakoś bardziej naturalnie i gościnnie! Na ten temat zobacz artykuł: Gruzja 2021, relacja z wycieczki.

Średniowieczna cerkiew Cminda Sameba u stóp góry Kazbek

Tak jest i w tym roku. Korzystajcie, póki można! Kto jeszcze nie był w Gruzji, niech nie odkłada na później. Teraz jest dobry czas! Bo za rok czy dwa znowu wrócą tłumy, a kraj zmieni się w turystyczny kombinat mielący bez opamiętania milionowe rzesze turystów, spragnionych „prawdziwej Gruzji”.

Jak jest obecnie?

Pilotka naszej wycieczki pisze właśnie z Mestii (stolica Swanetii), że miejscowi radością reagują na widok turystów, że dookoła tylko nasza grupa, że o takich warunkach przed 2020 rokiem, można było tylko pomarzyć.

Adżarskie chaczepuri z jajkiem (fot. G. Przybyłowska). Zjemy je oczywiście w Batumi. Cena to 12 lari (GEL), czyli około 18 złotych. Zobacz artykuł o gruzińskiej kuchni

A oto kilka praktycznych, aktualnych informacji

Inflacja. Na Kaukazie również robi swoje. Ceny wzrosły. Realnie, jeśli porównam aktualne koszty naszego biura z tymi sprzed roku, to podwyżka wynosi około 20 proc. (choć wskaźniki oficjalne mówią o 12 proc.). To na razie, bo jest niemal pewne, że będzie drożało dalej.

Przykładowe ceny: lunch w restauracji: około 40-50 lari (60-75 zł); chaczapuri, czyli najpopularniejsza gruzińska przekąska na ciepło i fantastyczny fast food (chleb upieczony z serem): od 12 do 18 lari (18-27 zł), szkmeruli – gruzińska klasyka, kurczak w sosie czosnkowym: 26 lari (39 zł).

Szchara, najwyższa góra Gruzji. Zobacz artykuł o Swanetii

Kurs walut. W podróż zabieramy dolary lub euro (nie ma znaczenia którą z tych dwóch walut wybierzemy). Wymiana pieniędzy w Gruzji to żaden problem. Mnóstwo kantorów ułatwia nam ten proces do maksimum. Kurs z kwietnia 2022:
1 USD = 3,00 GEL
1 EUR = 3,15 GEL

Nasza wycieczka do Gruzji

Jordania turystycznie. Od Petry do Ain Ghazal

Poleciałem w połowie kwietnia. W przypadku Jordanii termin jest ważny. Najlepsza pora to wiosna i jesień. Zima jest zbyt chłodna. W tym roku jeszcze na początku marca turyści trochę marzli i robili zdjęcia na tle zachmurzonego nieba. Najlepszy jest kwiecień, maksymalnie początek maja. Kolejne okienko pogodowe otwiera się w październiku i trwa do pierwszej połowy listopada. Lipiec i sierpień omijamy ze względu na upały. Latem najtrudniej będzie wytrzymać nad Morzem Martwym, w Petrze i na pustyni Wadi Rum, choć i na północy kraju, w tak rozległych i nasłonecznionych miejscach, jak starożytne miasto Dżarasz, upał również mocno daje się we znaki.

Autor na pustyni Wadi Rum w 2006 roku

W kwietniu pogoda nie zawiodła, dwadzieścia kilka stopni i słońce. Świetne warunki i do zwiedzania, i do robienia zdjęć.

Cytadela w Ammanie, pozostałości rzymskiej świątyni Zeusa

Pierwszy raz do Jordanii wybrałem się w 2006 roku. Pracowałem wtedy w Egipcie. Organizowaliśmy wycieczki do Petry z egipskiego Sharm el-Sheikh. Były to złote czasy masowej turystyki nad Morzem Czerwonym (zobacz artykuły o Jordanii z tamtego czasu). Tysiące wczasowiczów, pełne autokary i mnóstwo pracy. Jako przewodnik po Jordanii przepracowałem cały długi sezon. Wracałem w kolejnych latach, między innymi pilotując wycieczki objazdowe łączące Liban, Syrię i Jordanię. To wtedy przydarzyła mi się jedna z ciekawszych historii, gdy turysta z naszej grupy na granicy syryjsko-jordańskiej próbował przemycić pistolet. Opisałem ją w tym artykule: Z życia pilota wycieczek.

Petra, Chazne

Z tym, że trzeba od razu powiedzieć, iż Jordania zasługuje na osobną wycieczkę! I doskonale sprawdza się w tej roli. Atrakcji jest sporo, w zupełności wystarczy na tygodniowy wyjazd. W pierwszej kolejności kojarzymy oczywiście Petrę, jeden z siedmiu nowych cudów świata, ale kraj ten ma dużo więcej do zaoferowania!

Dżarasz, świątynia Artemidy

Coraz większa popularnością, wręcz legendą miejsca wyjątkowego i pełnego uroku cieszy się malownicza pustynia Wadi Rum oraz noclegi na tamtejszych luksusowych kampingach (dzięki temu otrzymujemy możliwość podziwiania wschodu i zachodu słońca na pustyni). Dziś, komfortowe domki zapewniają standard wygodnego pokoju hotelowego. A pamiętam czasy, gdy do dyspozycji były wyłącznie skromne namioty.

Wschód słońca na Wadi Rum

Na noc zatrzymujemy się również nad Morzem Martwym. Śpimy w jednym z zaledwie kilku hoteli położonych przy linii brzegowej, z własną plażą dającą możliwość korzystania z uroków tej wyjątkowej wody. Zamiast pływać układamy się na wodzie pozując do zdjęć z gazetą lub książką w ręku. Oczywiście wszyscy od stóp do głów smarują się pełnym minerałów kosmetycznym błotem z Morza Martwego, którego na plaży znajdziemy pod dostatkiem.

Camping na Wadi Rum

W południowej części kraju atrakcyjnym miejscem jest Akaba. Ulokowana nad Morzem Czerwonym jest miastem o specjalnym statusie strefy wolnocłowej, dzięki czemu niektóre produkty są tam tańsze. Szczególnie ceny alkoholu zwracają uwagę, gdyż standardowo w Jordanii alkohol jest po prostu drogi. Piwo w barze lub kieliszek wina w restauracji to koszt 6-7 dinarów, czyli około 10 USD! Akaba położona jest w specyficznym miejscu, na styku czterech państw: Jordanii, Egiptu, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Z Akaby widać izraelski Ejlat, oba miasta wyglądają jak sąsiadujące ze sobą dzielnice. Korzystając z uroków Morza Czerwonego można urządzić wycieczkę łodzią ze szklanym dnem połączoną ze snurkowaniem.

Widok z góry Nebo

Przemieszczając się na północ, słynną Drogą Królewską, która pretenduje do tytułu najstarszej na świecie nadal używanej trasy, docieramy do Madaby i góry Nebo. Pierwsze z tych miejsc przyciąga nas rewelacyjnie zachowaną mozaiką przedstawiającą mapę regionu Bliskiego Wschodu od Nilu i półwyspu Synaj, po Jerozolimę. Na górze Nebo, w miejscu w którym Mojżesz ujrzeć miał Ziemię Obiecaną podziwiamy widoki spoglądając z góry na Morze Martwe i tereny za Jordanem, od Jerycha po Betlejem.

Wąwóz prowadzący do Petry

Zaglądamy jeszcze do zamku Karak i jedziemy na północ, by w ślicznej, górzystej okolicy, porośniętej oliwkowymi sadami, zwiedzić dwa monumentalne zabytki. Jeden to słynny Dżarasz, czyli starożytna Geraza, wielkich rozmiarów rzymskie miasto, które w rewelacyjnym stanie dotrwało do naszych czasów. Podziwiamy wielką bramę wjazdową, łuk triumfalny, długą na 800 metrów ulicę Cardo Maximus, owalne forum otoczone kolumnadą, pełną uroku świątynię Artemidy oraz dwa teatry. Dżarasz jest bardzo malowniczym miejscem i z całą pewnością nie może go zabraknąć w programie wycieczki. Warto pojechać też odrobinę dalej na północ i zwiedzić zamek w Adżlun (Kalat ar-Rabat).

Dżarasz, jeden z dwóch antycznych teatrów

Na zakończenie trzeba wspomnieć oczywiście o Ammanie. Stolica Jordanii, od której zaczynamy objazd kraju jest kilkumilionową metropolią i miastem o tysiącach lat historii. Najciekawsze turystycznie miejsca znajdziemy w obrębie starego miasta. Najważniejszym punktem jest cytadela, na obszarze której oglądamy pozostałości rzymskiej świątyni Herkulesa oraz zwiedzamy niewielkie, ale bardzo interesujące Muzeum Archeologiczne. Znajdziemy w nim między innymi jeden z najbardziej niezwykłych zabytków całego Bliskiego Wschodu, a mianowicie słynne rzeźby z Ain Ghazal. Liczące sobie od 8 do 10 tys. lat figury są tajemniczymi i szczególnie zasługującymi na uwagę obiektami, istotnymi z punktu widzenia rozwoju naszej cywilizacji. Łatwo je pominąć, przechodząc obok niepozornie wyglądających gablot, Aby docenić ich rangę, potrzebujemy przewodnika, który uraczy nas pasjonująca historią.

Rzeźba z Ain Ghazal

Jordania, to kraj, który w pierwszej kolejności kojarzy się z Petrą. I Petra oczywiście na to zasługuje. Miejsce ma w sobie mnóstwo uroku i zasłużenie przyciąga rzesze turystów. Pamiętać jednak warto, że kraj ten ma sporo innych atrakcji i stanowi pasjonujący cel pięknej wycieczki objazdowej.

Wycieczka do Jordanii

Walencja

Nie tak popularna jak Madryt i Barcelona, ale na pewno nie mniej atrakcyjna. Mnie przypadła do gustu nawet bardziej. Urzekła architekturą, zarówno zabytkową, jak i współczesną. Ma piękną plażę i lokalny klimat, czyli coś, co zdefiniować trudno, ale jeśli już to coś jest, to stanowi spory turystyczny atut.

Plac przy Mercado Central. Do Mercado zajrzeć należy koniecznie!

Wybraliśmy się tam w ramach ferii. Szukając pomysłu na zimowe kanikuły, przypomniałem sobie, że o Walencji myśleliśmy latem, ale wtedy zwyciężył Madryt. Teraz wyszła wycieczka złożona z dwóch członów, najpierw kilka dni w Krakowie, później weekend na południu Hiszpanii.

Urzekająca architektura Walencji

Atuty

Niedrogie połączenia lotnicze z Krakowa. Bilety w Ryanerze można było kupić już za kilkadziesiąt złotych. Oczywiście wszystko zależy od terminu, tydzień później ten sam bilet może być dziesięć razy droższy.

Widokówki z Walencji

Pogoda. Słonecznie i wiosennie. Przeskoczyliśmy z polskiego plus dwa, na hiszpańskie plus dwadzieścia. Czułem się jak u nas pod koniec kwietnia, mam wrażenie, że wyprzedziliśmy wiosnę o jakieś dwa i pół miesiąca. Stoliki kawiarni i restauracji ustawione na zewnątrz, wieczorami mnóstwo ludzi. Niemal wakacyjna atmosfera.

Ciudad de Las Artes Las Ciencias (pol. Miasteczko Sztuki i Nauki). Na głównym zdjęciu wyżej ten sam obiekt nocą

Kuchnia. Kto zna i lubi Hiszpanię, ten wie i rozumie. Tym razem zabieram ze sobą smak kalmarów, były świetne, jedne z najlepszych, jakie jadłem. W przypadku Walencji wspomnieć należy oczywiście o paelli. O tej miejscowej, z mięsem i z fasolą. I o tym, że sama potrawa właśnie z tego regionu Hiszpanii się wywodzi, bo pojawić się mogła dopiero, gdy Maurowie przywieźli tu ryż.

Warto też podpowiedzieć, że o tej porze roku miejsce to zachwyci miłośników owoców, bo za niewielkie pieniądze zjemy świeże i pyszne papaje, mango czy truskawki. A drzewa obsypane są dojrzewającymi właśnie mandarynkami i cytrynami.

Plaza de la Virgen katedra, z prawej strony katedra. 4 lutego. Na zdjęciu nasze worki turystyczne

Zwiedzanie. Miasto jest piękne. Na tyle, że już samo spacerowanie po ulicach jest wielką przyjemnością. Śliczne, odnowione i zadbane kamienice w połączeniu z zielenią palm i bananowców sprawiają bardzo przyjemne wrażenie. Jest czysto i ładnie, od chodników po dachy domów, widać rękę gospodarza. Wygląda to tak, jakby Walencja brała udział w konkursie na najbardziej zadbane i wypieszczone miasto świata.

Palmiarnia (L’Umbracle), jeden z obiektów zespołu Ciudad de Las Artes Las Ciencias

Architektura jest zdecydowanie mocną stroną Walencji. Od tej zabytkowej, z której mamy piękne przykłady obiektów w stylu romańskim, gotyckim i barokowym, po współczesną, ze słynnym futurystycznym kompleksem Ciudad de Las Artes y Las Ciencias na czele. To ostatnie jest rewelacyjnym przykładem tego, jak ambitną i przemyślaną inwestycją architektoniczną można ponieść atrakcyjność miasta. Wielkie uznanie dla włodarzy, że się na coś takiego porwali. Przy tej okazji po raz kolejny wypada wyrazić żal, że w Polsce podobnych działań niemal nie uświadczymy.

Największe w Europie oceanarium. Wielka atrakcja dla rodzin z dziećmi

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga. Zespół Ciudad de Las Artes y Las Ciencias trzeba zobaczyć minimum dwa razy. W dzień i po zachodzie słońca, kiedy jest oświetlone. Naprawdę warto!

Zobacz też: Puerta del Sol

Albania Edwarda Maliszewskiego

Dzięki uprzejmości pani Hanny Łukasik-Ciężkiej trafiła do mnie wyjątkowa książka, wydana w Warszawie w 1913 roku, nakładem Księgarni Wincentego Jakowickiego, „Albania” Edwarda Maliszewskiego. Niewielka, licząca sobie sześćdziesiąt kilka stron praca, zawiera czarno-białe ilustracje i mapę zachodniej części Bałkanów.

Strona tytułowa

Ze wzruszeniem przewracałem pożółkłe stronice, w pierwszej kolejności szukając w treści tego, co już wiem, co przeczytałem w książkach o sto lat późniejszych, co widziałem na własne oczy nie raz odwiedzając Albanię. Pięknie jest, gdy można dobrze znane miejsca znaleźć w publikacji sprzed wieku, gdy można porównać, dostrzec zmiany, popatrzeć na lubiany kraj oczami ludzi z początku XX stulecia.

Edward Wacław Maliszewski (urodzony w Warszawie w 1875 roku) to dziennikarz, historyk i etnograf. Wśród jego prac znajdujemy publikacje o Białorusi, Czarnogórze, Polakach na Litwie, Śląsku i Pomorzu. Zmarł w 1928 roku, pochowany został na warszawskich Powązkach.

Zobacz blog w całości poświęcony Albanii.

Cerkiew w Gracanicy

Na samym początku publikacji autor wyjaśnia powody, dla których zajął się akurat tym tematem:

„Kraj, na który obecnie ma zwrócone oczy cała Europa, był do ostatnich czasów jednym z najgłuchszych, najbardziej zamkniętych, najmniej znanych zakątków naszej części świata” (s.7).

Spis treści

Książka ukazała się w 1913 roku, chodzi więc o pierwszą wojnę bałkańską, w wyniku której na mapie Europy pojawiła się Albania. Bałkany Zachodnie koncentrowały wówczas uwagę światowej opinii publicznej i jak wiadomo, to właśnie wydarzenia z tego regionu doprowadziły niebawem do wybuchu I wojny światowej.

Mapa Bałkanów Zachodnich

Pisząc o granicach nowopowstałej Albanii autor zwraca uwagę na trudności w ich wyznaczeniu, o tym, że „w okręgach Ipeku, Djakowy, Prizrenu i Skoplij [pisownia oryginalna] Albańczycy są tak zmieszani z Serbami, że przeprowadzenie w nich granicy etnograficznej między obu narodowościami jest absolutnym niepodobieństwem” (s.8). Cały rozdział poświęcony jest „pograniczu albańsko-serbskiemu”, w którym od razu trafiamy na fotografie rynku w Prizrenie i ulicy w Prisztinie. Miasta te dobrze znają nasi turyści, bo znajdują się one na trasie wycieczki Alabnia i Kosowo, podobnie jak i Gracanica, z której piękna, średniowieczna cerkiew również znalazła się w tej książce (s.51).

Wiele w niej smaczków, o których i dziś, przewodnicy opowiadają uczestnikom wycieczek. Na przykład w rozdziale „Mieszkańcy, język, wyznanie” pojawia się taki fragment:

„Albańczycy są stale uzbrojeni od stóp aż do głów i nader chętnie przy najmniejszych nieporozumieniach uciekają się do broni. Każde jednak zabójstwo musi być pomszczone. Rodzina zabitego jest do tego wprost zobowiązana przez zwyczaj miejscowy. Jeżeli się nie ma możności pomszczenia na samym zabójcy, wówczas zabija się jego ojca, syna, brata lub krewniaka” (s.17).

Nasz film o Albanii:

Lektura tej książki, przed ponad wiekiem opublikowanej, każdemu bliżej zainteresowanemu Albanią, sprawić musi niemałą przyjemność. Tak też było i w moim przypadku.

Zobacz też: Albania to nie Afganistan!

Edward Maliszewski, Albania, Warszawa 1913. Nakładem księgarni Wincentego Jakowickiego. Drukiem Piotra Laskauera.

Wycieczka Albania i Kosowo

11 września 2001 roku

Tego dnia byłem w drodze. Odwoziłem grupę turystów. Z Kairu do Sharm el-Sheikh to około siedmiu czy ośmiu godzin w autokarze. Po drodze przystanek nad Kanałem Sueskim. Gdy stanąć na pustyni, w pewnym oddaleniu od wody, to kanału nie widać. Wielkie kontenerowce wyglądają tak, jakby sunęły po piasku.

Autor pod piramidami w Gizie, około roku 2001

Do Sharmu przyjechaliśmy późnym popołudniem. Kwaterując turystów w hotelu jednym okiem spoglądałem na telewizor. Co to za film? – Spytałem recepcjonistę. To nie film – odpowiedział nie przerywając wydawania kluczy – To się naprawdę zdarzyło! Spojrzałem uważniej. Samolot wbijał się w wielki biurowiec. Tak dowiedziałem się o ataku na Word Trade Center.

Wieczór spędziłem w służbowym mieszkaniu. Razem z kilkoma pracownikami miejscowego biura. Egipcjanie, koledzy z pracy. Mniej więcej w moim wieku, młodzi ludzie, tuż po studiach. Siedzieliśmy przed ekranem telewizora wsłuchując się w komunikaty płynące z paru kanałów informacyjnych. Rozmawialiśmy. Jeden ze współlokatorów świętował. Nie krył radości z faktu, że „Ameryka wreszcie dostała za swoje”. Obok mnie siedział sympatyk terrorystów, mój kolega.

Hotel w Sharm el-Sheikh

Miałem kilka godzin na odpoczynek. W nocy łapałem miejscowy pekaes i wracałem do Kairu. Około dziesiątej rano pod Muzeum Egipskim musiałem odebrać nową wycieczkę. Przyjechałem kilka godzin za wcześnie. Spędziłem je w jednej z kawiarń przy placu Tahrir, popijając mocną i słodką herbatę. W oparach dymu fajki wodnej witałem nowy dzień, pierwszy po 11 września. Już wtedy jasnym było, że data ta na trwale zapisze się w historii świata.

Młody, poczatkujący pilot wycieczek przywiózł grupę turystów z Hurgady. Miałem oprowadzić ich po Kairze. Pamiętam wystraszonych ludzi. Esemesami (internetu w telefonach jeszcze nie było) dostali z Polski pierwsze informacje o Osamie bin Ladenie. Muzułmanie uderzyli w zachodnią cywilizację. Niebezpiecznie jest tam, gdzie jest islam. Tak to można było zrozumieć. A byliśmy w Egipcie, kraju przesiąkniętym religią, w dwudziestomilionowym Kairze, gdzie w każdym miejscu, pięć razy dziennie usłyszysz wezwanie muezina. Bali się na zapas, zupełnie niepotrzebnie, ale się bali.

Sprzedawca pamiątek w Asuanie. Południowy Egipt

Wycieczka się udała. Zwiedzaliśmy bez przeszkód. Tłumaczyłem, że jeśli gdzieś teraz jest bezpiecznie, to właśnie w Egipcie, bo tutejszy reżim postawił właśnie na nogi całą tajną policję i wszystkie możliwe służby. Turyści byli dobrze pilnowani.

Wróciłem do Hurgady i zabrałem grupę na kilkudniowy rejs po Nilu. Ci, którzy wcześniej przylecieli do Egiptu, zwiedzali jeszcze w miarę normalnie, korzystając z uroków wakacji, ale jasnym już było, że turystyka zaraz się zatrzyma. Siła telewizyjnego przekazu była porażająca. Sprzedaż stanęła.

Egipska ulica w tamtym czasie

Świat bał się samolotów. Turyści bali się Egiptu. Hurgada szybko się wyludniła. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego, tak przygnębiająco pustych ulic! Na kilka miesięcy straciliśmy pracę, i ja, i mój kolega cieszący się z upokorzenia Ameryki. Do Egiptu wróciłem dopiero w styczniu, razem z pierwszymi turystami.

Tekst ten jest fragmentem nowej książki. Książka nie ma jeszcze tytułu, ale się pisze 🙂 , wydanie planowane jest na rok 2022. Będzie to kontynuacja książki „O podróżowaniu”.

Zobacz też: Egipt po raz pierwszy.

Nowa waluta turystyczna

7 września 2021 roku. Od dziś bitcoin jest legalnym środkiem płatniczym w Salwadorze. Informację tę podają wszystkie serwisy ekonomiczne. Fakt jest istotny, bo to pierwszy kraj, który z kryptowaluty uczynił oficjalną walutę państwową. Granica została przekroczona, furtka otwarta. Pytanie co dalej!

Nepalskie rupie z nosorożcem

Może to już czas, by wprowadzić walutę turystyczną? Niech się nazywa turcoin. Albo globcoin. A może uda się znaleźć bardziej wdzięczną i lepiej brzmiąca nazwę. Coś z obietnicą przygody i nutką romantyzmu, czyli z wartościami, jakie niosą ze sobą podróże.

Kursy walut w Naddniestrzu, nieuznawanym przez świat parapaństwie. Więcej informacji o Naddniestrzu.

Jak mocno taka waluta ułatwiłaby życie turysty! Żadnych przewalutowań i kantorów. Po prostu, doładowujesz sobie konto wirtualnymi turcoinami i jedziesz w świat. Kraj i kontynent nie ma znaczenia. Płacisz wszędzie, w każdym miejscu. Co więcej, każdy chce przyjmować tę walutę, bo jej wartość stale rośnie. Na przykład, jesteś hotelarzem i za wyświadczoną usługę inkasujesz od turysty jednego globcoina. Cieszysz się, bo za miesiąc ten jeden coin będzie miał już wartość dwóch coinów, więc nie tylko zarabiasz, ale jeszcze inwestujesz. Szaleństwo ktoś powie. Oczywiście, ale czym innym jak nie szaleństwem są kryptowaluty! A przecież istnieją, liczone są w miliardach dolarów i konsekwentnie zyskują na znaczeniu.

Etiopia. 1 birr

Turcoin byłby praktyczny nie tylko w czasie podróży. Można by go wykorzystywać już na etapie jej planowania. Załóżmy, że myślimy o przyszłorocznych wakacjach. Kupujemy piętnaście globcoinów, za które dziś stać nas na tydzień pobytu w trzygwiazdkowym hotelu. Ale za rok, gdy wartość tej waluty wzrośnie, kupimy za nią wczasy w hotelu pięciogwiazdkowym i zostanie jeszcze na kilka dobrych kolacji w lokalnej restauracji.

Plastikowe monety przypominające żetony lub elementy gry planszowej. Gdzie? Zobaczcie!

Piękne? Piękne! Z jednym małym niuansem. Co się stanie z naszymi wakacjami, jeśli wartość turcoina spadnie?! Jedno jest pewne, gdyby istniał przed 2020 roku, to w czasie pandemii, mocno straciłby na wartości.

Polecam też artykuł: Pieniądze. Białoruś, Kuba, Uzbekistan…

Przekraczanie granic, reguły wjazdu i błędne informacje MSZ

Rzecz odnosi się do informacji opublikowanych na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych i dotyczących reguł wjazdu do Armenii (www.gov.pl/web/dyplomacja/armenia).

MSZ, Armenia, 19 lipca 2021

Wchodząc na rządową stronę dowiadujemy się między innymi, że osoby zaszczepione mogą wjechać do Armenii bez konieczności robienia testów PCR, ale zaświadczenie o szczepieniu powinno być podpisane oraz opatrzone pieczęcią przez kierownika placówki medycznej, w której wykonano szczepienie. Ponadto zawierać musi dane teleadresowe oraz nazwisko kierownika placówki medycznej i numer paszportu osoby zaszczepionej. O tym, że powinno być wydrukowane na papierze firmowym wspominać już chyba nawet nie muszę, bo to przecież oczywiste.

Zrzut ekranu ze strony: gov.pl/web/dyplomacja/armenia (lipiec 2021)

Jeśli ktoś przed zaplanowanym wyjazdem do Armenii przeczytał te informacje, to od razu musiał zadać sobie pytanie skąd wziąć taki dokument. Przecież na zaświadczeniach generowanych z internetowego konta pacjenta takich danych nie ma. Nie było ich na wcześniejszych potwierdzeniach, nie ma ich też na obecnych tzw. paszportach covidowych.

Pieczątka i podpis na dokumencie elektronicznym?! Do tego numer paszportu i papier firmowy placówki medycznej?! Niewykonalne, nikt w Polsce takiego zaświadczenia nie otrzyma!

Skąd więc taka informacja na stronie polskiego MSZ? I najważniejsze, czy jest prawdziwa?!

Odpowiem od razu. Nie jest! Każda zaszczepiona osoba wjeżdża do Armenii na podstawie standardowego zaświadczenia generowanego z internetowego konta pacjenta. Nie są potrzebne pieczątki, podpisy i papier firmowy! Sprawdziłem to w praktyce, na podstawie tzw. paszportów covidowych z całą grupa turystów w lipcu tego roku przekroczyliśmy granicę w Erywaniu. Odbyliśmy wycieczkę (było pięknie!) i wróciliśmy do kraju.

Widok na górę Ararat z okolic klasztoru Chor Wirap (lipiec 2021)

Skąd więc takie dane na rządowej stronie? Otóż wydają się być kopią informacji zamieszczonych przez stronę armeńską (www.gov.am/en/covid-travel-restrictions/), gdzie czytamy:

The certificate should be in Armenian, Russian or English printed on the official letterhead and should contain the following information:

– all contacts and the name of the head of the medical institution where the test/vaccination was taken,

– the name, surname, date of birth, and passport number of the examined/vaccinated person,

– the result of the test, the vaccine manufacturing name and the product’s serial number, the dates of the first and the second dosages, signed by the head of the medical institution with its seal․

Na pierwszy rzut wszystko się zgadza. Rząd Armenii opublikował, to rząd w Warszawie skopiował, przetłumaczył na język polski i przedstawił swoim obywatelom. Proste. O co więc pretensje?! Otóż o to, że tej informacji nie zweryfikowano, nie sprawdzono jak rzecz wygląda w praktyce. A przecież powinno się to zrobić, biorąc pod uwagę fakt, że kryteria przedstawione przez stronę armeńską na pierwszy rzut oka wydawały się niemożliwe do spełnienia.

Kaskady w Erywaniu

Nie mogąc liczyć na polski MSZ sami wykonaliśmy tę pracę. Nasi ormiańscy współpracownicy zadali pytania m.in. w armeńskim Ministerstwie Zdrowia oraz odpowiednim służbom na lotnisku w Erywaniu. Uzyskali informacje, że unijny paszport covidowy w zupełności wystarczy i nie są potrzebne żadne pieczątki ani podpisy. Sprawdzili też stronę praktyczną odnajdując turystów z krajów UE, którzy na podstawie takiego zaświadczenia do Armenii wjechali. Z kolei my, w Warszawie dopytywaliśmy na lotnisku Chopina przy stanowiskach odprawy LOT-u i też uzyskaliśmy zapewnienie, że żadne certyfikaty szczepień z pieczęciami nie są potrzebne. Co ciekawe, gdy wysłałem maila do LOT-u z pytaniem o reguły wjazdu do Armenii, to otrzymałem odpowiedź, że należy kierować się wskazówkami na stronie internetowej MSZ!

Spróbujcie wyobrazić sobie dyskomfort organizatora wycieczki. Ma zebraną grupę, turyści chcą jechać, wszyscy są zaszczepieni. Ale na stronie polskiego MSZ jest informacja, że zaświadczenia o szczepieniu nie wypełniają kryteriów, więc trzeba wykonać testy PCR. Robić je czy nie, skoro odpowiednie służby w Erywaniu informują, że unijne zaświadczenia w zupełności wystarczą?! Kogo słuchać? A może lepiej w ogóle odwołać wycieczkę i nie ponosić ryzyka?!

W centrum Erywania, okolice placu Republiki i Wernisarzu, gdzie turyści robią zakupy

Wszyscy powołują się na dane zawarte na stronie internetowej polskiego MSZ. Powszechnie uważa się, że informacje tam podane są sprawdzone i obowiązujące. A co jeśli tak nie jest, jeśli zamiast pomagać i ułatwiać, wprowadzają w błąd?! Przedstawiona wyżej historia pokazuje, że jest to możliwe. A przecież wcale tak być nie musiało, w przypadku Armenii wystarczyło sprawdzić i zweryfikować. Ambasadzie w Erywaniu zajęłoby to chwilę, zapewne wystarczyłoby wysłać kilka maili i wykonać parę telefonów.

Na zakończenie mam jedną uwagę. Branża turystyczna dotkliwie ucierpiała z powodów obiektywnych (pandemia, strach turystów przed przemieszczaniem się), ale część naszych kłopotów wynika też z nielogicznych, niezrozumiałych i chaotycznych regulacji wprowadzanych przez rządy kolejnych państw, przy czym władzom w Warszawie można by przyznać nagrodę specjalną za osiągnięcia w tej dziedzinie. W serii artykułów zamieszczonych na tym blogu podanych zostało sporo przykładów z poprzedniego roku (tag: koronawirus). Jeszcze więcej znajdą Państw w dwóch moich książkach poświęconych tej tematyce: O podróżowaniu (2020) i Spragnieni podróży (2021).

Klasztor Norawanak (13-14 wiek)

Ale jakby tego było mało, to również teraz, gdy po miesiącach przestoju i strat biura podróży próbują w końcu zarobić jakiekolwiek pieniądze, to zamiast wsparcia otrzymują utrudnienia i przeszkody. Utrudnienia, które przecież niczemu nie służą, nie powodują wzrostu bezpieczeństwa epidemicznego, a wynikają chyba zwyczajnie z ignorancji i niechlujności urzędników. W tym konkretnym przypadku oczekiwałbym od polskiego MSZ, że przed podaniem tak istotnych informacji sprawdzi czy są prawdziwe. Tego właśnie zabrakło.

Zobacz blog poświęcony Armenii.

PS. Armenia to piękny i gościnny kraj. Jest bezpiecznie, śmiało można jechać. Polecamy artykuł: Dziesięć powodów, żeby pojechać do Armenii.

Majówki nie będzie

Minister Niedzielski ogłosił właśnie, że hotele pozostaną zamknięte do 3 maja. Oznacza to, że legalna majówka w Polsce się nie odbędzie. W związku z czym, mam kilka uwag.

  1. Walka z pandemią polegająca na blokowaniu wybranych branż ma taki sam sens, jak ograniczanie skutków wypadków drogowych poprzez powszechny zakaz działania stacji benzynowych. Przy zastosowaniu takiego rozwiązania liczba ofiar zmaleje, ale nie oznacza to przecież, że dystrybutorzy paliw ponoszą odpowiedzialność za bezpieczeństwo na drogach.
  2. Hotele padają ofiarą metody, która polega na zniechęcaniu ludzi do przemieszczania się. Nie ma żadnych badań potwierdzających, że hotele same w sobie generują większe ryzyko. Wręcz odwrotnie, doświadczenia z całego pandemicznego roku i efekty kontroli sanitarnych potwierdzają raczej, że pod względem epidemicznym hotele są miejscem bezpiecznym.
  3. Straty ekonomiczne i społeczne wynikające z zamykania całych sektorów gospodarki są niewyobrażalnie wielkie, a korzyści mocno wątpliwe. Zimą, w wielu krajach hotele były otwarte; działały ośrodki narciarskie, ferie były pełne turystów, a mimo to kraje te nie doświadczają obecnie takich wzrostów zakażeń jak Polska! Co sugeruje, że to nie narty, hotele i restauracje stwarzają zagrożenie. Podam przykład Serbii, w której zima była turystyczna, z otwartymi hotelami, wyciągami narciarskimi oraz restauracjami i kraj ten żadnego pandemicznego dramatu nie przechodzi. Dlaczego? Może dlatego, że w okresie świąteczno-noworocznym dla masowo wracających do kraju Serbów wprowadzono obowiązkowe testy?! Obszerniej wątek ten poruszamy w książce: Spragnieni podróży. Rozmowy o turystyce.
  4. Zamknięcie hoteli w Polsce, nad którymi ma się kontrolę sanitarną, przy równoczesnym zezwoleniu na wyjazdy w świat, do miejsc, nad którymi polskie służby sanitarne nie mają żadnej kontroli, nie wygląda na logiczne podejście do problemów epidemii.
  5. Nie będzie majówki legalnej, ale odbędzie się ta nieoficjalna, schowana w szarej strefie, unikająca licencji, certyfikacji i podatków. Bo kogo skontrolować najłatwiej? Tych, którzy mają wszystko legalne, zarejestrowane i prowadzone jak trzeba. Kogo kontrole omijają? Tych, którzy funkcjonują w cieniu, nigdzie nie są zarejestrowani i zgłoszeni, więc z natury rzeczy, kontrole ich omijają. W turystyce to znane od lat zjawisko, dość powszechne, z którym pomimo wielu apeli organizacji branżowych administracja państwowa niewiele robiła. W obecnej sytuacji, problem tylko urośnie, bo jeśli ktoś może skorzystać z lockdownów, to właśnie szara strefa.
  6. Zapewne również część podmiotów działających legalnie zastosuje twórcze podejście. We wspomnianej wyżej książce przywołuję zimową metodę, w której „formalnie kupuje się drewno do kominka, a kominek z salonem i trzema sypialniami jest już tylko luźnym dodatkiem do kilku łatwopalnych pieńków”. Weekend majowy w Polsce może być jeszcze chłodny, więc patent z drewnem można dalej stosować, ale mogą też pojawić się i bardziej twórcze rozwiązania. Na przykład, opłata za korzystanie z pomostu lub wypożyczenie wędki – to na Mazurach, a w Białowieży – opłata za widok na puszczę, w której mieszkają żubry. Coś mi się zdaje, że Polacy tak łatwo się nie poddadzą i pojawi się wysyp tego typu rozwiązań, tworzących bogate spektrum „narodowego dziedzictwa absurdów państwowych”.
  7. W obecnej sytuacji, przy tak dojmującym kryzysie branży hotelarskiej i przy tak ogromnych zobowiązaniach państwa, powinno się raczej myśleć o tym, co zrobić, jak wspomóc hotele, żeby w odpowiednim reżimie mogły przyjmować gości – z punktu widzenia budżetu państwa warto do tego dopłacić. Zamiast tego zamyka się obiekty i dopłaca do tego, by nie pracowały, nie zarabiały i nie płaciły podatków!

PS. Rok temu na tym blogu pojawił się artykuł o takim samym tytule: Majówki nie będzie! Minął rok, a my jesteśmy w tym samym miejscu….

Książka, Spragnieni podróży

Autor i tytuł: Krzysztof Matys, Spragnieni podróży. Rozmowy o turystyce

Rok wydania: 2021, wydanie I
ISBN: 978-83-948264-7-5
Liczba stron: 190
Format: 148 mm ×210 mm, oprawa miękka.
Ilustracje: Tak, kolorowe zdjęcia.

Zestaw dwóch książek, w promocyjnej cenie.

Fragment ze Wstępu:

Spragnieni jesteśmy na różne sposoby i z różnych powodów. Dla większości osób niemożność odbywania podróży to po prostu brak dostępności jednego z dóbr konsumpcyjnych. Nie deprecjonuję takiego braku, na dłuższą metę może być uciążliwy, a nawet bolesny. Podróże pełnią przecież istotne funkcje. Dają oddech od codziennych trudów i spełniają rolę terapeutyczną, umożliwiając dalsze funkcjonowanie w tym nienajlepszym ze światów. Wyjazdy w celach wypoczynku i rekreacji służą pojedynczym ludziom, społeczeństwu i gospodarce. To oczywiste, znane od dawna prawdy.

W przypadku bohaterów tej książki, podróże mają szersze znaczenie. Dla części z nich są podstawą bytu, ich codzienną pracą i chlebem powszednim. Odebranie możliwości podróżowania to uniemożliwienie wykonywania zawodu, to pozbawienie środków do życia, ale też potężny cios w psychikę, w budowane od lat poczucie społecznego znaczenia. Dowiedzieć się, że z dnia na dzień przestaje się być potrzebnym, użytecznym, ba – nawet zauważalnym, to ciężkie doświadczenie. Tym bardziej, gdy pojawia się w szczycie zawodowego rozwoju, gdy fakt taki urywa ciąg sukcesów, na które pracowało się konsekwentnie przez wiele lat. Niektórzy z nich postawili wszystko na jedną kartę, przed laty z całych sił zaangażowali się w pracę z turystami. Dlatego na czas kryzysu nie mieli planu B.

Nie narzekają. Zebraliśmy się nie po to, by utyskiwać i rozpamiętywać dawne czasy. Rozmawiamy o miejscu i roli turystyki w okresie pandemii, omawiamy przykłady z różnych krajów, ale zastanawiamy się też nad przyszłością, nad metodami wychodzenia z kryzysu. Jesteśmy spragnieni podróży w sensie pozytywnym. Staramy się patrzeć w przód. Rozmówcy odpowiadają między innymi na pytanie o to, jak będą wyglądały podróże w 2021 roku i w którym kierunku może ewoluować turystyka.

Staramy się dostrzec prawidłowości, próbujemy podsumować konkretne fakty i zjawiska. Do interesujących wniosków prowadzi porównywanie strategii wcielanych w życie przez kolejne kraje. Jak na dłoni widać wówczas, że przyjęta przez nasz rząd metoda nie jest jedyną obowiązującą, że możliwe są również inne rozwiązania, a ich efekty warte są zastanowienia. Pochylamy się nad konkretnymi przykładami, również w skali lokalnej, przyglądając się pandemicznej turystyce w województwie podlaskim, analizujemy braki, możliwości i rysujące się szanse rozwoju.

Z podróżnikami, którzy w czasie epidemii znajdowali się w konkretnych krajach, rozmawiamy o tym, jak ludzie odbierali ten nadzwyczajny stan. Na podstawie telewizyjnych obrazków mogliśmy wyrobić sobie ogląd, że było strasznie, że ludzie popadli w rozpacz i przerażenie i, że pozamykali się w domach, nie wychodząc z nich przez długie miesiące. Tymczasem wystarczy spytać, jak w rzeczywistości reagowała ulica, co mówili ludzie, jak żyli. I jak dziś radzą sobie z tym wszystkim, co na nich spadło. Podróże kształcą, zawsze kształciły, a w tym przypadku przynoszą jeszcze szczególną i konkretną wiedzę, jakiej raczej nie znajdziemy w mediach głównego nurtu.

Wśród rozmówców znaleźli się przewodnicy turystyczni i piloci wycieczek, właściciele biur podróży, zawodowi podróżnicy, blogerzy i dziennikarze piszący o turystyce. Jest też osoba, której administracyjne obostrzenia związane z COVID-19 przerwały podróż dookoła świata; myślę, że niejeden czytelnik zaduma się nad jej opowieścią. Są specjaliści zajmujący się turystyką przyjazdową do Polski, wyjazdową, egzotyczną oraz lokalną, wewnątrzkrajową. Mamy więc złożone spektrum rozmówców, dzięki czemu pojawiła się szansa na szersze spojrzenie. Mam nadzieję, że udało się pokazać możliwie dużo z rozległego zjawiska, zwanego turystyką.

Lektura wciągająca, pełna ciekawostek i informacji z wielu krajów, od Wietnamu, Indonezji, Chin i Japonii, po Albanię, Serbię i Gruzję.

Książka do nabycia w księgarni internetowej

Lub na Allegro – z usługą smart, przesyłka gratis!

Przewodnik po województwie białostockim

W czasach, gdy podróże egzotyczne stały się prawie niemożliwe, z większą uwagą podchodzimy do wycieczek lokalnych. Zwiedzamy Polskę, odkrywamy zapomniane miejsca, zaglądamy do sąsiadów. W klimat ów rewelacyjnie wpisuje się wydana właśnie książka. Jest to „Przewodnik ilustrowany po województwie białostockim” pióra wybitnego autora szeregu publikacji z dziedziny turystyki i krajoznawstwa, dr Mieczysława Orłowicza. Oryginalnie przewodnik ukazał się w 1937 roku, a jedno z wydawnictw wypuściło właśnie jego reprint. Cieszy starannością w odwzorowaniu oryginału, ta sama twarda oprawa i eleganckie, tłoczone litery. Z całą pewnością trud ten docenią miłośnicy książek.

Sokółka i powiat sokólski omówione zostały przy okazji trasy Białystok – Grodno.

Na szczególną uwagę zasługuje zawartość publikacji. Na 480 stronach przewodnik opisuje miejscowości, trasy, zabytki i atrakcje turystyczne terenu, który po drugiej wojnie światowej rozerwany został granicą ZSRR, a dziś należy do  trzech państw: Polski, Litwy i Białorusi. Tak więc obok Białegostoku, Kruszynian, Tykocina, Ostrołęki i Suwałk, mamy też Druskienniki, Grodno, Wołkowysk, Bohatyrowicze i Świsłocz. Co istotne, omówione zostały też miejscowości zupełnie małe, nieduże wsie i punkty topograficzne. Warto zajrzeć do indeksu i dokładnie przestudiować spis treści, bo informacje zawarte w przewodniku, mogą okazać się interesujące nie tylko dla miłośników turystyki, ale też dla pasjonatów historii regionalnej. Na pewno z przyjemnością zajrzy tam każdy, kto szuka informacji na temat swoich rodzinnych stron.

Obiekty, których już nie ma…

Dużą dawkę wiedzy niesie zagadnienie stanu turystyki z lat 30. XX wieku. Myślę, że niejedną osobę zaskoczyć może poziom jej rozwoju. Mieczysław Orłowicz opracował przewodnik bardzo starannie, opisane są połączenia autobusowe, hotele, restauracje, ceny dorożek, kina, teatry, biura podróży i właściwie wszystko, czego potrzebował ówczesny turysta. Dzięki temu dowiemy się między innymi tego, gdzie przed wojną w Białowieży znajdowały się przystanki autobusowe oraz jak często kursował autobus do Białegostoku.

Wartością przewodnika są opisy i zdjęcia obiektów, których już nie ma. Na fotografii zobaczymy między innymi drewnianą synagogę w Zabłudowie oraz pałac carski w Białowieży.

Szczegółowy indeks.

Książka zawiera skrót w języku esperanto, opracowany przez Jakuba Szapiro.

Informacje podstawowe:
Reprint przewodnika z 1937 roku.
Autor: Mieczysław Orłowicz
Tytuł: „Przewodnik ilustrowany po województwie białostockim. Z ilustracjami, planami i mapami”.
Wydawca: Manufaktura Podlaska
Rok wydania: 2021.
Stron: 480.
Oprawa twarda.
Ilustracje: Tak, czarno-białe.

Do kupienia w sklepie internetowym.

Strona 1 z 32

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén