Z tematem borykam się od lat. Szukam nowych kierunków. Dla turystów. Biuro podróży musi odświeżać ofertę i przynajmniej raz na jakiś czas zaproponować atrakcyjną nowość. Jest z tym pewien kłopot, bo do dyspozycji mamy coraz mniej niewyeksploatowanych miejsc. Gdzie zabrać wycieczkę? Czym zwrócić uwagę i jak zainteresować rynek? Turyści, którzy dużo jeżdżą, byli już niemal wszędzie, od Nowej Zelandii po Białoruś. Świat zmalał, skurczył się i ma coraz większe trudności z zaspakajaniem podróżniczych potrzeb. Przydałyby się nowe kontynenty, a nawet więcej – nowe planety.

Właśnie to zaprzątało mi głowę, gdy przeciskałem się przez ludzką ciżbę na targach książki. Zaglądam na nie co roku, głównie po to, żeby szybko, w jednym miejscu nabyć pozycje, które wcześniej jakoś umknęły, o których w codziennym zabieganiu po prostu zapomniałem. No i oczywiście, za każdym razem mam nadzieję, że może dostrzegę jakąś perełkę, pozycję, o której nie słyszałem, a która warta jest lektury. Tym razem się udało! Wypatrzyłem ją pośród setek innych publikacji. Właściwie to chyba sama rzuciła mi się w oczy; bardziej ona znalazła mnie, niż ja ją. Książka pięknie wydana, bogata w reprodukcje dawnych map. To Atlas lądów niebyłych Edwarda Brooke-Hittchinga, autora, o którym przeczytałem na okładce, że jest nieuleczalnym mapofilem, synem antykwariusza; mieszka w Londynie wśród zakurzonych starych map oraz książek. Wiele wyjaśnia podtytuł tej pracy: Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów. Chodzi więc o miejsca, których w rzeczywistości nie ma, a które pojawiły się tylko w opisach i opowieściach. Są tam hasła zgoła niesamowite, jak choćby Wewnętrzne Morze Australii, Wyspa Demonów czy Nowa Południowa Grenlandia. Z perspektywy dzisiejszego człowieka, uzbrojonego w wiedzę i narzędzia dwudziestego pierwszego stulecia brzmi to wręcz zabawnie, ale był czas, że traktowano je serio. Wysyłano ekspedycje i wydawano opasłe tomy relacji i świadectw.

Fragment okładki. Dom Wydawniczy „Rebis”.

Cześć z zamieszczonych w tej książce map znana jest dość powszechnie z innych publikacji. Podobnie zresztą, jak i niektóre tematy. Ot, choćby królestwo Księdza Jana, którego fascynującą historię poznaje się przy okazji studiów nad Etiopią. Spora część haseł z indeksu „lądów niebyłych i fantasmagorii” powstała w okresie odkryć geograficznych, jest efektem pomyłek ówczesnych żeglarzy, ale też celowych zmyśleń i przechwałek. Najbliższa nam geograficznie jest opisana w tej książce historia bogatego wyspiarskiego miasta Wineta, utożsamianego z wyspą Wolin.

Tak więc, książka rzuciła mi się w oczy. Nie słyszałem o niej wcześniej, ale nie zastanawiałem się nad kupnem. Nabyłem od razu. Dlaczego? Z uwagi na samą koncepcję książki. A właściwie, to ze względu na sposób, w jaki tę koncepcję odczytałem. Wystarczył mi widok okładki, żeby obudziła się nadzieja, że trafiłem na coś, co może mieć znaczenie dla rozważań nad turystycznym fenomenem kurczącego się świata. To tak, jakbym spotkał kogoś, kto myśli podobnie, kto doszedł do tych samych wniosków. Radość i nadzieja na dodatkowe, inspirujące treści. Tak przywitałem książkę londyńskiego mapofila. Oto miałem przed sobą literaturę faktu, niemalże reportaż, tekst o lądach, ale lądach wyjątkowych – tych, których nie ma. Nie ma, a przecież dobrze by było, gdyby jednak istniały! Co by nam szkodziło mieć drugą Grenlandię, wewnętrzne morze w Australii czy jakiś zapomniany wcześniej kontynent?! Jasne, że byłoby super, gdyby pojawiły się na obowiązującej dziś mapie. Istniałyby i kusiły. Nie, oczywiście nie szukalibyśmy tam złota czy cennych przypraw, jak w epoce kolonialnej. Mielibyśmy po prostu więcej podróżniczych celów. Mielibyśmy pole do popisu, do zaspakajania potrzeb podróży i poznawania świata. Nowe strony w katalogach i nowe programy wycieczek.

Dawno temu nieznane lądy wzbudzały zainteresowanie z powodu marzeń o bogactwie, ze względu na szanse podboju i możliwość tworzenia kolonii. Potrzebne były faktorie, monopole i siłą budowane rynki zbytu. Emocje rozbudzały też fantastyczne opowieści o jednookich stworzeniach przykrywających się własnymi stopami i potworach zamieszkujących odległe morza. A dziś? Dziś potrzebujemy plaż dla turystów i ciekawych obiektów do zwiedzania. Tyle wystarczy.