Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Kategoria: Bez kategorii (Strona 1 z 33)

Walka o leżaki

Turystyczne lato jest przewidywalne. Przyglądając się medialnym doniesieniom można odnieść wrażenie, że jak co roku: problemy te same, dobrze znane, wręcz oczywiste. Czyli nuda. Coś by się przeanalizowało, poszukało inspiracji, a tu nic nowego, słabo. Co najwyżej, można tylko obstawiać, który portal jako pierwszy odpali z konkretnym i oswojonym tematem oraz czy będzie to historia o spóźniających się samolotach czarterowych, nagannych zachowaniach na plaży, a może o problemach z ubezpieczeniami podróżnych. W stałym katalogu jest też kwestia leżaków przy basenie. Ta właśnie się objawiła, w postaci krótkiego filmu opatrzonego wymownym tytułem: O 7.30 rano turyści „jak szarańcza” zajmują wszystkie leżaki przy basenie. Są brutalni i szybcy.

Rzecz ma miejsce na Gran Canarii, trwa 3 minuty i kończy się tym, że są ranni i poszkodowani. Do rannych zaliczamy pana, który w trakcie biegu złamał palec u nogi, a poszkodowani to ci, którym się nie udało i będą musieli cały dzień znosić cierpienia wynikające z braku leżaka. Temat w sam raz na stronę główną poważnego portalu. Tym bardziej, że opisana i sfilmowana bitwa nie dotyczyła naszych rodaków; wszystko działo się pomiędzy turystami z Wielkiej Brytanii.

Leżaki czekają na turystów

Pod materiałem mnóstwo komentarzy, w sporej części krytykujących taką formę wypoczynku. Internauci piszą, że to najgorsze zachowania, i, że w sumie, z prawdziwą turystyką mają niewiele wspólnego. Oczywiście, jest w tym sporo racji, ale z jednym istotnym zastrzeżeniem. Otóż, każdy wypoczywa, jak chce. Jedni wolą górskie włóczęgi, inni tygodniowe smażenie się przy hotelowym basenie. Turystyka jest bardzo pojemna. W tym również jest jej siła, że może zaspakajać tak zróżnicowane potrzeby.

Gdy na spokojnie podejdziemy do tematu, to jasnym będzie, że jeśli do kogoś można kierować pretensje, to przede wszystkim do hotelu. Nie tylko o to, że leżaków jest za mało, bo to standard, ale głównie dlatego, że pozwala się na ich rezerwację. Wszyscy wiemy, jak takowa wygląda. Zasada jest prosta: kto pierwszy dobiegnie do leżaka i położy na nim swój ręcznik. Po czym wcale nie musi z niego korzystać. Może pójść na śniadanie, a nad basen wrócić za godzinę lub dopiero po obiedzie. W niektórych miejscach radzą sobie z tym w prosty sposób. Obsługa hotelu zdejmuje ręczniki z leżaków, które nie są używane. Chodzi o to, żeby na leżakach wypoczywali ludzie, a nie ręczniki.

Na tej plaży w Albanii sprawa jest jasna – leżaków brak!

Próbuję wyobrazić sobie, co bym zrobił w takiej sytuacji. Jak bym się zachował, gdybym potrzebował leżaka, na przykład dla dziecka. Czy stanąłbym w kolejce i wziął udział w wyścigu o godzinie 7:30? Licho wie, nigdy nie byłem postawiony wobec takiej konieczności. Za to taka myśl chodzi mi po głowie, że chyba za łatwo ocenimy. Internauci krytykują, potępiają i śmieją się ze sfilmowanych turystów. A przecież łatwo można poszukać niuansów, które mogą rzucić na całą historię trochę inne światło. Może nie każdy zapisując się na wakacje dostał od biura informacje, że leżaków jest za mało i że trzeba będzie starać się o nie w tak szczególny sposób? Zwyczajnie, mogli nie wiedzieć na co się piszą. A skoro już się w czymś takim znaleźli, to radzą sobie w miarę możliwości, lepiej lub gorzej, z większym lub mniejszym wdziękiem.

Swoją drogą, jak już ktoś ów filmik obejrzy, to przekona się, że nazywanie tego wydarzenia bitwą, a turystów szarańczą raczej nie jest usprawiedliwione. Rzecz przebiegła znacznie spokojniej, niż wynikałoby z opisu. Mówiąc krótko, taki materiał to news z byle czego. Za mało sensacji, więc historię trzeba było trochę podkolorować, dodając kilka mocnych słów.

Z tego wynika, że sezon ogórkowy w pełni.

Zobacz też: Ile gwiazdek, tyle szczęścia

Ministerstwo Rolnictwa i Turystyki

Podobno włoski rząd chce przenieść turystykę z resortu kultury do resortu rolnictwa. Projekt zakłada stworzenie Ministerstwa Polityki Rolnej, Żywnościowej i Leśnej, a w nim departamentu zajmującego się turystyką oraz jej promocją.

Aż podskoczyłem, jak o tym usłyszałem. Przecież to mój pomysł! Głoszony od lat, na przykład tu, w 2012 roku. Niby żartem, ale jednak… W czym rzecz? Otóż w Polsce turystyka przypisana jest do resortu sportu. No i tu jest problem. Bo przecież, nie są to branże, które mają ze sobą wiele wspólnego. Dlatego też od dawna dworuję sobie, że równie dobrze można by przyłączyć turystykę do Ministerstwa Rolnictwa. Uzasadnienie narzuca się samo. Jest nim agroturystyka, bardzo prężna strefa polskiej gospodarki, zresztą w sporej części szara strefa.

Sioło Budy w okolicach Białowieży. Turystyka wiejska

Który minister sportu choć odrobinę zna się na turystyce? Sprawdźcie, jak szef tego resortu przedstawiany jest przez dziennikarzy. Zobaczycie, że w medialnych doniesieniach tytuł ten często ograniczany jest do pierwszego członu nazwy. Ministra pyta się o sport. O turystykę rzadziej! Sport jest ważny, turystyka znacznie mniej. Sport przecież jest sprawą narodowej wagi, niezmiernie ważną, a turystyka to tylko jakaś fanaberia. Zobacz też.: Premier o turystyce.

W świecie jest to różnie rozwiązanie. Dość często turystykę lokuje się w resorcie gospodarki (to chyba najbardziej uzasadnione miejsce) lub tworzy się osobne, przeznaczone jej ministerstwo.

Armenia. Karahundż. Nieczęsto spotkacie tam turystów, a miejsce jest wyśmienite!

Włosi chcą stworzyć coś zupełnie nowego. Dlaczego tak? Na pierwszy rzut oka wygląda to na dość egzotyczne zestawienie: rolnictwo i turystyka, plus leśnictwo oraz żywność. Ale w zamierzeniach rządu miałoby to zmienić kierunek rozwoju branży i nadać jej nowy impuls. Włoskie miasta przepełnione są turystami, a powszechnie znane zabytki nie wymagają już promocji. Plan jest więc taki, żeby dać impuls mniejszym ośrodkom, turystyce wiejskiej i tradycyjnej kuchni. Odciążyć to, co odciążenia wymaga i skierować urlopowiczów w niewyeksploatowane jeszcze regiony. Nie mam pojęcia czy to się Włochom uda; wśród niebezpieczeństw wymieniłbym między innymi możliwy rozrost biurokracji i urzędniczą niewydolność związaną z istnieniem tak ogromnego resortu; ale kierunek ten może mieć sens. Wydaje się odpowiadać na wyzwania, które pojawiły się wraz ze zmianami światowej sytuacji gospodarczej. Na rynek weszły nowe, olbrzymie i zamożne grupy konsumentów podróży, między innymi z Chin, Indii i Zatoki Perskiej. Będą kolejne. Wenecja oraz Rzym nie są w stanie wszystkich przyjąć. Coś trzeba z tym zrobić. Wygląda na to, że Włosi mają pomysł.

Syberia w okolicach Bajkału, wieś Wierszyna. Obowiązkowy punkt na trasie polskiej wycieczki

Popatrzmy na to z polskiej perspektywy. W Krakowie tłumy. Część mieszkańców już ma tego dość i narzeka. Jak duży wzrost miasto wytrzyma? Przydałby się jakiś program, który sprawiłby, że zagraniczni turyści przylatujący na lotnisko w Balicach nie ograniczaliby się tylko do Krakowa, żeby pojechali dalej w Polskę, do agroturystyk i mniejszych ośrodków. Tam też jest bardzo ciekawie. Na Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu Polska się nie kończy. Robimy coś, żeby tych ludzi wyciągnąć na wieś i pokazać im wspaniałe, a ciągle niedoceniane miejsca?! Z punktu widzenia gospodarki kraju, sytuacja, w której zagraniczny turysta ogranicza wizytę do kilkudniowego pobytu w dużym mieście, nie jest najlepszym rozwiązaniem, bo w takim przypadku nie wykorzystujemy możliwości i tracimy dużą część potencjału.

Rolnictwo i turystyka w jednym kadrze

Przez lata żartowałem sobie powtarzając, że zamiast Ministerstwa Sportu i Turystyki moglibyśmy mieć Ministerstwo Rolnictwa i Turystyki, na to samo by wyszło. W ten sposób chciałem pokazać, że obecne rozwiązanie ma istotne wady, że łączy branże, które w sensie gospodarczym nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. Tymczasem włoski pomysł rzucił na ów fakt zupełnie nowe światło i wydaje się, że z dowcipu może zrobić się koncepcja na serio. Bo mało tego, iż okazuje się, że turystyce bliżej do rolnictwa, niż do sportu, to jeszcze uświadamiamy sobie, że połączenie tych branż może zaowocować czymś twórczym i ciekawym. Co więcej, może być sposobem na rozwiązanie istotnego problemu współczesnej turystyki. Oczywiście, nie upierałbym się przy takim rozwiązaniu, ale gdyby ktoś z resortu rolnictwa chciał zasięgnąć opinii w tej kwestii, to służę pomocą 🙂

Rok w turystyce

Jest lipiec i właśnie przyszedł mi do głowy pomysł na ten artykuł. Pewnie lepiej byłoby przysiąść do niego w grudniu lub styczniu, żeby podsumować stary rok i zaplanować nowy, ale trudno, jest jak jest, zrobię to w środku lata. Zresztą, nie jestem odosobniony. Kilka dni temu weszła w życie nowa ustawa o usługach turystycznych, z dniem 1 lipca zmieniając reguły gry i zasady relacji biura podróży z klientem. W szczycie sezonu! Wiadomo powszechnie, że przykład idzie z góry, więc czuję się usprawiedliwiony. Skoro majestat państwa może, to i ja spróbuję.

Indie, jeden z całorocznych kierunków. Na zdjęciu poranek w Waranasi.

Łatwo pisać właśnie teraz, ponieważ turystyczny rok jest przewidywalny. Z góry wiadomo, co będzie. Tylko jakieś nadzwyczajne okoliczności mogłyby zakłócić prawidłowości, do których zdążyliśmy przywyknąć. Jak więc wygląda powtarzany od lat schemat? Otóż:

Zima. Narzekanie na pogodę i wzdychanie do lata. Czekanie na wakacje, na słońce i na urlop. Pierwsze pytania o ceny, o first minute i jak zwykle: „dlaczego tak drogo?”. A może w last minute będzie taniej? Mnóstwo pytań. Jaką strategię wybrać, kupić teraz czy czekać do ostatniej chwili? Zaryzykować urlop nad polskim morzem czy raczej postawić na ciepłe kraje? W prasie branżowej doniesienia z przedsprzedaży,  informacje o tym, jakie kierunki mają powodzenie i jak kształtują się trendy. W międzyczasie ferie, trochę nart, nieco wycieczek egzotycznych, ale generalnie, w turystyce zima jest po to, żeby czekać na lato.

Turystyczna zima potrzebuje śniegu. Na zdjęciu meczet w Kruszynianach.

Wiosna. Z pozoru niemrawa, zanurzona jeszcze w zimowym nastroju, na poły śpiąca, ale już wiadomo, że zaraz wybuchnie sezonem na wycieczki. Pierwszym symptomem są obrazki na Instagramie. Jeśli nagle tysiącami pojawią się zdjęcia krokusów z Doliny Chochołowskiej, to znaczy, że już się zaczęło i zaraz wiosna uderzy z pełną mocą. Apogeum będzie stanowił weekend majowy. Brutalnie i bez żadnych ceregieli wyrwie turystów z zimowego snu. Informacje o tym, że zbliża się ten szczególny moment pojawią wszędzie, od telewizji po ulotki osiedlowego sklepu. W gazetach i w internecie uwagę przyciągać będą porady, pomysły i rankingi. Dokąd pojechać, gdzie warto, co wybrać, z kim, za ile i dlaczego. Generalnie artykuły te mają pomóc w jak najlepszym zaplanowaniu majówki. Tyle, że akurat to, dawno już zostało zaplanowane. Siła popytu jest tak wielka, że samoloty i hotele trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. W przypadku niektórych kierunków robimy to nawet rok wcześniej. Tak więc porady czytane w kwietniu mogą się przydać, i owszem, ale w zaplanowaniu majówki na przyszły rok. Nie udało się teraz, za późno się obudziliśmy? Zabrakło miejsc albo ceny szaleńczo poszły w górę? Nic to, zaraz przyjdą wakacje, a z nimi kolejne turystyczne wyzwania. Będzie okazja, żeby się zrehabilitować i w porę zrobić rezerwację.

Wiosna w Armenii. Świątynia w Garni.

W międzyczasie, od początku maja do końca czerwca też można podziałać. Kwitnie turystyka wewnętrzna, jest to sezon na wycieczki szkolne, weekendowe wyjazdy integracyjne, ogniska, imprezy i zwiedzanie. Od Bałtyku po Tatry. Dobry czas na wszelkiego rodzaju autokarowe wypady, również do krajów sąsiednich. Są momenty, że brakuje pilotów wycieczek, autokarów i miejsc w hotelach.

Lato. Wakacyjny terror w pełni. Chcesz czy nie, czujesz się przymuszony, trzeba gdzieś wyjechać. Nawet jeśli nie masz ochoty, bo po prostu lubisz pracę albo nie jesteś zmęczony. Nieważne, atmosfera taka, że wstyd się przyznać, iż chciałoby się inaczej. Mus to mus, więc zaczyna się nerwówka. Co wybrać, jaki kierunek, hotel ten czy inny? Już rezerwować czy poczekać jeszcze kilka dni w nadziei, że ceny spadną?! Turystyka i stres, są jak siostra i brat, żyć bez siebie nie mogą. Ile to trzeba się nadenerwować, żeby dobrze wybrać i zdążyć z rezerwacją!

Latem rządzi plaża. Albania, Durres.

Lipiec to jeszcze pół biedy, jakoś tam się pracuje i można urlop odkładać na drugą część lata, ale sierpień jest miesiącem bezwzględnym. Nielubiący wakacji są bez szans. W polityce nudy, w telewizji też, w radiu ulubione audycje spadły z anteny. Miasta wyludnione, znajomi powyjeżdżali i bombardują zdjęciami na Facebooku. Wcześniej nie posądzałbyś siebie o takie tendencje, ale pod ich wpływem zaczynasz zazdrościć. Może więc jednak pojechać? I też wrzucać fotki?

W gazetach lekkie tematy, wakacyjne, na plażę. Redakcje kombinują, żeby były w klimacie, więc podobnie, jak przed weekendem majowym, mamy wysyp artykułów o turystyce. Polak na wczasach, plusy i minusy Bałtyku, najlepsze plaże, śmieszne sytuacje z pracy pilota wycieczek, letnie romanse, i tak dalej. Rankingi, poradniki i quizy, w których można sprawdzić, jakim kto jest turystą.

Nie ma gdzie uciec, wszędzie wakacyjna atmosfera. Lato ma swoje prawa. Nawet jeśli akurat pada deszcz i jest zimno.

Iran, Persepolis. Najlepsza pora na wycieczkę to kwiecień i październik.

Jesień. Przez jakiś tydzień zastanawiamy się nad tym, czy to już. Trochę niepewności, oglądanie się na pogodę i zaczynające spadać liście. W sumie zimno nie jest, a i kalendarzowo, to jeszcze niby lato. Ale zaraz wszystko się wyjaśni. Życie nabierze większego tempa, miasta utkną w korkach, a dzieci pójdą do szkoły. Wpadniemy w znane, dobrze uformowane koleiny. W radiu znowu zagości ulubiona audycja, a gazety wypełnią się poważniejszymi tematami. Życie wróci do normy. Jasnym więc będzie, że to już jesień.

I w związku z tym pojawi się ona, powakacyjna depresja. Żyć będzie w kawiarnianych rozmowach, na portalach społecznościowych i w medialnych doniesieniach. O tej porze roku temat to obowiązkowy, wręcz idealny na zakończenie urlopowego sezonu. Jest podsumowaniem mijającego lata i wprowadzeniem do tego, co właśnie się zaczyna. Oczywiście, potraktowany zostanie z przesadą, pewnie po to, by nadać mu większe znaczenie. Do depresji przecież jeszcze daleko, mówić można raczej o małym smuteczku, co najwyżej chandrze, ścielącej się jak pierwsze wrześniowe mgły. Zresztą, jak można mieć depresję po udanym urlopie?! Jeśli się wypoczęło (a wakacje po to właśnie są) to do pracy powinno się wracać pełnym energii. Jeśli teraz, na styku lata i jesieni, ktoś pisze o depresji, to chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co będzie w listopadzie! Właśnie ten miesiąc jest wyzwaniem turysty. Powszechnie uważany za najgorszy w roku. Dlatego powodzeniem cieszą się listopadowe wycieczki do egzotycznych krajów. Szuka się miejsc, gdzie świeci słońce i krajobraz zaraża optymizmem.

Co prawda, jak napisano wyżej, to zima jest właśnie po to, żeby planować letni urlop, ale część osób zaczyna już jesienią. W biurach pojawią się pierwsze katalogi z nagłówkiem first minute. Coraz częściej się zdarza, że od razu po powrocie z wycieczki rezerwujemy kolejną, na przyszły rok. Wybór większy i urlop można spokojnie zaplanować. A i czekać wtedy jest na co, bo jeśli wyjazd pięknie się zapowiada, to dłużej można się cieszyć tym, co jeszcze przed nami. Mówiąc krótko, jak ktoś lubi wakacje i wyjazdy, to takie rozwiązanie ma sens, bo nadchodzącym latem cieszyć się można już jesienią.

Zobacz też: Jesień w turystyce.

Nepal, jeden z egzotycznych kierunków na jesień. W tle Annapurna.

Taki jest właśnie turystyczny rok. Od wakacji do wakacji. Od urlopu do urlopu. Szukamy długich weekendów, pięknych wycieczek i najlepszych ofert. Kalendarz jest ważny, a w nim takie daty, jak Boże Narodzenie i sylwester, ferie, Wielkanoc, majówka, 15 sierpnia i 11 listopada, czyli te, które mogą prowokować do wyjazdów. Branża turystyczna z dużym wyprzedzeniem kreuje atrakcje i zachęca, jak tylko może. Jeździmy więc. Według danych Światowej Organizacji Turystyki w 2017 roku w podróż udało się aż 1,322 miliarda osób, o 7 proc. więcej, niż w roku poprzednim.

Autorskie biuro podróży: Krzysztof Matys Travel

Art Basel. Targi sztuki w Bazylei

Słyszeć o nich musiał każdy, kto interesuje się sztuką współczesną. Co roku w czerwcu, na kilka dni zjeżdżają się zainteresowani z całego świata. Galerie, które chcą sprzedać, potencjalni nabywcy oraz zwyczajnie, jak ja, ci, którzy chcą pooglądać. Dla tych ostatnich miejsce to wyśmienite. Na dwóch piętrach centrum targowego Art Basel zobaczyć da się więcej, niż w prestiżowych muzeach. Od klasyki po rzeczy najnowsze, płótna na których farba ledwie zdążyła wyschnąć.

Świetna architektura centrum wystawowego

Do tego mnóstwo wydarzeń towarzyszących, ekspozycje w różnych miejscach, w budynkach i w plenerze. To okazja, żeby odkryć nowe nazwiska, złapać interesujący trop i nawdychać się atmosfery, która działać będzie jeszcze przez najbliższe tygodnie.

Klasyka, czyli Jean-Michel Basquiat, gigant lat 80. XX wieku

Artystom i galeriom do centrum wystawowego dostać się nie jest łatwo, konkurencja duża, dlatego zainteresowani tematami bardziej niszowymi, szukać muszą również w innych punktach miasta. W prowadzonej przez białostoczan galerii Kooku Desighn wystawiano płótna Andrzeja Strumiłły. A jeśli chodzi o nasze, podlaskie regionalizmy, to trzeba wspomnieć Michała Jackowskiego, który również pojawił się z Bazylei.

W centrum wystawowym Art Basel, z polskich instytucji mogliśmy spotkać Fundację Foksal oraz Galerię Starmach.

Art Basel, tu się dużo dzieje…

Targowanie, handel. Przedsiębiorcy z Nowego Jorku, Londynu, Amsterdamu, Berlina, Tokio i Bombaju przywożą coś, żeby sprzedać. Ceny, które zapamiętałem. Picasso za 25 mln dolarów, mały Chagall 380 tys., Miro 950 tys., a ze sztuki współczesnej, to Joe Bradley – widziałem trzy płótna, każde za 750 tys. dolarów.

Piękny budynek centrum wystawowego zamienił się w świątynię sztuki. Zresztą nie tylko on. Miasto żyje targami, na pierwszy rzut oka widać, że Art Basel jest tam czymś ważnym. Hotele, restauracje, doskonała komunikacja publiczna, wszystko działa z myślą o gościach targów.

Jedna z londyńskich galerii wystawiająca obraz Marthy Jungwirth

Katedra w Bazylei, monumentalny gotyk, sięgająca pamięcią trzynastego wieku. Nad drzwiami św. Piotr z kluczami do raju, na witrażu Chrystus tronujący, a w środku, na miejscu ołtarza ustawiono krzesełka dla melomanów. Trwają koncerty organowe. Byłem w Bazylei pierwszy raz i za bardzo zainteresowany obrazami, żeby dopytać i wyjaśnić ten temat. Dlatego nie wiem, czy katedra przestała być kościołem tylko okazjonalnie, czy też może w ogóle nie pełni już swojej podstawowej roli. Bo brakuje wiernych, bo świat zmienił się już tak bardzo… Przechadzając się po mieście, myślę, że wszystko jest możliwe. Patrząc na Bazyleę można odnieść wrażenie, że miejscowi raj już mają. Tu, na ziemi. Pięknie, czysto, wygodnie, bezpiecznie i dostatnio. Wszyscy mili i z uśmiechem na twarzy. Łatwo uwierzyć, że nie potrzebują marzeń o innym życiu.

Fondation Beyeler

Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że:

  • W tym roku prace ponad 4 tys. artystów wystawiało 491 galerii.
  • Ceny biletów: jednodniowy kupiony w internecie: 50 franków (w kasie na targach: 60 franków); dwudniowy: 90 franków. Z biletem na Art Basel mamy 50 proc. zniżki na wejścia do muzeów Bazylei, a odwiedzić trzeba przynajmniej Kunstmuseum oraz Fondation Beyeler – piękne połączenie nowoczesnej architektury, zieleni ogrodów i wyśmienitych obrazów.

Zielony tramwaj nr 15 podwozi pod same drzwi Art Basel

Wycieczki dla koneserów wyjątkowych podróży: KM Travel

 

Coraz mniejszy świat

Z tematem borykam się od lat. Szukam nowych kierunków. Dla turystów. Biuro podróży musi odświeżać ofertę i przynajmniej raz na jakiś czas zaproponować atrakcyjną nowość. Jest z tym pewien kłopot, bo do dyspozycji mamy coraz mniej niewyeksploatowanych miejsc. Gdzie zabrać wycieczkę? Czym zwrócić uwagę i jak zainteresować rynek? Turyści, którzy dużo jeżdżą, byli już niemal wszędzie, od Nowej Zelandii po Białoruś. Świat zmalał, skurczył się i ma coraz większe trudności z zaspakajaniem podróżniczych potrzeb. Przydałyby się nowe kontynenty, a nawet więcej – nowe planety.

Właśnie to zaprzątało mi głowę, gdy przeciskałem się przez ludzką ciżbę na targach książki. Zaglądam na nie co roku, głównie po to, żeby szybko, w jednym miejscu nabyć pozycje, które wcześniej jakoś umknęły, o których w codziennym zabieganiu po prostu zapomniałem. No i oczywiście, za każdym razem mam nadzieję, że może dostrzegę jakąś perełkę, pozycję, o której nie słyszałem, a która warta jest lektury. Tym razem się udało! Wypatrzyłem ją pośród setek innych publikacji. Właściwie to chyba sama rzuciła mi się w oczy; bardziej ona znalazła mnie, niż ja ją. Książka pięknie wydana, bogata w reprodukcje dawnych map. To Atlas lądów niebyłych Edwarda Brooke-Hittchinga, autora, o którym przeczytałem na okładce, że jest nieuleczalnym mapofilem, synem antykwariusza; mieszka w Londynie wśród zakurzonych starych map oraz książek. Wiele wyjaśnia podtytuł tej pracy: Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów. Chodzi więc o miejsca, których w rzeczywistości nie ma, a które pojawiły się tylko w opisach i opowieściach. Są tam hasła zgoła niesamowite, jak choćby Wewnętrzne Morze Australii, Wyspa Demonów czy Nowa Południowa Grenlandia. Z perspektywy dzisiejszego człowieka, uzbrojonego w wiedzę i narzędzia dwudziestego pierwszego stulecia brzmi to wręcz zabawnie, ale był czas, że traktowano je serio. Wysyłano ekspedycje i wydawano opasłe tomy relacji i świadectw.

Fragment okładki. Dom Wydawniczy „Rebis”.

Cześć z zamieszczonych w tej książce map znana jest dość powszechnie z innych publikacji. Podobnie zresztą, jak i niektóre tematy. Ot, choćby królestwo Księdza Jana, którego fascynującą historię poznaje się przy okazji studiów nad Etiopią. Spora część haseł z indeksu „lądów niebyłych i fantasmagorii” powstała w okresie odkryć geograficznych, jest efektem pomyłek ówczesnych żeglarzy, ale też celowych zmyśleń i przechwałek. Najbliższa nam geograficznie jest opisana w tej książce historia bogatego wyspiarskiego miasta Wineta, utożsamianego z wyspą Wolin.

Tak więc, książka rzuciła mi się w oczy. Nie słyszałem o niej wcześniej, ale nie zastanawiałem się nad kupnem. Nabyłem od razu. Dlaczego? Z uwagi na samą koncepcję książki. A właściwie, to ze względu na sposób, w jaki tę koncepcję odczytałem. Wystarczył mi widok okładki, żeby obudziła się nadzieja, że trafiłem na coś, co może mieć znaczenie dla rozważań nad turystycznym fenomenem kurczącego się świata. To tak, jakbym spotkał kogoś, kto myśli podobnie, kto doszedł do tych samych wniosków. Radość i nadzieja na dodatkowe, inspirujące treści. Tak przywitałem książkę londyńskiego mapofila. Oto miałem przed sobą literaturę faktu, niemalże reportaż, tekst o lądach, ale lądach wyjątkowych – tych, których nie ma. Nie ma, a przecież dobrze by było, gdyby jednak istniały! Co by nam szkodziło mieć drugą Grenlandię, wewnętrzne morze w Australii czy jakiś zapomniany wcześniej kontynent?! Jasne, że byłoby super, gdyby pojawiły się na obowiązującej dziś mapie. Istniałyby i kusiły. Nie, oczywiście nie szukalibyśmy tam złota czy cennych przypraw, jak w epoce kolonialnej. Mielibyśmy po prostu więcej podróżniczych celów. Mielibyśmy pole do popisu, do zaspakajania potrzeb podróży i poznawania świata. Nowe strony w katalogach i nowe programy wycieczek.

Dawno temu nieznane lądy wzbudzały zainteresowanie z powodu marzeń o bogactwie, ze względu na szanse podboju i możliwość tworzenia kolonii. Potrzebne były faktorie, monopole i siłą budowane rynki zbytu. Emocje rozbudzały też fantastyczne opowieści o jednookich stworzeniach przykrywających się własnymi stopami i potworach zamieszkujących odległe morza. A dziś? Dziś potrzebujemy plaż dla turystów i ciekawych obiektów do zwiedzania. Tyle wystarczy.

(Długi) weekend majowy

Temat ten już kilka lat temu znalazł miejsce na tym blogu (Zobacz: Wielka majówka). Trudno było go pominąć, wszak to turystyczny klasyk. Dla firm z branży jest tym samym, czym Boże Narodzenie dla sklepów z karpiem i zabawkami. Cóż mogłem wtedy napisać? Poza oczywistymi oczywistościami, również i to, że jest coś zastanawiającego w tak dużej popularności tego terminu. Coś, co wychodzi poza jasne dla wszystkich przesłanki, takie jak: ilość dni wolnych i ładna pogoda. Tym bardziej, że i jedno, i drugie wcale nie musi być spełnione. Może być zimno i nieprzyjemnie (pamiętam majówkę na Litwie, w czasie której spadł śnieg). A przecież nie zważając na to, klienci masowo korzystają z turystycznych usług. Magia majówki. Dlaczego, skąd się bierze? Otóż możliwa jest i taka interpretacja, że właśnie wtedy, gdy zazieleni się trawa, budzi się w nas dawny instynkt koczownika, zew genetycznie przypisany osobom należącym do grupy indoeuropejskiej. Zima to stagnacja, nuda i zapiecek. Wiosna w swej rozwiniętej formie, to przebudzenie z letargu, początek akcji, wyjście w pole, marsz po łupy. Tak było kiedyś. Dziś to wszystko zastępuje nam wycieczka. Turystyczny wyjazd jest cezurą, granicą pór roku. Wyraźnym oddzieleniem aktywności i zupełnie różnych sposobów bycia. Zima – uśpienie, przetrwanie, dom. Wiosna – droga, ruch, aktywność. Taki kod genetyczny.

Korzystny układ wolnych dni w 2018 roku. Kalendarz Orex Travel

Ktoś powie, że przesadzam i nadinterpretuję. Możliwe. Ale po prostu nie potrafię inaczej wytłumaczyć fenomenu weekendu majowego. Termin to pożądany, jak żaden inny. Wycieczkowe szaleństwo.

Wielka popularność. Dla nas, dla biur podróży, to oczywiście korzystna sytuacja, pod warunkiem wszakże, że nie mamy do czynienia z klęską urodzaju, w czasie której nie jesteśmy w stanie zaspokoić popytu. Część klientów odchodzi z kwitkiem. W naszym biurze miejsc na weekend majowy nie ma już od wielu miesięcy! Ręce rozkładają hotele i linie lotnicze. Jeśli jeszcze mają coś wolnego, to za astronomiczne kwoty. Brakuje też rąk do pracy, pilotów i przewodników.

W związku z tym mam dwie propozycje:

Sugeruję poszerzenie weekendu majowego! Podobnie, jak zrobiono to z feriami zimowymi. Po co wszyscy mają się tłoczyć w okolicach 1 maja?! Zamiast tego zróbmy podział województwami. Kraj można geograficznie poszatkować nawet i na cztery tury. Zaczynałoby się już w połowie kwietnia, a kończyło po miesiącu. Żeby było sprawiedliwie, można losować. Nasze województwo ma Święto Pracy i Święto Konstytucji 3 maja w kwietniu, a wasze dopiero w połowie maja. Albo podzielić klimatycznie. Południowozachodnia Polska z Wrocławiem na czele wcześniej ma wiosnę i ciepło, więc długi weekend majowy mogliby próbować robić na początku kwietnia. A Podlaskie nie wcześniej niż w końcu maja – żeby uniknąć opadów śniegu. Myślę, że to dałoby się zrobić. Legislacyjnie jest to do ogarnięcia. Ustawą czy rozporządzeniem ministra. Skoro marchewka jest owocem (w Portugalii), a wino to nie alkohol (w Mołdawii), to i Święto Konstytucji 3 maja może być w kwietniu. A ile korzyści byłoby z tego! Mniejszy tłok, niższe ceny, lepsza jakość usług, większe szanse na rozwój branży, wyższe przychody z podatków.

A w Uzbekistanie, podobnie jak w wielu innych krajach dawnego ZSRR, najważniejszy jest 9 maja

Można też pomyśleć nad tym, czy nie warto dowartościować terminów mniej chodliwych, na przykład w marcu. Wtedy w biurach podróży, w hotelach i pozostałych atrakcjach turystycznych są jeszcze wolne moce przerobowe, które można by twórczo wykorzystać. Zróbmy więc jakiś długi weekend w marcu (poza Wielkanocą oczywiście). Może nie będzie aż tak popularny, jak ten majowy, ale jednak. Coś tam do krajowego PKB wniesie.

Propozycje te mają jeden cel: stworzenie warunków, w których łatwiej będzie o spokojny i systematyczny rozwój. Jak wiemy, stabilność w biznesie to podstawa. Przydałoby się to gospodarce, a i klienci by skorzystali. Dotyczyć to może zresztą innych obszarów, na przykład branży komunijnej. Skumulowanie ich w trzy ostatnie niedziele maja przynosi taki efekt, że brakuje miejsc w restauracjach. W Białymstoku wszystko zarezerwowane było już we wrześniu. Kto tylko może, rozszerza sale bankietowe poza granice możliwości. W zaprzyjaźnionym niedużym hotelu w jedną majową niedzielę na przyjęciach komunijnych będzie 700 osób! A może by tak zacząć już w kwietniu? I ciągnąć przynajmniej do połowy czerwca? Byłoby luźniej, przyjemniej, może nawet taniej.

Na zakończenie chciałbym jeszcze tylko dodać, że sam nie wiem czy to, co napisałem wyżej należy potraktować serio czy też raczej z mocnym przymrużeniem oka. Nie upierałbym się przy którymkolwiek z tych wariantów.

Udanej majówki Państwu życzę! Ja ruszam do Armenii.

Do Grodna na zakupy

Zaczęło się wczoraj. Do naszego biura przyszedł znajomy z nowiną, że jedno z białostockich biur organizuje zakupowe wycieczki do Grodna. W wolne od handlu niedziele, jednodniowe wyprawy na Białoruś w celu odwiedzenia sklepów. A, że jest to człowiek w Grodnie często bywający, to zadał proste pytanie: kto na zakupy pojedzie na Białoruś skoro tam wybór towarów dużo mniejszy i drożej niż w Polsce?! Oto zagadka.

Granica polsko-białoruska jest jednocześnie granicą UE

Temat wrócił wieczorem na Facebooku. Znajomi zaczęli udostępniać wspomniany artykuł, jako dowód na to, że mamy kolejny przykład niezbyt mądrych regulacji, które tym razem spowodują masowe wyjazdy na zakupy do Grodna. Z ciekawości przeczytałem więc rzeczony tekst. Mógłby stanowić materiał do nauki studentów dziennikarstwa. Jako ciekawy przykład tak zwanej dziennikarskiej rzetelności, w której treść artykułu przeczy jego tytułowi.

Materiał sprawia wrażenie, jakby został napisany pod z góry ustalona tezę. To nic, że pracownica biura tłumaczy, że jest to standardowa wycieczka ze zwiedzaniem miasta i przewodnikiem, a dopiero na koniec dnia jest wizyta w jednym ze sklepów. I tak artykuł zostaje opatrzony wymownym nagłówkiem, że biuro podróży „wyszło naprzeciw oczekiwaniom osób, które chcą zrobić zakupy w niedziele niehandlowe i organizuje w tych dniach wyjazdy do Grodna”.

Zamek w Mirze, jedna z głównych turystycznych atrakcji Białorusi

Po raz kolejny wygląda na to, że najważniejsza jest polityka, a w niej krytyka przeciwników. Fakty już są mniej istotne.

Jak więc się rzeczy mają? Moim zdaniem:

a)      Białostockie biuro podróży wykazało się refleksem i marketingową mądrością. Zaoferowało produkt, który daje nadzieję na  dużą i bezpłatną promocję. Co też się stało. „Wyborcza” w ramach uprawiania polityki zapewniła im świetną reklamę. Brawa dla tych, którzy to wymyślili! Zasłużyli na to, więc podaję nazwę: to biuro podróży Nowator.

b)      Zakupowe wyjazdy do Grodna nie mają zbyt dużego sensu, ponieważ na Białorusi jest drożej niż w Polsce. Tamtejsza gospodarka szwankuje, stąd taki właśnie stan. Wiele produktów, to import z Polski. Białorusini masowo przyjeżdżają do Białegostoku na zakupy. W ciągu roku w woj. Podlaskim zostawiają około 1 miliarda złotych! Sklepy z towarami luksusowymi w naszych galeriach żyją w dużym stopniu dzięki wschodnim sąsiadom. Ci biedniejsi kupują i przemycają do siebie nawet tak podstawowe produkty, jak mięso, wędliny i nabiał.

Jezioro Świteź

c)      Na Białorusi tańszy jest alkohol, papierosy i paliwo. Tyle, że przywóz tych towarów do Polski obostrzony jest ścisłymi regulacjami. Wwieźć można maksymalnie 40 sztuk papierosów i 1 litr alkoholu powyżej 22 proc. Akurat to jest dokładnie sprawdzane. Celnicy na granicy skrupulatnie kontrolują autokary z turystami i samochody prywatne. Nici więc z biznesu. Handlowe korzyści z wycieczki nie mogą być wielkie. Więcej o cenach, przepisach celnych, opłatach drogowych, etc. w artykule: Białoruś – informacje.

d)      Jednodniowe wycieczki z Białegostoku do Grodna nie są żadną nowością! Organizowane są od czasu, kiedy Łukaszenka wprowadził ruch bezwizowy. Więcej o tym tu: Białoruś bez wiz. Z uruchomieniem takiej oferty biura podróży nie czekały więc na zakaz handlu w niedziele.

Grodno jest ładnym miastem o pięknej historii. Każdy Polak przynajmniej raz powinien je odwiedzić. A to ze względu na znaczenie tego miejsca w polskiej kulturze i tradycji. Gorąco polecam! Szczegółowo powody wyłożyłem w artykule: Grodno. Historia i zabytki.

Dom-muzeum Czesława Niemena

Białoruś przez wiele lat była pomijana przez polskiego turystę. Teraz to się zmienia. W naszym biurze widzimy duży wzrost zainteresowania tym kierunkiem. I dobrze! Poza Grodnem koniecznie odwiedzić trzeba Wasiliszki Stare (dom-muzeum Czesława Niemena), Nowogródek, Świteź i Zaosie (Adam Mickiewicz), Bohatyrowicze (Eliza Orzeszkowa), Mir (piękny zamek – lista UNESCO), Nieśwież (rezydencja Radziwiłłów oraz pierwszy w pełni barokowy kościół na ziemiach polskich). To minimum jeśli chodzi o Białoruś, ograniczone do najważniejszych poloniców. Program trzydniowego wyjazdu znajdą Państwo tu: Wycieczka na Białoruś.

Osoby przyjeżdżające z dalszych regionów Polski zachęcamy, żeby przy okazji zwiedziły też Podlasie. Jest, co oglądać! Więcej o tym tu: Turystyczna Polska Wschodnia.

 

Malownicze Podlasie

Gdzieś mi się wyświetlił, na Facebooku albo Instagramie. Polubiłem, a później kupiłem. Obraz przedstawiający cerkiew we wsi Puchły. Drewniana i zabytkowa architektura sama w sobie jest piękna, a tu zyskała jeszcze dodatkową wartość – oryginalne malarskie ujęcie. Puchły to jedna z trzech wsi Krainy Otwartych Okiennic.

Obraz autorstwa Katarzyny Krauze – Romejko, 2017 r.

Przy tej okazji przyszedł mi do głowy pomysł, żeby pójść za ciosem i zainspirować Autorkę do pracy nad kolejnym atrakcjami Podlasia. Tematy narzucają się same: Kruszyniany, Supraśl, Tykocin, Białowieża… Obrazy powstają, a ja liczę na coś w rodzaju kolekcji podlaskiej.

Tego typu malarstwo może mieć walor promocyjny. Nasz region potrzebuje reklamy. Mimo wielu unikatowych atrakcji ciągle pozostaje na uboczu masowego ruchu turystycznego. Trzeba by nad tym popracować. Może warto sięgnąć też po sztukę i na przykład zorganizować plener malarski zapraszając modnych dziś malarzy? Byłoby to ciekawe i nośne medialnie wydarzenie, a prace powstałe w jego trakcie mogłyby ozdobić jedno z regionalnych muzeów.

Meczet w Kruszynianach wg Katarzyny Krauze – Romejko, 2018 r.

Tak też sobie myślę, że malarstwo (roboczo nazwijmy je „turystycznym”) ma przed sobą dobry czas. Zdjęcia mocno się opatrzyły, jesteśmy nimi zarzuceni. Tak bardzo, że doszliśmy do podstawowej trudności: wydaje się, że wszystko już było. W tej sytuacji problem jest oczywisty: jak stworzyć jeszcze lepsze, jeszcze bardziej atrakcyjne zdjęcie?! Mam wrażenie, że dochodzimy do kresu możliwości. Tym bardziej, że fotografuje i publikuje niemal każdy. A skoro coś jest tak powszechne, to staje się również pospolite i mało warte. Traci na sile i znaczeniu. Dzieje się tak paradoksalnie, mimo tego, że weszliśmy w okres cywilizacji obrazkowej (Instagram, Pinterest).

Wojciech Brewka, Żubr, 2018 r.

Jeśli więc właśnie teraz następuje renesans malarstwa…? Jak zawsze, wygra ten, kto zareaguje w porę. Oczywiście, nie chodzi o malarstwo realistyczne, bo to już mamy za sobą. Chodzi raczej o twórczą i oryginalną interpretację. Potrzebujemy atrakcji turystycznych malowanych tak, jak Tadeusz Dominik przedstawiał ogród i pejzaż oraz przemyśleń podobnych do dzieł Leona Tarasewicza inspirowanych krajobrazem podlaskich pól. Czegoś świeżego, czegoś, co na nowo zwróciłoby naszą uwagę na dawno opatrzone motywy.

Edward Dwurnik, Białystok, 2015 r.

Może właśnie w tym tkwi rynkowy sukces Edwarda Dwurnika malującego jedno miasto za drugim? Może jest to chłonna, czekająca na zagospodarowanie nisza? Sponsorzy wydają się oczywiści: urzędy marszałkowskie, gminy, regionalne organizacje turystyczne, hotele…

Zacznijmy od Podlasia!

PS. Gdyby ktoś z Państwa zajmował się tego typu sztuką, to proszę o kontakt.

Fragment obrazu Katarzyny Krauze – Romejko, 2018 r.

Zobacz także: Turystyczna Polska Wschodnia oraz Suwalszczyzna.

Czas na wycieczki

Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na wycieczki też. Pojawia się dobry moment, trwa dłużej lub krócej, ale – co ważne – może się nie powtórzyć. Są kraje do których trzeba jechać teraz, bo za rok czy dwa może być już za późno. Zmienia się sytuacja polityczna i wyjazd staje się niemożliwy ze względów bezpieczeństwa (przykład Syrii oraz Libanu) lub odwrotnie – ruch turystyczny rozwija się tak bardzo, że miejsce przekształca się w nieprzyjemny obiekt masowej inwazji.

Tadź Mahal – piękny, ale również bardzo zatłoczony zabytek

Już od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami intensywnego rozwoju światowej turystyki. Obserwujemy olbrzymi wzrost popytu. Na rynek wchodzą kolejne grupy klientów. Duże i zamożne, więc od razu stają się silną konkurencją. Chodzi tu przede wszystkim o bogacących się szybko Azjatów. Przodują oczywiście Chińczycy, ale tuż za nimi są Indusi. Coraz większą siłę nabywczą mają przedstawiciele państw Zatoki Perskiej. Efektem jest wzrost cen oraz coraz większe trudności z potwierdzeniem świadczeń (miejsc w hotelach, biletów lotniczych, etc.). Nam turystom wydaje się czasem, że skoro gdzieś przyjeżdżamy i przywozimy pieniądze, to wyświadczamy miejscowym wielką uprzejmość, za co mamy prawo liczyć na specjalne względy. Tymczasem, zdradzając nieco z turystycznej kuchni, mogę powiedzieć, że są kraje, w których musimy się mocno postarać, żeby załatwić odpowiednie świadczenia. Zawsze znajdzie się bogatsza grupa z Iranu czy Francji, która przebije nasze ceny i będzie miała pierwszeństwo w hotelu.

Jeśli ktoś był w Chinach dziesięć lat temu i dziś ponownie uda się w te same miejsca, to nie pozna kraju. Tak się zmieniło! Przede wszystkim w wyniku nieprawdopodobnego wręcz rozwoju ruchu wewnętrznego. Chińczycy zwiedzają swój kraj. Wzrost ten wymusił zmiany w infrastrukturze. Kiedyś autobus podwoził pod sam zabytek, teraz wysiada się na oddalonym parkingu i w stronę obiektu podąża się kolejką, meleksem lub innym środkiem transportu, bo na spacer to zbyt duża odległość. Szerokim łukiem omijać należy tamtejsze święta i długi weekendy, bo ceny w hotelach rosną bardzo wyraźnie, a na co dzień zatłoczone miejsca stają się jeszcze bardziej niedostępne.

Nepal. Lubimy kraje, które nie stały się jeszcze obiektem turystyki masowej

Izrael w 2017 roku. Tłumy, dużo pielgrzymek, również z bardziej odległych regionów, w tym z Ameryki Południowej. Wielogodzinne oczekiwanie w kolejkach do najważniejszych miejsc, Groty Narodzenia w Betlejem i Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Pomijając dyskomfort przeciskania się w nieprzebranej ludzkiej ciżbie, wymusza to również zmiany w harmonogramie wycieczki, ponieważ w tym samym czasie da się zobaczyć mniej. Dlatego też, jeśli tylko można, wydłuża się czas aktywności, rozpoczynając wycieczkę wczesnym rankiem.

Często posługuję się przykładem Gruzji. Dziesięć lat temu kraj był niedoceniany, jeździło tam niewielu turystów, ledwie coś około 300 tys. rocznie. Na miejscu zastawali zupełnie niesamowity klimat kaukaskiej gościnności, spontanicznych Gruzinów zapraszających do domów, częstujących winem. Istne szaleństwo. Z punktu widzenia turysty bardzo przyjemne. A dziś, gdy w ciągu roku przyjeżdża około 6 mln turystów? Coś tam jeszcze na szczęście zostało z dawnej atmosfery, ale szczerze powiedziawszy niewiele. Zmiany wymusiła masowa turystyka. Kto wie, gdzie i jak szukać, jeszcze znajdzie, ale olbrzymia większość turystów odwiedzających Tbilisi nawet nie otrze się o największe atrakcje. Będą pić wino z butelek, takie samo, jak te, które kupić można w polskich supermarketach i jeść coś, co udaje gruzińską tradycyjną kuchnię. Komercja i łatwizna. Tak to już jest, naturalna konsekwencja, na którą nie ma co się gniewać. Po prostu najlepiej jeździć wtedy, kiedy kraj nie jest jeszcze zbyt popularny.

Gruzja, Swanetia – piękna jak zawsze!

Przyglądam się temu, co dzieje się nad Bajkałem. Latem, w szczycie sezonu, tłumy. Dlatego z premedytacją wolimy pojechać tam nieco później, we wrześniu. Pogoda wtedy sprzyja zwiedzaniu, a ludzi jest znacznie mniej. Kto dominuje nad Bajkałem? Ze względu na niewielką odległość, oczywiście Chińczycy. Zabrakło hoteli, więc budują swoje.

Odpowiedni czas to jeden z głównych motywatorów wyjazdów na Kubę. Boom zaczął się kilka lat temu. Turyści chcieli „teraz, zanim tam się jeszcze nie zmieniło”. Temat to nieco kontrowersyjny, wiele można by na ten temat powiedzieć. Więcej o tym w artykule: Kuba, relacja osobista.

Bajkał. Ważne, żeby wybrać dobry termin

Oto moja krótka lista krajów. Na razie tłoku tam nie ma, ale można zaryzykować stwierdzenie, że to się zmieni. Zbyt są atrakcyjne te miejsca, by miały tkwić na liście krajów najrzadziej odwiedzanych. (Potwierdza to przykład Albanii. Jeszcze nie tak dawno pisałem, że to region niedoceniany, że ludzie ciągle się boją i nie wiedzą po co tam jechać – zobacz: Albania to nie Afganistan. Wystarczyły trzy lata i Albania stała się hitem. W tym roku będą tam już tłumy. Zjawisko to dotyczy zresztą większej części regionu, więcej na ten temat w artykule: Biura podróży stawiają na Bałkany).

Mołdawia

Kraj zapomniany. Przez lata borykał się ze swoimi programami, nie było pieniędzy na promocję i rozwój. W efekcie długo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w ogóle warto wziąć go pod uwagę. A tymczasem ma niezaprzeczalne atuty. Wśród nich między innymi: największe na świecie piwnice winne, piękne krajobrazy i wyśmienitą naturalną kuchnię. Dla nas dodatkowo znaczenie może mieć historia, bo teren dzisiejszej Mołdawii, to najdalej wysunięte polskie kresy, które znamy choćby z powieści Sienkiewicza.

Krajobraz Mołdawii. Stare Orhei

Jeden z komentarzy na naszym facebookowym profilu: Wyprawa życia, za nie długo tego już nie będzie, Mołdawia to żywy skansen którego nigdzie nie znajdziecie, polecam (…)!!!! – Włodzimierz Korzeniowski. Wycieczka do Mołdawii

Białoruś

Decydowała polityka i zła opinia na Zachodzie, telewizyjny przekaz straszący Łukaszenką. To, co było minusem można zamienić w atut. Jeśli do tej pory tak mało Polaków odwiedziło Białoruś, to dzięki temu kraj ten ma dziś wielki walor. Jest nim świeżość, atrakcja nieznanego miejsca. I zdaje się, że jest to jeden z mechanizmów szybko wzrastającego zainteresowania Białorusią.

Armenia

Mniej popularna siostra Gruzji. Świat już dostrzegł jej atrakcje, od kilku lat przyjeżdża tam coraz więcej turystów. Z różnych kierunków. Z Francji, Włoch i Hiszpanii, ale też z Iranu i Rosji. W Polsce jeszcze mocno niedoceniana. Znowu, jak w przypadku Mołdawii, zabrakło promocji. Niemal całą kaukaską popularność skonsumowała Gruzja, mądrze reklamowana w Polsce przez ekipę Saakaszwilego. Wielu turystów z naszego kraju popełnia prosty błąd zakładając, że z Kaukazu, to wystarczy odwiedzić Gruzję, że Armenia jest pewnie bardzo podobna i dlatego można ją sobie odpuścić.

Armenia, widok na górę Ararat

Zobacz też: Ranking najmniej popularnych krajów.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć jeszcze o Iranie, który jest tak atrakcyjny, że w sprzyjających warunkach szybko stać się powinien celem masowej turystyki. Trend wzrostowy zaczął się już kilka lat temu, wraz z normalizacją stosunków między rządem w Teheranie, a światem zachodnim. Co prawda po dojściu do władzy Trumpa został nieco osłabiony (patrz na przykład wycofanie się LOT-u z planów bezpośrednich połączeń lotniczych z Warszawy), ale jak będzie dalej, tego nie wiemy. Nawet w perspektywie kilku najbliższych lat rozwój wypadków jest trudny do przewidzenia. Równie możliwa jest destabilizacja sytuacji politycznej, jak i szybki wzrost zainteresowania wycieczkami. Dlatego wizyty w Iranie nie odkładałbym na później. Zobacz też: Iran – notatki z podróży.

Warto też przeczytać: Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach.

Stary blog w nowym miejscu

Od 2010 roku prowadzę bloga poświęconego podróżom i turystyce: krzysztofmatys.blog.pl. Osiem lat, sporo. W tym czasie powstały setki artykułów, a blog zanotował prawie 2,5 mln odsłon. Zdarzało się, że Onet zamieszczał moje materiały na stronie głównej portalu, co przekładało się na odrobinę popularności. W ślad za tym przyszła obecność w mediach, również w radiu i telewizji. Więcej o tym tu: Krzysztof Matys media.

Wszystko się zmienia, Onet też. W dniu 31 stycznia platforma blog.pl zostanie zamknięta. To, co do tej pory zostało tam opublikowane, po prostu zniknie.

Koniec bloga w Onecie

W tej sytuacji należało przenieść wszystkie treści w inne miejsce i tak oto zawartość bloga znalazła się właśnie tu. Nowy adres to: podroze.krzysztofmatys.pl

Okoliczności tego typu sprzyjają refleksji i podsumowaniom. Przejrzałem część artykułów. Jest tam mnóstwo treści, sporo historii turystyki ostatnich lat. Tematy kontrowersyjne i mocno dyskutowane, jak na przykład deregulacja pilota wycieczek albo wprowadzenie Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego (TFG). Tematy głośne, jak choćby Śmierć na wczasach czy Muzułmański seks-shop oraz bardziej niszowe, niedoceniane przez masowe media. Swego czasu dużą popularnością na tym blogu cieszyły się artykuły polemizujące z gazetowymi analizami rynku turystycznego. Dużą część publikacji stanowią materiały o charakterze edukacyjnym, popularyzującym ważne informacje branżowe. Jest choćby spory dział poświęcony szkoleniom w turystyce, szansom na pracę i zasadom prowadzenia biur podróży. Swoje miejsce mają też oczywiście poszczególne kraje, od Białorusi i Litwy, przez Izrael, Syrię i Liban, po Kubę, Indie i Etiopię. Lubię Podlasie, stąd też jest tu trochę artykułów i na ten temat. Jednym słowem, bardzo dużo treści, zróżnicowanej tematycznie, zgodnie z tytułem bloga: PODRÓŻE I COŚ WIĘCEJ.

Blog w Onecie, kategoria Znani blogerzy

Moje ulubione artykuły to krótsze formy, refleksyjne, idące może nawet odrobinę w kierunku filozofii turystyki. Oto kilka z nich:

Zwiedzanie – Napisane sześć lat temu, ale nadal aktualne.

Wielka majówka – O fenomenie długiego weekendu.

Ile gwiazdek, tyle szczęścia – O poszukiwaniu „najlepszych” ofert.

Jeden raz – O tym, że odwiedzić dany kraj jeden raz, to dużo za mało!

Szczególny urok mogą mieć oczywiście materiały wspomnieniowe. Na początek polecam ten, od którego wszystko się zaczęło: Egipt po raz pierwszy.

Miłej lektury!

Strona 1 z 33

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén