Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Kategoria: Bez kategorii (Strona 1 z 30)

Iluzja tarczy antykryzysowej

W piątek 14 sierpnia Sejm przyjął ustawę określaną jako „kolejna pomoc dla turystyki”. Za głosowało 430 posłów, nikt nie był przeciw, tylko jedna osoba się wstrzymała. W atmosferze ponadpartyjnej zgody dokonano kolejnego propagandowego aktu. Ustawa ta bowiem ma się zupełnie nijak do potrzeb i dramatycznej sytuacji branży. Jest, co najwyżej sprytną przykrywką, mającą stworzyć wrażenie, że pomoc została udzielona.

Przyznać trzeba natomiast, że akt ów przeprowadzono rewelacyjnie. Do ostatniej chwili skrywano projekt ustawy, nie dając tym samym szansy na rzeczową analizę. Gdy już pojawił się na kilka godzin przed głosowaniem, to się okazało, że szybkie wniknięcie w decydujące szczegóły zapisów jest zgoła niemożliwe, ze względu na wyjątkowo zagmatwaną i niejasną formę tekstu. W błyskawicznym pierwszym czytaniu w ramach Komisji Finansów Publicznych, ani posłowie opozycji, ani obecni na sali przedstawiciele Oddolnej Inicjatywy Ratowania Turystyki, nie byli w stanie odnieść się do wszystkich niuansów, skutkujących iluzorycznością deklarowanej pomocy. Podkreślono te najbardziej rażące, ale cóż z tego, skoro przedstawiciele Ministerstwa Rozwoju, odpowiadający za ustawę, bądź je ignorowali, bądź zbywali niejasnymi tłumaczeniami.

Dziś w Senacie, przedstawiciele Oddolnej Inicjatywy Ratowania Turystyki spotkali się między innymi z marszałkiem Tomaszem Grodzkim.

Aktu dopełnił przekaz medialny. Wczorajsze Wiadomości TVP poinformowały, że: Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny wyręczy biura podróży i zwróci klientom pieniądze za niezrealizowane usługi. Przewodnicy i piloci wycieczek dostaną postojowe.

„Wyręczy” jest w tym przypadku słowem-kluczem, sugerującym, że to Fundusz pokryje zobowiązania biur podróży. Można by rzec, że tylko pozazdrościć firmom turystycznym. Otóż przedsiębiorstwa wzięły od klientów zaliczki i nie mogą ich teraz zwrócić, ponieważ pieniądze te zostały przekazane kontrahentom, polskim i zagranicznym, a ci wpłat nie oddają. Mają więc nie lada kłopot, ale to nic, bo państwo bierze problem na siebie i „wyręczy” w tym biura podróży, czyli odda te pieniądze za nich. Wygląda to więc na darowiznę, na bezzwrotną subwencję. A jaka jest rzeczywistość?

Otóż zgodnie z przyjętą w piątek ustawą ów Fundusz pożyczy biurom pieniądze na zwrot zaliczek. Pożyczy na określonych warunkach, z których najważniejszym jest ten, że pożyczka ta będzie wiązała się z kosztami. Występując o kredyt, biuro będzie musiało w ciągu 7 dni, zapłacić 10% (w przypadku podmiotu mniejszego) i aż 11,6% (w przypadku większego przedsiębiorstwa). Z czego 2,5% lub 4,1%, w zależności od wielkości firmy, jest opłatą bezzwrotną, a pozostałą część biuro odzyska pomniejszając o tę kwotę kolejne raty przy spłacie pożyczki. Czyli mówiąc krótko: jest to kredyt z prowizją 2,5 lub 4,1%, a dodatkowo, żeby ów kredyt uruchomić, przedsiębiorca musi na samym początku, z własnych środków wyłożyć całkiem sporą sumę.

Organizatorzy turystyki, szczególnie ci więksi, którzy mają wielki problem z zaliczkami, mocno zabiegali w Ministerstwie Rozwoju o pomoc. Oczywiście nie liczyli na żadne darowizny. Mieli nadzieję na pożyczkę, ale nieoprocentowaną, bo tylko taka byłaby realnym ratunkiem. Biur po katastrofie, jaka nastąpiła w tym roku, po prostu nie stać na żadne procenty, zdecydowanie nie wszyscy udźwigną dodatkowe koszty. Nie mówiąc już o tym, że w tej sytuacji, konieczność wpłacenia 10 lub 11,6% na dzień dobry, może być zaporą nie do przejścia. Myślę, że nie o taką pomoc chodziło.

Ale to nie koniec problemów biur podróży. W rozmowach z Ministerstwem Rozwoju, prowadzonych od czerwca, podkreślaliśmy potrzebę przedłużenia zwolnień z ZUS-u i postojowego. Być może nie dla wszystkich podmiotów z branży, ale na przykład tylko dla tych, które notują spadki minimum 70%. Rozwiązanie wydawało się oczywiste, ponieważ przedsiębiorstwa dalej nie mogły normalnie pracować, nadal nie przynosiły dochodu. I tak, jakimś cudem, utrzymały działalność i zatrudnienie. Tyle, że w ustawie przegłosowanej w piątek, ani zwolnienia z ZUS-u, ani postojowego, w przypadku organizatorów turystyki, nie ma! Na pytanie przedstawiciela Oddolnej Inicjatywy Ratowania Turystyki, minister Gut-Mostwy odpowiedział, że touroperatorzy nie zostali objęci tą pomocą, ponieważ uznano, że Fundusz zwracający zaliczki, jest już wsparciem wystarczającym.

I tu dochodzimy do sedna. Utworzenie Funduszu udzielającego oprocentowanych kredytów na zwrot zaliczek stało się pretekstem do nieudzielenia jakiekolwiek innej pomocy! Funduszu, którego pomoc ze względu na spore koszty, może okazać się iluzoryczna. Zagrywka perfekcyjna. Szach i mat.

Co więcej, wiele biur takiego Funduszu w ogóle nie potrzebuje, ponieważ nie ma problemów z zaliczkami. Do tej pory, nie mogąc doczekać się żadnych wiążących deklaracji ze strony państwa, albo zwrócili zaliczki klientom z własnych, prywatnych środków, albo klienci zgodzili się przyjąć voucher, czyli przenieść wpłacone pieniądze na poczet wycieczek planowanych na przyszły rok. Podobnie biura zajmujące się turystyką przyjazdową do Polski – im również takie rozwiązanie w niczym nie pomoże. W związku z tym argumentowanie, że organizatorom turystyki nie należy się pomoc, ponieważ takową otrzymali już w postaci Funduszu pożyczającego pieniądze na zwrot zaliczek, jest argumentem co najmniej nieuczciwym.

Wróćmy do wczorajszych Wiadomości TVP. Powiedziano w nich również o postojowym dla pilotów i przewodników. Tak, to prawda, dostaną, ale tylko ci, którzy pracowali sezonowo i okresowo zawieszali swoją działalność. Widzicie tu gdzieś sens i logikę?! Pilot wycieczek, który cały rok płaci ZUS, niczego nie zawiesza, pomocy nie otrzyma. Ale ten, który danin państwowych odprowadzał mniej, bo pracował tylko sezonowo, na wsparcie państwa może liczyć. To tym bardziej, szalone rozwiązanie, że w tym roku wszyscy nie pracują jednakowo. Nie pracują, bo nie mogą. A przecież bardzo by chcieli. Od siebie mogę jeszcze dodać, że rząd miał wystarczająco dużo czasu (to już pół roku!) żeby opracować program częściowego przekwalifikowania tych ludzi. Ich wiedzę i doświadczenie można przecież wykorzystać w innych miejscach, na przykład w szkołach, domach kultury czy domach seniora. Niech opowiadają i pokazują zdjęcia, niech pomogą nauczycielom geografii i historii. Podnosiliśmy ten temat, mówiłem o nim na spotkaniu w Ministerstwie Rozwoju w czerwcu. Do tej pory nic. Kompletna indolencja ze strony państwowych instytucji.

Dziś, kilka osób z Oddolnej Inicjatywy Ratowania Turystyki działa w Senacie, spotykając się miedzy innymi z marszałkiem Tomaszem Grodzkim. Senat jest teraz tą instytucją, która może dokonać najważniejszych poprawek w ustawie. Jest też szansą na uruchomienie wreszcie poważnej i merytorycznej dyskusji o sytuacji w branży turystycznej.

Bardzo potrzebujemy takiej debaty. Staramy się, pomimo wakacji i sezonu ogórkowego, działamy na zdwojonych obrotach. W czwartek byłem w Sejmie. Na zaproszenie Klubu Parlamentarnego Lewica, razem z Darkiem Panufnikiem, wzięliśmy udział w konferencji prasowej poświęconej branży turystycznej. Bez określania takich czy innych sympatii politycznych, wsparliśmy posłów Dariusza Wieczorka i Arkadiusza Iwaniaka, którzy zechcieli zająć się tematem. Na stronie internetowej Klubu Parlamentarnego pojawiła się relacja z konferencji, a w niej między innymi, taki fragment:

Należy przypomnieć, iż turystyka wytwarza 6% PKB i tworzy ponad 1,5 mln miejsc pracy, ale przede wszystkim przynosi wielkie dochody do krajowego budżetu. Jeżeli rząd nie wprowadzi odpowiednich rozwiązań i nie pomoże firmom, tej branży grożą masowe zwolnienia.

Oczekujemy od rządu rozmów oraz prac nad uruchomieniem specjalnego programu sektorowego nakierowanego na pomoc zagrożonym firmom. Przedstawiciele branży ostrzegają, że straty będą długofalowe, lukę pozostawioną przez upadające polskie firmy szybko zapełnią firmy z krajów, które już dziś wspierają swoich przedsiębiorców.

Składamy wniosek do pani marszałek Elżbiety Witek o pilne zwołanie Komisji Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki, abyśmy mogli porozmawiać o problemach, z którymi mierzy się branża turystyczna.

Można podsumować to tak, że wreszcie w polskim Parlamencie padły oczekiwane słowa. W szóstym miesiącu paraliżu polskiej turystyki!

Oczywiście, ani po zeszłotygodniowych spotkaniach w Sejmie, ani po dzisiejszych w Senacie nie wpadamy w przesadny entuzjazm. Wiemy, że od słów do czynów długa droga, a rola opozycji w konstruowaniu wchodzących w życie aktów prawnych jest znikoma, ale może zdarzy się przynajmniej tyle, że wielki problem sporej części polskiej gospodarki, do tej pory pomijany, wreszcie zostanie podniesiony w takim stopniu, na jaki zasługuje. I może uda się wyjść poza propagandowe frazesy.

PS
W ustawie z 14 sierpnia jest więcej arcyciekawych kwiatków. Zaskakujące zapisy i niejasności, to standard tego aktu prawnego. Niepewność dotyczy choćby agentów turystycznych, o czym z całą pewnością będzie jeszcze okazja wspomnieć.

Zobacz też: Biura podróży i koronawirus. To, co najważniejsze!

Długi weekend czerwcowy

Właśnie trwa. Na Podlasiu i Suwalszczyźnie pogoda sprzyja wypoczynkowi, znajomi podsyłają zdjęcia z Augustowa, na plaży dużo ludzi, a z fotografii wynika, że dystans społeczny mający chronić przed koronawirusem nie istnieje. Z kolei nad Bałtykiem pogoda w kratkę, wczoraj było deszczowo. Niektórzy więc zmokną i zmarzną, jak to na wakacjach w Polsce.

Nie Bajkał, ale jezioro Hańcza (najgłębsze w Polsce). Byliśmy tam wczoraj, cicho i spokojnie.

To drugi długi weekend w tym roku, który nam się nie udał. Mimo, że sprzedaż szła dobrze i zaplanowanych było sporo wycieczek. W naszym biurze były to m.in. Armenia, Serbia – Bośnia i Hercegowina, Gruzja, Moskwa, Albania z Kosowem…

Majówka nie wypadała korzystnie. Z kalendarza wynikało, że w prezencie dostajemy tylko jeden wolny dzień – 1 maja. Wszystko przez to, że Święto Konstytucji 3 Maja przypadało w niedzielę. Zupełnie inaczej, niż w roku 2019, kiedy to wolne zaczynało się już w środę – wtedy weekend majowy był naprawdę długi i idealnie pasował do niejednej wycieczki. Zobacz: Wielka majówka.

Armenia, jedna z naszych wycieczek właśnie powinna tam być. Na zdjęciu średniowieczny klasztor Norawank.

Imprezy projektujemy z rocznym wyprzedzeniem. Wiosną zeszłego roku, patrząc w kalendarz zakładaliśmy, że majówka 2020 może być mniej atrakcyjna, więc tym bardziej, postanowiliśmy wykorzystać czerwiec. Boże Ciało dość wyjątkowo przypada w pierwszej połowie miesiąca, a to idealny czas w przypadku wielu kierunków. Z przyjemnością zwiedza się kraje pogodowo zbliżone do Polski, a w tych położonych dalej na południe, upału jeszcze nie ma. To świetny czas choćby na Kaukaz czy Bałkany, gdzie góry zachwycają soczystą zielenią, a łąki pełne są kwiatów. Znaczenie ma też długość dnia. Jednym słowem – turystycznie to świetny czas!

Weekend czerwcowy mieliśmy więc zapełniony. A później przyszła epidemia, która z czasem zyskała miano pandemii.

Albania, jeden z naszych ulubionych kierunków. Na zdjęciu Berat zwany miastem tysiąca okien.

W lutym, kiedy straszyły nas doniesienia z Chin, bałem się o majówkę, w marcu miałem nadzieję, że uda się uratować czerwiec. Łatwiej było pogodzić się ze stratami z kwietnia i maja (zobacz: Majówki nie będzie!) jeśli w perspektywie było dużo wycieczek w kolejnym miesiącu. To dawało wiarę w przyszłość. Później stało się jasne, że i długi weekend czerwcowy również stracimy, a w dalszej kolejności cały miesiąc. Dwa tygodnie temu, a więc pod koniec maja, zaczęliśmy odwoływać wycieczki przewidziane na lipiec. Anulowaliśmy je, bo nie mieliśmy zielonego pojęcia, że w dniu 10 czerwca, z zupełnego zaskoczenia, premier ogłosi, iż za trzy dni granice zostaną otwarte! Jednym słowem, to znowu rząd narobił nam szkód! Nie sam koronawirus, ale sposób zarządzania tym kryzysem.

Tak więc z lipca, ważnego, wakacyjnego miesiąca do tej pory zostały nam tylko dwie imprezy przewidziane na sam jego koniec: Petersburg oraz Bajkał.

Kanion rzeki Uvac w Serbii. Ten kierunek również był przewidziany na długi weekend czerwcowy.

W tym miejscu chciałby odwołać się do artykułu sprzed kilku dni: Rząd, turystyka i syndrom gotowanej żaby. To, co wyżej opisałem było właśnie takim gotowaniem żaby. W roli nieszczęsnego płaza wystąpiliśmy my, polscy przedsiębiorcy z branży turystycznej. Zwodzono nas komunikatami, które wydłużały zamknięcie granic o kolejne dwa tygodnia, wbijając w ten sposób w coraz większe koszty. Dlaczego tak? Próba odpowiedzi znajduje się w linkowanym artykule, zachęcam do lektury.

Korzystającym z tych kilku wolnych dni długiego weekendu życzę udanego wypoczynku!

PS
Jak można po trzech miesiącach zamknięcia granic, ogłosić ich otwarcie z trzydniowym wyprzedzeniem?!! Z punktu widzenia branży turystycznej, to tak nieracjonalne, jak tylko można sobie wyobrazić! A może ktoś wie dlaczego właśnie 13 czerwca, a nie na przykład 10 lub 20? Na podstawie jakich czynników ta decyzja została podjęta i – co najważniejsze – tak naprawdę kiedy ją podjęto?!

Pomorze Wschodnie

Właściwie, to to już zapomniałem, że taką nazwę ów region nosi. W wakacyjnym języku funkcjonuje raczej jako „nad polskim morzem”, względnie „nad Bałtykiem”. O właściwej terminologii przypomniał mi przewodnik Pascala, o takim właśnie tytule. W przewodniku tym wykorzystano ładne rysunki Surena Vardaninana, mieszkającego w Polsce ormiańskiego ilustratora, znanego głównie z książek dla dzieci. Dlaczego piszę o rysunkach? Bo uważam, że w publikacjach dotyczących podróży jest ich za mało. Chętnie widziałbym więcej form plastycznych, czuję przesyt oczywistymi fotografiami, które również za przyczyną mediów społecznościowych, atakują nas z każdej strony. Z nieznanego mi powodu, jeśli ktoś gdzieś się wybierze, to od razu uznaje za konieczne pochwalenie się zdjęciem zrobionym za pomocą smartfona. W ten sposób powstają mało oryginalne kadry i sztampowe selfie. Obrazy i rysunki mogłyby być miłą odmianą. Pisałem o tym m.in. w artykule: Malownicze Podlasie.

Widok z okien apartamentu, po drugiej stronie zatoki Półwysep Helski

Znajomi użyczyli nam apartamentu w Pucku (Celino i Pawle – dziękuję!). Od drzwi salonu do morskiego brzegu mamy mniej niż sto metrów, warunki idealne! Z okien widok na Półwysep Helski, na wprost słynne Chałupy. Siedzimy tu i odreagowujemy po dwóch miesiącach izolacji. Granice zamknięte, wycieczki odwołane, uwierzyliśmy w wartość akcji #zostanwdomu, więc tak właśnie spędziliśmy czas od połowy marca. Dziś jeden z wiceministrów Aktywów Państwowych raczył powiedzieć, że granice może zostaną otwarte 15 czerwca. Może tak, może nie, niestety ciągle ta sama niepewność i chaos informacyjny, więcej o tym w: Ministerstwo (nie)turystyki.

Jedna z historycznych wilii w Jastrzębiej Górze. Wakacyjny kurort powstał tu w dwudziestoleciu międzywojennym i gościł m.in. Józefa Piłsudskiego, prezydenta Mościckiego oraz marszałka Śmigłego-Rydza

Odreagowujemy więc obserwując Zatokę Pucką zwaną Małym Morzem, jemy świeżutkie ryby z powszechnie znanej tu i polecanej wędzarni Rafa z Władysławowa. Z zawodowego obowiązku przyglądam się też miejscowej turystyce. Jest koniec maja, pogoda do zwiedzania akurat, tymczasem w kurortach pustawo. W sobotę i niedzielę było trochę ludzi na Półwyspie Helskim, głównie miłośnicy deski z żaglem, ale od poniedziałku już słabo. Puck sprawia smutne wrażenie niemal wymarłego, jakby turystyki jeszcze nie wynaleziono. Niewesoło też w Jastrzębiej Górze, na deptaku pojedyncze osoby. Klimat marazmu. O tej porze roku bez turystów z Niemiec i Skandynawii, bez grup zorganizowanych, w tym choćby wycieczek szkolnych, ruch jest dużo za mały. Dlatego też mijam zamknięte hotele i restauracje, a w tych otwartych tłoku nie ma.

Jeden z turystycznych szlaków regionu

Gdy mocniej wieje siedzę wygodnie na kanapie, kątem oka obserwuję Bałtyk i kartkuję przewodnik. O regionie tym wiem mało, nawet części tego, co na przykład o Gruzji, Mołdawii czy Armenii. Z chęcią posłuchałbym miejscowego przewodnika, ale nie można, nadal obowiązuje zakaz organizowania wycieczek (na tej samej zasadzie zabrania się demonstracji). Zostaje więc książka. W pierwszej kolejności wyłapuję ciekawostki. A to, że Szwedzi rozpoczynając coś, co przeszło do historii, jako potop, wylądowali właśnie w okolicach Jastrzębiej Góry i, że jest to najdalej na północ wysunięty skrawek Polski. Chwilę później wpada mi w oko informacja, że w Chałupach odbyła się ostatnia na ziemiach polskich kaźń domniemanej czarownicy – miało to miejsce w 1836 roku! Przyswajam sobie określenie „najdłuższy w Polsce ciąg gastronomiczny-usługowy” jakim opatrzono Półwysep Helski. Przyda się, użyję go pewnie w niejednej wypowiedzi. Pojechaliśmy sprawdzić, rzeczywiście, trzydzieści kilka kilometrów mierzei, to tak naprawdę jeden wielki turystyczny resort, w którym z grubsza symbolicznie można tylko wyodrębnić kolejne miejscowości: Chałupy, Jastarnię, Juratę i Hel. Składa się z restauracji, barów, kwater, pensjonatów, przyczep kempingowych i hoteli. Latem dojdą do tego jeszcze niezliczone stragany.

Rozewie, wysokie na 50 metrów klify i piękny bukowy starodrzew w nadmorskim pasie

Tak na marginesie, kilka dni temu portal European Best Destinations uznał okolice Helu za jedną z najbezpieczniejszych plaż w Europie! Zadecydowała między innymi struktura miejsc noclegowych – chodzi o to, że w dobie koronawirusa za bezpieczniejsze uważa się noclegi w obiektach kameralnych, a mniej pożądane są duże hotele. Ponadto wzięto pod uwagę fakt, że w Polsce do tej pory niewiele było zakażeń oraz, że ilość łóżek szpitalnych w przeliczeniu na mieszkańców jest większa, niż w wielu innych europejskich krajach. Pierwsze miejsce zajęła plaża w Grecji, drugie w Portugalii. Półwysep Helski uplasował się na trzeciej pozycji. W pierwszej dziesiątce znalazła się także łotewska Jurmala oraz litewska Nida. Generalnie, Bałtyk ma dobrą prasę.

Sporo tu zabytkowej architektury, wiadomo, jest to region z długą historią miast, portów i zamków. Dobre miejsce do odbycia niejednej lekcji historii, ot, choćby w Muzeum Obrony Wybrzeża na Helu.

Plaża w Jastrzębiej Górze, 28 maja 2020 r.

Nie czekajcie na upał, tłumy i korki na tutejszych drogach (kto był tu w wakacje, ten wie). Przyjedźcie poza sezonem, co gorąco polecam!

Według danych GUS-u w kwietniu tego roku w całej Polsce spadek ilości noclegów wyniósł aż 97 proc. w stosunku do kwietnia roku poprzedniego! Maj w statystykach też wyjdzie słabo. Może czerwiec trochę nadrobi, zaraz długi weekend, więc turyści powinni się pojawić, ale oczywiście tych kilka dni nie zrównoważy wcześniejszych strat. Kluczowe będzie przedłużenie sezonu i zapełnienie miejscowości wypoczynkowych we wrześniu i październiku.

A na zakończenie, nie mogłem się oprzeć, to zdjęcie który dziś cieszy się dużym powodzeniem wśród osób związanych z turystyką. Ci, którzy pamiętają lata 80. XX wieku od razu rozpoznają kadr z filmu Arabela. Młodsi wpiszą w wyszukiwarkę i też dowiedzą się, co mam na myśli zestawiając ten obraz z polityką rządu wobec naszej branży.

Ustalanie zasad organizowania wycieczek, obozów i kolonii młodzieżowych. Szczebel rządowy 😉

Korzystałem z przewodnika „Pomorze Wschodnie i Bornholm”, Pascal 2002.

Koronaplaże i inne pomysły na lato 2020

Próbujemy ratować choć część turystycznego sezonu. Pojawiają się pomysły do zastosowania przez kolejne segmenty z naszej branży. Od 15 kwietnia Emiretes przeprowadza szybkie testy na Covid-19, a Etihad na lotnisku w Abu Zabi planuje uruchomienie automatycznych kiosków sprawdzających stan zdrowia pasażerów (więcej o tym w artykule: Turystyka po koronawirusie). Zasada jest prosta: przechodzisz pozytywną weryfikację – lecisz, maszyna powie „nie” – zostajesz.

Najwyższy czas, by o możliwości letniego wypoczynku pomyślały również wakacyjne kurorty. Być może i w tym przypadku da się zastosować nowoczesne technologie. Mogły by to być na przykład aplikacje monitorujące stan zdrowia oraz sprawdzające kontakty z osobami zakażonymi. Przy tym rozwiązaniu na plażę byłyby wpuszczane tylko te osoby, którym aplikacja na to pozwoli. Oczywiście, takie metody zastosowane na skalę masową szybko zamienić się mogą w coś w rodzaju „dyktatury technologicznej”, ale wygląda na to, że odwrotu już nie ma. Również polski rząd pracuje nad tego typu aplikacją i według ministra cyfryzacji ma być gotowa w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

W tym przypadku podstawowe pytanie brzmi: ile wolności i prawa do prywatności jesteśmy w stanie poświęcić, by nie utracić możliwości podróżowania, wypoczynku i zabawy. Myślę, że sporo i, że dość łatwo przejdziemy nad tym do porządku. Za bardzo przywykliśmy do dobrego, byśmy chcieli teraz z tego zrezygnować.

Czy aplikacja w naszym smartfonie albo inny rodzaj  cyfrowego certyfikatu, o którym wspominał niedawno Bill Gates, może być niezbędną przepustką przy wejściu do popularnego muzeum, zabytku, restauracji czy nawet na starówkę miasta żyjącego z turystów? Pewnie tak. A jeśli dodatkowo taką aplikację uda się połączyć z mikropłatnościami, np. za obowiązkowe tak zwane opłaty klimatyczne, to sukces mamy zapewniony.

Są i pomysły bardziej klasyczne. Od wczoraj światowe media obiegają wizualizacje włoskiej plaży. Według koncepcji lokalnych władz turyści mieliby wypoczywać w dwuosobowych boksach, porozdzielani ściankami z przezroczystego tworzywa. Internautom natychmiast skojarzyło się to z parawanami nad polskim morzem i zaowocowało wysypem memów.

Demotywatory.pl

Przy tej okazji przypomniał mi się tekst sprzed prawie dwóch lat. Napisałem go latem 2018 roku, a dziś, dzięki włoskiemu pomysłowi na czas koronawirusa, zyskał nowe życie. Oto on:

Parawany nad Bałtykiem

W szczycie turystycznego sezonu, na przełomie lipca i sierpnia, kiedy ruch w biurach podróży największy i ceny w skali roku najwyższe, Tomasz Michniewicz, jeden ze znanych polskich podróżników opublikował tekst, który wyśmienicie odnalazł się w tym trudnym dla mediów czasie. Sezon ogórkowy sprowadza się do tego, że tematów do opisania mniej, a i uwagę czytelników przyciągnąć trudniej. Trzeba więc uderzyć mocno, zdecydowanie i najlepiej poruszając kontrowersyjne kwestie. Tym razem się udało. Artykuł pod tytułem „Parawanów nie ma nigdzie na świecie, to nasz autorski wkład w podróżniczy pejzaż” (Gazeta.pl) wywołał sporą dyskusję, mnie dopadł na wakacjach w Grecji. Burza na Facebooku, mnóstwo komentarzy pod artykułem na jednym z popularnych portali internetowych oraz błyskotliwa polemika Piotra Stankiewicza, filozofa, pisarza i poety, sprawiły, że parawany stały się ważnym ogólnonarodowym tematem.

Główna teza artykułu Michniewicza sprowadza się do stwierdzenia, że rozstawianie plastikowych osłonek na plażach Bałtyku odzwierciedla kulturowy i społeczny poziom Polaków. Odgradzamy się od innych, ponieważ nie chcemy się poznawać, integrować i wspólnie spędzać czasu. Autor kończy wypowiedź stwierdzeniem, iż „trochę żal, że nie żyjemy w bardziej otwartym, przyjaznym społeczeństwie”. Od tego już tylko krok do opinii, że jesteśmy narodem zaściankowych ksenofobów. Pewnie dlatego artykuł wywołał taką burzę. Autor uderzył w czułą strunę.

Sprowokowany Stankiewicz pogląd Michniewicza nazwał autorasizmem, tłumacząc, że: jest to „natrętna i chorobliwa potrzeba widzenia Polski i Polaków jak najgorzej, potrzeba autohejtu i samoupupienia”. Publicysta bez litości wytknął wszystkie proszące się o krytykę punkty tekstu znanego podróżnika, w tym przede wszystkim, oczywistą bezzasadność porównania wypoczynku nad Bałtykiem do jazdy afrykańskimi matatu i indyjskimi pociągami.

Już sama polemika zasługuje na uwagę i sprawia czytelniczą przyjemność. Zainteresowanym polecam oba teksty. Wyszukiwarki internetowe łatwo wskażą do nich drogę.

Słaby ze mnie specjalista od nadbałtyckich plaż. Latem byłem raz, dawno temu, jeszcze jako dziecko, na wczasach z mamą i bratem. Później jakoś się nie składało, na studiach zacząłem pracę w ciepłych krajach, mieszkałem w Egipcie, później, już w ramach własnego biura, podróż za podróżą w różne miejsca, na polskie morze brakowało więc czasu. A jak już była chwila, to zniechęcały trudności komunikacyjne i słynny tłok w kurortach. Raz, kilka lat temu pojechaliśmy z grupą znajomych do litewskiej Pałągi – z Białegostoku dotrzeć tam łatwiej niż na Hel czy do Władysławowa. Na Litwie plaże szerokie i piaszczyste, miejscami prawie puste, polecam piękną Mierzeję Kurońską.

Nieszczególnie lubię też plażowanie. Jeśli w ciągu ostatnich lat usiłowałem wypoczywać nad takim czy innym morzem, to wyłącznie ze względu na dzieci, które akurat takie wakacje cenią sobie najbardziej.

Tak więc, nie znam się na parawanach i plażach. Mam pojęcie o tym tyle, ile przeczytałem i usłyszałem od znajomych, którzy nad Bałtyk jeżdżą regularnie. Mówią, że drogo, że tłoczno, ale też, że polskie morze ma w sobie coś takiego, co przyciąga i zmusza, by być tam każdego lata, nawet jeśli pogoda nie dopisuje. Rozumiem to i szanuję, bo przecież sam mam takie miejsca, do których wracam regularnie i z wielką ochotą. Co więcej, oczywiście dobrze, że Polacy lubią Bałtyk, bo dzięki temu masa pieniędzy zostaje w kraju, napędzając lokalną koniunkturę. Gospodarczo wszyscy na tym korzystamy.

Ludzie wypoczywają tak, jak chcą. W tym jest siła turystyki. Zaspokaja różne potrzeby. Jest w niej miejsce dla podróżników docierających do umownych „końców świata”, jest też dla plażowiczów dbających o ładny kolor opalenizny. Jestem częścią tego przemysłu i nie odważyłbym się stwierdzić że jedna forma jest lepsza od drugiej. Choć oczywiście mam swoje preferencje, lubię takie, a nie inne rzeczy i zawodowo zajmuję się konkretnym, mocno sprecyzowanym stylem podróży.

Może to moje branżowe skrzywienie, ale tak sobie myślę, że jeśli rzeczywiście jest tak, jak pisze Tomasz Michniewicz, iż parawany na plaży są naszym polskim wynalazkiem, że spotka się je wyłącznie u nas, to fakt ten trzeba wykorzystać. Pochwalić się tym zamiast piętnować! Unikatowość jest dziś w cenie. Jeśli umiejętnie ustawić przekaz, to zjawiska oryginalne i ciekawe promują się same. Łatwo pokazać te plaże na zdjęciach. Widziałem kilka fotografii z lotu ptaka. Wyglądają pięknie, malarsko. Są właściwie gotowymi obrazami. Przyciągają uwagę, a to już połowa sukcesu. Część świata dowiedziałaby się, że w ogóle mamy morze, i że można u nas wypoczywać. Jaką wymowę mają zatłoczone plaże? Skoro tyle tam ludzi, to pewnie jest super; z jakiegoś powodu przecież turyści tam przyjechali, rozstawili kolorowe osłonki i leżą. Jedźmy więc i my – powiedzą miłośnicy wczasów na plaży. Trzeba pojechać, sprawdzić i sfotografować to wyjątkowe zjawisko – powiedzą poszukiwacze ciekawych tematów. Polska Organizacja Turystyczna mogłaby ogłosić konkurs na najlepsze zdjęcie na Instagramie lub najładniejsze ujęcie z drona. Pomysły nasuwają się same. Jest ich cały worek i wszystkie pozytywne.

Przy okazji może powstałby światowy rynek parawanów plażowych, jako przestrzeń do zagospodarowania przez polskich producentów.

Zobacz też: Koronawirus, rezygnacja z wycieczki a ustawa o imprezach turystycznych.

Turystyka po koronawirusie

Jak będzie wyglądało podróżowanie po okresie epidemii? Nie tylko nasza branża zadaje sobie to pytanie. Stawiają je także dziennikarze, publicyści, filozofowie i oczywiście turyści – najbardziej zainteresowani rozwojem sytuacji.

Łatwo przewidzieć, że zmniejszy się popyt, czyli stracą biura podróży, hotele, linie lotnicze i właściwie wszystkie podmioty bezpośrednio lub pośrednio związane z gospodarką tego sektora. Kryzys odbije się na kondycji finansowej osób podróżujących, dlatego zapotrzebowanie na wycieczki zmaleje. Już jest to zauważalne. Klienci biur, którzy mają zarezerwowane imprezy na lato i jesień informują, że nawet jeśli epidemia się skończy i będzie można podróżować, to oni niestety nie będą mogli zrealizować planów, bo tracą pracę, a ich firmy generują straty. Poza tym jest jeszcze kwestia urlopów. Ktoś ma przestój teraz, siedzi w domu, więc za kilka miesięcy, jak już będzie można pracować, to czas poświęci na aktywność zawodową, wakacje zejdą na dalszy plan.

Ile zajmie nam odbudowanie popytu? Myślę, że kilka lat. Dużo zależy od tego, jak bardzo w czasie izolacji zdążymy zdemolować gospodarkę, ile miejsc pracy zniknie i o ile obniżą się pensje. Znaczenie będzie miał też poziom zaufania i poczucie stabilności finansowej. Przez ostatnich kilka lat kupowaliśmy wiele, również podróże, ponieważ czuliśmy się pewnie, wydawało się nam, że dobrze płatna praca jest i będzie. Oczekiwaliśmy wzrostu wynagrodzeń, nie braliśmy pod uwagę możliwości załamania. Tymczasem trzeba jasno powiedzieć, że czas ten był absolutnie wyjątkowym momentem w naszej historii. Ci, którzy to rozumieli odkładali pieniądze, szukali zabezpieczeń. W efekcie łatwiej przejdą przez ten trudny okres. Zobacz też: Sytuacja w branży turystycznej.

Tak więc podstawowym problemem będzie popyt. Ale oczywiście nie tylko to. Co jeszcze?

Wydolność branży. Mamy do czynienia z gwałtownymi redukcjami. W zatrudnieniu i infrastrukturze. Mocno tną linie lotnicze, hotele, restauracje, firmy transportowe, biura podróży… Tego łatwo, z dnia na dzień, nie da się odtworzyć. Z rynku zniknie wielu pilotów wycieczek i przewodników. Czy wrócą do zawodu? I kiedy? Przez lata będziemy odbudowywali nie tylko popyt, ale też możliwości branży.

Utrudnienia związane z bezpieczeństwem zdrowotnym. Tak, jak po 11 września 2001 roku, pojawiły się większe kontrole na lotniskach, tak po epidemii pojawić się mogą regulacje dotyczące zdrowia. Nietrudno wyobrazić sobie, że do samolotu wejdziemy i zakwaterują nas w hotelu, jeśli przedstawimy aktualne badania zdrowotne. Proste i szybkie testy na Covid-19 będą produkowane w setkach tysięcy, może będą rozdawać je na lotniskach i w hotelowych recepcjach. Wielcy tego świata pomyślą oczywiście, jak tę nadzwyczajną sytuację obrócić na własną korzyść. Co można zyskać? Większą kontrole nad ludźmi, dalej idący wpływ, możliwości drenowania pieniędzy. Obowiązkowe aplikacje w smartfonach śledzące stan naszego zdrowia oraz kontrolujące potencjalne kontakty z zakażonymi, to tylko początek możliwości. Werdykt aplikacji może być przepustką do podróży, czymś w rodzaju drugiego paszportu. Koncerny farmaceutyczne zasugerują szczepionki, na wszelki wypadek, na różne dolegliwości, zalecane szczególnie przed podróżą.

W efekcie podróżowanie może okazać się trudniejsze i bardziej kosztowne. Czy stanie się w związku z tym bardziej elitarne? Nie wiem, dziś trudno to przesądzić, ale na pewno jest to jedna z opcji.

Inną jest rozwój czegoś, co umownie nazwać możemy „wirtualną turystyką” . O tym piszę w osobnym artykule: Wirtualne podróże.

PS.
Już po napisaniu tego artykułu dowiedziałem się, że Etihad, jako pierwsza linia na świecie, pod koniec kwietnia rozpocznie testy samoobsługowych kiosków, które mają wstępnie weryfikować stan zdrowia podróżnych. Urządzenia takie pojawią się na lotnisku w Abu Zabi i będą kontrolowały temperaturę, puls i poziom oddechu.

Dziś przypominam artykuł sprzed 10 lat, z 10.04.2010 roku: Moje spotkanie z prezydentem Kaczyńskim.

Majówki nie będzie!

Naprawdę, to nie prima a prilis. Długi weekend majowy został odwołany.

Jedno z najbardziej popularnych turystycznych przedsięwzięć, w tym roku się nie wydarzy. To fakt bez precedensu. Czas na przełomie kwietnia i maja był okresem żniw, momentem, w którym branża zarabiała większe pieniądze, nadrabiając spadki z okresu zimowego. Majówka była też sygnałem do rozpoczęcia sezonu, od niej zaczynało się umowne turystyczne lato. Przygotowywano się do niej z dużym wyprzedzeniem i wiązano konkretne biznesowe plany. Teraz cała ta praca idzie na marne. Na ten temat zobacz artykuł: Wielka majówka.

Bez potrzebnego dochodu pozostaną biura podróże, hotele, restauracje, linie lotnicze, atrakcje turystyczne, piloci wycieczek i przewodnicy.

W naszym biurze anulacje rozpoczęliśmy już w połowie lutego. Na pierwszy rzut poszły wycieczki do Chin i Iranu przewidziane na połowę kwietnia. Wtedy straty te wydawały się istotnym problemem. Dziś, w obliczu decyzji o odwołaniu imprez na weekend majowy, anulacja tamtych kilku wycieczek wydaje się błahostką.

Na koniec kwietnia i początek maja planowaliśmy imprezy m.in. do Uzbekistanu, Gruzji, Albanii, Libanu, Armenii oraz na Białoruś i Litwę. Grupy wypełnione po brzegi, większość wycieczek sprzedana z dużym wyprzedzeniem, na przykład na Armenię wolnych miejsc nie było już od pół roku. Kilka miesięcy intensywnej pracy biura obróciło się w niwecz.

Jedno z najczęściej zadawanych dziś pytań brzmi: kiedy to się skończy? Bardzo chcielibyśmy wiedzieć, bo to umożliwiłoby planowanie, a w związku z tym minimalizowanie strat. Byłoby dobrze, gdyby rząd popracował nad wyjaśnieniem sytuacji. Urządzałby nas, na przykład komunikat, że granice i lotniska będą zamknięte, powiedzmy do 10 maja, a po tej dacie ruszamy – o ile nie nastąpią dalsze nadzwyczajne okoliczności. Dysponując takimi danymi mamy jasną sytuację: anulujemy wszystkie wycieczki do 10 maja, turystom zwracamy pieniądze lub proponujemy przeniesienie wpłat na późniejsze imprezy, a sami występujemy o zwroty do linii lotniczych i pozostałych kontrahentów.

A jak to wygląda dziś? Tak naprawdę nie wiemy do kiedy turystyka jest zamrożona. Oficjalnie długi weekend majowy jest jeszcze w grze. Skoro nie ma decyzji rządu o zablokowaniu granic, to linie lotnicze nie anulowały połączeń. LOT skasował rejsy tylko do 19 kwietnia. Bilety kupione na późniejsze terminy obowiązują. I nie ma znaczenia, że ktoś słabo wierzy w możliwość realizacji wycieczek na przełomie kwietnia i maja. Ważne, że rezerwacje obowiązują i wycofanie się z nich związane jest z kosztami. Więcej na ten temat w artykule: Polityka biura podróży w związku z epidemią koronawirusa.

Lepszy czas

Nie lubię wiosennej zmiany czasu, tego przyspieszenia o godzinę. By przejście nie było szokiem, najlepiej wyjechać, zmienić klimat, wtedy przeróbki, która akurat dzieje się u nas w domu, po prostu nie odczujemy. W tym roku o tej porze miałem być w Jordanii. Trochę później planowałem Armenię i Kazachstan. Z racji na epidemię koronawirusa plany oczywiście trzeba zmienić. W zeszłym roku wiosną poleciałem do Libanu.

W świecie podróży przestawianie wskazówek zegara o pełną godzinę, to rzecz oczywista, robimy tak przemieszczając się i zmieniając strefy czasowe. Ale są też kraje, po przyjeździe do których czas zmienia się nietypowo, o pół godziny, albo ledwie o piętnaście minut! Piszę o tym w artykule: Zmiana czasu.

W ostatni weekend marca 2020 roku wypada życzyć, żeby to przesunięcie zegarków o godzinę rozpoczęło zmianę w kierunku lepszych czasów, żebyśmy szybko wyszli z tarapatów, w jakie wpędziła nas epidemia!

Wirtualne podróże

Napisałem ten tekst dwa lata temu, w ramach przygotowywanej od dawna książki „O podróżowaniu”. Przypomniał mi się teraz. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w obecnej sytuacji wymuszonej epidemią koronawirusa, wirtualne podróże mogłyby mocno zyskać na popularności. Gdyby ktoś miał zaawansowany produkt tego typu, mógłby śmiało liczyć przychody. Po drugie, bo zdałem sobie sprawę, jak bardzo nie przewidzieliśmy obecnej sytuacji. Wydawało się, że najważniejszym problemem turystyki będzie zbyt intensywny wzrost liczby podróżujących. Tymczasem mamy wyludnione hotele, zawieszone połączenia lotnicze, pozamykane granice…

Coraz bardziej aktualne staje się pytanie nie o to, co teraz, ale o stan turystyki za kilka miesięcy. Jaka będzie? Bo to, że się zmieni, jest już niemal pewne. Przyjdzie nam żyć w odmienionym świecie, w którym przeformułować się mogą nie tylko procedury, ale też i wartości. Jaką rangę będą miały podróże organizowane dla przyjemności?! Może trzeba będzie je ograniczyć ze względu na bezpieczeństwo, dla dobra ludzkości?

Dobrze jest przypomnieć, co myśleliśmy przed wybuchem niespodziewanego kryzysu, żeby zadać sobie sprawę z faktu, że to, co uważamy za oczywiste i naturalne, wcale takie być nie musi.

Oto tekst z 2018 roku:

Przyszłość

Udzielałem wywiadu dotyczącego turystyki. Na pytanie o rozwój w perspektywie piętnastu lat odpowiedziałem, że nie bardzo wiem, bo wszystko jest możliwe, że równie dobrze, co nad programami nowych wycieczek, mógłbym pracować nad udoskonaleniem gogli symulujących podróże. Istotnie, myślę, że rozwinie się przestrzeń doświadczeń alternatywnych. Co więcej, będziemy zwiedzać nie tylko miejsca rzeczywiście istniejące, ale również obszary zupełnie wirtualne. Szybko okaże się, że dobrze opłacany zespół młodych grafików komputerowych stworzy „zabytki” i atrakcje przewyższające splendorem Tadź Mahal i piramidy w Gizie. Bez tłoku, niedogodności i chorób żołądkowych. Łatwo i przyjemnie, a tak przecież lubimy.

Ale to tylko jeden z powodów. Są przecież i kolejne, w tym bardzo ważny, moim zdaniem – ograniczone możliwości rozwoju światowej turystyki. W 2018 roku, podobnie jak w latach poprzednich, turystyczne podróże odbywa ekonomiczna elita. To przedstawiciele tej grupy przemieszczają się samolotami, zamieszkują hotele i nawiedzają turystyczne hity od Luwru i Wenecji po tokijską Ginzę. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby do tej uprzywilejowanej grupy dołączyły większe rzesze mieszkańców globu? Jak zmieścić miliardy ludzi w najpopularniejszych muzeach i centrach turystycznych miast? Jak ułożyć ich na plażach pożądanych kurortów? Co z problemami komunikacyjnymi, ekologią, bezpieczeństwem i komfortem życia miejscowych?! Świat nie udźwignie obciążenia wynikającego z tak daleko idących zmian.

Jest jeszcze coś. W przypadku części podróżujących osób, wrażenia, jakie niesie tradycyjna turystyka przestają wystarczać. Przyzwyczajamy się i z czasem uodparniamy na bodźce. Trzeba czegoś więcej. Również dlatego, że świat zmalał, przestał szokować; już nie wprawia nas w osłupienie widok tego czy owego. Oswojeni jesteśmy z odmiennymi kulturami, dietami i strojami. Przydałyby się nowe obszary eksploatacji, nowe kontynenty, wcześniej jeszcze nie odkryte. A skoro ich nie ma, to trzeba je stworzyć, wykreować. Można wirtualnie. Byle sugestywnie, wtedy to zadziała. Zobacz też: Coraz mniejszy świat.

Dziś na Facebooku wyświetlił mi się krótki film promujący turystyczny produkt pod nazwą „Dinner in the Sky”. Plaża w Rumunii. W dole parasole i leżaki, linia wody, białe grzbiety fal. W górze, na wysokości kilkudziesięciu metrów fruwa stół otoczony fotelami. Na fotelach ludzie przypięci pasami bezpieczeństwa. Pośrodku dziewczyna gra na skrzypcach, a nieco dalej barman serwuje drinki. Wszystko to zawieszone na grubej linie umocowanej do potężnego dźwigu. Kamera pokazuje pełne radości twarze, ludzie robią selfie. Widać są duże emocje. To są wrażenia! Nie to co tam na dole. Tego właśnie dziś trzeba. Standardowa plaża, słońce i woda to mało. Na razie stół musi fruwać rzeczywiście, musi być lina i dźwig. Ale gdyby tak dało się to zasymulować i poddać wirtualnej kreacji?!

Wyraźną przesłankę, sugerującą to, co może czekać nas w przyszłości, obserwujemy już od dobrych kilku lat. Na wycieczkach szkolnych. Dzieci nie oglądają tego, co widać przez okna autokaru, tylko obserwują ekrany tabletów i smartfonów. W muzeach dostają słuchawki, w których słychać opowieść przewodnika. Ci zdolniejsi do tych słuchawek podpinają swoje urządzenia z muzyką. Udają uczestnictwo w wycieczce, w rzeczywistości pozostając w swoim świecie. Wyrosną z tego i przejdą na „prawdziwą turystykę”. Może. A może jednak nie?

Ciekawe, co będzie towarem bardziej luksusowym, wycieczka w tradycyjnym jej rozumieniu czy może ta wirtualna, stworzona w oparciu o najnowsze technologie i bogata w intensywne doznania. W którą stronę pójdziemy?

Zobacz też: Zakazana turystyka.

Sytuacja w branży turystycznej

Turystyka znalazła się w tarapatach. Nie pierwszy raz co prawda, ale wcześniejsze kryzysy nie miały aż tak dużej skali. Z racji na fakt, że skupianie się na tym, z czym dziś mamy do czynienia nie bardzo ma sens, ponieważ jutro może być to nieaktualne, to postanowiłem przypomnieć wcześniejsze, najtrudniejsze przypadki.

W branży jestem od dwudziestu lat, kilku kryzysów więc już doświadczyłem. I co najważniejsze, przetrwaliśmy je, i ja, i branża, a to napawa optymizmem i pozwala mieć nadzieję, że i tym razem jakoś z tego wyjdziemy. Plusem może być to, że trzeba będzie zastanowić się nad nowymi rozwiązaniami, na przykład nad uruchomieniem czegoś w rodzaju towarzystwa asekuracji wzajemnych (o czym niżej).

W 2001 roku mieszkałem w Egipcie, pracowałem jako pilot i przewodnik na rejsach po Nilu. To były bardzo atrakcyjne wycieczki, wtedy cieszyły się wielką popularnością. W pracy wykorzystywałem wiedzę zdobytą w czasie studiów w Kairze, Egipt lubiłem, czułem się tam, jak u siebie w domu. To był piękny czas. Zupełnie niespodziewanie przerwany przez tragiczne wydarzenia z 11 września. Ten i kolejny dzień pamiętam dokładnie, byłem wtedy w Szarm el-Szejk, a następnie w Kairze, obserwowałem reakcję Egipcjan – z upokorzenia Ameryki cieszyli się również niektórzy z moich znajomych, młodzi i wykształceni ludzie. Sporo wtedy zrozumiałem, pojąłem siłę emocji i kulturowych uwarunkowań. Przydało się dziesięć lat później, gdy świat zachwycał się egipską rewolucją, ja pamiętałem o doświadczeniu sprzed lat, spodziewając się kłopotów. Co nieco opisałem na tym blogu, na przykład w artykule Tahrirowa demokracja.

Wtedy, we wrześniu 2001 roku, pomimo nakręcającej się atmosfery strachu czułem się bezpiecznie, nawet przez chwilę nie pojawiła się myśl, że w Egipcie mogłoby stać mi się coś złego. Nie uciekałem, zostałem i patrzyłem, jak wyludnia się Hurghada. Olbrzymi i prężny kurort, istna fabryka wakacji, z dnia na dzień przeszedł w stan uśpienia. Turyści wyjechali, hotele pozamykano, pracownicy wrócili do domów. To był przygnębiający widok. Na co dzień tysiące wesołych, cieszących się życiem ludzi, tworzyło w mieście specyficzną, rozrywkową atmosferę. Przywykłem do tego, traktowałem jak coś oczywistego, innej Hurghady nie znałem. Nagle, jakby świat zamarł. Oczywiste zniknęło, zostały puste ulice. Smutek. Trwało to kilka miesięcy. Na większa skalę, turyści zaczęli wracać w styczniu. Fabryka wakacji znowu ruszyła.

Od tamtej pory wiem, że turystyka jest bardzo niestabilną gałęzią gospodarki. Wisi na cienkim włosku. We współczesnym świecie przywykliśmy traktować spokój i dobrobyt, jako coś naturalnego. Wydaje się nam, że zawsze będą wakacje i zawsze będzie nas na nie stać.  Tymczasem doświadczenia historyczne nakazują znacznie bardziej racjonalne podejście. Trzeba się liczyć z większymi lub mniejszymi okresami zawirowań. Dla osób, które w branży pracują od niedawna i nie doświadczyły jeszcze poważniejszych kryzysów, obecna sytuacja może być sporym szokiem. Dla nas wszystkich będzie solidną szkołą przetrwania.

Spore perturbacje miały miejsce wiosną 2010 roku. Najpierw katastrofa smoleńska, a chwilę później wulkan, który unieruchomił samoloty nad Europą, przez co nie sposób było rozpocząć zaplanowaną wycieczkę (straty biur podróży) i przywieźć do kraju turystów, którym wycieczka właśnie się zakończyła (jeszcze większe straty). W najpoważniejsze tarapaty wpadły firmy, które akurat miały najwięcej klientów, głównie w Egipcie i Tunezji. Od tamtych wydarzeń zaczęły się problemy znanego, dużego biura Alfa Star, które w końcu zakończyły się jego upadkiem. Więcej o tym w artykule: Wulkanom już dziękujemy.

W międzyczasie było kilka momentów o mniejszym i lokalnym znaczeniu, na przykład latem 2006 roku w Izraelu, kiedy to ze względu na wojnę na Bliskim Wschodzie ruch turystyczny niemal zamarł. Niemal, bo jednak cześć wycieczek przyjeżdżała, w tym moje. Korzystaliśmy wtedy z łatwiejszego dostępu do zazwyczaj obleganych miejsc, wygodnie i bez kolejek zwiedzając najważniejsze obiekty z Jerozolimą i Betlejem na czele.

Bez wpływu na turystykę nie pozostała też sytuacja na Ukrainie. W 2014 roku ludzie rezygnowali z wyjazdów do Gruzji i Armenii „bo obok jest wojna”. Trzeba było wyjaśniać, tłumaczyć, uspokajać, pisać artykuły (zobacz np. Bezpieczne wycieczki do Gruzji i Armenii). Wtedy też, na kilka lat zrezygnowaliśmy z łączenia wycieczki do Mołdawii z Odessą.

Na przestrzeni dwudziestu lat bywało różnie. Rozwojowi turystyki opartemu na zaufaniu klientów nie sprzyjała fala bankructw biur podróży, w tym tych największych i najbardziej znanych, z Orbisem i Triadą na czele (zobacz: Dlaczego upadł Orbis Travel). Ponadto Polacy na tyle korzystali z różnych form zorganizowanego wypoczynku, na ile pozwalały im domowe budżety oraz poczucie komfortu finansowego, a z tamtych czasów pamiętamy, że szliśmy od kryzysu, do kryzysu, cały czas mając nadzieję, ze kiedyś będzie lepiej.

To „lepiej” zaczęło się w końcu realizować. Przez kilka ostatnich lat, mieliśmy w turystyce sytuację, jakiej nigdy wcześniej nie było. Dominował optymizm i chęć wydawania pieniędzy, rynek korzystał z zasobność portfeli Polaków. Nie narzekała też turystyka przyjazdowa, bijąc kolejne rekordy.

Rosła światowa turystyka, nawet o 7 proc. rocznie. Nie nadążano z budową niezbędnej infrastruktury, w tym m.in. lotnisk. W bardziej popularnych miejscach hotele trzeba było rezerwować z dużym, nawet rocznym wyprzedzeniem. Liniom lotniczym brakowała maszyn.

W dobie tego, z czym się dziś mierzymy, paradoksalnym wydaje się, że jeszcze kilka miesięcy temu miasta i regiony tworzyły programy ograniczania zbyt mocno rozwiniętego ruchu turystycznego. Na nadmiar turystów cierpiała m.in. Wenecja. Modne stawało się ograniczanie podróży lotniczych (zobacz artykuł: Wstyd z latania). Dziś brzmi to wręcz niewiarygodnie. Opustoszałe Włochy liczą straty, a z nią niemal cały świat, od największych linii lotniczych, przez hotele, po pilotów wycieczek i przewodników turystycznych.

To prawda, takiej sytuacji jeszcze nie było, co gorsza, nie wiadomo, jak będzie się rozwijać, ale nie jest to pierwszy poważny kryzys. Poprzednie czegoś nas nauczyły, niektórzy wyciągnęli wnioski zmieniając modele biznesowe, dostosowując się do nowych czasów. Ten też powinien przynieść jakąś naukę. Może będzie na przykład katalizatorem do powołania dodatkowego mechanizmu asekuracji w postaci czegoś w rodzaju towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Działającego na zasadzie dobrowolnego zrzeszenia i składek gromadzonych na wypadek „nadzwyczajnych okoliczności”. Taki fundusz mógłby być również partnerem do rozmów z rządem w sytuacji podobnej do tego, z czym mamy do czynienia obecnie. Ewentualne dotacje z budżetu państwa również mogłyby iść za jego pośrednictwem.

Dziś dowiedzieliśmy się o zamknięciu na dwa tygodnie szkół, uczelni, kin, itp. Być może pomysł, żeby  „wszystko zamknąć” ma sens. Gdyby tak na cały marzec zawiesić ruch turystyczny i anulować wszystkie wycieczki, a jakiekolwiek podróże ograniczyć do minimum… Nie wiem, jak z medycznego punktu widzenia, ale z perspektywy branży turystycznej mogłoby to być jakieś rozwiązanie. Tracimy jeden miesiąc, koszty oczywiście będą, ale jeśli od kwietnia zaczniemy pracować, a w maju ruszymy pełną parą, to wyjdziemy na prostą. Gorzej, gdy problem będzie ciągnął się miesiącami, aż do lata, wtedy straty będą trudne do odrobienia, odczują je klienci oraz cała gospodarka.

Zobacz też: Koronawirus, ustawa o imprezach turystycznych a rezygnacja z wycieczki.

 

Koronawirus, rezygnacja z wycieczki a ustawa o imprezach turystycznych

Odpowiadając na pytania dotyczące możliwości rezygnacji z wycieczki powołujemy się na art. 47 ustawy o imprezach turystycznych. W ciągu ostatnich tygodni temat wiele razy pojawiał się w mediach, też miałem okazję o tym mówić, np. w Radiu Białystok i TVN.

Z przebiegu dyskusji, w tym z wypowiedzi w prasie specjalistycznej oraz komunikatu UOKiK z dnia 02.03.2020, można by wnioskować, że ustawa jednoznacznie i precyzyjnie definiuje przypadki, w których turysta może ubiegać się o zwrot całości wpłaconych pieniędzy w przypadku rezygnacji. Tymczasem, jak sądzę, niejedna z tych wypowiedzi, w tym również komunikat UOKiK, wprowadza klientów biur podróży w błąd, mylnie interpretując zapis ustawy.

Wydaje się, że w dominującej części wypowiedzi, jakie zaistniały w przestrzeni publicznej, skupiono się na pierwszej części ustępu 4 z artykułu 47 ustawy („nieuniknione i nadzwyczajne okoliczności”) pomijając jego dalsze brzmienie, stanowiące, iż te nadzwyczajne okoliczności muszą mieć „znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej”, a właśnie ten fragment jest kluczowy i od niego może zależeć, czy w przypadku rezygnacji turysta otrzyma zwrot wpłaconych pieniędzy czy też nie. Dla ułatwienia zacytujmy ów ustęp w całości:

Art. 47 ust. 4. Podróżny może odstąpić od umowy o udział w imprezie turystycznej przed rozpoczęciem imprezy turystycznej bez ponoszenia opłaty za odstąpienie w przypadku wystąpienia nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności występujących w miejscu docelowym lub jego najbliższym sąsiedztwie, które mają znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej lub przewóz podróżnych do miejsca docelowego. Podróżny może żądać wyłącznie zwrotu wpłat dokonanych z tytułu imprezy turystycznej, bez odszkodowania lub zadośćuczynienia w tym zakresie.

Przyjrzyjmy się temu uważniej.

Po pierwsze, jak rozumieć „nadzwyczajnych okoliczności”? Ustawa tego nie wyjaśnia, ale więcej światła rzuca dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 2015/2302, która stwierdza, że mogą być to „na przykład działania wojenne, inne poważne problemy związane z bezpieczeństwem, takie jak terroryzm, znaczące zagrożenie dla zdrowia ludzkiego, takie jak wybuch epidemii poważnej choroby w docelowym miejscu podróży lub katastrofy naturalne, takie jak powodzie lub trzęsienia ziemi, lub warunki pogodowe uniemożliwiające bezpieczną podróż do miejsca docelowego uzgodnionego w umowie o udział w imprezie turystycznej”. Epidemia jest więc uwzględniona w tym katalogu, do zastanowienia pozostaje kwestia tego, kiedy mamy do czynienia z epidemią i czyją opinię możemy uznać za wiążącą. Zdaniem UOKiK pomocne mogą być komunikaty Głównego Inspektora Sanitarnego, Ministerstwo Spraw Zagranicznych czy Światowej Organizację Zdrowia (WHO). Zauważyć należy przy tym, że poradnik UOKiK z dnia 02.03.2020 nie jest w tym zakresie precyzyjny, bo na przykład, jak należy rozumieć słowo „pomocne” albo, co w przypadku, kiedy wykładnia GIS i WHO nie będą spójne? Brakuje więc jasnej wykładni. Tym bardziej, że cytowana wyżej dyrektywa mówi o „znaczących zagrożeniach dla zdrowia”, a w informacji UOKiK pojawia się „realne zagrożenie”. Znaczące to nie to samo, co realne.

Po drugie, do wyjaśnienia pozostaje kwestia, czy sam fakt wystąpienia „nadzwyczajnych okoliczności”, np. epidemii (niezależnie od tego, jak ją rozumiemy) wystarczy, żeby turysta mógł zrezygnować z imprezy turystycznej bez ponoszenia kosztów. Jeśli trzymać się zapisu ustawy, to NIEZBĘDNE jest też spełnienie drugiego warunku, a więc wpływu na realizację imprezy. Nadzwyczajne okoliczności, jakie by one nie były, w dalszej części ustępu 4, doprecyzowane są poprzez skutek, jaki przynoszą. Wygląda na to, że jeśli nie mają istotnego wpływu na samą imprezę, to nie są powodem do rezygnacji z wycieczki bez ponoszenia kosztów. Interpretowałbym to w ten sposób, że w każdym konkretnym przypadku organizator imprezy turystycznej powinien przeanalizować sytuację pod kątem tego, czy w zaistniałych okolicznościach wycieczkę da się zrealizować czy też nie.

Omówmy to na podstawie dwóch przykładów.

W przypadku zaplanowanej na marzec wycieczki do Chin turysta oczywiście ma prawo do rezygnacji i odzyskania wszystkich wpłaconych pieniędzy nie tylko ze względu na bezsporny fakt „znaczącego zagrożenia dla zdrowia”, ale również dlatego, że w tym przypadku, koronawirus ma „znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej” – w Chinach zamknięto m.in. muzea i zabytki, w związku z czym nie da się zrealizować programu wycieczki. Tu mamy więc sytuację jasną, dlatego też organizatorzy wyjazdów, nie czekając na rezygnację turystów, anulują te wycieczki i zwracają wszystkie wpłacone środki.

Ale już w przypadku wyjazdu do innego kraju, w którym stwierdzono pojedyncze przypadki koronawirusa (trudno mówić o „znaczącym zagrożeniu”) i, w którym nie występują żadne utrudnienia wpływające na realizację imprezy (działają atrakcje turystyczne, hotele, restauracje, etc.) biuro podróży może mieć podstawy do tego, by klientowi naliczyć koszty w przypadku rezygnacji.

Moim zdaniem nie wystarczy sam fakt powołania się na ryzyko związanie z koronawirusem. Nie tylko dlatego, że w wielu przypadkach realna skala ryzyka trudna jest do oszacowania, ale przede wszystkim ze względu na fakt, że w ustawie pojawia się wymóg „znaczącego wpływu na realizację imprezy turystycznej”. W związku z tym uważam, że powszechnie przywoływany artykuł 47 ustawy o imprezach turystycznych, wcale nie jest tak jednoznaczny, jak to zwykło się ostatnio przyjmować.

I na koniec najistotniejsze. Bezpieczeństwo oczywiście jest ważne. Żadna, nawet najbardziej atrakcyjna impreza turystyczna nie jest warta tego, by ryzykować życiem i zdrowiem. Wie to każdy szanujący się touroperator i w praktyce stosuje tę zasadę.

W naszym biurze anulowaliśmy wycieczki do Chin i Iranu, zwróciliśmy turystom wpłacone pieniądze, sami zostaliśmy z poniesionymi kosztami. Dobre praktyki biura podróżny mogą działać w interesie klienta skuteczniej, niż nieprecyzyjny przepis prawny.

Strona 1 z 30

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén