Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: ubezpieczenia turystyczne

O ubezpieczeniach w turystyce

Temat ten poruszałem wielokrotnie. Najczęściej wywoływały go tragiczne wydarzenia. Turysta zmarł lub ciężko zachorował. Uruchomiało to duże koszty – szpital, operacja, transport zwłok… W takich przypadkach budzą się też media, pojawiają się newsy o zwracających uwagę tytułach. Znacznie rzadziej pogłębione analizy. Efekt jest taki, że Polacy nadal mało wiedzą o regułach turystycznych ubezpieczeń.

Żeby wakacje zawsze były bezpieczne

Żeby wakacje zawsze były bezpieczne

Po części sami są za to odpowiedzialni. Nie czytają warunków ubezpieczenia. Mimo tego, że podpisując umowę z biurem podróży, poświadczają też, że z warunkami się zapoznali i je zaakceptowali. W efekcie, jak się coś zdarzy, w sporze z ubezpieczycielem są bez szans.

Ale jak się temu dziwić, jeśli nawet tak opiniotwórcza gazeta jak „Gazeta Prawna” publikuje materiały, które mogą wprowadzać w błąd. Artykuł z 8 lipca tego roku: „Ryzykanci wyruszają na wakacje czyli Polak na urlopie bez ubezpieczenia”. Co znaczy taki jego fragment?

W grupie turystów podróżujących z biurem podróży odsetek osób, które nie chcą polisy, spada. Obecnie – według badania – sięga on 62 proc., podczas gdy w 2011 roku było to 77 proc.

Z kontekstu otaczających go zdań wynika, że „obecnie” aż 62 proc. klientów biur podróży może nie mieć ubezpieczenia. To oczywiście nieprawda. Turysta wyjeżdżający z biurem podróży poza granice Polski zawsze ma ubezpieczenie turystyczne! Ponieważ ubezpieczenie KL (koszty leczenia) i NNW (następstwa nieszczęśliwych wypadków) jest obowiązkowe – narzucone ustawą. Organizator wyjazdu musi wkalkulować je w cenę wycieczki! Klient nawet jeśliby chciał, to nie może z takiego ubepieczenia zrezygnować!

No chyba, że turysta korzysta z usług nielegalnego biura, tzn. takiego, które nie ma licencji potrzebnej do organizacji imprez turystycznych. Wtedy cała działalność jest poza prawem. Tak może być np. jeśli wycieczkę organizuje agent turystyczny. Biuro agencyjne nie ma do tego prawa, może to robić tylko touroperator. Więcej o tym tu: Jak założyć biuro podróży.

W przypadku ubezpieczeń turystycznych ważne są klauzule wyłączające. To o nich należy informować turystów. To one decydują o tym, co ubezpieczyciel pokryje, a za co turysta zapłaci sam. Jeśli pojawią się problemy ze zdrowiem, wypadek czy konieczność hospitalizacji, decydować będą właśnie te klauzule. Ubezpieczyciel oczywiście wykorzysta każdy możliwy punkt by uniknąć kosztów. A bywa, że są to bardzo duże kwoty, idące w dziesiątki tys. zł! Wtedy zaczyna się lament i komentarze, że biuro podróży i ubezpieczyciel to oszuści. Winni są potrzebni i wygodniej jest poszukać ich na zewnątrz. Tymczasem błąd popełnił turysta. Kiedy? Zgadzając się na takie, a nie inne warunki ubezpieczenia.

Jakie są najbardziej niebezpieczne klauzule wyłączające odpowiedzialność firm ubezpieczeniowych? To choroby przewlekłe, więcej o tym tu: Śmierć na wczasach oraz alkohol – szczegóły w artykule: Turysta, alkohol i ubezpieczenie.

Przeczytajcie zanim wykupicie wakacje. Warto!

Ubezpieczenie od bankructwa biura

Ciekawą reakcją na zaistniałą w branży sytuację pochwaliło się właśnie biuro Ecco Holiday. Firma wprowadziła zupełnie nowe ubezpieczenie. W przypadku niezrealizowania umowy przez organizatora, gwarantuje ono zwrot 100 proc. wpłaty (w przeciągu 30 dni od daty zgłoszenia do ubezpieczyciela). Koszt ubezpieczenia w całości pokrywa biuro. Wykupione zostało w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych SKOK (obie firmy należą do tej samej grupy kapitałowej).

 

Specjaliści śmiali się z propozycji „ubezpieczenia od bankructwa biura”, a tu proszę, pojawiło się!

 

Na pytanie dotyczące tego w jakich okolicznościach będzie miała miejsce wypłata odszkodowania, na stronie internetowej biura znajdujemy taką informację:

 

Jeśli Ecco Holiday Sp. z o.o. zaprzestanie swojej działalności operacyjnej na skutek niewypłacalności stwierdzonej prawomocnym postanowieniem sądu o ogłoszeniu upadłości lub postanowieniem sądu o oddaleniu wniosku o ogłoszenie upadłości.

 

Wygląda to na ciekawe rozwiązanie, podnoszące wiarygodność. Korzystne również dla agentów sprzedających ofertę tego organizatora.

 

Ecco Holiday miało trudnych kilka miesięcy. Modyfikowano profil działalności, odwoływano kolejne imprezy i wyloty z lokalnych lotnisk. Renoma firmy mocno na tym ucierpiała. Dzięki wprowadzeniu nowatorskiego ubezpieczenia biuro może wrócić do gry.

 

Oczywiście, diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Zapewne jak się dokładnie wczytamy w warunki tego ubezpieczenia, to znajdziemy tam jakieś wyjątki czy niejasne klauzule. Za dobrze znamy tego typu teksty, żeby przypuszczać, że może być inaczej. Ale i tak, wydaje się to być rewolucyjnym posunięciem! Krokiem w dobrą stroną!

 

Rozwiązanie to powinno wymusić reakcję innych touroperatorów, co w sumie może przynieść pozytywne zmiany dla całej branży. Bo nad odzyskaniem utraconej wiarygodności popracować trochę trzeba. Na pewno jest to ciekawa propozycja, szczególnie w kontekście rządowego projektu utworzenia specjalnego funduszu gwarancyjnego.

 

Fundusz gwarancyjny

Ostatnie wydarzenia związane z upadkiem kolejnych biur podróży obudziły z letargu resort odpowiedzialny za turystykę. Przy okazji niektórzy się dowiedzieli, że w Polsce mamy przedziwną sytuację, w której olbrzymia i rozwojowa dziedzina gospodarki, sztucznie została doczepiona do Ministerstwa Sportu. Turystka ze sportem łączy się podobnie jak ze zdrowiem (turystyka medyczna) czy ze szkolnictwem (wyjazdy edukacyjne). Równie dobrze można by więc sprawy tego sektora powierzyć Ministerstwu Edukacji Narodowej, a nawet i podczepić pod resort rolnictwa, wszak jest coś takiego jak agroturystyka!

 

W sumie nieważne gdzie. Ważne iż pokazuje to, że państwo polskie nie ma koncepcji na turystykę. Gdyby rządzący mieli świadomość ogromnych szans związanych z jej rozwojem, to zapewne potraktowaliby sprawę poważniej. W jakim celu przeniesiono sprawy turystyki z Ministerstwa Gospodarki do Sportu? Może warto się zastanowić czy nie byłoby zasadne utworzenie osobnego resortu turystyki? Taki krok pokazałby, że rząd traktuje sprawę poważnie i wiąże duże nadzieje z tym sektorem.

 

Dzisiejszy stan jest efektem długiej polskiej tradycji. Od odzyskania niepodległości w 1918 r., turystyka wędrowała z ministerstwa do ministerstwa aż 18 razy!

 

Kolejne bankructwa biur podróży, w wyniku których wiele tysiący osób poniosło straty finansowe, dobitnie pokazały kilka faktów. Są to:

 

·        Błędy w regulacjach prawnych, zupełnie niedawno przeprowadzonych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. W trakcie procedowania zmian w ustawie o usługach turystycznych (2009 – 2010) zignorowano wiele postulatów płynących z branży, w tym propozycje Polskiej Izby Turystyki. W efekcie tego otrzymaliśmy wadliwą ustawę. Jeszcze gorzej rzecz wygląda z rozporządzeniami, które w niektórych obszarach wprowadziły kompletny bałagan. Przypadek Triady i Sky Clubu pokazał jak bardzo dziurawe jest prawo. W nowelizowanej ustawie nie przewidziano możliwości omijania wymogu gwarancji ubezpieczeniowych adekwatnych do rzeczywistego obrotu, w przypadku biur nowo powstających, łączenia firm oraz przejmowania klientów.

·        Słabość polskiego sektora turystyki czarterowej. Jest to szczególny segment branży, przez działalność na masową skalę, bardzo widoczny. Związany jest niestety również z dużym ryzykiem ekonomicznym i olbrzymią konkurencją cenową. W efekcie tego, jego rentowność jest bardzo niska. Za ostatnie trzy lata, wyliczona dla największych biur wynosi 1,3 proc.! To znacznie niżej niż zysk z obligacji! Kto zatem i po co prowadzi taką działalność, angażuje swój czas i pieniądze? Może warto bliżej przyjrzeć się temu zjawisku? W takiej sytuacji bankructwa należy traktować jako coś normalnego i nieuniknionego.

 

Lekarstwem na to, jak słyszymy w ciągu ostatnich dni, zdaniem Ministerstwa Sportu i Turystyki ma być utworzenie funduszu gwarancyjnego, który pokrywałby straty związane z upadkiem biur. W skrócie wyglądać ma to tak, że touroperatorzy składają się na taki fundusz i w wyniku tego powstaje awaryjna kwota, do użycia w przypadku kłopotów jednego z organizatorów. Jest to stary postulat części branży, wcześniej odrzucany przez ministerstwo. Pomysł niby dobry, ale… Koszty funduszu poniosą klienci ponieważ to oni zapłacą za to w cenie wycieczki. Wyobraźmy sobie, że takie zabezpieczenie już jest i pada duże biuro, tysiące turystów ponosi straty finansowe. Fundusz to pokryje. A za chwilę dowiadujemy się, że biuro upadło w niejasnych okolicznościach, ktoś wyprowadził pieniądze, itd. Czyli my wszyscy, i biura, i klienci, mamy składać się na koszty nieuczciwych, czynionych z rozmysłem działań.

 

Słyszałem dziś wypowiedź minister Muchy, w której zwraca uwagę, że fundusz dawałby „znacznie większą gwarancję klientom”, ale też wprowadzałby poczucie bezpieczeństwa dla biur. Oczywiście. Czyli, w zasadzie, stworzyć to może doskonały klimat do przekrętów. Klienci, jak już nabiorą zaufania, to będą kupować wszystko, nawet 5 gwiazdek all inclusive za 999 zł! Bo co tam, jest fundusz jakby co! Niektóre biura agencyjne będą sprzedawać jak leci, bo też jest zabezpieczenie, itd. Tylko dlaczego za to mają płacić firmy uczciwe oraz te, które rentowność mają znacznie wyższą niż 1 proc.?!

 

Rozwiązanie wydaje się możliwe dopiero wtedy, kiedy wyeliminuje się leżące u podstaw problemu przyczyny. Najpierw korekta stanu prawnego, usprawnienie nadzoru i refleksja nad priorytetami całej gospodarki turystycznej, a później można myśleć o funduszu. W przeciwnej sytuacji będzie to leczenie objawów, a nie przyczyn.

 

Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć. Mamy bałagan w polskiej turystyce! Od ministerstwa poczynając na zachowaniu klientów kończąc. Rynek dostał bzika na punkcie wypoczynku typu all inclusive i uwierzył w nierealne ceny. Sektor turystyki czarterowej nie jest zdrowy. Ostatnie bankructwa są tego efektem. Stan ten wymaga czegoś więcej niż szukanie prostych rozwiązań w postaci funduszu gwarancyjnego.

Więcej na temat kondycji turystyki czarterowej tu: „Nic pewnego”

Rezygnacja z wycieczki

Rodzina, 2 osoby dorosłe i 2 dzieci. Dziesięć dni przed wyjazdem na wymarzone wakacje muszą zrezygnować. Z powodu ważnych powodów wyjazd nie wchodzi w grę. Wczasy kupili z dużym wyprzedzeniem. Dzięki wcześniejszej rezerwacji sporo zyskali, zapłacili taniej i  mieli możliwość wyboru (bardzo dobry hotel szybko zniknął z oferty). Problem w tym, że nie przewidzieli, iż coś się wydarzy i nie będą mogli wyjechać.

 

Jedna z wysp greckich, piękny obiekt, all inclusive. Z wakacji nici. Ale co z wpłaconymi pieniędzmi? Uiścili już całą kwotę (w zależności od biura należy uregulować należność na 30 lub 21 dni przed wyjazdem). Czy coś odzyskają, a jeśli tak, to ile?

 

Pierwsze pytanie w takich sytuacjach brzmi: czy turyści mają ubezpieczenie od kosztów rezygnacji? Coś takiego kosztuje ok. 3 proc. wartości imprezy. Za wycieczkę zapłacili 7 tys. zł, więc ubezpieczenie wyniosłoby 210 zł. I dużo, i nie. Wydaje mi się, że jeśli angażujemy większe pieniądze, to warto dopłacić jeszcze 3 proc., po to, by spać spokojnie.

 

Ubezpieczenie od kosztów rezygnacji polecamy szczególnie rodzinom z dziećmi. Maluchy zawsze mogą się rozchorować. Wystarczy większe przeziębienie czy kilkudniowa gorączka, żeby wyjazd nie doszedł do skutku. Z podobnych powodów, pod uwagę wziąć je powinny również osoby starsze. Ale rzecz jasna reguły nie ma. Rozwiązanie to ma wszakże zabezpieczyć nas przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. A zdarzyć może się wiele, i każdemu.

 

Pamiętam przypadek, kiedy małżeństwo zarezerwowało drogą, egzotyczną wycieczkę. Wykupili ubezpieczenie od kosztów rezygnacji ze względu na małe dzieci. Tymczasem tuż przed wyjazdem, niespodziewana, a poważna kontuzja, przytrafiła się jednemu z małżonków. Nie pojechali. Mogli stracić kilkanaście tysięcy. Dzięki ubezpieczeniu odzyskali pieniądze. Zdarzyło się też, że turysta w dniu wylotu, jadąc na lotnisko, uległ wypadkowi. Była to większa samochodowa stłuczka, ale wystarczająca by popsuć wakacyjne plany.

 

Od jakiegoś czasu, pracownicy biur podróży mają obowiązek informować turystę o możliwości wykupienia takiego ubezpieczenia. I zapewne, w większości przypadków, tak czynią. Problem w tym, że klienci nie lubią dodatkowych kosztów. Zazwyczaj nie kupują, ani zabezpieczeń od kosztów rezygnacji, ani od chorób przewlekłych. Liczą, że się uda. To jest mocno widoczna cecha polskiej turystyki. Rządzi cena. Klient chce jak najtaniej. Dzięki temu bywa, że zaoszczędzi 200 zł, ale straci kilka tysięcy. (Więcej na ten temat w poście: Czy biura podróży oszukują?).

 

W omawianym przypadku, rodzina nie wykupiła ubezpieczenia. W takiej sytuacji decydują warunki uczestnictwa i dobra wola organizatora wycieczki (lub jej brak). Zazwyczaj touroperatorzy stosują twarde zasady. Po części należy ich zrozumieć. W masowej turystyce, takich przypadków jest sporo, gdyby mieli pochylać się nad każdym, ponosiliby spore koszty.

 

Do niedawna reguły były bardzo sztywne i ustawione zdecydowanie na niekorzyść klienta. W warunkach uczestnictwa w imprezie turystycznej, które są integralną częścią umowy i obowiązują obie strony, biura podróży zamieszczały tabelki zawierające zryczałtowane koszty rezygnacji. Jeśli odwołujesz swój udział w wycieczce w terminie nie krótszym niż 30 dni przed wyjazdem, tracisz 30 proc. Jeśli w terminie między 30 a 14 dniem, organizator potrąci 50 proc, itd. W najgorszej sytuacji byli ci, którzy rezygnowali tuż przed. W terminie 7 dni i później, tracisz aż 90 proc.! Dziś, zgodnie z polskim prawem, już tak nie można. Organizator imprezy turystycznej może coś potrącić, ale tylko te koszty, które rzeczywiście poniósł. I jeśli klient żąda by mu to wykazać, biuro musi przedstawić rachunki. Co nie oznacza, że będą to małe koszty. Wszystko zależy od okoliczności.

 

Z mojego doświadczenia wynika, że podstawowy błąd jaki popełniają klienci wynika z niezrozumienia reguł gry. Wydaje im się, na przykład, że znaczenie ma powód rezygnacji. Owszem ma, ale tylko wtedy, gdy jest ubezpieczenie od kosztów rezygnacji. Ubezpieczenie to działa jeśli turyści muszą zrezygnować z uzasadnionych powodów (choroba, śmierć, wypadek, itd.), a nie dlatego, że tak im się chce. Ale w innych przypadkach powód nie ma znaczenia. Touroperatora nie obchodzi, że turysta przyszedł do biura i płacze, bo mu ktoś bliski umiera. Organizator potrąci koszty rezygnacji. Jeśli wyjazd jest już zaraz, może nawet będzie to 90 proc. Trudno, reguły są twarde. Taki jest biznes.

 

W związku z tym warto podpowiedzieć turystom dwie rzeczy. Pierwsza, by poważnie wzięli pod uwagę stosowne ubezpieczenie. Druga, że jeśli już coś takiego się przydarzy, to mają prawo żądać od organizatora dowodów, że ten rzeczywiście poniósł te koszty.


Zobacz też: O ubezpieczeniach w turystyce.

 

Ubezpieczenia turystyczne

Tak szybkiej i masowej edukacji dotyczącej ubezpieczeń turystycznych jeszcze chyba w Polsce nie przechodziliśmy. Media o tym piszą i mówią, wyraźnie powtarzając jeden motyw: czytajmy warunki ubezpieczenia!

Należałoby to rozszerzyć:

  • Mądrze wybierajmy wśród wielu ofert. Wycieczka, wycieczce nierówna! Nie sugerujmy się wyłącznie ceną! Sprawdźmy też co obejmuje chociażby ubezpieczenie. Są organizatorzy (duże, dobre, polskie biura), którzy standardowo, w cenie dają ubezpieczenie od chorób przewlekłych!
  • Klient musi o to zadbać sam. Ponieważ nie zawsze trafi do dobrego agenta, gdzie ktoś pomyśli za niego i dopyta, zasugeruje, doradzi. A jeśli to będzie sprzedawca, który za wszelką cenę będzie chciał tylko sprzedać… Sami pilnujcie swoich interesów!
  • W sytuacji, kiedy jesteście w trakcie leczenia lub możecie mieć jakieś problemy zdrowotne, koniecznie pytajcie o ubezpieczenie od chorób przewlekłych. To nie jest duży koszt (ok. 90 zł za tydzień).
  • Pamiętajmy. Ubezpieczenie jest po to żebyśmy spokojnie podróżowali. I obyśmy nie musieli z niego korzystać!

Są dwie strony: firma oraz jej klient. Obie mają pracę do wykonania. Klienci, we własnym interesie, powinni poważniej, bardziej świadomie podchodzić do tematu. Tu jest dużo do zrobienia! A druga strona powinna im to maksymalnie ułatwić.

Prawda jest brutalna! Turyści nie czytają warunków ubezpieczenia. Warunków uczestnictwa w imprezie zresztą też. Kogo więc później winić za brak wiedzy? W konkretnym, omawianym od kilku dni przypadku, pani Surowiec argumentuje, że broszurkę z warunkami ubezpieczenia otrzymała dopiero na lotnisku. Przecież warunki te cały czas są dostępne chociażby na stronie internetowej biura! A w katalogu, na samym początku, wcale nie małymi literkami jest informacja dotycząca ubezpieczenia, która powinna obudzić jej czujność.

W jednym z komentarzy do poprzedniego postu (Śmierć na wczasach) bardzo interesująca wypowiedź kogoś, kto się podpisał jako „rezydent”. Jednoznaczna analiza wiedzy turystów na temat ubezpieczeń. Zobacz

Strona druga, czyli ubezpieczyciel i biuro – organizator imprezy.Jak można ułatwić klientom zapoznanie się z warunkami? Myślę, że najlepiej publikować skróty zawierające najważniejsze informacje. I obowiązkowo dołączać je do umowy. Teraz, żeby dać klientowi jakiekolwiek informacje, muszę wydrukować12 stron tekstu! Ktoś to przeczyta?!

Zapytano mnie dziś czy firmy ubezpieczeniowe robią tak celowo, żebyśmy nie wiedzieli co kupujemy? Że piszą długie i niejasne teksty aby zniechęcić do ich czytania. Czyli, że najzwyczajniej w świecie żerują na niewiedzy klientów? Nie sądzę aby tak było. Może po prostu jest tak, jak jest,bo nikt do tej pory nie zwracał na to uwagi. Może trzeba mocno upomnieć się o  wyższy standard obsługi, bądź co bądź, Klienta.

Zmiany już widać. Nagłośnienie w mediach robi swoje. Wcześniej,sprzedając wycieczki, to my pracownicy biura, musieliśmy inicjować rozmowy o ubezpieczeniach, proponować rozszerzone warianty. Czasami spotykaliśmy się z niechętną reakcją. Jakbyśmy byli naganiaczami, którzy chcą „naciągnąć” klienta na dodatkowe koszty. Od wczoraj turyści zaczynają pytać sami. W bardziej przemyślany sposób oceniają też ofertę. Ktoś kupił nieco droższą wycieczkę tylko dlatego, że w tym przypadku było dużo lepsze ubezpieczenie. Świadomy wybór. Tak trzymać.

Wielkie dzięki za komentarze do postu „Śmierć na wczasach„! Dużo tam cennych uwag, porad, analiz i przykładów.

Śmierć na wczasach

Dowiedziałem się o tym wczoraj z TVP Białystok. Dziś tematem tym zajmują się już chyba wszystkie nasze lokalne media.  Rzecz dotyczy tragicznego zdarzenia jakie miało miejsce na wycieczce do Egiptu. W niedzielę wielkanocną, po tygodniowym pobycie w szpitalu, zmarł tam młody człowiek, zostawiając żonę i dwójkę dzieci. Zrozpaczona wdowa została dodatkowo obarczona rachunkiem na kwotę 90 tys. złotych za hospitalizację. Do tego dochodzi 15 tys. za sprowadzenie zwłok do kraju. Znajomi założyli specjalną stronę internetową, pomagają zebrać potrzebne pieniądze.

Pierwsze pytanie brzmi – Jak to możliwe, przecież jest ubezpieczenie? Jest, ale w tym przypadku ubezpieczyciel odmówił pokrycia kosztów, ze względu na chorobę przewlekłą, na jaką cierpiał turysta. Wyglądałoby na to, że z formalnego punktu organizator wyjazdu i ubezpieczyciel mogą mieć rację, co oznacza trudną sytuację dla poszkodowanych. Jednak jak informuje gazeta.pl, zmarły turysta osiem lat temu miał wszczepioną zastawkę serca, a zmarł w skutek wylewu. Czy jedno z drugim ma coś wspólnego, to już pytanie dla specjalistów z zakresu medycyny. Może zbyt łatwo ubezpieczyciel próbuje uniknąć odpowiedzialności?

Pytania można mnożyć. Czy pracownik biura, które sprzedało tę wycieczkę poinformował o tym, co zawiera ubezpieczenie standardowe i o tym, że w przypadku chorób przewlekłych można dokupić ubezpieczenie dodatkowe? Czy rezydent na miejscu pomógł na tyle, na ile trzeba? Czy cała pomoc na miejscu była zorganizowana należycie? Z tego, co pisze dziś poranny.pl, wygląda, że nie.

Wszystko to, nie zmienia jednak faktu, że turysta wykupując wczasy, podpisuje umowę, na której zazwyczaj jest klauzula, że zna i akceptuje warunki ubezpieczenia. A warunki te są takie, jakie są. W jednym biurze lepsze, w innym gorsze. Dlatego może nie od rzeczy będzie podanie kilku wskazówek:

1. Warto zapoznać się z warunkami ubezpieczenia. Problem w tym, że często to cała broszura specjalistycznego tekstu. Komu chce się to czytać? Kiedyś biura miały dobrą praktykę publikowania skrótów z najważniejszymi informacjami. Dziś takie udogodnienia zdarzają się rzadziej, a szkoda, warto by do tego wrócić.

2. Można dopytać o to pracownika biura, w którym wykupuje się wycieczkę. Ten powinien poinformować nas o najistotniejszych warunkach.

3. Jeśli na coś chorujemy, jeśli się leczymy, należy spytać czy w takim przypadku nie jest wskazane dokupienie ubezpieczenia od chorób przewlekłych. Koszt niewielki, a zwalnia nas od niepotrzebnego stresu czy dodatkowych problemów, w razie pogorszenia stanu zdrowia.

4. Trzeba też wiedzieć o innych wyłączeniach odpowiedzialności ubezpieczyciela (to bardzo ważne!). Dotyczą one chociażby alkoholu. Turysta pod jego wpływem, jeśli ulegnie wypadkowi, traci ubezpieczenie. Więcej na ten temat w artykule: Turysta, alkohol i ubezpieczenie.

5. I pamiętajmy, że cena to nie wszystko! Rozsądnie wybierajmy ofertę, biorąc pod uwagę wszystkie jej składniki. Nie traktujmy zakupu wycieczki jak wizyty w sklepie spożywczym. Oczywiście, najlepiej jest mieć zaufane biuro, które pomoże nam w wyselekcjonowaniu rzeczywiście najlepszej oferty.

Rzecz jasna, wszystkie te rozważania niewiele pomogą już w tym konkretnym, tragicznym przypadku. Ale może kogoś w przyszłości ustrzegą przed podobnymi kłopotami. Podam jeden konkret. Popularny ubezpieczyciel, którym posługuje się spora część polskich biur podróży, w przypadku kosztów leczenia wyłącza odpowiedzialność tylko w przypadku chorób na które ubezpieczony leczył się w przeciągu ostatnich 12 miesięcy. Tak więc, w tym przypadku, operacja sprzed 8 lat, nie byłaby powodem odmowy pokrycia kosztów leczenia i transportu zwłok do kraju. Niestety, jeśli dobrze rozumiem medialne doniesienia, turyści, o których mowa, mieli inne, mniej korzystne ubezpieczenie.

Zobacz też: O ubezpieczeniach w turystyce.

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén