Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: media o turystyce

Walka o leżaki

Turystyczne lato jest przewidywalne. Przyglądając się medialnym doniesieniom można odnieść wrażenie, że jak co roku: problemy te same, dobrze znane, wręcz oczywiste. Czyli nuda. Coś by się przeanalizowało, poszukało inspiracji, a tu nic nowego, słabo. Co najwyżej, można tylko obstawiać, który portal jako pierwszy odpali z konkretnym i oswojonym tematem oraz czy będzie to historia o spóźniających się samolotach czarterowych, nagannych zachowaniach na plaży, a może o problemach z ubezpieczeniami podróżnych. W stałym katalogu jest też kwestia leżaków przy basenie. Ta właśnie się objawiła, w postaci krótkiego filmu opatrzonego wymownym tytułem: O 7.30 rano turyści „jak szarańcza” zajmują wszystkie leżaki przy basenie. Są brutalni i szybcy.

Rzecz ma miejsce na Gran Canarii, trwa 3 minuty i kończy się tym, że są ranni i poszkodowani. Do rannych zaliczamy pana, który w trakcie biegu złamał palec u nogi, a poszkodowani to ci, którym się nie udało i będą musieli cały dzień znosić cierpienia wynikające z braku leżaka. Temat w sam raz na stronę główną poważnego portalu. Tym bardziej, że opisana i sfilmowana bitwa nie dotyczyła naszych rodaków; wszystko działo się pomiędzy turystami z Wielkiej Brytanii.

Leżaki czekają na turystów

Pod materiałem mnóstwo komentarzy, w sporej części krytykujących taką formę wypoczynku. Internauci piszą, że to najgorsze zachowania, i, że w sumie, z prawdziwą turystyką mają niewiele wspólnego. Oczywiście, jest w tym sporo racji, ale z jednym istotnym zastrzeżeniem. Otóż, każdy wypoczywa, jak chce. Jedni wolą górskie włóczęgi, inni tygodniowe smażenie się przy hotelowym basenie. Turystyka jest bardzo pojemna. W tym również jest jej siła, że może zaspakajać tak zróżnicowane potrzeby.

Gdy na spokojnie podejdziemy do tematu, to jasnym będzie, że jeśli do kogoś można kierować pretensje, to przede wszystkim do hotelu. Nie tylko o to, że leżaków jest za mało, bo to standard, ale głównie dlatego, że pozwala się na ich rezerwację. Wszyscy wiemy, jak takowa wygląda. Zasada jest prosta: kto pierwszy dobiegnie do leżaka i położy na nim swój ręcznik. Po czym wcale nie musi z niego korzystać. Może pójść na śniadanie, a nad basen wrócić za godzinę lub dopiero po obiedzie. W niektórych miejscach radzą sobie z tym w prosty sposób. Obsługa hotelu zdejmuje ręczniki z leżaków, które nie są używane. Chodzi o to, żeby na leżakach wypoczywali ludzie, a nie ręczniki.

Na tej plaży w Albanii sprawa jest jasna – leżaków brak!

Próbuję wyobrazić sobie, co bym zrobił w takiej sytuacji. Jak bym się zachował, gdybym potrzebował leżaka, na przykład dla dziecka. Czy stanąłbym w kolejce i wziął udział w wyścigu o godzinie 7:30? Licho wie, nigdy nie byłem postawiony wobec takiej konieczności. Za to taka myśl chodzi mi po głowie, że chyba za łatwo ocenimy. Internauci krytykują, potępiają i śmieją się ze sfilmowanych turystów. A przecież łatwo można poszukać niuansów, które mogą rzucić na całą historię trochę inne światło. Może nie każdy zapisując się na wakacje dostał od biura informacje, że leżaków jest za mało i że trzeba będzie starać się o nie w tak szczególny sposób? Zwyczajnie, mogli nie wiedzieć na co się piszą. A skoro już się w czymś takim znaleźli, to radzą sobie w miarę możliwości, lepiej lub gorzej, z większym lub mniejszym wdziękiem.

Swoją drogą, jak już ktoś ów filmik obejrzy, to przekona się, że nazywanie tego wydarzenia bitwą, a turystów szarańczą raczej nie jest usprawiedliwione. Rzecz przebiegła znacznie spokojniej, niż wynikałoby z opisu. Mówiąc krótko, taki materiał to news z byle czego. Za mało sensacji, więc historię trzeba było trochę podkolorować, dodając kilka mocnych słów.

Z tego wynika, że sezon ogórkowy w pełni.

Zobacz też: Ile gwiazdek, tyle szczęścia

Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach

Czas przed wakacjami wzmaga aktywność turystycznych portali. Wśród artykułów, reportaży i porad pojawiają się też specyficzne materiały o charakterze rankingów, zestawień miejsc do odwiedzenia, szczególnie polecanych plaż i tym podobnych wskazówek.

Oto przykład. Jedno miejsce w kraju, które trzeba odwiedzić. Wymyślił to Trip Advisor, wybierali sami turyści w internetowym plebiscycie. Media podchwyciły. Widzę już kolejną publikację na ten temat. Tym razem tygodnik „Polityka” na swojej stronie internetowej. Tytuł zachęca do kliknięcia: Jedna rzecz, którą trzeba zobaczyć w każdym kraju na świecie.

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Materiał w formie mapy. Powiększam ją, by przyjrzeć się najbliższym mi krajom. Cóż tam mamy? Na Białorusi twierdza w Brześciu, w Mołdawii park Stefana Wielkiego, w Gruzji cerkiew św. Trójcy (Gergeti), w Armenii klasztor Geghard. Dość oryginalna interpretacja atrakcji. Szczególnie ta dotycząca Mołdawii. Park, w którym nie ma absolutnie niczego wyjątkowego został uznany za miejsce, które zobaczyć trzeba koniecznie. Chciałbym wiedzieć ile osób oddało taki głos. Mołdawię odwiedza bardzo mało turystów, udział w plebiscycie wzięło rzecz jasna jeszcze mniej. Może była to zupełnie przypadkowa i niereprezentatywna grupa. Bo w jaki inny sposób kawałek zieleni w centrum miasta mógłby wygrać z największymi na świecie piwnicami winnymi (Milestii Mici, 200 km podziemnych sal i korytarzy!) z bardzo malowniczym Starym Orhei lub wywierającą duże wrażenie twierdzą w Sorokach?! Wygląda to tak, jakby zdecydowały głosy turystów, którzy z całego kraju widzieli tylko Kiszyniów. I to ledwie przez chwilę. (Więcej o turystycznych atutach Mołdawii).

Ale w rankingu znajdujemy też atrakcje oczywiste. W Etiopii kute w skale kościoły, w Izraelu stara Jerozolima, w Jordanii Petra, w Iranie Persepolis, a w Peru Machu Picchu. Trafione, trudno polemizować z takim wyborem. Nawet jeśli mielibyśmy typy alternatywne, to te ogłoszone przez Trip Advisor z pewnością się obronią. Mają mocne uzasadnienie.

Ciekawie jest w Polsce. Napisano „Main Market Squere”. Ale gdzie? Tego Trip Advisor już nie wyjaśnia. Zakładam, że w Krakowie. Dlaczego właśnie tam? Ze względu na popularność Krakowa, na powodzenie jakim cieszy się wśród zagranicznych turystów. Wielu z nich odwiedza tylko to miasto. Niektórzy zobaczą jeszcze Wieliczkę i Oświęcim. I niewiele więcej. Zapewne właśnie stąd ten wybór.

Plaża w Varadero

Plaża w Varadero

Dyskusyjne jest samo założenie leżące u podstaw zestawienia – jedna atrakcja na cały kraj. Jedno miejsce na wielką Rosję. (To cerkiew Zbawiciela na Krwi w Petersburgu. Przyznać trzeba, że w tym przypadku internauci zagłosowali nieco pod prąd, spodziewałbym się raczej moskiewskiego Kremla, Placu Czerwonego lub Soboru Wasyla Błogosławionego, ale może po prostu wśród głosujących więcej było miłośników Petersburga). W olbrzymich i pełnych atrakcji Indiach tylko Tadź Mahal, a w Chinach Wielki Mur. Ileż wyśmienitych zabytków i wielkich atrakcji trzeba pominąć?! W takich przypadkach często stawia się na obiekty-ikony. To tak, jakby ktoś myślał w jakim miejscu zrobić selfie, żeby wszyscy oglądający od razu rozpoznali co to za kraj. Petra, Lalibela, Machu Picchu, Koloseum i Tadź Mahal idealnie się do tego nadają.

Dalej przeglądam mapę. Kuba. Padło na plaże Varadero. A więc nie stara Hawana, nie Baracoa, Santiago de Cuba czy Pinar del Rio. Nawet nie wieczór w którymś z klubów w stylu Buena Vista Social Club. Wygrały plaże. Przypomnijmy pytanie. Jedno miejsce, jedna atrakcja. W odpowiedzi wskazano na plaże. Dlaczego? Ponieważ właśnie tam realizuje się turystyka masowa, tam trafia najwięcej osób. Nadmorskie kurorty są najbardziej znane. Co wcale nie znaczy, że zasługują na największą uwagę. Bez wizyty w Varadero można poznać Kubę, ale odwiedzając samo Varadero nie ma szans by zrozumieć  fenomen kraju, by go dotknąć i doświadczyć. Otoczone płotami hotele all inclusive nie odzwierciedlają realnej sytuacji w kraju. W przypadku Kuby są raczej jej wypaczeniem. Zobacz też: Kuba. Relacja osobista.

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Czy możemy pokusić się o analizę kryteriów i przesłanek, które zadecydowały o takim, a nie innym wyborze? Wydaje się, że mamy do czynienia z kilkoma rodzajami motywów i okoliczności. Silną i oczywistą grupę stanowią obiekty-ikony aspirujące do roli symbolu danego kraju. W przypadku Indii jest to wspominany wyżej Tadź Mahal. Zasłużenie czy nie, to zupełnie inna sprawa (muzułmański grobowiec w hinduistycznym kraju), ale ważne, że działa kojarząc się jednoznacznie. Zdjęcie zamieścić można na okładce katalogu biura podróży, ale też na opakowaniach indyjskiej herbaty. Po drugie, miejsca cieszące się największym powodzeniem, te, do których trafia najwięcej osób, gdzie lądują samoloty czarterowe. Tak, jak we wspominanym wyżej Varadero, ale plaże wygrywają też na Dominikanie i na Malediwach. Po trzecie, coś nowego i zaskakującego. Ciekawy powiew świeżości, atrakcje, które powstały niedawno, a już zdążyły zająć czołowe miejsce. W tym przypadku może przesądzić siła głosów młodego pokolenia, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie numerem jeden jest Harry Potter Studio Tour. I na koniec, po czwarte, ewidentne pudła, typy przypadkowe, bez żadnego racjonalnego uzasadnienia. Wynikające chyba z nieznajomości kraju. Tak jest choćby z omówionym wyżej przypadkiem parku w Kiszyniowie.

Czemu służą takie rankingi? W pierwszej kolejności korzyści tych, którzy je tworzą. To jedna z form reklamy. Media lubią takie materiały i chętnie je powielają. Czytelnicy też zwracają na nie baczniejszą uwagę. Znam to z praktyki blogowej. Można napisać artykuł o turystycznych atrakcjach danego kraju, ale lepiej nadać mu formę zestawienia, zamkniętej listy pięciu czy dziesięciu miejsc, które trzeba odwiedzić. Ważny jest też tytuł. Klikalność rośnie, gdy nagłówek zachęca: „Dziesięć największych atrakcji” albo „Zobacz koniecznie”. Oczywistym jest, że należy podchodzić do nich ze sporym dystansem. Nie są żadną wyrocznią, ani prawdą objawioną. Zdarza się, że ich autorzy się mylą, a werdykty wprowadzają w błąd. Pamiętajmy też, że takie materiały dyktują wakacyjne mody. Jeśli więc w tym roku będą pisać, że na plażę najlepiej pojechać w to jedno konkretne miejsce, to nie wybierajcie się tam, bo na miejscu zastaniecie tłum ludzi, korki i zawyżone ceny.

Gruzja Gergeti Cminda Sameba Stepancminda Kazbegi

Gruzja, sięgająca chmur cerkiew Cminda Sameba (Gergeti)

Rankingów, zestawień i podpowiedzi jest cała masa. Życia nie starczy, żeby podróżować ich śladem. Na monitorze komputera wyświetlił mi się kolejny: Wybrano 100 najlepszych europejskich miast na wakacyjny wypad. Wśród nich aż 3 polskie. Klikam zatem, żeby się dowiedzieć, jakie to miasta z naszego kraju zasłużyły na ten szczególny przywilej. No i o to właśnie chodzi, żebym kliknął. Wraz ze wzrostem ilości odsłon rosną wpływy z reklam. A, że nie zgodzę się z tym werdyktem, że uznam go za co najmniej dziwny, to już przecież nie ma żadnego znaczenia.

Uważajcie na rankingi! Nie dajcie się im wodzić za nos.

Ciekawiej jest chodzić pod prąd, wybierając mniej popularne kierunki. Takie podejście przynosi większą satysfakcję. To opcja dla koneserów wyjątkowych podróży.

Krzysztof Matys Travel

O ubezpieczeniach w turystyce

Temat ten poruszałem wielokrotnie. Najczęściej wywoływały go tragiczne wydarzenia. Turysta zmarł lub ciężko zachorował. Uruchomiało to duże koszty – szpital, operacja, transport zwłok… W takich przypadkach budzą się też media, pojawiają się newsy o zwracających uwagę tytułach. Znacznie rzadziej pogłębione analizy. Efekt jest taki, że Polacy nadal mało wiedzą o regułach turystycznych ubezpieczeń.

Żeby wakacje zawsze były bezpieczne

Żeby wakacje zawsze były bezpieczne

Po części sami są za to odpowiedzialni. Nie czytają warunków ubezpieczenia. Mimo tego, że podpisując umowę z biurem podróży, poświadczają też, że z warunkami się zapoznali i je zaakceptowali. W efekcie, jak się coś zdarzy, w sporze z ubezpieczycielem są bez szans.

Ale jak się temu dziwić, jeśli nawet tak opiniotwórcza gazeta jak „Gazeta Prawna” publikuje materiały, które mogą wprowadzać w błąd. Artykuł z 8 lipca tego roku: „Ryzykanci wyruszają na wakacje czyli Polak na urlopie bez ubezpieczenia”. Co znaczy taki jego fragment?

W grupie turystów podróżujących z biurem podróży odsetek osób, które nie chcą polisy, spada. Obecnie – według badania – sięga on 62 proc., podczas gdy w 2011 roku było to 77 proc.

Z kontekstu otaczających go zdań wynika, że „obecnie” aż 62 proc. klientów biur podróży może nie mieć ubezpieczenia. To oczywiście nieprawda. Turysta wyjeżdżający z biurem podróży poza granice Polski zawsze ma ubezpieczenie turystyczne! Ponieważ ubezpieczenie KL (koszty leczenia) i NNW (następstwa nieszczęśliwych wypadków) jest obowiązkowe – narzucone ustawą. Organizator wyjazdu musi wkalkulować je w cenę wycieczki! Klient nawet jeśliby chciał, to nie może z takiego ubepieczenia zrezygnować!

No chyba, że turysta korzysta z usług nielegalnego biura, tzn. takiego, które nie ma licencji potrzebnej do organizacji imprez turystycznych. Wtedy cała działalność jest poza prawem. Tak może być np. jeśli wycieczkę organizuje agent turystyczny. Biuro agencyjne nie ma do tego prawa, może to robić tylko touroperator. Więcej o tym tu: Jak założyć biuro podróży.

W przypadku ubezpieczeń turystycznych ważne są klauzule wyłączające. To o nich należy informować turystów. To one decydują o tym, co ubezpieczyciel pokryje, a za co turysta zapłaci sam. Jeśli pojawią się problemy ze zdrowiem, wypadek czy konieczność hospitalizacji, decydować będą właśnie te klauzule. Ubezpieczyciel oczywiście wykorzysta każdy możliwy punkt by uniknąć kosztów. A bywa, że są to bardzo duże kwoty, idące w dziesiątki tys. zł! Wtedy zaczyna się lament i komentarze, że biuro podróży i ubezpieczyciel to oszuści. Winni są potrzebni i wygodniej jest poszukać ich na zewnątrz. Tymczasem błąd popełnił turysta. Kiedy? Zgadzając się na takie, a nie inne warunki ubezpieczenia.

Jakie są najbardziej niebezpieczne klauzule wyłączające odpowiedzialność firm ubezpieczeniowych? To choroby przewlekłe, więcej o tym tu: Śmierć na wczasach oraz alkohol – szczegóły w artykule: Turysta, alkohol i ubezpieczenie.

Przeczytajcie zanim wykupicie wakacje. Warto!

Kolejne gazetowe rewelacje

O artykułach Patrycji Otto zamieszczanych na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” pisałem już wielokrotnie. Dementowałem znajdujące się tam nieprawdziwe informacje, przeinaczenia i niczym nieuprawnione opinie. Dzięki swojej twórczości pani ta szybko zdążyła zyskać szczególną opinię wśród sporej części branży turystycznej. Osoby pracujące w biurach i znający turystykę od podszewki, nieraz przecierały oczy czytając rewelacje ogłaszane w prestiżowej przecież gazecie. Bywało, że dziennikarka działała na niekorzyść swoich czytelników zachęcając ich do nieracjonalnych zachowań. Szczegóły znajdziecie np. tu: „First czy last minute”
 

Ale to, co tym razem napisała pani Otto, moim zdaniem, przekracza już wszelkie granice. Artykuł jest tak tendencyjny, że wygląda na materiał inspirowany. „Dziennik Gazeta Prawna” doradza klientom zachowania, na których skorzystać mogą wymienione w nim dwa biura. Już to jest niedopuszczalne, ale na tym nie koniec. W materiale pojawiają się kłamstwa. Aby uzasadnić swoją karkołomną tezę pani Otto podaje nieprawdziwe informacje.

 

Przyjrzyjmy się szczegółom.

 

Główna teza artykułu: klient szukając tanich ofert na wakacje, powinien znaleźć je sam w internecie. Jeśli pójdzie do biura, to polecą mu droższe oferty. Dlaczego? Zdaniem dziennikarki z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że stacjonarne biura nie mają dostępu do aktualizowanych na bieżąco ofert. A po drugie, biurom agencyjnym zależy na sprzedaży jak najdroższych ofert ponieważ mają wynagrodzenie prowizyjne. Otóż oba argumenty nie są zgodne z prawdą!

 

Agenci sprzedający wycieczki już od kilku lat pracują na dobrych systemach rezerwacyjnych, które porównują oferty różnych touroperatorów. Dzięki tym narzędziom łatwo i szybko można wybrać najkorzystniejszą ofertę. Wie to każda pracująca przy tym osoba, czyli w sumie kilka tysięcy ludzi. A nie wie tego dziennikarz piszący o turystyce?!

 

Drugi powód wymieniony przez panią Otto jest tak bzdurny, że aż trudno z nim polemizować. Równie dobrze można by napisać, że w każdym sklepie spożywczym jest drogo ponieważ sprzedawcy mają prowizję. Warunki narzuca konkurencja. W Polsce jest dużo biur agencyjnych. Zbyt dużo. Rywalizacja jest bardzo ostra. Klienci zanim coś kupią odwiedzą kilka biur i porównają oferty. Sprzedawcy dobrze to wiedzą. W takich warunkach nie ma mowy o „wciskaniu” droższej oferty. Każdy sprzedawca stanie na głowie żeby znaleźć wycieczkę w najatrakcyjniejszej cenie. Zanim coś zaproponuje, sprawdzi wszystkie możliwe rozwiązania, inny rozkład pokoi, trochę inne daty wyjazdu, itp. Z punktu widzenia klienta taki  pracownik biura to skarb. Znajdzie, doradzi. Pomoże uniknąć kłopotów związanych ze złym wyborem. Przecież ci ludzie mają olbrzymią wiedzę. Siedzą w tym od lat. Jeżdżą po świecie i oglądają hotele. Wiedzą, gdzie warto pojechać, a czego trzeba unikać. Znam setki takich specjalistów. Wielu, wielu z nich to pasjonaci, żyją turystyką. Za punkt honoru stawiają sobie jeden cel – zadowolenie klienta! Nie ma lepszego sposobu na udane wakacje niż zaufanie takiej osobie.

Skąd więc tak przedziwny artykuł? Może z braku wiedzy autorki, a może jest coś jeszcze? Wymienione w nim dwa biura od jakiegoś czasu specjalizują się w przejmowaniu klientów. Robią wiele żeby turysta nabył ofertę bezpośrednio u nich, a nie poprzez agenta. Dzięki temu obniżają swoje koszty o prowizję sprzedawcy (dla klienta cena pozostaje ta sama). W branży głośno o tym już od dłuższego czasu. Touroperatorzy stosują nieczyste chwyty, żeby tylko uniknąć zapłacenia należnej agentowi zapłaty. Dlatego, po takim artykule w internecie zawrzało (wystarczy zajrzeć na forum Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Agentów Turystycznych). Nie po raz pierwszy zresztą. Obawiam się, że i nie ostatni. Wkrótce zapewne pojawi się kolejny przedziwny materiał pani Otto. W prestiżowym i opiniotwórczym „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Brawa dla wydawcy! Za profesjonalizm!

Uważajcie na dziennikarzy!

Po raz kolejny, przychodzi mi komentować przedziwne gazetowe opinie. Dziś popis dała „Rzeczpospolita”. W dodatku ekonomicznym pojawił się artykuł pod wielce wymownym tytułem „Największe biura mają się dobrze, uważajcie na małe”.

Opinia mająca niewiele wspólnego z prawdą, znajduje się już w pierwszym akapicie. Oto ten fragment:

Wąska grupa liderów z zyskami, reszta branży per saldo na stratach – tak wygląda polski rynek firm zajmujących się zagraniczną turystyką wyjazdową.

Całkowicie nie zgadzam się z takim ujęciem tematu. Mamy dobry czas dla niewielkich, szczególnie niszowych biur; takich, które nie zabijają się w konkurencji o cenę. Dla biur organizujących wyprawy egzotyczne, wycieczki szkolne czy turystykę biznesową. W żadnym wypadku nie można postawić tezy, że średni i mali touroperatorzy są w złej sytuacji finansowej! Niby na jakiej podstawie robi to cytowana przez gazetę firma InfoService?! Finanse polskich biur nie są transparentne. Ani małych, ani dużych! Więcej na ten temat tu: Jak to się robi, czyli kto dotuje polskie biura?

Jaki błąd popełnia „Rzeczpospolita”? Opiera cały materiał na kryterium obrotu. W rankingu tym, pierwsza dziewiątka biur, to przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w turystyce czarterowej. Specyfiką tego segmentu jest bardzo duży obrót i mała rentowność (na poziomie zaledwie 1-3 proc.! Gazeta pisze o „całkiem dobrej rentowności 1,33 proc.”!). Towarzyszy mu duże ryzyko, zarezerwowane wyłącznie do tej części branży. Pokrótce przypomnę tylko to, o czym pisałem już na tym blogu, chociażby w tekście Turystyka 2012. Największe biura, na loty czarterowe podpisują  sztywne umowy. Czy samolot poleci pełny czy w połowie pusty, zapłacić trzeba. Hotele też są często na gwarancji, to znaczy, że płaci się za nie z dużym wyprzedzeniem. Jeśli się tego nie sprzeda, tworzą się ogromne straty. Do tego dochodzi wyjątkowo trudny rynek. Podstawowym kryterium klientów jest cena. Efektem jest zabójcza konkurencja i oferty na granicy opłacalności. Nawet niewielkie, nieprzewidziane koszty, stwarzają perturbacje, zagrażające egzystencji biura.

Wcale nie jest tak, że „największe biura mają się dobrze”. Jeden z liderów rynku, żeby funkcjonować, bierze kredyty bankowe pod zastaw nieruchomości swoich agentów! O innych wiadomo, że nie płacą swoim zagranicznym kontrahentom. Prawda o biurach podróży jest znacznie bardziej złożona niż przedziwne opinie drukowane w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”.

Również dotychczasowe doświadczenia pokazują coś zupełnie przeciwnego. Jakie biura padały zostawiając turystów na lodzie? Duże! Ostatnio Orbis (Dlaczego upadł Orbis Travel) i Selectours (wrzesień 2010). Ale też kilku touroperatorów ze ścisłej czołówki otarło się o finansową katastrofę. Wszyscy słyszeli o Triadzie (do niedawna lider polskiego rynku), ale olbrzymie zmiany wymuszone sytuacją finansową przeszedł też jeszcze jeden duży touroperator – w tym przypadku wszystko zrobiono bardzo dyskretnie.

W środku sezonu wakacyjnego, na granicy płynności był bardzo duży touroperator. Na wczasach były rzesze turystów. Kolejne tysiące czekały na wyjazd. Nikt nie podejrzewał, że ich wakacje wiszą na włosku. Znalazł się ktoś, kto przekazał większe pieniądze. Po cichu zmieniono prezesa, i tyle. Dzięki temu gazety nie napisały o największym bankructwie w historii polskiej turystyki.

Właściwie to nie wiem czym tłumaczyć aż taki stopień braku dziennikarskiego profesjonalizmu. Pisze to ktoś, kto nie zna branży? Ktoś, kto nie przykłada się do pracy i nie chce mu się zadać trudu, by uważniej przestudiować temat? Obserwuję takie dziennikarskie rewelacje od kilku lat. Wygląda to na artykuły pisane na kolanie, szybko i niestarannie. Wystarczy zapytać kila osób i z wypowiedzi skomponować jakiś materiał o nośnym tytule. I wszystko! Nieważne ile to ma wspólnego z rzeczywistym obrazem omawianego zagadnienia.

Więcej na ten temat: Prawda o biurach podróży

PS. Tekst ten dotyczy touroperatorów. Sytuacja biur agencyjnych to zupełnie inny temat.

First czy last minute?

„Nie wierz biurom i jak najdłużej zwlekaj z wykupieniem wakacyjnej wycieczki”*. Tak zaczyna się kolejny artykuł gazety, której swego czasu przyznałem tytuł mistrza w kategorii: pisanie bzdur o turystyce. Dlaczego? Otóż Dziennik Gazeta Prawna od dłuższego czasu, systematycznie, publikuje materiały zawierające wątpliwej jakości tezy.

   

Problemy są dwa.

 

Po pierwsze, zdarzało się Dziennikowi, z pewnością właściwą nieomylnym, przedstawiać prognozy, które później się nie sprawdzały. Konkretne przykłady znajdziecie tu:

 

„Czerwcowe wyprzedaże” >>>
”Wakacje tańsze czy droższe” >>>

 

Bardzo ciekawa może być szczegółowa analiza tych artykułów. Już pobieżna lektura pokazuje, że w kolejnych, następujących po sobie tekstach pojawiają się niespójne, a nawet sprzeczne tezy. Jeszcze kilka lat takiej praktyki i będzie można napisać monografię tego zjawiska. Byłaby zajmującą lekturą dla studentów dwóch kierunków, turystki i dziennikarstwa.

 

Po drugie, jest to bardzo wpływowe medium. Przedstawione tam informacje szybko powtarzane są przez inne nośniki. Bez żadnego merytorycznego komentarza, pojawiły się dziś w radiowej Trójce (w prestiżowym Informatorze Ekonomicznym!). Wpływ takiego artykuły na rynek, może więc, być bardzo duży.

 

A teraz odnieśmy się do meritum dzisiejszego artykułu z Dziennika.

 

Część zawartych tu informacji jest oczywiście prawdziwych i godnych uwagi. Nie ma co z nimi dyskutować. Rzecz jasna, w tym roku jest drożej (wiadomo dlaczego, ceny walut obcych i paliwa lotniczego oraz rosnący fiskalizm w krajach południowej Europy). Nikt też nie powinien chyba mieć wątpliwości, że rok ten wymaga dużej ostrożności. Może to być trudny czas dla biur podróży i klienci powinni z dużą świadomością wybierać ofertę. Zgadzam się z autorem artykułu. Pisałem o tym zresztą już miesiąc temu (Turystyka 2012).

 

Ale są też rzeczy kontrowersyjne.

 

Na pewno będzie taniej! Tak twierdzi gazeta. Otóż ja nie mam tej pewności. Dużo zależy od trudnych do przewidzenia okoliczności. Nie wiemy jaki będzie kurs euro w lipcu. Jeśli taki jak dziś, to taniej nie będzie! Nawet w last minute. Dlaczego?

 

Ponieważ niższe ceny oznaczałyby bankructwa biur. Cena wycieczki nie bierze się z sufitu. Touroperator nie ma 100, 50 czy chociażby 20 proc. marży. Nie może zbyt mocno obniżać ceny, ponieważ nie ma z czego. Jeśli będzie mały popyt, to biura będą redukowały ofertę. Będą odwoływały samoloty i rezerwacje w hotelach. Lepiej sprzedać mniej, ale nie dokładać do biznesu.

 

Dzisiaj, w first minute, da się znaleźć atrakcyjne oferty, w naprawdę dobrych cenach. I bardzo ważna rzecz: jest to niewielka, ograniczona pula! To znaczy, że organizator ma np. 100 pokoi do sprzedania w konkretnym hotelu na konkretny lipcowy termin. Dziś, w first minute, w najniższej cenie (czasami poniżej kosztów), sprzeda tylko 10 pokoi. Zrobi tak dla reklamy i prestiżu. Resztę będzie chciał sprzedać drożej.

Ciekawe są przykładowe ceny, zamieszczone w artykule. Zrobiono tam zestawienie rezerwacji zrobionych w styczniu i dotyczących tygodniowych wyjazdów pod koniec czerwca. Zdaniem Dziennika, latem 2012 r., 3-gwiadkowy hotel na Krecie, w opcji all inclusive kosztuje 1905 zł. Żeby to sprawdzić, wystarczy do systemu rezerwacyjnego, na którym pracują agenci, wpisać zapytanie. Co uzyskałem? Najtańsza oferta w drugiej połowie czerwca to koszt 1599 zł za osobę (300 zł taniej niż podaje gazeta!), a w lipcu (szczyt sezonu) 1669. Za 1649 można już mieć cztery gwiazdki. Jeśli utrzymają się wysokie ceny walut i takie koszty paliwa, taniej nie da się tego kupić! Wygląda na to, że klienci to rozumieją, ponieważ w biurze mamy urwanie głowy. First minute cieszy się dużą popularnością.
……………………………………….

Najlepsze wakacyjne oferty: Wakacje-hity.pl

*Patrycja Otto: Te wakacje będą o połowę droższe od zeszłorocznych, „Dziennik Gazeta Prawna”, 4 stycznia 2012, s. A7.

 

Polecam też artykuł: „Drogie last minute”

Powakacyjna depresja

Od kilku dni, gdzie nie spojrzę, tam coś o „pourlopowej depresji”. W zadziwiający sposób pracują media. Temat pojawia się znikąd i rozprzestrzenia się jak zabójczy wirus. Ton narzuca Warszawa. Jak pokażą to w TV, jak powiedzą w dużych rozgłośniach radiowych, to podchwycą też gazety lokalne. Często bez większego namysłu. Byle tylko wskoczyć na podstawiony tor.

„Depresja pourlopowa”. Ale dlaczego właśnie teraz? Dlaczego nie w lipcu? Przecież kilka tygodni temu ludzie też wracali z urlopów. Wtedy nie mieli „depresji”?

Powiem szczerze, dawno nie słyszałem czegoś równie głupiego! Ostatecznie mogę zrozumieć pourlopowe rozleniwienie, trudności z powrotem do pracy, itd., ale od razu depresja! Czy to rozsądne by zwykłe lenistwo określać mianem poważnej choroby? Depresja jest problemem. Wymaga specjalistycznej pomocy medycznej, w stanach ostrych grozi samobójstwem.

Rozumiem realia sezonu ogórkowego, ale bez przesady! Zaraz niemal cała populacja pracujących zacznie traktować „depresję pourlopową” jako coś oczywistego i obowiązkowego. Oj, nie mogę dziś skupić się na pracy bo wczoraj wróciłem z urlopu – zaczną mawiać bardziej podatni na wpływ mediów. Tylko czekać jak hasło to pojawi się w Kodeksie Pracy, a inspekcje zaczną sprawdzać czy pracodawcy w dostateczny sposób ułatwiają zatrudnionym przetrwanie pierwszego dnia.

Słyszę jak dziennikarz Polskiego Radia pyta psychologa: Powrót po urlopie do pracy to wielki stres. Przez kilka dni nie możemy sobie znaleźć miejsca. Jaka jest na to rada? „Wielki stres”?! Parę razy wracałem z urlopu do pracy, nigdy nie był to dla mnie stres, a już na pewno nie wielki. Oczywiście, może pewna niedogodność, może wolałbym zostać na plaży zamiast wracać do biura, ale na pewno nie była to tragedia. Po co wmawiać ludziom takie rzeczy?!

Zresztą, w takim podejściu trudno o logiczną konsekwencję. Urlop ma być czymś przyjemnym. Wracać powinniśmy wypoczęci i zrelaksowani, a więc bardziej odporni na negatywne konsekwencje pracy. To, co przed urlopem mogło wyprowadzić nas z równowagi, po urlopie powinno wydać się błahostką. Taki jest sens wakacji. Wyjeżdżamy po to by odpocząć po tym co było i naładować akumulatory na nowe wyzwania.

Jeśli tak nie jest, co musi być coś nie tak. Albo urlop był skrajnie  nieudany albo w pracy czekają na nas potwory. Albo daliśmy się ponieść medialnej atmosferze i uwierzyliśmy, że powrót z wakacji to coś strasznego.

Zobacz też: Uważajcie na dziennikarzy!

Czymś zupełnie innym może być kryzys związany z końcem lata. Nagłe przejście od wysokich temperatur i słońca przez kilkanaście godzin na dobę do pogody zimnej i pochmurnej, często skutkuje gorszym samopoczuciem. W skrajnych przypadkach depresją. Nieraz wymaga jakiegoś wzmocnienia. Dobrze wiedzą o tym Skandynawowie mający skłonność do konsumpcji ogromnej ilości czekolady i alkoholu. W tym ostatnim przypadku skłonność ta jest skutecznie ograniczana za pomocą siły państwa.

Znam kilka osób, które miały ogromne trudności z powrotem do Polski z Egiptu. Po dłuższym tam pobycie nie potrafili już żyć bez słońca. Nie pozostało nic innego jak przenieść się do Egiptu na stałe. Ci, którzy nie mogą sobie na to pozwolić, wracają tam tak często jak tylko się da. Tak, są ludzi uzależnieni od Egiptu, uzależnieni od słońca. Ale to już temat na inną opowieść.

PS. Wszystkim wracającym do pracy życzę samych radości z tym związanych!

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén