Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: podróże egzotyczne

Kirgistan. Od Biszkeku po Issyk-kul

Wróciłem z Kirgistanu. Pojechałem zobaczyć góry, słynne jezioro i miejsce, gdzie zmarł Przewalski – podróżnik, odkrywca i naukowiec, podejrzewany o to, że był biologicznym ojcem Stalina. No, i oczywiście, chciałem zobaczyć Kirgiza na koniu. To obowiązkowo!

Podróżowałem sam, więc było dużo czasu na kontakt z miejscowymi. Kirgistan od ponad dwudziestu lat jest niepodległym krajem, z wszystkich państw Azji Centralnej najbardziej otwartym i demokratycznym. Ludzie mówią to, co myślą, bez obaw o konsekwencje. Nie ma wiz, co w porównaniu z pozostałymi krajami regionu jest czymś absolutnie wyjątkowym. Zobacz Krótki przewodnik po Kirgistanie.

Polowanie z sokołami należy do kirgiskiej tradycji

Polowanie z ptakami drapieżnymi należy do kirgiskiej tradycji

Gdziekolwiek pojadę, rozmawiam z taksówkarzami. Zagaduję o życie i politykę. Byłem przygotowany na prorosyjskie opowieści, ale to, co usłyszałem od taksówkarza w Biszkeku przerosło moje wyobrażenia. Jego zdaniem agresorami na Ukrainie są Polacy, którzy do spółki z Ukraińcami chcą wymordować mieszkających tam Rosjan. Jesteśmy faszystami i Putin da nam nauczkę! Zanim wysiadłem udało m się jeszcze dowiedzieć, że w Polsce jest bieda, a Rosja ma tak mocną gospodarkę, że Unia Europejska nie ma szans. Mówił to bez żadnej złości i emocji. Ot tak, po prostu, nawet z życzliwością w głosie, jakby mi współczuł. Ciepło się przy tym uśmiechał. Siła rosyjskiej telewizji jest wielka!

Po tym doświadczeniu przestałem rozmawiać o polityce. Kirgizi są mili i gościnni, w kraju bezpiecznie, widoki śliczne. Jest się czym cieszyć.

Issyk-kul

Szybko pożegnałem stołeczny Biszkek. Miasto nie ma zbyt wielu turystycznych atrakcji. W towarzystwie znajomego Kirgiza ruszyłem wokół jeziora Issyk-kul. Leży na wysokości 1 600 m n.p.m. Duże, 180 km długości! Otoczone ośnieżonymi górami.

Na targu w Biszkeku

Na targu w Biszkeku

Północny brzeg jeziora to piaszczyste, szerokie plaże i całkiem przyzwoite hotele. Odpoczynek jak nad morzem. Przyjeżdżają wakacjusze z Kazachstanu i Syberii. Są tu całkiem dobre warunki, hotele położone w pięknych sosnowych lasach, tuż nad brzegiem jeziora.

Południowy brzeg jest bardziej naturalny. Nie ma hoteli. Znajdziemy tylko pojedyncze wsie. Jeśli chcemy nocować, to w jurtach.

Podróżnicy i globtroterzy z całego świata ciągnął do miasteczka Karakoł (dawniej Przewalsk). Położone na wschodnim brzegu jeziora stanowi bazę wypadową dla wszystkich miłośników górskich wycieczek. Stąd do granicy z Chinami jest już zaledwie 150 km. Tu znajduje się grób i muzeum Przewalskiego. Słynny podróżnik zmarł w 1888 r. w trakcie jednej z wypraw na wschód.

Piknik po kirgisku

Kolega chce pokazać jurty. Prawdziwe, zrobione tak jak trzeba, z grubego wojłoku, tradycyjnymi metodami. Wszystko ma być naturalne, jak przed laty. Zjeżdżamy z drogi. Nad brzegiem jeziora stoi kilka jurt. Pięknie!

Plaża nad jeziorem Issyk-kul

Plaża nad jeziorem Issyk-kul

Wysiadam z samochodu i uszom nie wierzę. Z dwóch dużych kolumn ustawionych na trawie płynie przez step piosenka Modern Talking. To nauczyciele z tutejszej szkoły zrobili sobie piknik. Integracja przed rozpoczęciem roku szkolnego. Muzyka zachodnia, ale potrawy miejscowe.

Wielki kocioł. Ustawiony na kilku niedużych kamieniach. Ogień z suszonego łajna, drzew przecież prawie tu nie ma. Co w kotle? Wszystkie wnętrzności barana. Całkiem oryginalny widok.

Witają nas serdecznie. Okazało się, że jeden z nauczycieli dobrze zna mojego kirgiskiego towarzysza. W dzieciństwie chodzili do tej samej klasy. Dawno się nie widzieli. Przypadkowe spotkanie bardzo ich ucieszyło. Od poczęstunku nie da się wykręcić!

Dostaję miseczkę rosołu z kotła. Jest tłusty, pachnie baraniną i jelitami. Zapach znam z podlaskiej wsi. Kiedy byłem dzieckiem pomagałem babci myć świńskie wnętrzności. Później były z tego kiełbasy i nasz wschodni specjał: kiszka ziemniaczana. Tego zapachu nie zapomnę. Teraz wrócił. Intensywny, mocny, kręci w nosie. Ale okoliczności nie sprzyjają wybrzydzaniu. Próbuję więc. Pijemy z miseczek tak, jak się tu pije zieloną herbatę. Widzę, że mojemu koledze też jakoś nie idzie. Choć Kirgiz, to już inny, zmodernizowany, biznesmen ze stolicy. Smak łoju trochę mdli. Zastanawiam się co będzie, jak do tych miseczek włożą nam pływające w kotle jelito lub kawałek żołądka.

Piknikowe danie

Piknikowe danie

Wrażenia

Dobrze wspominam Kirgistan. Oczywiście nie ma tam zabytków takich jak w Uzbekistanie. Za to jest piękna przyroda! I folklor, niszczony w czasach ZSRR teraz się odradza. Z uznaniem odnoszę się do starań ludzi zaangażowanych w rozwój turystyki ekologicznej i przyjaznej miejscowym społecznościom. Odwiedziłem kilka rewelacyjnych miejsc, np. kameralny hotel ulokowany w środku wsi. Pyszne jedzenie. Co tylko można hotelowa kuchnia kupuje u sąsiadów! Warzywa, owoce, mięso, chleb, dżemy… Zarobionymi pieniędzmi wspiera miejscową szkołę. Polecam świadomym turystom! (Film: Uzbekistan – Kirgistan)

Kirgistan – informacje dla turysty.

PS. Kilka dni w Kirgistanie może być ciekawym dopełnieniem wycieczki po Uzbekistanie. A jeśli wybrać się na dłużej, to na trekking w góry. Można zrobić też ciekawą trasę konno. Z noclegami w jurtach oczywiście.

Zobacz też: Uzbekistan – tu zostaniesz milionerem!

malgorzata olejnik

Zmiany w turystyce egzotycznej

Moimi rozmówcami są: Jacek Świercz, orientalista i pilot wycieczek z kilkunastoletnim doświadczeniem oraz Małgorzata Olejnik, która na egzotycznych wyjazdach zna się jak mało kto. Przez niemalże 25 lat prowadziła warszawskie biuro podróży OPAL, początkowo samodzielnie, a później jako współwłaścicielka. Od niedawna szefuje warszawskiemu oddziałowi biura Krzysztof Matys Travel. Przy kawie na Nowym Świecie zastanawialiśmy się nad zmianami jakie zachodzą w tzw. turystyce egzotycznej?

malgorzata olejnik

Małgorzata Olejnik

Małgorzata Olejnik: Zmienili się przede wszystkim sami turyści. Są lepiej przygotowani do spotkania z dalekim światem i bardziej świadomi, również swoich praw.  Chociaż mam wrażenie, że czasem cierpią na tym ich doznania. Bywa, że są mniej radośni i nie przywożą ze sobą tylu pozytywnych wrażeń co kiedyś. Dlaczego? Bo świat już nie jest aż tak bardzo egzotyczny. Komuś, kto był już w Japonii czy Laosie trudniej znaleźć jakiś ekscytujący cel podróży. Co prawda zmienia się również sam Orient – coraz bardziej nowoczesny i  skomercjalizowany.

Krzysztof Matys: Stąd wynika niebywały sukces Gruzji i Armenii. Na Kaukaz jeżdżą z nami osoby, które były już niemal wszędzie. Dzięki temu, że Gruzja była wyjęta z ruchu turystycznego przez 20 lat, teraz nagle stała się podróżniczym celem numer jeden. Polska turystyka potrzebuje właśnie takich kierunków, nowych i świeżych.

Jacek Świercz:  Zmienia się też formuła wyjazdów. Kiedyś turyści podróżowali raczej w tzw. grupach katalogowych. Dzisiaj coraz częściej indywidualnie lub na zasadzie wyjazdów na zamówienie. Przy czym są to wyjazdy albo w formule luksusowej (na najwyższym poziomie) albo w wersji nietypowej (wszystko musi być wyjątkowe – trasa, hotele, przewodnicy).

Krzysztof Matys: Jeśli chodzi o turystów, to nie mam wrażenia, żeby nastąpiła rewolucja.  Pamiętam ich sprzed kilkunastu lat. Znali języki, nie bali się świata, a mimo to jeździli z biurem podróży. Dlaczego? Ponieważ podobała im się oferta. Lubili też wyjątkową atmosferę i dobre towarzystwo. Podobnie jest i dziś. Spora część klientów naszego biura to ludzie młodsi ode mnie. Dobrze wykształceni, bywali w świecie. Czasem podróżują samodzielnie. Ale raz czy dwa razy w roku korzystają też z naszej oferty. Z wyżej wymienionych powodów. Nadal chodzi o to samo: trzeba zrobić atrakcyjną wycieczkę.

Małgorzata Olejnik: Wyraźnie wzrosła jednak liczba indywidualnych zapytań. Dla wielu biur to wyzwanie ponieważ trzeba przygotowywać dużo więcej ofert, często mocno skomplikowanych. Słyszę od znajomych z różnych krajów, że u nich dzieje się podobnie.

Krzysztof Matys: Dobrym remedium na to jest wąska specjalizacja. Trzeba stawiać na kierunki, które zna się doskonale. Jeśli dostaję mail z prośbą o indywidualny program do Mołdawii, to wiem, że praktycznie nie mam tu konkurencji i angażuję się w tę pracę na całego. Jeśli przygotowuję coś szytego na miarę do Armenii, to wiem, że to, co zrobię będzie wyjątkowe. Podobnie Jacek ma z Kambodżą czy Laosem, a Ty z całą paletą egzotycznych krajów dalekiej Azji.

Jacek Świercz: Ja zauważam  też skrócenie czasu trwania wyjazdów. Jeszcze kilka lat temu 26-dniowe wycieczki były naprawdę popularne. Teraz wielu turystów nie może sobie pozwolić na tak długie urlopy. Najpopularniejszy egzotyczny wyjazd to obecnie około dwóch tygodni.

Krzysztof Matys: To chyba najistotniejsza zmiana. Z wycieczek trwających trzy tygodnie zrobiliśmy programy dwutygodniowe. Na życzenie klientów. Dobrym przykładem jest Etiopia. Jeszcze 5 lat temu standardem było 21 dni. Dziś jest o tydzień krócej.

Jacek Świercz: Starym tematem w turystyce, ale ciągle aktualnym są ceny „od”. Na pierwszy rzut oka cena wycieczki wydaje się bardzo atrakcyjna, ale później okazuje się, że małymi literkami dopisano jeszcze mnóstwo opłat i to wcale nie tzw. imprez fakultatywnych, tylko za rzeczy, bez opłacenia których realizacja imprezy jest po prostu niemożliwa. Biorę do ręki katalog jednego z najpopularniejszych biur podróży. Wycieczki do Azji. I co my tam mamy?  Otóż dodatkowo trzeba płacić za przeloty wewnętrzne i przejazdy pociągiem. Co to jest  np. „obowiązkowa dopłata transportowa”?! Kompletne kuriozum to dopłata do kuszetek w Chinach, mimo że pociągi, z których korzystają turyści oferują tylko kuszetki! Nie można więc sobie w ramach oszczędności i ceny, która wielkim drukiem nas wabi, jechać tym samym pociągiem np. w fotelu lotniczym.

Małgorzata Olejnik: Albo opłaty lotniskowe, które chociaż obecnie już prawie zawsze wliczone są w cenę biletu, niektóre biura nadal pobierają  od turystów w formie dodatkowej obowiązkowej opłaty – płatnej w biurze jeszcze przed wylotem. Jeśli opłata lotniskowa faktycznie istnieje, uiszcza się ją osobiście gotówką na danym lotnisku.

jacek_swiercz_kmtravel_kambodza

Jacek Świercz wśród kolekcji sztuki kambodżańskiej

Krzysztof Matys: Być może jest to kwestia, którą powinna się zając Polska Izba Turystyki. Najlepiej byłoby w środowisku organizatorów turystyki ustalić, że nie tolerujemy takich działań. Bo jeśli nie, to zaraz pojawi się biuro, które będzie żądało obowiązkowej wysokiej dopłaty do uśmiechu pilota albo do pościeli w łóżku hotelowym. To negatywne zjawisko jest wynikiem konkurencji cenowej. Na polskim rynku cena jest najistotniejszy czynnikiem przy wyborze oferty. Taki standard stworzyła turystyka czarterowa, te wszystkie last minute do Egiptu, Turcji i Grecji. Ale podróże egzotyczne to zupełnie inna para kaloszy. Oparta jest o loty liniami rejsowymi i stałe, wysokie koszty. Tu nie ma dużych przecen i rabatów. Tu nie da się mocno obniżyć ceny.  Co więc robią niektórzy? Ukrywają jej część pod postacią dodatkowych opłat.

Jacek Świercz: Swoistym „przebojem” w tym sezonie zimowym był brak opłaconych posiłków na pokładach samolotów latających w ramach czarterów na dalekich trasach. Reklamy informowały: „Polecisz Dreamlinerem!” Zapomniano tylko dodać, że na głodniaka,  albo za dużą dodatkową opłatą. I to pod warunkiem, że posiłków wystarczy dla wszystkich. Dla porównania podczas przelotu liniami Emirates na trwającej 6 godz. trasie Dubaj – Warszawa serwis posiłkowy trwa właściwie nieprzerwanie (2 obfite posiłki plus wszystkie napoje alkoholowe i bezalkoholowe w cenie biletu). Na kolejnych odcinkach jest tak samo.

Krzysztof Matys: Coś Was naszło na omawianie mankamentów. Są tacy, którzy o trudnej sytuacji biur podróży mówią od 20 lat, a w międzyczasie zarabiają na turystyce duże pieniądze. Popatrzcie co udało się nam osiągnąć. Z malutkiego tour operatora z siedzibą w Białymstoku (dla naszych klientów z Wrocławia i Szczecina to gdzieś koło Irkucka!) zrobiliśmy coś naprawdę fajnego. Organizujemy egzotyczne wyprawy na najwyższym poziomie. Weszliśmy na ogólnopolski rynek. Jest naprawdę dobrze! A takich biur jak nasze jest więcej. I radzą sobie. Jest rynek i są zadowoleni z naszych usług turyści. Problemy, o których mówicie były zawsze. Porozmawiajmy raczej o tym, co jest nowe.

Małgorzata Olejnik: Całkowitą nowością jest np. wejście do Polski renomowanych  przewoźników lotniczych  znad Zatoki Perskiej. Ceny przelotów np. do Tajlandii wyraźnie zmalały i niejednokrotnie taniej można kupić lot samolotem rejsowym niż bilety na przelot polskim czarterem. Zdecydowanie zwiększyła się też siatka połączeń lotniczych np. do Indii, co ułatwia poznawanie przez polskich turystów innych, mniej znanych rejonów tego fascynującego kraju.

Wracam do programów szytych na miarę. Mam wrażenie, że to jest wyraźny trend w turystyce egzotycznej. Klienci chcą mieć wpływ na realizowany przez nich program, ściśle określając również jego długość, pojechać w najdogodniejszym terminie, podróżować tylko z przyjaciółmi. Popularnym kierunkiem na tego typu wyjazdy może być Indonezja, która z uwagi na swoją wielokulturowość, wspaniałą tropikalną przyrodę i piękne plaże zaspakajają najbardziej wymagające oczekiwania. Indonezyjskie hasło „jedność w różności” doskonale oddaje rzeczywistość.

Krzysztof Matys: Spytam Was teraz o przyszłościowe kierunki. Czy w najbliższych latach znajdziemy coś, co będzie przebojem turystyki egzotycznej?

Małgorzata Olejnik: Cały czas szukamy! Jest coraz więcej zapytań o Japonię. Myślę, że to może być przebój.  Polecam też Uzbekistan.

Jacek Świercz: Bardzo promuje się Azerbejdżan, który ma potencjał by stać się ciekawym dopełnieniem kaukaskich eskapad do Gruzji i Armenii. Po wieloletniej nieobecności wraca na rynki turystyczne Iran. Testujemy na sobie, a potem przygotowujemy programy. Sami wiecie, że niejednokrotnie sprzeczamy się o ofertę, bo każde z nas lubi coś innego. Ja zawsze wybiorę gwarny Hongkong lub Bangkok, a Krzysztof nastrojową kawiarenkę z widokiem na buddyjską stupę.

Małgorzata Olejnik: A ja zawsze wybiorę Japonię!

Krzysztof Matys:  Prawdziwa „Jedność w różności”. Dziękuję za rozmowę.

Zobacz poprzednią rozmowę z Jackiem Świerczem: Zakazana turystyka.

Etiopia. Informacje. Nowy blog

W Etiopii właśnie dobiega końca trzydniowe święto Timkat. Jego centralnym punktem jest uroczysta procesja z udziałem kopii Arki Przymierza. To wyjątkowy rytuał, niespotykany w żadnej innej części świata. Wart uwagi.

etiopia, mursi

Etiopia. Mursi

Wszystkich zainteresowanych tym niezwykłym krajem zapraszam do odwiedzenia serwisu etiopia-wycieczki.blog.pl

Znajdziemy tam m.in.

  • Odpowiedź na pytanie kiedy jechać do Etiopii. Jaką porę roku wybrać. Kiedy pada deszcz i w jakim miesiącu jest największe zagrożenie malarią.
  • Informacje o kalendarzu etiopskim. Jest wyjątkowy! Na całym świecie mamy rok 2014, a w Etiopii dopiero 2006. Oficjalne, we wszystkich dokumentach! Do tego rok składa się z 13 miesięcy, a godziny w ciągu doby liczone są zupełnie inaczej niż u nas.
  • Wyjaśnienie dlaczego na Boże Narodzenie grają tam w hokeja i co to ma wspólnego z pasterzami z Betlejem.
etiopia lalibel

Lalibela, wykuty w skale kościół

  • Opis etiopskiego chrześcijaństwa z jego oryginalnymi praktykami zaczerpniętymi z różnych tradycji, w tym ze starożytnego Egiptu. W trakcie mszy grają tam na bębnach i grzechotkach przypominających starożytne sistrum. Nie jedzą wieprzowiny i praktykują obrzezanie. Wierzą, że największą relikwią ich Kościoła jest Arka Przymierza. Miała przywędrować tu z Jerozolimy.
  • Co nieco na temat indżery, czyli etiopskiego „chleba”, który niezbyt dobrze kojarzy się większości podróżników. Przypomina wywrócony na lewą stronę krowi żołądek.
  • Próbę rozstrzygnięcia, która część Etiopii jest ciekawsza. Pełna niezwykłych zabytków północ czy południe, będące największym w Afryce skansenem ludów pierwotnych.
  • Opis plemienia Mursi, znanego z wyjątkowego kanonu piękna. Kobiecie wchodzącej w wiek dorosły nacina się dolną wargę, w którą następnie wkładany jest gliniany krążek. Stopniowo zmienia się krążki na coraz większe. Najbardziej okazałe mają średnicę ok. 30 cm. Nas to szokuje, ale dla miejscowych, im większy krążek, tym bardziej atrakcyjna kobieta.

Blog o Etiopii.

Okulary etiopskiego księdza

Jeździmy od klasztoru do klasztoru. Wchodzimy do jednego kościoła, drugiego, trzeciego… W każdym powtarza się ten sam rytuał. Duchowny wyjmuje skarby ze świątynnego magazynku. Metalowe krzyże z głębokiego średniowiecza, korony władców i książąt, pięknie zdobione manuskrypty. Zabytki klasy światowej. Według nas powinny znajdować się w dobrze chronionych muzeach. Tu zalegają stare, drewniane szafy i skrzynie. Bywa, że stoją w przykościelnym ogrodzie, zabezpieczone tylko niewielką kłódką. W niektórych klasztorach, słynących z dawnych bogactw, jest straż. Kilku bosonogich chudzielców ze starymi karabinami. Nie jestem pewien czy rzeczywiście ochraniają czy tylko są, i za drobną opłatą pozwalają się fotografować.  Wycieczka do Etiopii

W kościołach jest półmrok. Turyści robią zdjęcia z fleszem. Ostro błyska. Dlatego kapłani wkładają przeciwsłoneczne okulary. Widok bezcenny. Oto w otoczeniu nieprawdopodobnej architektury, wśród wiekowych fresków, pomiędzy połyskującymi złotem zabytkami wyróżnia się kawałek chińskiego plastiku.

W jednym z kościołów

Północna Etiopia to niezwykły świat lokalnego chrześcijaństwa. Tutejszy Kościół najbardziej przypomina wierzenia egipskich Koptów. Odróżnia się obyczajami i liturgią, a nawet wyjątkową formą świątyń. Na jego kształt wpłynęły wątki zaczerpnięte z judaizmu i miejscowych kultur.

I tak, na przykład, chrześcijanie w Etiopii, podobnie jak w judaizmie, dokonują obrzezania chłopców, ale też ciągle popularny jest afrykański obyczaj obrzezania dziewczynek. Nie jedzą wieprzowiny, a często też, obok niedzieli za dzień święty uznają sobotę. Wyjątkowy, trójstopniowy podział etiopskich kościołów może być zainspirowany architekturą żydowskiej Świątyni Jerozolimskiej. Wchodząc do kościoła, należy zdjąć buty. Wierny obowiązany jest przestrzegać ścisłych postów, osoba świecka pości 180 dni w roku, duchowny nawet 250. Więcej informacji o chrześcijanach w Etiopii.

W czasie mszy gra się na bębnach i grzechotkach – łudząco podobnych do staroegipskiego sistrum. Ważną role pełnią też modlitewne laski; wykorzystuje się je do liturgicznego tańca i do podpierania w trakcie długich nabożeństw. Zastanawiają nas dziwne w formie i treści miejscowe freski.

Około 330 r. król Ezana, władca Aksum, przyjął chrześcijaństwo. W ten sposób Etiopia, obok Armenii i Gruzji, stała się jednym z pierwszych na świecie chrześcijańskich krajów. Wtedy wybudowano w stolicy kościół pod wezwaniem św. Marii. W nim właśnie przez stulecia miała znajdować się Arka Przymierza. Dla Etiopczyków wszystko jest jasne, nikt z nich nie ma wątpliwości, że Arka nadal jest w Aksum. Zamknięta w specjalnie na ten cel wzniesionym budynku. Strzeże jej jeden człowiek. Jest to mnich wskazywany przez swojego poprzednika. Od chwili, gdy zostaje strażnikiem, aż do swojej śmierci, przebywa razem z Arką.

Aksum to dziwne miejsce. Starożytna stolica przyciąga turystów z całego świata. Chcą zobaczyć słynne kamienne obeliski. Jeden z nich wycięty z kawałka granitu, wznosi się na wysokość 23 m. Drugi, połamany leży tuż obok. Gdyby zachował się w całości, byłby najwyższym (33 m) kamiennym monumentem na świecie, przewyższającym słynne obeliski wykuwane przez egipskich faraonów. Jego waga oceniana jest na 500 ton. W jaki sposób prawie 2 tysiące lat temu, mieszkańcy Aksum byli w stanie wyciąć taki blok, przetransportować go oraz ustawić pionowo na kamiennym fundamencie?

Etiopskie kościoły są wyzwaniem. Jak ogarnąć ten przedziwny świat? Fotografując stojącego naprzeciwko duchownego nie wiem czy widzę niepiśmiennego mnicha czy wielkiego filozofa i mistyka. Milczący, cierpliwie znosi błyski fleszy. Jest między nami ogromna bariera. Chyba lepiej jeśli nie będę próbował jej złamać. Daję kilka dolarów w podzięce za możliwość zrobienia fotografii i pędzimy dalej. Kolejne atrakcje czekają, czas nagli. My za czymś gonimy, etiopski duchowny spokojnie trwa. Za zasłoną przeciwsłonecznych okularów.

Zobacz też: Arka Przymierza w Etiopii.

Herbata

Co wiemy o herbacie? O jej historii, o drodze jaką pokonała, by w końcu na trwale zagościć na naszych stołach? Na początku wcale nie było łatwo. Szczególnie w Polsce, gdzie większą popularność zyskała dopiero od czasu masowej produkcji cukru. Bez tego dodatku herbata jakoś nam nie smakowała. W okresie, kiedy herbata zyskiwała na popularności w Europie, bardzo negatywnie wyrażało się o niej wielu luminarzy polskiej kultury. Wyśmienity znawca roślin, ksiądz Krzysztof Kluk, w wydanej w 1786 r. pracy pisał tak: „Gdyby Chiny wszystkie swoje trucizny przysłały, nie mogłyby nam tyle zaszkodzić, ile swoją herbatą”.

 

Herbaciane wspomnienia mam z kilku krajów.

 

Najwcześniejsze z Egiptu. Kair był pierwszym pozaeuropejskim miastem, w którym zagościłem. Tamtejsze smaki mocno utkwiły mi w pamięci. Studiowałem tam, za sąsiadów miałem kairczyków i tak jak wszyscy dookoła, piłem olbrzymie ilości mocnej herbaty. Właściwie nie było wyjścia. Jeśli chcesz naprawdę wniknąć w kraj, jeśli chcesz go zrozumieć i poczuć, musisz jeść i pić to, co wszyscy. W bezalkoholowej kulturze, kiedy szwagier odwiedza szwagra, to na stole ląduje właśnie herbata. No, może jeszcze fajka wodna.

 

Standard jest taki: bardzo mocna, czarna i obficie posłodzona. Podawana jest w niedużych szklankach. W upalne dni, orzeźwia i daje energię do działania. Udanie zastępuje śniadanie. Kawiarnie i palarnie fajek są bardzo powszechne i często otwarte przez całą dobę. Bez trudu znajdzie się je na każdej ulicy, w każdym zakątku miasta. Lubię to, że niemal o każdej porze (nawet o 5 rano) można napić się kawy, herbaty lub coś zjeść.

 

Napój ten jest niezbędnym elementem spotkań. Nawet stomatolog, do którego chodziłem, przed wierceniem zęba częstował herbatą. Oczywiście diabelsko słodką.

 

Najpopularniejsza marka to El Arosa; charakterystyczne żółto-czerwone opakowania z wizerunkiem dziewczynki zna każdy Egipcjanin. W środku mocno rozdrobniony susz. Kraj pochodzenia – Kenia. Nie wszyscy wiedzą, że właśnie to państwo należy do światowej czołówki producentów herbaty.

 

Szaj, czaj i ćaj

 

To w Egipcie zacząłem odkrywać trasę światowej wędrówki herbaty. Pierwszym, inspirującym do dociekań faktem, jest podobieństwo nazw. Arabski szaj, to prawie jak rosyjski czaj. Jakiś czas później, w Indiach, znowu natknąłem się na podobnie brzmiący wyraz. Tyle, że tam wymawia się miękko – ćaj. Ewidentnie, herbata wędrowała po całym Wschodzie, w wielu językach zostawiając charakterystyczny ślad. Najdalej w naszą stronę, wprost z dalekiej Azji, termin ten trafił do Rosji. W Polsce za to przyjęła się zachodnia nazwa, od herbal tea.

 

Zupełnie inaczej pije się herbatę w Indiach. Tam dominuje masala ćaj, czyli herbata z przyprawami. Zaparza się ją wodą z mlekiem oraz dodaje mieszankę goździków, imbiru, cynamonu, kardamonu i pieprzu. Do słodzenia używa się cukru, ale też miodu lub melasy. Indusi są od niej uzależnieni. Szczególnie mężczyźni, muszą zacząć dzień od szklaneczki tego napoju. A jest to stosunkowo świeży nałóg. Indie zaraziły się herbatą od Anglików. Pod koniec XIX wieku brytyjskie Indie stały się największym jej producentem, a sto lat później, również głównym konsumentem.

 

Herbaciane pola Batumi

Wszyscy, którzy pamiętają PRL, znają to hasło. Rozsławiły je Filipinki w popularnej wtedy piosence (Batumi, ech Batumi…). Uprawy herbaty w gruzińskiej Adżarii były chlubą całego ZSRR. Po upadku Związku Radzieckiego, Gruzja przeżywała trudne czasy wojen domowych. Herbaciany przemysł upadł, a Polacy zapomnieli o dobrze znanym z poprzednich dziesięcioleci, gruzińskim granulacie. Jeszcze dziesięć lat temu pola wokół Batumi sprawiały smutne wrażenie. Dawne przetwórnie straszyły ruinami. Od kilku lat, po uzyskaniu przez Tbilisi, rzeczywistej władzy nad Adżarają, coś zaczyna się zmieniać. W gruzińskich sklepach pojawiła się miejscowa herbata. Całkiem dobrej jakości. W ten sposób wraca się tu do starych, jeszcze przedrewolucyjnych tradycji, kiedy Gruzja była najdalej na północ wysuniętym rejonem upraw herbaty, a tutejsze susze otrzymywały światowe nagrody.

 

Arabska herbata na pustyni w Petrze.

 

A w Polsce? Pierwsze wzmianki o herbacie pochodzą z XVII w. i związane są z dworem królewskim czasów Władysława IV i Jana Kazimierza. W tamtym okresie docierała do nas z Anglii. Ale na skalę masową nauczyliśmy się ją pić od Rosjan (okres zaborów). Stąd też zwyczaj podawania jej w szklankach (z metalowymi koszyczkami jak w rosyjskich podstakannikach) oraz z dodatkiem konfitur – rzecz obowiązkowa w szanującym się domu II Rzeczpospolitej. Najbardziej znanym admiratorem herbaty parzonej na rosyjski sposób, w samowarze, był oczywiście Józef Piłsudski.

 

To właśnie Rosja była pierwszym krajem w Europie, w którym przyjął się herbaciany napój. Importowano ją bezpośrednio z Chin. Długo nie akceptowano tu brytyjskiego produktu z Cejlonu. Uważano, że susz herbaciany traci na atrakcyjności w czasie transportu morskiego. Również z tego powodu, kiedy w drugiej połowie XIX w., po przemyceniu nasion z Chin, założono uprawy w Gruzji, kaukaska herbata łatwo zdobyła rosyjski rynek.

 

Jak jest dziś? Kto tam wie jaką herbatę pije, skąd przyjechała i kto na tym zarabia! Głowę daję, że większość miłośników napoju, delektując się naparem marki Tetley, nie ma pojęcia, iż właścicielem tej znanej na całym świecie firmy jest indyjski koncern Tata. W Indiach na pudełkach z herbatą widnieje już nowe logo łączące obie nazwy, dając miejscowym poczucie narodowej dumy. W Europie, tylko mały napis na odwrocie opakowania; tak na wszelki wypadek, żeby nie stracić przyzwyczajonego klienta.

Zobacz też artykuły: Kulinarne przeboje oraz Duch puszczy – samogon z Podlasia.

Świątynie seksu

Są w Indiach miejsca, które zaskakują. Niektóre z nich stwarzają problemy interpretacyjne. Patrzymy i pytamy: jak wytłumaczyć coś takiego? Przecież sens gdzieś tu musi być. Nie możliwe by człowiek tworzył coś, bez poczucia użyteczności, bez przekonania, że czemuś to służy.

Liczące sobie tysiąc lat budowle są świadectwem wspaniałej architektury dawnych Indii

Jednym z takich miejsc jest Kadźuraho (Khajuraho), znane ze słynnych erotycznych przedstawień. Cały kompleks pięknych, zbudowanych z kamienia świątyń, sprawia imponujące wrażenie. Ściany zewnętrzne są bogato zdobione, a jednym z tematów jest już nawet nie erotyka, ale po prostu seks. Sceny przedstawione są bez żadnych ogródek (jakby ktoś celowo nimi epatował) i bez zahamowań. Znajdziemy tu rzeźby z tematami miłości lesbijskiej i seksu grupowego. W największe zakłopotanie, turystów wprowadza, scena zoofilii.

Przedstawienie zoofilii w Kadźuraho

Dla Europejczyka to trudny temat! W naszej kulturze, świątynię od erotyki izoluje światopoglądowy kordon. Od czasu Starego Testamentu radykalnie rozdzielamy te dwa obszary. Płciowość stała się czymś podejrzanym, zepchniętym w mrok, wstydliwym i dalekim od ołtarzy. Wcześniej, w starożytnych cywilizacjach basenu Morza Śródziemnego, było inaczej. Erotyzm stanowił oczywisty i naturalny, a często również uświęcony, element życia. To wyrosła z religii księgi, cywilizacja europejska, stworzyła dziwne novum. Pewną rolę

Zewnętrzne ściany świątyń zdobione są kunsztownymi rzeźbami. Jednym z motywów jest erotyka i piękno kobiecego ciała

odegrała tu też, narzucona kobiecie, upośledzona pozycja. Standardy tworzyli mężczyźni. Seks (z kobietą, z natury niebezpieczną i wodzącą na pokuszenie – patrz historia Adama i Ewy) nie mógł być czymś dobrym. Został więc zarezerwowany tylko dla celów prokreacyjnych.

 

Dziwnie się to zmienia. Mam wrażenie, że w niektórych aspektach Zachód się miota. Jeszcze nie tak dawno (a dla niektórych nadal) na duchowej skali, seks znajdował się na osi ujemnej. Był definiowany religijnie. Teraz, dla odmiany, zupełnie stracił kontakt z religijnością. Jest niezależny. Zerwał się i krąży jak wolny elektron. Chaotycznie wpada to tu, to tam. Zobacz też: Waranasi – święte piekło hindusów.

W Indiach zawsze było inaczej. Erotyka ani się od religii nie odrywała, ani nie miała negatywnych konotacji. Podobnie wyglądała pozycja kobiety. Kobiecość ze wszystkimi jej aspektami nie miała pejoratywnych skojarzeń. Wręcz odwrotnie!

 

Hinduska świątynia odzwierciedla damskie ciało. Schody do świątyni to kobiece nogi, wejście natomiast odpowiada żeńskim narządom płciowym. Oto wyzwanie dla umysłu Europejczyka!

 

Wiele tu pięknej symboliki. Najważniejsze miejsce świątyni, odpowiednik naszego ołtarza, to macica. Tu rośnie i dojrzewa nowy człowiek. Kiedy jest już odpowiednio ukształtowany i może wyjść na świat, następuje poród. Dlatego wejście do świątyni odpowiada miejscu na ciele kobiety, w którym pojawia się główka nowonarodzonego dziecka.

Detal ze ściany świątyni w Kadźuraho

Detal ze ściany świątyni

 

Kiedy w XIX angielski oficer dotarł do zapomnianego wtedy, porośniętego przez dżunglę Kadźuraho, nic z tego nie zrozumiał. W oczach purytańskiego Brytyjczyka, świątynie te raczej wzbudzały odrazę, niż zachęcały do intelektualnych poszukiwań. Dziś na szczęście jest już inaczej.

 

Rzeźby w Kadźuraho nie są ilustracją do Kamasutry. Nie ma tu prostego przełożenia. Kamasutra, w dawnych Indiach, była instruktarzem dla osób z wyższych sfer. Uczyła jak wzbudzać i rozładowywać pożądanie. Mówiła jak osiągnąć radość w związku. W erotycznych przedstawieniach wykutych w kamieniu musi być coś więcej! Co? Odpowiedzi trzeba szukać. Za każdym razem kiedy tam jestem, zastanawiam się nad tym.

 

Zobacz więcej zdjęć z Kadźuraho.  Pozostałe artykuły o Indiach.

Tadź Mahal

Jeden z portali zamieszcza dziś artykuł o mocno niepokojącej wymowie. W skrócie można przedstawić to tak: Chcesz zobaczyć Tadź Mahal? Musisz się pospieszyć ponieważ w ciągu pięciu lat zabytek runie!

Magia Tadź Mahal

Magia Tadź Mahal

Chodzi o to, że budynek wzniesiony został na podmokłym terenie, tuż nad brzegiem rzeki. Wybudowano go na mahoniowych palach. Drewno, jeśli na stale zanurzone jest w wodzie, trwa w dobrym stanie. Ale od jakiegoś czasu rzeka Jamuna ma coraz mniejszy nurt, teren pod budowlą wysycha i w wyniku tego pale szybko korodują. Mówiąc krótko, monumentalny budynek stoi na niepewnym fundamencie. Specjaliści alarmują, a Tadź Mahal ma kolejną bezpłatną reklamę.

Na całym świecie mało jest tak dziwnych miejsc jak to. Byłem tam wielokrotnie, przestudiowałem jego historię.

O Tadź Mahal mogę powiedzieć, że:

– jest mocno przeceniany i cieszy się raczej niezasłużoną sławą,
– stał się symbolem Indii, choć budowla ta raczej Hindusów obraża niż reprezentuje,
– ma niewiele wspólnego z miłością, za to sporo z szaleństwem i rozbuchanym okrucieństwem,
– jest komercyjnym chwytem dla naiwnych.

Wiem, że rozczarowałem niejedną osobę. Przepraszam. Sporo tu nieporozumień. Wyjaśnijmy więc co nieco.

Zacznijmy od nazwy

Zgodnie ze zmianami wprowadzonymi na XX posiedzeniu Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Polski (27 września 2005 roku) poprawna polska nazwa mauzoleum to Tadź Mahal. Tak też również powinniśmy wymawiać tę nazwę. Nie „tadż”, a „tadź”. Zgłoska „dź” jest wspólna dla języków Indii i języka polskiego. Jesteśmy tu uprzywilejowani. Anglicy nie maja takiego komfortu i muszą używać zgłoski „dż”. To za ich przykładem zaczęliśmy nazywać ten zabytek Tadż Mahal (od angielskiego Taj Mahal), ale jest to niepoprawne. Dziwne, że w wielu publikacjach ta forma dalej jest stosowana.

Romantyczna opowieść

Nie wiem kto to wymyślił i kiedy ów pomysł się pojawił, ale dziś mauzoleum to bywa nazywane Świątynią Miłości. Piękne to i idące naprzeciw naszym oczekiwaniom. A jak było w rzeczywistości?

Mumtaz Mahal, żona Szahdżahana (z pochodzenia Ormianka) była córką perskiego dostojnika i najbliższego współpracownika cesarskiego dworu. Wiele wskazuje na to, że ta wyjątkowo mądra kobieta, miała spory wpływ na męża. W zapętlonym w zdradach i okrucieństwie mogolskim dworze, mogła być jedyną osobą, której cesarz ufał. Tym też tłumaczy się rozpacz Szahdżahana po stracie żony. Mumtaz zmarła w czerwcu 1631 r. w wyniku powikłań porodowych. Urodziła czternaste dziecko (cóż za eksploatacja!) Organizm nie wytrzymał trudów podróży (towarzyszyła mężowi w wyprawach pacyfikujących kraj). Rozpacz Szahdżahana wyraziła się między innymi dwuletnim okresem żałoby. W całym państwie nikt nie mógł tańczyć i śpiewać. By wymusić żałobę wymordowano niejedną hinduską wieś (święta religijne często związane są z tańcem i śpiewem). W wyniku tego, do tej pory, w miarę tolerancyjny władca, przeszedł na stronę twardego islamu, wszczynając prześladowania hinduskich wierzeń. Burzone były tradycyjne świątynie, a na ich miejsce wnoszone meczety. Zakazano małżeństw mieszanych. Szahdżahan pogrążył się w motywowanym religijnie okrucieństwie.

Szybko też znalazł pocieszenie. Zawsze otaczał się kobietami, ale teraz to już był czysty hedonizm. Podejrzewa się go o kazirodczy związek z najstarszą córką. Więcej na ten temat w artykule: Indie Wielkich Mogołów.

Budowa

Trwała około 20 lat. Zbiegła się w czasie z tragicznymi wydarzeniami. Doprowadzona do ruiny wysokimi podatkami,

Nasze biuro w Tadź Mahal

Nasze biuro w Tadź Mahal

indyjska wieś, cierpiała głód. Do tego doszły epidemie. Z głodu umierały całe prowincje. Mimo to budowa postępowała. Były fundusze na opłacenie 20 tys. robotników, drogie materiały, ogromne ilości pereł, srebra, złota i szlachetnych kamieni.

Raczej za wydumane (przez hiszpańskiego misjonarza) należy uznać informacje jakoby w pracach przy wznoszeniu mauzoleum udział brali Europejczycy (Włoch i Francuz). Nie mamy na ten temat żadnych innych wzmianek. Domyślamy się, że podbijający Indie biali, mieli kłopoty z uznaniem, że sami Indusi byli w stanie zbudować coś takiego. I z tego powodu pojawiła się popularna historia o udziale Europejczyków.

Symbol Indii

Tadź Mahal został wybudowany na indyjskiej ziemi, ale przez obcą dynastię, która podbiła Indie i nieludzką eksploatacją doprowadziła kraj do ruiny. Mogołowie byli muzułmanami, dlatego mauzoleum to ma islamska formę. Jest muzułmańskim grobowcem! Nie ma nic wspólnego z hinduską kulturą i tradycją! Mahatma Gandhi mawiał, że Tadź Mahal jest symbolem podboju i ucisku Indii.

W następnym miesiącu jadę tam ponownie. Jako pilot i przewodnik, z grupą turystów. Wcale nie będę zaskoczony jeśli od początku wycieczki wszyscy będą pytać o Tadź Mahal. Nie będę zdziwiony jeśli największe wrażenie zabytek wywrze na kobietach. Panie tak zauroczone są popularną wersją historii o miłości, że gotowe są przymknąć oko na inne, nie pasujące do tego obrazu, okoliczności.

Zobacz też: Kadźuraho, świątynie seksu.

Autorskie biuro podróży Krzysztof Matys Travel

Słonie. Indie i Nepal

Zwierzę to, obok Tadź Mahal, jest jedną z ikon indyjskiej turystyki. Wszystkie dłuższe programy zawierają przejażdżkę na słoniach. Niemal każdy turysta zwiedzający północną część kraju zalicza wjazd na grzbiecie elefanta do Fortu Amber. Podobnie jest w sąsiednim Nepalu. Tu największą atrakcją jest safari w Parku Narodowym Chitwan.

Jakie jest to zwierzę, niby każdy widzi, ale jednak…

Jeden z popularniejszych indyjskich motywów

 

Słonie indyjskie różnią się od swoich afrykańskich kuzynów. Mają mniejsze uszy, wklęsły kark, stanowiący idealne miejsca dla powożącego nim kornaka oraz krótszą trąbę. Wysokość w kłębie to 3 m, waga do 5 ton. Żyje do 70 lat. Chodzą na czubkach palców zakończonych paznokciami. Są zgrabne i delikatne, poruszają się cicho i bez śladów.

Porozumiewają się niskim, niesłyszalnym dla człowieka dźwiękiem, nawet na odległość 2 km. Są reliktem długiego procesu ewolucji, ogniwem pomiędzy życiem wodnym i lądowym. Dlatego bardzo dobrze pływają, traktując trąbę jak fajkę do snurkowania.

 

Safari w parku narodowym Chitwan

 

W historii, najbardziej znane były jako zwierzęta bojowe. Udanie pełniły rolę dzisiejszego czołgu. Służyły do rozbijania szyków nieprzyjaciela i wzniecania paniki. Na ich grzbietach mocowano stanowiska dla łuczników, oszczepników i małych katapult. Na starożytnych Europejczykach wywierały piorunujące wrażenie. Hannibal czy Persowie dysponowali niewielką ilością tych zwierząt (kilkadziesiąt sztuk), zbyt mało by stanowiły realną siłę. Co innego Indie. Szacuje się, że cesarz Ćandragupta, władający sporą częścią subkontynentu indyjskiego w IV w.p.n.e., w swojej ponad 600-tys. armii miał 36 tys. żołnierzy na słoniach!

Pierwsze, notowane w historii użycie słoni bojowych pochodzi z Indii (ok. 1100 p.n.e.), ostatnie też – miało miejsce w XVIII wieku!

Turystyczna atrakcja

 

Śladem tego jest figura wieży w szachach. Grę tę wymyślono w Indiach (choć nazwę ma perską), więc nic dziwnego, że wieża się porusza, i to na grzbiecie słonia.

Słoń jest częstym bohaterem lokalnych mediów. W Nepalu newsem w grudniu 2008 roku był fakt narodzin pary słoniątek. Bliźniaki u tego gatunku zdarzają się bardzo rzadko i traktowane są jako pozytywna wróżba. Byłem tam kilka dni temu. Gazety nadal o nich  piszą. Systematycznie donoszą o tym jak słoniątka rosną, czy są zdrowe i w jakiej kondycji jest ich trzydziestoletnia mama.

Media informowały też o zaginięciu największego znanego słonia azjatyckiego (mierzył 3,5 metra i przewyższał innych przedstawicieli gatunku aż o około 60 cm) oraz o grasującym dzikim słoniu, który zabić miał kilkanaście osób. Donosiły również o strajku opiekunów słoni.

Zwierzę to jest stałym elementem krajobrazu. W Nepalu żyje około 250 słoni, w tym część na wolności. Ich naturalnym środowiskiem jest niewielki pas nizin przy granicy z Indiami. Tu ulokowany jest park narodowy Chitwan, w którym turyści odbywają bardzo interesujące safari. Z grzbietu słonia tropi się nosorożce i tygrysy. Jedne i drugie zwierzęta są płochliwe i niebezpieczne. Słoni natomiast się nie boją, ani nie atakują. Turystyka nauczyła się to wykorzystywać. O ile spotkanie tygrysa wymaga szczęścia i większego wysiłku, o tyle nosorożce oglądamy niemal za każdym razem. I to z bliska! Bywało, że nasze słonie podchodziły nawet na odległość mniejszą niż 10 metrów. Nie chciałbym znaleźć się w takiej sytuacji stojąc na własnych nogach!

Zobacz też: Nepal, Himalaje.

 

Liban i turystyka

Pod szumnym tytułem: „Liban wraca do katalogów”, Onet zamieszcza dziś artykuł z Wiadomości Turystycznych . Tyle, że z treści tekstu wynika, że wcale nie wraca! Na pewno nie w polskich biurach. Podany jest przykład Triady i Ecco Holiday (Ecco Travel). I tylko tyle! To dość powierzchowna analiza rynku.

Baalbek w Libanie

Baalbek

Są wyspecjalizowane, podróżnicze biura, które organizują rewelacyjne wycieczki na Bliski Wschód. W ich katalogach Liban jest od lat. Tyle, że to nie jest turystyka masowa.

Zawsze polecam ten rejon świata, ponieważ to już egzotyka, a zupełnie blisko. Od jakiegoś czasu najłatwiej i najtaniej było się tam dostać dzięki węgierskiemu Malevowi, który z Budapesztu lata również do Damaszku i do Ammanu. Można polecić do stolicy Syrii, zwiedzić ten fantastyczny turystycznie kraj, zahaczyć o Liban, a wyprawę zakończyć w Jordanii wylatując z Ammanu. Tak też robi spora część biur.

W tym roku połączenia z Bejrutem wznowił LOT, ale o tym we wspominanym artykule nie ma ani słowa. Szkoda, że polski przewoźnik zdecydował się tylko na sezon letni. No i problemem może być cena. Malev chyba będzie sporą konkurencją.

A czy do Bejrutu warto? Oj warto! Byłem tam ostatnio we wrześniu ubiegłego roku. Miasto robi duże wrażenie. Ciężko uwierzyć, że ledwie kilka lat temu (2006 r.) było bombardowane i niszczone przez izraelską armię. Prowokacyjnie spytałem moją grupę o porównanie Bejrutu z Warszawą. Opinie były jednoznacznie niekorzystne dla polskiej stolicy. Bejrut jest i piękny i ma swój niepowtarzalny urok. Łączy świat Zachodu z Orientem. Tu rzeczywiście spotyka się Europa i Bliski Wschód.

Jeita Grotto

Jeita Grotto

Co trzeba zobaczyć? Program minimum to oczywiście Bejrut – najlepiej z nocnymi atrakcjami, Jeita Grotto – wspaniałe jaskinie, które rywalizują z Mazurami o miano siódmego cudu świata oraz Baalbek – pięknie zachowane antyczne świątynie, miejsce kultu Baala i rzymskiego Jowisza. Zobaczyć trzeba też góry i rosnące wysoko cedry, dolinę Bakaa słynną z rezydującego tam Hezbollahu i zabytkowy prezydencki pałacyk Beiteddin, którego kustosz płynnie mówi po polsku i jak będziecie mieli szczęście, to was po nim oprowadzi.

Oczywiście trochę potrwa zanim masowy odbiorca zmieni swoje nastawienie do tej części świata, zanim dowie się jak tam naprawdę jest. Turyści, z którymi latam do Libanu mówią zawsze to samo: „Wszyscy mi odradzali. Po co tam jedziesz, tam wojna, terroryści!”. A na miejscu okazuje się, że to takie piękne i przyjazne miejsce. Bogatsze niż reszta Bliskiego Wschodu, bardziej zadbane i bliższe Europejczykom.

Czy przyszłość należy do Libanu? Jeśli polityka nie stanie na przeszkodzie, to oczywiście tak! Dlaczego? Ponieważ to coś nowego. Ile razy można jeździć do Egiptu czy Tunezji? Ponieważ Liban jest atrakcyjny. Ma wspaniałe zabytki, dobrą kuchnię, rozrywkowy i światowy Bejrut, malownicze góry (również trasy narciarskie) i oczywiście morze. W najbliższym czasie, Liban dla Polaków raczej nie stanie się destynacją znaną z masowego wypoczynku na plażach. Z różnych powodów. Chociażby ze względu na cenę (drożej niż w Egipcie, Turcji czy Tunezji). Na pewno natomiast może zostać celem atrakcyjnych wycieczek objazdowych. A może i weekendowych imprez w stolicy kraju. Do zobaczenia w Libanie!

……………………………………………………………………………………………………………………………..

Wybierz się do Libanu z autorskim biurem podróży Krzysztof Matys Travel.

Everest, turystyka i prostytutki

Z radością, kilka dni temu, obejrzałem program W. Cejrowskiego poświęcony himalajskim wspinaczkom. Od razu, oczywiście, przypomniały mi się wyprawy do Nepalu. Nie, wcale nie wysokogórskie. Raczej zwykłe wycieczki. Najczęściej jedziemy tam żeby zobaczyć nosorożce w dżungli, niesamowite zabytki starówek w Katmandu, Patanie i Bhaktapurze, świątynie hinduskie i buddyjskie stupy. Himalajskie szczyty oglądamy raczej z okien samolotów w trakcie widokowych lotów Yeti Airlines albo z tarasów hoteli w Nagarkot. Komfortowo i bez wysiłku. Zobacz też: Zwiedzanie.

Na zdjęciu widok na Everest z samolotu

 

Ale oczywiście, kiedy jesteśmy w Nepalu, zawsze pada pytanie o współczesny himalaizm. Co słychać, co się zmieniło do czasów pierwszego wejścia na Mount Everest? Jak tam polscy alpiniści?

 

Sir Edmund Hillary, zmarły niedawno, pierwszy zdobywca najwyższego szczytu, był jak najgorszego zdania na temat tego, co dzieje się obecnie wokół Mount Everestu. Dlaczego? Wspinaczkę na najsłynniejszą górę zamieniono w dochodowy, a nierzadko również brutalny biznes. Perspektywa dużych pieniędzy przyciągnęła wielu nieciekawych ludzi. Pojawiły się oszustwa, kradzieże, napady i rabunki. Część wspinających się nie ma już nic wspólnego z etosem himalaisty. Znane są przypadki, gdzie wchodzący na górę mijali umierających towarzyszy nie udzieliwszy im pomocy. Dziś wystarczą pieniądze. Pozakładane są stałe bazy, w których czeka łóżko, śniadanie i … prostytutki. Lekarze pracujący wokół Everestu skarżą się, że coraz częściej leczą choroby weneryczne. Tragarze wniosą sprzęt, wynajęci specjaliści wszystkiego dopilnują. Tak więc, zdobywcą „trzeciego bieguna” może zostać niemal każdy sprawny podróżnik. To już forma turystyki. Drogiej, luksusowej, ale turystyki. Niemal masowej.

Himalaje

Himalaje

 

Raczej odróżnia się prawdziwy alpinizm (jako sport) od turystyki. Co innego wspinający się całe życie, profesjonalny alpinista, co innego turysta na wycieczce. Inne zachowanie, inne cele i wartości. Jak wszędzie, tak i tu, są dwa oblicza turystyki. Turystyka, która pomaga, wzbogaca, rozwija i ta, która psuje, niszczy, demoralizuje… Zobacz też: Zakazana turystyka.

 

Inną kwestią są wszystkie dziwne, czasami nieprawdopodobne, rekordy związane z tą górą. Kto pierwszy ze szczytu Mount Everestu wysłał SMS-a, kto pierwszy wylądował tam helikopterem, kto pierwszy zakopał pępowinę swego dziecka, i tak dalej. Jeszcze himalaizm czy już cyrk? Kto był najmłodszym (15 lat), a kto najstarszym zdobywcą (77 lat). Kto pierwszy wziął tu ślub, a kto pierwszy rozebrał się do naga na samym szczycie świata. Każde takie zdarzenie nadaje się na newsa, pozwala sponsorom zainwestować w wysokogórską wyprawę. I się kręci. Polecam też artykuł: Nepal, Himalaje.

 

Bardzo konserwatywny do niedawna Nepal, zmienia się w ostatnich latach, niemal z dnia na dzień. Partie komunistyczne wygrywają demokratyczne wybory, rządzą i wprowadzają coś na kształt inżynierii społecznej. Próbują osłabić system kastowy i definitywnie znoszą ostatnie formy niewolnictwa. W ramach nowoczesnych eksperymentów, jeden z posłów zaproponował promocję Nepalu jako turystycznej mekki dla homoseksualistów. I tak kraj, który jeszcze kilka lat temu za to karał, jutro może być celem turystyki gejowskiej. W planie tym uwzględniono też  miejsce dla Everestu. Powstało biuro podróży Pink Mountain, które ma zajmować się organizacją ślubów dla homoseksualnych par, właśnie na najwyższej górze świata.

 

Kilka miesięcy temu, w marketingowy sposób, rząd Nepalu wykorzystał Himalaje, przeprowadzając posiedzenie gabinetu w plenerze na wysokości pięciu tys. metrów. Oczywiście w maskach tlenowych, oczywiście dowieziono ministrów helikopterami, oczywiście były głosy krytyczne. Bo przecież rząd marnuje publiczne pieniądze. Bo znającym Nepal, góry i ogromne potrzeby tego kraju wydało się to po prostu śmieszne. Taki teatr dla ludu. Ale trzeba też uczciwie dodać, że coś osiągnięto. Pisały o tym agencje z całego świata, więc może była to udana promocja największej atrakcji kraju?

 

Edmund Hillary, w 2003 r., biorąc udział w uroczystych obchodach pięćdziesiątej rocznicy zdobycia najwyższej góry świata, swoje wystąpienie zakończył słowami: To, co się teraz dzieje pod Everestem, to jedno wielkie g…

 

Więcej o Nepalu

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén