Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Kategoria: Bez kategorii (Strona 1 z 32)

Inflacja – killer turystyki

Globalny wzrost cen psuje turystyczny sezon. W jego wyniku spada rentowność podmiotów tworzących produkt turystyczny. Wyceny zrobione przed rokiem czy nawet pół roku temu nijak się mają do obecnej sytuacji. Mówiąc krótko, niejedna firma znacząco obniżyła swoje marże po to, by wywiązać się z umów podpisanych wiele miesięcy temu. W tym roku może się to jeszcze udać. Biura podróży zarobią mniej, ale znacząco cen nie podniosą. W przyszłym tak się już nie da.

Jesteśmy na etapie zbierania wycen na 2023 rok. Przychodzą oferty z linii lotniczych i zagranicznych kontrahentów. Wszystko jest wyraźnie droższe. O ile? Oto przykład jednego z krajów.

Gruzja. Ceny hoteli, transportu autokarowego i wyżywienia. Razem wzrost w stosunku do tego roku o 24 proc. Droższe są też bilety lotnicze. Jak wiadomo, znacząco droższy jest też dolar, a w tej walucie rozliczamy się z Gruzinami. Jeśli to wszystko zsumować, to nasza wycieczka do Gruzji na rok 2023 musiałaby podrożeć o 1900 zł!

Przykład numer dwa. Uzbekistan. Wycena z linii lotniczej na bilet do Taszkentu na weekend majowy 2023 jest aż o 35 proc. wyższa od ceny jaką płaciliśmy za analogiczny okres 2022 roku.

To na dziś. Co będzie dalej, nie sposób przewidzieć. Obserwując rozwój sytuacji można sobie wyobrazić, że za kilka miesięcy dolar będzie kosztował nie 4,7 zł, ale na przykład o złotówkę więcej.

Czy rynek zaakceptuje takie wzrosty?! Myślę, że to jest najistotniejsze pytanie, gdy myślimy o przyszłości polskiej turystyki w perspektywie najbliższego roku. Niestety obawiam się, że tegoroczne wakacje mogą być ostatnią fazą wzmożonych wydatków na podróże. Jesienią nastroje się zmienią, a przyszła wiosna może przynieść już zupełnie inną rzeczywistość. Rzeczywistość, w której inflacja dokona znaczących szkód. Również w turystyce.

Macedonia Północna

Właśnie wróciłem, byłem kolejny już raz. Nadal odkrywam interesujące miejsca i staram się znaleźć coś nowego. Tym razem program wzbogaciliśmy o jeden dzień w Bułgarii. Melnik jest najmniejszym bułgarskim miastem, to właściwie wieś, ślicznie położona wśród wapiennych skał, tuż przy granicy z Macedonią i Grecją. Znany jest przede wszystkim z wina i w tym też celu tam się wybraliśmy. Ozdobą dnia były degustacje w dwóch winiarniach. Dobrze też karmią w Melniku, cała wycieczka z uznaniem wspomina tamtejszy obiad (jak zawsze pyszne warzywa w różnych postaciach i rewelacyjna golonka).

Melnik, widok z hotelu

Granicę macedońsko-bułgarską przekracza się sprawnie i szybko, można więc w jednej wycieczce łączyć oba kraje. Oczywiście, jeśli czas pozwoli, bo na objazd samej Macedonii potrzebujemy około 8 dni. Poza tym, do Bułgarii warto wybrać się na osobną wycieczkę objazdową. Kraj ten kojarzy nam się głównie z wypoczynkiem nad morzem, a ma przecież wiele innych atrakcji, od gór, zabytków, wina i dobrej kuchni zaczynając.

Ochryda, widok na jezioro i cerkiew Jana Kaneo

O Macedonii pisałem wcześniej, że to kraj, który zasługuje na odkrycie. Ma sporo atutów i wiele uroku, a tłumów nie widać. Przed pandemią względną popularnością cieszyła się Ochryda i wypoczynek na tamtejszych planach, ale dziś na początku lata 2022, ruch sprzed trzech lat jeszcze nie wrócił. A w pozostałych miejscach turystów niemal zupełnie nie ma. W Bitoli czy Stobi byliśmy jedynymi wycieczkami. W takich warunkach zwiedza się świetnie, spokojnie i bez tłoku. Warto odkryć Macedonię teraz, zanim nie zrobił się z niej jeszcze kierunek masowy! Prędzej czy później to nastąpi, bo kraj leży blisko dużych, zasobnych rynków turystycznych i ma sporo atrakcji do zaoferowania. Wymienię kilka podstawowych.

Stobi, w wielu miejscach pięknie zachowane mozaiki

Góry. Macedonia jest pięknie pofałdowana. W popularnych materiałach, w tym w przewodnikach turystycznych, często powtarzana jest fraza o tym, że gdyby krajobrazy te przenieść do Szwajcarii, to zaroiłyby się hotelami i pensjonatami, a turyści przyjeżdżaliby niezależnie od pory roku. Macedonia ma aż 300 słonecznych dni w roku, pamiętać jednak należy, że w lipcu i sierpniu jest upalnie i na zwiedzanie najlepiej wybierać takie miesiące, jak maj, początek czerwca i wrzesień.

Widok z przełęczy Galiczica na Jezioro Ochrydzkie

Zabytki. Ziemia ta była miejscem rozwoju kolejnych kultur i organizmów państwowych, stąd też znajdziemy tu i znamienite świadectwa historii. Co prawda, archeologia nie jest dziedziną szczególnie dofinansowaną w Macedonii, w niektórych miejscach prace dopiero nabierają tempa, ale znajdziemy kilka stanowisk archeologicznych, które wywierają duże wrażenie. Kto był w Stobi, ten wie, jak duży potencjał pod tym względem ma ten kraj. Stolica w ramach projektu „Skopje 2014” próbuje nawiązać do starożytnej Macedonii i Aleksandra Wielkiego, ale jeśli chodzi o zabytki, to przodują obiekty z czasów rzymskich, od antycznego teatru w Ochrydzie, po częściowo odsłonięte miasto Heraclea Lyncestis.

Skopje i pomnik Aleksandra Wielkiego

Kuchnia i wino. Wielką zaletą Macedonii jest naturalna kuchnia oparta o dobrej jakości lokalne produkty, w tym rewelacyjne warzywa i sery. Zwykła szopska sałatka składająca się z pomidorów, ogórków, słodkiej cebuli, słonego, twardego sera i oliwy z oliwek smakuje rewelacyjnie. Do tego oczywiście papryka w każdej postaci, ze wspaniałymi ajwarami na czele. Grillowane cukinie, bakłażany i pasty czosnkowe. Spróbować należy macedońskiego klasyka, czyli tawcze grawcze (potrawka z fasoli), najlepiej z dodatkiem mięsnych cewapi (qofte). Jedna z bohaterek książki „Spragnienie podróży. Rozmowy o turystyce” tak podsumowuje kulinarne atrakcje kraju: „jeśli mowa o atutach, to Macedonia smakuje wybornie. Nie zdarza się często, żeby podróżując po jakimś kraju zawsze być zadowolonym z jedzenia, a w Macedonii nie miałam żadnej wpadki kulinarnej. A jak jeszcze dodam, że ten kraj najlepiej zwiedzać szlakiem winnic… to mamy mały raj” (s. 167).

Sałata szopska w nieco innej formie

Winiarstwo rozwija się świetnie. Poza winami domowymi, z dzbana, takimi, jakie pasują do wieczornych uczt gdzieś w interiorze, do dyspozycji mamy nowoczesne winiarnie, wytwarzające dobrej jakości trunki. Poza lokalnymi, bałkańskimi szczepami, spotkamy też i inne, na przykład Stobi robi białe wino z gruzińskiego szczepu Rkatsiteli. Naprawdę dobre i choć daleko od Kaukazu, to degustując je przez chwilę poczułem się jak w Gruzji. Zobacz artykuł: Gruzja – ojczyzna wina.

Gruzińskie Rkatsiteli (R’kaciteli) w macedońskim wydaniu

Jezioro Ochrydzkie. Jest właściwie osobnym regionem turystycznym. Tym miejscem, które przyciąga najbardziej. To tu przyjeżdża się na klasyczny wypoczynek na plaży, tu jest najwięcej turystów. Niestety, niektórzy swój pobyt w Macedonii ograniczają tylko do Ochrydy. Szkoda, bo kraj ma sporo innych atrakcji i warto objechać go dookoła.

Rejs po Jeziorze Ochrydzkim. Statek przybija do Zatoki Kości

Jak może wyglądać Macedonia za kilka lat przekonać się można już teraz odwiedzając w weekend  kanion Matka. Jest to jedno z podstawowych turystycznych miejsc w kraju. Położone o niecałą godzinę jazdy z centrum stolicy, w soboty i niedziele jest tłumnie odwiedzane między innymi przez wycieczki z Kosowa, które upodobały sobie akurat tę atrakcję. Aż trudno uwierzyć, że w tym samym czasie, w innych turystycznych miejscach Macedonii nie ma ani jednego turysty!

Kanion Matka

Macedonia jest krajem niezmiernie ciekawym. Godzinami można opowiadać o najnowszej historii i o obecnych uwarunkowaniach politycznych. Niesamowita historia wieloletniego sporu z Grecją zakończonego w 2018 roku zmianą nazwy państwa, przechodzi płynnie w sąsiedzkie problemy z Bułgarią, w ramach których Sofia blokuje akcesję Macedonii do Unii Europejskiej, artykułując wobec Skopje zupełnie niesamowite żądania, wśród nich zmianę nazwy języka urzędowego i korekty podręczników historii. Macedonia jest najmłodszym członkiem NATO (przystąpiła wiosną 2020 roku, po zakończeniu sporu z Grecją), a proces akcesji to temat na osobną zajmującą opowieść. Podobnie jak zjawisko znane pod nazwą „Skopje 2014”, które, gdy wniknąć w nie odpowiednio głęboko, przyniesie wiele zajmujących informacji.

Widok na Ochrydę

Jest to mały kraj wielkich turystycznych możliwości. Macedonie gorąco polecam! Najlepiej na wycieczkę objazdową, szlakiem winnic, zabytków i kulinariów. Koniecznie z rejsem po Jeziorze Ochrydzkim i z wjazdem na Galiczicę, powyżej górnej granicy lasu, skąd rozpościera się piękny widok na oba jeziora: Ochrydzkie i Prespę.

Wycieczka do Macedonii

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Matys

Zobacz też: Supra – zabawa w gruzińskim stylu.

Gruzja 2022. Aktualne informacje

W artykule tym piszę o aktualnej sytuacji w Gruzji, m.in. o bezpieczeństwie, cenach i kursie wymiany walut. Odpowiadam również na pytanie czy wojna na Ukrainie ma jakikolwiek wpływ na gruzińską turystykę.

Gdzieś w Gruzji

Od kilkunastu lat organizujemy wycieczki do Gruzji. Przez ten czas przeżyliśmy niejedno zawirowanie. W 2014 roku turystów na chwilę wystraszyła wojna w Donbasie. Choć Gruzja z Ukrainą nie graniczy i sytuacja u naszego wschodniego sąsiada nie miała absolutnie żadnego wpływu na to, co działo się w Tbilisi, to jednak klienci dopytywali o bezpieczeństwo i o to, czy przypadkiem nie rezygnujemy z wyjazdów na Kaukaz. Zobacz: Film o bezpieczeństwie w Gruzji i Armenii

Podobnie jest w tym roku. Wiele na ten temat już powiedziano. Staramy się tłumaczyć, gdzie tylko się da, że wojna na Ukrainie nic nie zmieniła w kwestii Gruzji. Jak było, tak i nadal jest bezpiecznie! Ludzie są tak samo mili i gościnni, wino wyborne, a kuchnia wyśmienita.

Starówka w Tbilisi

Samoloty lecące z Warszawy do Tbilisi omijają terytorium Ukrainy, lecą nad Turcją. Więcej na ten temat w tym artykule: Gruzja i Armenia, bezpieczeństwo.

Właśnie teraz w Gruzji jest jedna z naszych grup. Turyści bawią się świetnie. Można im tylko zazdrościć. Dodatkowym plusem jest to, że nie ma tłumów. Nawet w tak zazwyczaj obleganych miejscach, jak starówka w Tbilisi czy Dżwari w Mcchecie jest pustawo. Rewelacyjne warunki do zwiedzania!

Kachetia, katedra Alawerdi, XI wiek!

Podobnie było w zeszłym roku, gdy wróciliśmy z wyjazdami po covidowej przerwie. Przed 2020 rokiem problem stanowiła gwałtownie rosnąca liczba turystów. W zabytkach i muzeach robiło się coraz bardziej tłoczno, w restauracjach i winiarniach pojawiła się kategoria masowej jakości, stąd coraz trudniej było na przykład o prawdziwą suprę i naturalne wino z kwewri. Za to pełno było przemysłowego wina, którym raczono nieświadomych przyjezdnych. Zobacz artykuł: Gruzja – ojczyzna wina). Trzeba było mocniej się starać i bardziej pilnować, by zapewnić turystom to, co jeszcze pięć lat wcześniej było absolutnym standardem. Po prostu, masowa turystyka ma swoje prawa, komercjalizuje co się da, nawet słynną gruzińską gościnność. Pandemia przerwała ten proces. Ponad rok bez turystów zrobił swoje. Latem i jesienią 2021, gdy przylecieliśmy z pierwszymi wycieczkami, znowu było jak przed laty – bez tłoku, jakoś bardziej naturalnie i gościnnie! Na ten temat zobacz artykuł: Gruzja 2021, relacja z wycieczki.

Średniowieczna cerkiew Cminda Sameba u stóp góry Kazbek

Tak jest i w tym roku. Korzystajcie, póki można! Kto jeszcze nie był w Gruzji, niech nie odkłada na później. Teraz jest dobry czas! Bo za rok czy dwa znowu wrócą tłumy, a kraj zmieni się w turystyczny kombinat mielący bez opamiętania milionowe rzesze turystów, spragnionych „prawdziwej Gruzji”.

Jak jest obecnie?

Pilotka naszej wycieczki pisze właśnie z Mestii (stolica Swanetii), że miejscowi radością reagują na widok turystów, że dookoła tylko nasza grupa, że o takich warunkach przed 2020 rokiem, można było tylko pomarzyć.

Adżarskie chaczepuri z jajkiem (fot. G. Przybyłowska). Zjemy je oczywiście w Batumi. Cena to 12 lari (GEL), czyli około 18 złotych. Zobacz artykuł o gruzińskiej kuchni

A oto kilka praktycznych, aktualnych informacji

Inflacja. Na Kaukazie również robi swoje. Ceny wzrosły. Realnie, jeśli porównam aktualne koszty naszego biura z tymi sprzed roku, to podwyżka wynosi około 20 proc. (choć wskaźniki oficjalne mówią o 12 proc.). To na razie, bo jest niemal pewne, że będzie drożało dalej.

Przykładowe ceny: lunch w restauracji: około 40-50 lari (60-75 zł); chaczapuri, czyli najpopularniejsza gruzińska przekąska na ciepło i fantastyczny fast food (chleb upieczony z serem): od 12 do 18 lari (18-27 zł), szkmeruli – gruzińska klasyka, kurczak w sosie czosnkowym: 26 lari (39 zł).

Szchara, najwyższa góra Gruzji. Zobacz artykuł o Swanetii

Kurs walut. W podróż zabieramy dolary lub euro (nie ma znaczenia którą z tych dwóch walut wybierzemy). Wymiana pieniędzy w Gruzji to żaden problem. Mnóstwo kantorów ułatwia nam ten proces do maksimum. Kurs z kwietnia/maja 2022:
1 USD = 3,00 GEL
1 EUR = 3,15 GEL

Nasza wycieczka do Gruzji

PS. Aktualizacja: czerwiec 2022. Dzisiejszy kurs wymiany walut niżej na zdjęciu:

Tablica z kursem walut w jednym z kantorów. Czerwiec 2022

Jak widać, kurs EUR i USD w Gruzji podlega podobnym wahaniom, jak w Polsce.

Zobacz też: Najważniejsze atuty wycieczki do Gruzji.

AKTUALIZACJA: Od 15 czerwca 2022 r. Gruzja nie wymaga już zaświadczeń o zaszczepieniu na COVID ani testów!

Jordania turystycznie. Od Petry do Ain Ghazal

Poleciałem w połowie kwietnia. W przypadku Jordanii termin jest ważny. Najlepsza pora to wiosna i jesień. Zima jest zbyt chłodna. W tym roku jeszcze na początku marca turyści trochę marzli i robili zdjęcia na tle zachmurzonego nieba. Najlepszy jest kwiecień, maksymalnie początek maja. Kolejne okienko pogodowe otwiera się w październiku i trwa do pierwszej połowy listopada. Lipiec i sierpień omijamy ze względu na upały. Latem najtrudniej będzie wytrzymać nad Morzem Martwym, w Petrze i na pustyni Wadi Rum, choć i na północy kraju, w tak rozległych i nasłonecznionych miejscach, jak starożytne miasto Dżarasz, upał również mocno daje się we znaki.

Autor na pustyni Wadi Rum w 2006 roku

W kwietniu pogoda nie zawiodła, dwadzieścia kilka stopni i słońce. Świetne warunki i do zwiedzania, i do robienia zdjęć.

Cytadela w Ammanie, pozostałości rzymskiej świątyni Zeusa

Pierwszy raz do Jordanii wybrałem się w 2006 roku. Pracowałem wtedy w Egipcie. Organizowaliśmy wycieczki do Petry z egipskiego Sharm el-Sheikh. Były to złote czasy masowej turystyki nad Morzem Czerwonym (zobacz artykuły o Jordanii z tamtego czasu). Tysiące wczasowiczów, pełne autokary i mnóstwo pracy. Jako przewodnik po Jordanii przepracowałem cały długi sezon. Wracałem w kolejnych latach, między innymi pilotując wycieczki objazdowe łączące Liban, Syrię i Jordanię. To wtedy przydarzyła mi się jedna z ciekawszych historii, gdy turysta z naszej grupy na granicy syryjsko-jordańskiej próbował przemycić pistolet. Opisałem ją w tym artykule: Z życia pilota wycieczek.

Petra, Chazne

Z tym, że trzeba od razu powiedzieć, iż Jordania zasługuje na osobną wycieczkę! I doskonale sprawdza się w tej roli. Atrakcji jest sporo, w zupełności wystarczy na tygodniowy wyjazd. W pierwszej kolejności kojarzymy oczywiście Petrę, jeden z siedmiu nowych cudów świata, ale kraj ten ma dużo więcej do zaoferowania!

Dżarasz, świątynia Artemidy

Coraz większa popularnością, wręcz legendą miejsca wyjątkowego i pełnego uroku cieszy się malownicza pustynia Wadi Rum oraz noclegi na tamtejszych luksusowych kampingach (dzięki temu otrzymujemy możliwość podziwiania wschodu i zachodu słońca na pustyni). Dziś, komfortowe domki zapewniają standard wygodnego pokoju hotelowego. A pamiętam czasy, gdy do dyspozycji były wyłącznie skromne namioty.

Wschód słońca na Wadi Rum

Na noc zatrzymujemy się również nad Morzem Martwym. Śpimy w jednym z zaledwie kilku hoteli położonych przy linii brzegowej, z własną plażą dającą możliwość korzystania z uroków tej wyjątkowej wody. Zamiast pływać układamy się na wodzie pozując do zdjęć z gazetą lub książką w ręku. Oczywiście wszyscy od stóp do głów smarują się pełnym minerałów kosmetycznym błotem z Morza Martwego, którego na plaży znajdziemy pod dostatkiem.

Camping na Wadi Rum

W południowej części kraju atrakcyjnym miejscem jest Akaba. Ulokowana nad Morzem Czerwonym jest miastem o specjalnym statusie strefy wolnocłowej, dzięki czemu niektóre produkty są tam tańsze. Szczególnie ceny alkoholu zwracają uwagę, gdyż standardowo w Jordanii alkohol jest po prostu drogi. Piwo w barze lub kieliszek wina w restauracji to koszt 6-7 dinarów, czyli około 10 USD! Akaba położona jest w specyficznym miejscu, na styku czterech państw: Jordanii, Egiptu, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Z Akaby widać izraelski Ejlat, oba miasta wyglądają jak sąsiadujące ze sobą dzielnice. Korzystając z uroków Morza Czerwonego można urządzić wycieczkę łodzią ze szklanym dnem połączoną ze snurkowaniem.

Widok z góry Nebo

Przemieszczając się na północ, słynną Drogą Królewską, która pretenduje do tytułu najstarszej na świecie nadal używanej trasy, docieramy do Madaby i góry Nebo. Pierwsze z tych miejsc przyciąga nas rewelacyjnie zachowaną mozaiką przedstawiającą mapę regionu Bliskiego Wschodu od Nilu i półwyspu Synaj, po Jerozolimę. Na górze Nebo, w miejscu w którym Mojżesz ujrzeć miał Ziemię Obiecaną podziwiamy widoki spoglądając z góry na Morze Martwe i tereny za Jordanem, od Jerycha po Betlejem.

Wąwóz prowadzący do Petry

Zaglądamy jeszcze do zamku Karak i jedziemy na północ, by w ślicznej, górzystej okolicy, porośniętej oliwkowymi sadami, zwiedzić dwa monumentalne zabytki. Jeden to słynny Dżarasz, czyli starożytna Geraza, wielkich rozmiarów rzymskie miasto, które w rewelacyjnym stanie dotrwało do naszych czasów. Podziwiamy wielką bramę wjazdową, łuk triumfalny, długą na 800 metrów ulicę Cardo Maximus, owalne forum otoczone kolumnadą, pełną uroku świątynię Artemidy oraz dwa teatry. Dżarasz jest bardzo malowniczym miejscem i z całą pewnością nie może go zabraknąć w programie wycieczki. Warto pojechać też odrobinę dalej na północ i zwiedzić zamek w Adżlun (Kalat ar-Rabat).

Dżarasz, jeden z dwóch antycznych teatrów

Na zakończenie trzeba wspomnieć oczywiście o Ammanie. Stolica Jordanii, od której zaczynamy objazd kraju jest kilkumilionową metropolią i miastem o tysiącach lat historii. Najciekawsze turystycznie miejsca znajdziemy w obrębie starego miasta. Najważniejszym punktem jest cytadela, na obszarze której oglądamy pozostałości rzymskiej świątyni Herkulesa oraz zwiedzamy niewielkie, ale bardzo interesujące Muzeum Archeologiczne. Znajdziemy w nim między innymi jeden z najbardziej niezwykłych zabytków całego Bliskiego Wschodu, a mianowicie słynne rzeźby z Ain Ghazal. Liczące sobie od 8 do 10 tys. lat figury są tajemniczymi i szczególnie zasługującymi na uwagę obiektami, istotnymi z punktu widzenia rozwoju naszej cywilizacji. Łatwo je pominąć, przechodząc obok niepozornie wyglądających gablot, Aby docenić ich rangę, potrzebujemy przewodnika, który uraczy nas pasjonująca historią.

Rzeźba z Ain Ghazal

Jordania, to kraj, który w pierwszej kolejności kojarzy się z Petrą. I Petra oczywiście na to zasługuje. Miejsce ma w sobie mnóstwo uroku i zasłużenie przyciąga rzesze turystów. Pamiętać jednak warto, że kraj ten ma sporo innych atrakcji i stanowi pasjonujący cel pięknej wycieczki objazdowej.

Wycieczka do Jordanii

Walencja

Nie tak popularna jak Madryt i Barcelona, ale na pewno nie mniej atrakcyjna. Mnie przypadła do gustu nawet bardziej. Urzekła architekturą, zarówno zabytkową, jak i współczesną. Ma piękną plażę i lokalny klimat, czyli coś, co zdefiniować trudno, ale jeśli już to coś jest, to stanowi spory turystyczny atut.

Plac przy Mercado Central. Do Mercado zajrzeć należy koniecznie!

Wybraliśmy się tam w ramach ferii. Szukając pomysłu na zimowe kanikuły, przypomniałem sobie, że o Walencji myśleliśmy latem, ale wtedy zwyciężył Madryt. Teraz wyszła wycieczka złożona z dwóch członów, najpierw kilka dni w Krakowie, później weekend na południu Hiszpanii.

Urzekająca architektura Walencji

Atuty

Niedrogie połączenia lotnicze z Krakowa. Bilety w Ryanerze można było kupić już za kilkadziesiąt złotych. Oczywiście wszystko zależy od terminu, tydzień później ten sam bilet może być dziesięć razy droższy.

Widokówki z Walencji

Pogoda. Słonecznie i wiosennie. Przeskoczyliśmy z polskiego plus dwa, na hiszpańskie plus dwadzieścia. Czułem się jak u nas pod koniec kwietnia, mam wrażenie, że wyprzedziliśmy wiosnę o jakieś dwa i pół miesiąca. Stoliki kawiarni i restauracji ustawione na zewnątrz, wieczorami mnóstwo ludzi. Niemal wakacyjna atmosfera.

Ciudad de Las Artes Las Ciencias (pol. Miasteczko Sztuki i Nauki). Na głównym zdjęciu wyżej ten sam obiekt nocą

Kuchnia. Kto zna i lubi Hiszpanię, ten wie i rozumie. Tym razem zabieram ze sobą smak kalmarów, były świetne, jedne z najlepszych, jakie jadłem. W przypadku Walencji wspomnieć należy oczywiście o paelli. O tej miejscowej, z mięsem i z fasolą. I o tym, że sama potrawa właśnie z tego regionu Hiszpanii się wywodzi, bo pojawić się mogła dopiero, gdy Maurowie przywieźli tu ryż.

Warto też podpowiedzieć, że o tej porze roku miejsce to zachwyci miłośników owoców, bo za niewielkie pieniądze zjemy świeże i pyszne papaje, mango czy truskawki. A drzewa obsypane są dojrzewającymi właśnie mandarynkami i cytrynami.

Plaza de la Virgen katedra, z prawej strony katedra. 4 lutego. Na zdjęciu nasze worki turystyczne

Zwiedzanie. Miasto jest piękne. Na tyle, że już samo spacerowanie po ulicach jest wielką przyjemnością. Śliczne, odnowione i zadbane kamienice w połączeniu z zielenią palm i bananowców sprawiają bardzo przyjemne wrażenie. Jest czysto i ładnie, od chodników po dachy domów, widać rękę gospodarza. Wygląda to tak, jakby Walencja brała udział w konkursie na najbardziej zadbane i wypieszczone miasto świata.

Palmiarnia (L’Umbracle), jeden z obiektów zespołu Ciudad de Las Artes Las Ciencias

Architektura jest zdecydowanie mocną stroną Walencji. Od tej zabytkowej, z której mamy piękne przykłady obiektów w stylu romańskim, gotyckim i barokowym, po współczesną, ze słynnym futurystycznym kompleksem Ciudad de Las Artes y Las Ciencias na czele. To ostatnie jest rewelacyjnym przykładem tego, jak ambitną i przemyślaną inwestycją architektoniczną można ponieść atrakcyjność miasta. Wielkie uznanie dla włodarzy, że się na coś takiego porwali. Przy tej okazji po raz kolejny wypada wyrazić żal, że w Polsce podobnych działań niemal nie uświadczymy.

Największe w Europie oceanarium. Wielka atrakcja dla rodzin z dziećmi

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga. Zespół Ciudad de Las Artes y Las Ciencias trzeba zobaczyć minimum dwa razy. W dzień i po zachodzie słońca, kiedy jest oświetlone. Naprawdę warto!

Zobacz też: Puerta del Sol

Albania Edwarda Maliszewskiego

Dzięki uprzejmości pani Hanny Łukasik-Ciężkiej trafiła do mnie wyjątkowa książka, wydana w Warszawie w 1913 roku, nakładem Księgarni Wincentego Jakowickiego, „Albania” Edwarda Maliszewskiego. Niewielka, licząca sobie sześćdziesiąt kilka stron praca, zawiera czarno-białe ilustracje i mapę zachodniej części Bałkanów.

Strona tytułowa

Ze wzruszeniem przewracałem pożółkłe stronice, w pierwszej kolejności szukając w treści tego, co już wiem, co przeczytałem w książkach o sto lat późniejszych, co widziałem na własne oczy nie raz odwiedzając Albanię. Pięknie jest, gdy można dobrze znane miejsca znaleźć w publikacji sprzed wieku, gdy można porównać, dostrzec zmiany, popatrzeć na lubiany kraj oczami ludzi z początku XX stulecia.

Edward Wacław Maliszewski (urodzony w Warszawie w 1875 roku) to dziennikarz, historyk i etnograf. Wśród jego prac znajdujemy publikacje o Białorusi, Czarnogórze, Polakach na Litwie, Śląsku i Pomorzu. Zmarł w 1928 roku, pochowany został na warszawskich Powązkach.

Zobacz blog w całości poświęcony Albanii.

Cerkiew w Gracanicy

Na samym początku publikacji autor wyjaśnia powody, dla których zajął się akurat tym tematem:

„Kraj, na który obecnie ma zwrócone oczy cała Europa, był do ostatnich czasów jednym z najgłuchszych, najbardziej zamkniętych, najmniej znanych zakątków naszej części świata” (s.7).

Spis treści

Książka ukazała się w 1913 roku, chodzi więc o pierwszą wojnę bałkańską, w wyniku której na mapie Europy pojawiła się Albania. Bałkany Zachodnie koncentrowały wówczas uwagę światowej opinii publicznej i jak wiadomo, to właśnie wydarzenia z tego regionu doprowadziły niebawem do wybuchu I wojny światowej.

Mapa Bałkanów Zachodnich

Pisząc o granicach nowopowstałej Albanii autor zwraca uwagę na trudności w ich wyznaczeniu, o tym, że „w okręgach Ipeku, Djakowy, Prizrenu i Skoplij [pisownia oryginalna] Albańczycy są tak zmieszani z Serbami, że przeprowadzenie w nich granicy etnograficznej między obu narodowościami jest absolutnym niepodobieństwem” (s.8). Cały rozdział poświęcony jest „pograniczu albańsko-serbskiemu”, w którym od razu trafiamy na fotografie rynku w Prizrenie i ulicy w Prisztinie. Miasta te dobrze znają nasi turyści, bo znajdują się one na trasie wycieczki Alabnia i Kosowo, podobnie jak i Gracanica, z której piękna, średniowieczna cerkiew również znalazła się w tej książce (s.51).

Wiele w niej smaczków, o których i dziś, przewodnicy opowiadają uczestnikom wycieczek. Na przykład w rozdziale „Mieszkańcy, język, wyznanie” pojawia się taki fragment:

„Albańczycy są stale uzbrojeni od stóp aż do głów i nader chętnie przy najmniejszych nieporozumieniach uciekają się do broni. Każde jednak zabójstwo musi być pomszczone. Rodzina zabitego jest do tego wprost zobowiązana przez zwyczaj miejscowy. Jeżeli się nie ma możności pomszczenia na samym zabójcy, wówczas zabija się jego ojca, syna, brata lub krewniaka” (s.17).

Nasz film o Albanii:

Lektura tej książki, przed ponad wiekiem opublikowanej, każdemu bliżej zainteresowanemu Albanią, sprawić musi niemałą przyjemność. Tak też było i w moim przypadku.

Zobacz też: Albania to nie Afganistan!

Edward Maliszewski, Albania, Warszawa 1913. Nakładem księgarni Wincentego Jakowickiego. Drukiem Piotra Laskauera.

Wycieczka Albania i Kosowo

11 września 2001 roku

Tego dnia byłem w drodze. Odwoziłem grupę turystów. Z Kairu do Sharm el-Sheikh to około siedmiu czy ośmiu godzin w autokarze. Po drodze przystanek nad Kanałem Sueskim. Gdy stanąć na pustyni, w pewnym oddaleniu od wody, to kanału nie widać. Wielkie kontenerowce wyglądają tak, jakby sunęły po piasku.

Autor pod piramidami w Gizie, około roku 2001

Do Sharmu przyjechaliśmy późnym popołudniem. Kwaterując turystów w hotelu jednym okiem spoglądałem na telewizor. Co to za film? – Spytałem recepcjonistę. To nie film – odpowiedział nie przerywając wydawania kluczy – To się naprawdę zdarzyło! Spojrzałem uważniej. Samolot wbijał się w wielki biurowiec. Tak dowiedziałem się o ataku na Word Trade Center.

Wieczór spędziłem w służbowym mieszkaniu. Razem z kilkoma pracownikami miejscowego biura. Egipcjanie, koledzy z pracy. Mniej więcej w moim wieku, młodzi ludzie, tuż po studiach. Siedzieliśmy przed ekranem telewizora wsłuchując się w komunikaty płynące z paru kanałów informacyjnych. Rozmawialiśmy. Jeden ze współlokatorów świętował. Nie krył radości z faktu, że „Ameryka wreszcie dostała za swoje”. Obok mnie siedział sympatyk terrorystów, mój kolega.

Hotel w Sharm el-Sheikh

Miałem kilka godzin na odpoczynek. W nocy łapałem miejscowy pekaes i wracałem do Kairu. Około dziesiątej rano pod Muzeum Egipskim musiałem odebrać nową wycieczkę. Przyjechałem kilka godzin za wcześnie. Spędziłem je w jednej z kawiarń przy placu Tahrir, popijając mocną i słodką herbatę. W oparach dymu fajki wodnej witałem nowy dzień, pierwszy po 11 września. Już wtedy jasnym było, że data ta na trwale zapisze się w historii świata.

Młody, poczatkujący pilot wycieczek przywiózł grupę turystów z Hurgady. Miałem oprowadzić ich po Kairze. Pamiętam wystraszonych ludzi. Esemesami (internetu w telefonach jeszcze nie było) dostali z Polski pierwsze informacje o Osamie bin Ladenie. Muzułmanie uderzyli w zachodnią cywilizację. Niebezpiecznie jest tam, gdzie jest islam. Tak to można było zrozumieć. A byliśmy w Egipcie, kraju przesiąkniętym religią, w dwudziestomilionowym Kairze, gdzie w każdym miejscu, pięć razy dziennie usłyszysz wezwanie muezina. Bali się na zapas, zupełnie niepotrzebnie, ale się bali.

Sprzedawca pamiątek w Asuanie. Południowy Egipt

Wycieczka się udała. Zwiedzaliśmy bez przeszkód. Tłumaczyłem, że jeśli gdzieś teraz jest bezpiecznie, to właśnie w Egipcie, bo tutejszy reżim postawił właśnie na nogi całą tajną policję i wszystkie możliwe służby. Turyści byli dobrze pilnowani.

Wróciłem do Hurgady i zabrałem grupę na kilkudniowy rejs po Nilu. Ci, którzy wcześniej przylecieli do Egiptu, zwiedzali jeszcze w miarę normalnie, korzystając z uroków wakacji, ale jasnym już było, że turystyka zaraz się zatrzyma. Siła telewizyjnego przekazu była porażająca. Sprzedaż stanęła.

Egipska ulica w tamtym czasie

Świat bał się samolotów. Turyści bali się Egiptu. Hurgada szybko się wyludniła. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego, tak przygnębiająco pustych ulic! Na kilka miesięcy straciliśmy pracę, i ja, i mój kolega cieszący się z upokorzenia Ameryki. Do Egiptu wróciłem dopiero w styczniu, razem z pierwszymi turystami.

Tekst ten jest fragmentem nowej książki. Książka nie ma jeszcze tytułu, ale się pisze 🙂 , wydanie planowane jest na rok 2022. Będzie to kontynuacja książki „O podróżowaniu”.

Zobacz też: Egipt po raz pierwszy.

Nowa waluta turystyczna

7 września 2021 roku. Od dziś bitcoin jest legalnym środkiem płatniczym w Salwadorze. Informację tę podają wszystkie serwisy ekonomiczne. Fakt jest istotny, bo to pierwszy kraj, który z kryptowaluty uczynił oficjalną walutę państwową. Granica została przekroczona, furtka otwarta. Pytanie co dalej!

Nepalskie rupie z nosorożcem

Może to już czas, by wprowadzić walutę turystyczną? Niech się nazywa turcoin. Albo globcoin. A może uda się znaleźć bardziej wdzięczną i lepiej brzmiąca nazwę. Coś z obietnicą przygody i nutką romantyzmu, czyli z wartościami, jakie niosą ze sobą podróże.

Kursy walut w Naddniestrzu, nieuznawanym przez świat parapaństwie. Więcej informacji o Naddniestrzu.

Jak mocno taka waluta ułatwiłaby życie turysty! Żadnych przewalutowań i kantorów. Po prostu, doładowujesz sobie konto wirtualnymi turcoinami i jedziesz w świat. Kraj i kontynent nie ma znaczenia. Płacisz wszędzie, w każdym miejscu. Co więcej, każdy chce przyjmować tę walutę, bo jej wartość stale rośnie. Na przykład, jesteś hotelarzem i za wyświadczoną usługę inkasujesz od turysty jednego globcoina. Cieszysz się, bo za miesiąc ten jeden coin będzie miał już wartość dwóch coinów, więc nie tylko zarabiasz, ale jeszcze inwestujesz. Szaleństwo ktoś powie. Oczywiście, ale czym innym jak nie szaleństwem są kryptowaluty! A przecież istnieją, liczone są w miliardach dolarów i konsekwentnie zyskują na znaczeniu.

Etiopia. 1 birr

Turcoin byłby praktyczny nie tylko w czasie podróży. Można by go wykorzystywać już na etapie jej planowania. Załóżmy, że myślimy o przyszłorocznych wakacjach. Kupujemy piętnaście globcoinów, za które dziś stać nas na tydzień pobytu w trzygwiazdkowym hotelu. Ale za rok, gdy wartość tej waluty wzrośnie, kupimy za nią wczasy w hotelu pięciogwiazdkowym i zostanie jeszcze na kilka dobrych kolacji w lokalnej restauracji.

Plastikowe monety przypominające żetony lub elementy gry planszowej. Gdzie? Zobaczcie!

Piękne? Piękne! Z jednym małym niuansem. Co się stanie z naszymi wakacjami, jeśli wartość turcoina spadnie?! Jedno jest pewne, gdyby istniał przed 2020 roku, to w czasie pandemii, mocno straciłby na wartości.

Polecam też artykuł: Pieniądze. Białoruś, Kuba, Uzbekistan…

Przekraczanie granic, reguły wjazdu i błędne informacje MSZ

Rzecz odnosi się do informacji opublikowanych na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych i dotyczących reguł wjazdu do Armenii (www.gov.pl/web/dyplomacja/armenia).

MSZ, Armenia, 19 lipca 2021

Wchodząc na rządową stronę dowiadujemy się między innymi, że osoby zaszczepione mogą wjechać do Armenii bez konieczności robienia testów PCR, ale zaświadczenie o szczepieniu powinno być podpisane oraz opatrzone pieczęcią przez kierownika placówki medycznej, w której wykonano szczepienie. Ponadto zawierać musi dane teleadresowe oraz nazwisko kierownika placówki medycznej i numer paszportu osoby zaszczepionej. O tym, że powinno być wydrukowane na papierze firmowym wspominać już chyba nawet nie muszę, bo to przecież oczywiste.

Zrzut ekranu ze strony: gov.pl/web/dyplomacja/armenia (lipiec 2021)

Jeśli ktoś przed zaplanowanym wyjazdem do Armenii przeczytał te informacje, to od razu musiał zadać sobie pytanie skąd wziąć taki dokument. Przecież na zaświadczeniach generowanych z internetowego konta pacjenta takich danych nie ma. Nie było ich na wcześniejszych potwierdzeniach, nie ma ich też na obecnych tzw. paszportach covidowych.

Pieczątka i podpis na dokumencie elektronicznym?! Do tego numer paszportu i papier firmowy placówki medycznej?! Niewykonalne, nikt w Polsce takiego zaświadczenia nie otrzyma!

Skąd więc taka informacja na stronie polskiego MSZ? I najważniejsze, czy jest prawdziwa?!

Odpowiem od razu. Nie jest! Każda zaszczepiona osoba wjeżdża do Armenii na podstawie standardowego zaświadczenia generowanego z internetowego konta pacjenta. Nie są potrzebne pieczątki, podpisy i papier firmowy! Sprawdziłem to w praktyce, na podstawie tzw. paszportów covidowych z całą grupa turystów w lipcu tego roku przekroczyliśmy granicę w Erywaniu. Odbyliśmy wycieczkę (było pięknie!) i wróciliśmy do kraju.

Widok na górę Ararat z okolic klasztoru Chor Wirap (lipiec 2021)

Skąd więc takie dane na rządowej stronie? Otóż wydają się być kopią informacji zamieszczonych przez stronę armeńską (www.gov.am/en/covid-travel-restrictions/), gdzie czytamy:

The certificate should be in Armenian, Russian or English printed on the official letterhead and should contain the following information:

– all contacts and the name of the head of the medical institution where the test/vaccination was taken,

– the name, surname, date of birth, and passport number of the examined/vaccinated person,

– the result of the test, the vaccine manufacturing name and the product’s serial number, the dates of the first and the second dosages, signed by the head of the medical institution with its seal․

Na pierwszy rzut wszystko się zgadza. Rząd Armenii opublikował, to rząd w Warszawie skopiował, przetłumaczył na język polski i przedstawił swoim obywatelom. Proste. O co więc pretensje?! Otóż o to, że tej informacji nie zweryfikowano, nie sprawdzono jak rzecz wygląda w praktyce. A przecież powinno się to zrobić, biorąc pod uwagę fakt, że kryteria przedstawione przez stronę armeńską na pierwszy rzut oka wydawały się niemożliwe do spełnienia.

Kaskady w Erywaniu

Nie mogąc liczyć na polski MSZ sami wykonaliśmy tę pracę. Nasi ormiańscy współpracownicy zadali pytania m.in. w armeńskim Ministerstwie Zdrowia oraz odpowiednim służbom na lotnisku w Erywaniu. Uzyskali informacje, że unijny paszport covidowy w zupełności wystarczy i nie są potrzebne żadne pieczątki ani podpisy. Sprawdzili też stronę praktyczną odnajdując turystów z krajów UE, którzy na podstawie takiego zaświadczenia do Armenii wjechali. Z kolei my, w Warszawie dopytywaliśmy na lotnisku Chopina przy stanowiskach odprawy LOT-u i też uzyskaliśmy zapewnienie, że żadne certyfikaty szczepień z pieczęciami nie są potrzebne. Co ciekawe, gdy wysłałem maila do LOT-u z pytaniem o reguły wjazdu do Armenii, to otrzymałem odpowiedź, że należy kierować się wskazówkami na stronie internetowej MSZ!

Spróbujcie wyobrazić sobie dyskomfort organizatora wycieczki. Ma zebraną grupę, turyści chcą jechać, wszyscy są zaszczepieni. Ale na stronie polskiego MSZ jest informacja, że zaświadczenia o szczepieniu nie wypełniają kryteriów, więc trzeba wykonać testy PCR. Robić je czy nie, skoro odpowiednie służby w Erywaniu informują, że unijne zaświadczenia w zupełności wystarczą?! Kogo słuchać? A może lepiej w ogóle odwołać wycieczkę i nie ponosić ryzyka?!

W centrum Erywania, okolice placu Republiki i Wernisarzu, gdzie turyści robią zakupy

Wszyscy powołują się na dane zawarte na stronie internetowej polskiego MSZ. Powszechnie uważa się, że informacje tam podane są sprawdzone i obowiązujące. A co jeśli tak nie jest, jeśli zamiast pomagać i ułatwiać, wprowadzają w błąd?! Przedstawiona wyżej historia pokazuje, że jest to możliwe. A przecież wcale tak być nie musiało, w przypadku Armenii wystarczyło sprawdzić i zweryfikować. Ambasadzie w Erywaniu zajęłoby to chwilę, zapewne wystarczyłoby wysłać kilka maili i wykonać parę telefonów.

Na zakończenie mam jedną uwagę. Branża turystyczna dotkliwie ucierpiała z powodów obiektywnych (pandemia, strach turystów przed przemieszczaniem się), ale część naszych kłopotów wynika też z nielogicznych, niezrozumiałych i chaotycznych regulacji wprowadzanych przez rządy kolejnych państw, przy czym władzom w Warszawie można by przyznać nagrodę specjalną za osiągnięcia w tej dziedzinie. W serii artykułów zamieszczonych na tym blogu podanych zostało sporo przykładów z poprzedniego roku (tag: koronawirus). Jeszcze więcej znajdą Państw w dwóch moich książkach poświęconych tej tematyce: O podróżowaniu (2020) i Spragnieni podróży (2021).

Klasztor Norawanak (13-14 wiek)

Ale jakby tego było mało, to również teraz, gdy po miesiącach przestoju i strat biura podróży próbują w końcu zarobić jakiekolwiek pieniądze, to zamiast wsparcia otrzymują utrudnienia i przeszkody. Utrudnienia, które przecież niczemu nie służą, nie powodują wzrostu bezpieczeństwa epidemicznego, a wynikają chyba zwyczajnie z ignorancji i niechlujności urzędników. W tym konkretnym przypadku oczekiwałbym od polskiego MSZ, że przed podaniem tak istotnych informacji sprawdzi czy są prawdziwe. Tego właśnie zabrakło.

Zobacz blog poświęcony Armenii.

PS. Armenia to piękny i gościnny kraj. Jest bezpiecznie, śmiało można jechać. Polecamy artykuł: Dziesięć powodów, żeby pojechać do Armenii.

Majówki nie będzie

Minister Niedzielski ogłosił właśnie, że hotele pozostaną zamknięte do 3 maja. Oznacza to, że legalna majówka w Polsce się nie odbędzie. W związku z czym, mam kilka uwag.

  1. Walka z pandemią polegająca na blokowaniu wybranych branż ma taki sam sens, jak ograniczanie skutków wypadków drogowych poprzez powszechny zakaz działania stacji benzynowych. Przy zastosowaniu takiego rozwiązania liczba ofiar zmaleje, ale nie oznacza to przecież, że dystrybutorzy paliw ponoszą odpowiedzialność za bezpieczeństwo na drogach.
  2. Hotele padają ofiarą metody, która polega na zniechęcaniu ludzi do przemieszczania się. Nie ma żadnych badań potwierdzających, że hotele same w sobie generują większe ryzyko. Wręcz odwrotnie, doświadczenia z całego pandemicznego roku i efekty kontroli sanitarnych potwierdzają raczej, że pod względem epidemicznym hotele są miejscem bezpiecznym.
  3. Straty ekonomiczne i społeczne wynikające z zamykania całych sektorów gospodarki są niewyobrażalnie wielkie, a korzyści mocno wątpliwe. Zimą, w wielu krajach hotele były otwarte; działały ośrodki narciarskie, ferie były pełne turystów, a mimo to kraje te nie doświadczają obecnie takich wzrostów zakażeń jak Polska! Co sugeruje, że to nie narty, hotele i restauracje stwarzają zagrożenie. Podam przykład Serbii, w której zima była turystyczna, z otwartymi hotelami, wyciągami narciarskimi oraz restauracjami i kraj ten żadnego pandemicznego dramatu nie przechodzi. Dlaczego? Może dlatego, że w okresie świąteczno-noworocznym dla masowo wracających do kraju Serbów wprowadzono obowiązkowe testy?! Obszerniej wątek ten poruszamy w książce: Spragnieni podróży. Rozmowy o turystyce.
  4. Zamknięcie hoteli w Polsce, nad którymi ma się kontrolę sanitarną, przy równoczesnym zezwoleniu na wyjazdy w świat, do miejsc, nad którymi polskie służby sanitarne nie mają żadnej kontroli, nie wygląda na logiczne podejście do problemów epidemii.
  5. Nie będzie majówki legalnej, ale odbędzie się ta nieoficjalna, schowana w szarej strefie, unikająca licencji, certyfikacji i podatków. Bo kogo skontrolować najłatwiej? Tych, którzy mają wszystko legalne, zarejestrowane i prowadzone jak trzeba. Kogo kontrole omijają? Tych, którzy funkcjonują w cieniu, nigdzie nie są zarejestrowani i zgłoszeni, więc z natury rzeczy, kontrole ich omijają. W turystyce to znane od lat zjawisko, dość powszechne, z którym pomimo wielu apeli organizacji branżowych administracja państwowa niewiele robiła. W obecnej sytuacji, problem tylko urośnie, bo jeśli ktoś może skorzystać z lockdownów, to właśnie szara strefa.
  6. Zapewne również część podmiotów działających legalnie zastosuje twórcze podejście. We wspomnianej wyżej książce przywołuję zimową metodę, w której „formalnie kupuje się drewno do kominka, a kominek z salonem i trzema sypialniami jest już tylko luźnym dodatkiem do kilku łatwopalnych pieńków”. Weekend majowy w Polsce może być jeszcze chłodny, więc patent z drewnem można dalej stosować, ale mogą też pojawić się i bardziej twórcze rozwiązania. Na przykład, opłata za korzystanie z pomostu lub wypożyczenie wędki – to na Mazurach, a w Białowieży – opłata za widok na puszczę, w której mieszkają żubry. Coś mi się zdaje, że Polacy tak łatwo się nie poddadzą i pojawi się wysyp tego typu rozwiązań, tworzących bogate spektrum „narodowego dziedzictwa absurdów państwowych”.
  7. W obecnej sytuacji, przy tak dojmującym kryzysie branży hotelarskiej i przy tak ogromnych zobowiązaniach państwa, powinno się raczej myśleć o tym, co zrobić, jak wspomóc hotele, żeby w odpowiednim reżimie mogły przyjmować gości – z punktu widzenia budżetu państwa warto do tego dopłacić. Zamiast tego zamyka się obiekty i dopłaca do tego, by nie pracowały, nie zarabiały i nie płaciły podatków!

PS. Rok temu na tym blogu pojawił się artykuł o takim samym tytule: Majówki nie będzie! Minął rok, a my jesteśmy w tym samym miejscu….

Strona 1 z 32

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén