Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: nepal

Pieniądze, cz.2: Etiopia, Mołdawia, Japonia, Naddniestrze…

Wyjątkowymi pieniędzmi posługujemy się w Naddniestrzu. Plastikowe monety. Wprowadzono je niedawno. W obiegu są jeszcze poprzednie, metalowe, bardziej cenione przez miejscowych. Do tych z plastiku jakoś nie mają zbyt dużego zaufania. Tyraspol, stolica nieuznawanej republiki. Kupujemy owoce i kwas chlebowy. Sprzedawczyni na straganie z chęcią wymienia wszystkie plastiki jakie ma na dźwięczące blaszki. Mówi, że tych nowych nie lubi, że pieniądze nie powinny tak wyglądać. Podobne są do żetonów. Różne kształty. Jedynka jest okrągła, trzy ruble to kwadrat z zaokrąglonymi rogami, piątka to pięciokąt. Moneta dziesięciorublowa ma aż sześć boków. Bardziej przypominają zabawki czy też może elementy gry planszowej. Nawet przedstawione na nich postacie jakoś tracą na powadze. A przecież to twarze, które kojarzą się serio, nawet bardzo. Potiomkin, Suworow, Katarzyna II. Rosjanie, zaadaptowani na miejscowych bohaterów. W drugiej połowie osiemnastego wieku kładli podwaliny pod to, co dziś nazywamy Naddniestrzem. Przyłączyli ten obszar do imperium carów, przesądzając już wtedy o jego dalszych losach.

Naddniestrzańskie plastikowe monety

Naddniestrzańskie plastikowe monety

Przy okazji przypomina mi się historia z 2004 roku, kiedy to ukraińscy celnicy zatrzymali ciężarówkę, którą przewożono naddniestrzańskie monety wybite przez Mennicę Polską. Wybuchł mały skandal, bowiem separatystyczne Naddniestrze formalnie nie istnieje, a terytorium to zgodnie z prawem międzynarodowym należy do Mołdawii. Takie organizmy nazywa się pseudo lub parapaństwami i obkłada całym systemem obostrzeń – wśród nich są również te natury gospodarczej. Było więc wstyd przed rządem w Kiszyniowie, któremu ukraińscy celnicy przekazali nielegalny transport. Zarząd Mennicy Polskiej tłumaczył się wtedy, że nie produkował pieniędzy, ale właśnie „żetony”, mimo tego, że były to zupełnie normalne, metalowe monety.

Teren Naddniestrza jest jednym z tych obszarów, gdzie nie przydadzą się nam karty, ani płatnicze, ani kredytowe. Nie działają tam. Żaden polski, niemiecki, francuski czy amerykański bank nie może współpracować z partnerami z nieuznawanego kraju. Tak więc tylko gotówka. Choć w tym szczególnym przypadku może być plastikowa.

Wycieczka Mołdawia i Naddniestrze

Etiopia. Kiedyś jeździłem tam z wycieczkami. Były to czasy, gdy do Addis Abeby docierały nieliczne grupy turystów. W podróży na południe ważne były niskie nominały. Każdy chciał mieć ich pokaźny pakiet. Przynajmniej sto, a jeszcze lepiej dwieście lub trzysta banknotów. Był to niezbędny składnik wyprawy w okolice doliny Omo. Jeździło się tam, żeby zobaczyć ostatnie naturalnie żyjące plemiona Afryki. Najmocniej przyciągali Mursi, słynni z glinianych krążków zdobiących usta kobiet. Odwiedzaliśmy też wsie zamieszkałe przez plemiona Hamer, Konso, Ari i Banna.

Etiopia. 1 birr

Etiopia. 1 birr

Najwięcej pieniędzy wydawaliśmy wśród Mursich. Tam każdy chciał, by go fotografować. Byli natarczywi, wręcz żądali, by robić im zdjęcia. Odpłatnie oczywiście. Kosztowało to 2 birry za zdjęcie. Każdej osobie. Jeśli więc przypadkowo w kadr weszło pięć osób, to trzeba było wypłacić 10. Tyle, że jeden banknot o nominale 10 birrów nie rozwiązywał sprawy. Trzeba było podzielić sprawiedliwie, każdemu po 2 pieniążki. Nie sposób było tego unikać! Jeśli już się tam przyjechało, to trzeba było wziąć udział  w tym szaleństwie. W trakcie spotkań z turystami Mursi nauczyli się sprawdzać jaka fotografia została zrobiona! Mężczyźni są tam wielcy i silni. Bez ceregieli brali nasze aparaty i na monitorach oglądali fotografie. Nie próbowaliśmy się opierać. Co drugi na ramieniu miał kałasznikowa, a przy pasku nóż. Nad porządkiem w rachunkach czuwała staruszka siedząca na dachu jednej z chatek. Z góry wszystko widziała i skrupulatnie liczyła. Efekt był taki, że po godzinnym pobycie zostawaliśmy bez grosza. Z fotograficznego szału wyrywała nas nie kończąca się właśnie klisza fotograficzna czy rozładowane baterie, ale brak pieniędzy o niskich nominałach. Jednym z obowiązkowych punktów podróży po południowej Etiopii były więc banki. Nieduże, lokalne, w małych miasteczkach. Raz zdarzyło się nam pobrać z takiej placówki wszystkie banknoty o nominale jednego birra. Żartowaliśmy wtedy, że rozbiliśmy bank.

Na wszystkich banknotach mołdawskich jest Stefan Wielki

Na wszystkich banknotach mołdawskich jest Stefan Wielki

Jedna z największych niespodzianek? Japonia. A dokładniej fakt, że ciężko wymienić tam dolary na jeny, że można dokonać tego tylko w nielicznych punktach, że trzeba wypisywać kwity podając pełne dane paszportowe, i że jest limit wymiany na jedną osobę. Czegoś takiego prędzej spodziewałbym się w Iranie czy Rosji, ale nie tam! Wybrałem się do Japonii zupełnie nieprzygotowany, jako turysta, bez choćby elementarnej wiedzy. Głupio, ale dzięki temu przekonałem się na własnej skórze, jak bardzo wyobrażenie może rozmijać się z rzeczywistością.

Świat jest różnorodny. W przypadku pieniędzy rzecz dotyczy nie tylko w kwestii nazewnictwa i form graficznych. Zaskoczyć może nas znacznie więcej. Coś, do czego przywykliśmy w krajach dotychczas odwiedzanych wcale nie musi potwierdzić się w kolejnym. Na podstawie doświadczeń z podróży za oczywiste uznajemy rady, by na lotnisku nie wymieniać, że kurs tam jest bardzo niekorzystny. Tymczasem, są miejsca, gdzie reguła ta nie ma zastosowania. Na przykład w Gruzji. Po przylocie do Tbilisi zamieniam dolary na miejscową walutę. Kurs jest taki, jak w każdym innym miejscu.

Nepalskie rupie z nosorożcem

Nepalskie rupie z nosorożcem

W pieniądzach kryje się wiele znaczeń. Można je analizować na różnych płaszczyznach. Istotne jest choćby to, co na nich przedstawiono. Kraje dają to, co mają najlepszego. Zasłużone postaci i wyjątkowe zabytki. Zdarza się, że krajobrazy, a nawet zwierzęta. Na nepalskich rupiach są nosorożce, jaki, słonie i tygrysy. Zresztą zwierzęta często pojawiają się na banknotach różnych krajów. Nosorożce zdobią papierowe pieniądze również w Indiach, RPA, Mozambiku, Tanzanii, Sudanie, Indonezji i zapewne jeszcze w kilku innych krajach, których nie odnotowałem.

Na białoruskich rublach nie ma postaci. Kraj jest młody, bez większych państwowych tradycji, brakuje więc bohaterów, władców, wielkich i znanych na świecie artystów. Na pierwszych banknotach, obowiązujących w latach 1992 – 1999, były zwierzęta, od zająca po żubra, stąd powszechnie zwane były zajczykami. Po denominacji w 2000 r. pojawiły się nowe ruble, przedstawiające budynki, współczesne i zabytkowe, wśród nich zamki w Mirze i Nieświeżu. Aktualnie obowiązujące banknoty (te podobne do euro) wykorzystują te same motywy, zobacz poprzedni artykuł: Pieniądze. Białoruś, Kuba, Uzbekistan…

Białoruskie "zajczyki"

Białoruskie „zajczyki”

Za to na banknotach mołdawskich króluje Stefan Wielki. Na wszystkich! Od jednego do tysiąca lei (skrót międzynarodowy: MDL). W sumie na dziesięciu nominałach. Na każdym ta sama postać. Jest taki mołdawski dowcip opowiadany turystom. Jak sprawdzić czy nie wciśnięto nam podrobionych pieniędzy? Trzeba chwycić banknot za koniuszek i mocno potrząsnąć. Jeśli Stefanowi korona z głowy nie spadnie, to pieniądz jest prawdziwy.

Myślę, że w szczególnych przypadkach, w sposobie traktowania banknotów odzwierciedla się stosunek do materii jako takiej. W niektórych krajach, np. w Indiach czy Egipcie, na porządku dziennym są pieniądze zniszczone, pomięte, naderwane, a przede wszystkim niemiłosiernie brudne. Z trudnością dostrzegamy w nich jakąkolwiek wartość. Wschód – powiemy i pomyślimy od razu, że to wiele wyjaśnia. Ale na tym samym Wschodzie jest przecież Japonia, w której brudne i zniszczone banknoty są nie do pomyślenia. Tak, pieniądze to coś znacznie więcej, niż prosty środek płatniczy. W papierkach tych, i w stosunku do nich, odbija się lokalna tradycja, kultura, uwarunkowania społeczne i polityczne. Podróżujący, którzy chcą poznać kraj bardziej, niż jest to przewidziane założeniami standardowej wycieczki, mają tu spory obszar do eksploatacji.

Wycieczki dla koneserów

Nepal. Himalaje

Nagle, na trasie wiodącej w północne rejony Nepalu, pojawiają się one. Białe, olbrzymie i zaskakująco bliskie. W pierwszym momencie sprawiają wrażenie jakby były sztuczne, przyklejone lub namalowane. W tym miejscu, z uśmiechem mówię turystom: Moi drodzy, to nie fototapeta, to naprawdę są Himalaje.

 
Maćhapućhare, widok z Pokhary

Stoimy w słońcu, jest ciepło, nawet upalnie. Dookoła subtropikalna roślinność, wszędzie rosną banany. A tuż za nimi, wydaje się, że na wyciągnięcie ręki, ośnieżone szczyty najwyższych gór świata. Jeden z ciekawszych widoków jaki dane mi było zobaczyć.

Idziemy w pole. Wychodzimy za wieś i stajemy jak wryci. Obrazek z innej epoki, z nierzeczywistego świata. Właśnie trwają ryżowe żniwa. Wszyscy pracują ręcznie. Pochyleni nad ścierniskiem ludzie, żadnych maszyn, żadnych linii elektrycznych. Kompozycje krajobrazu uzupełniają pasące się obok krowy. A nad tym wszystkim góry. Białe ośmiotysięczniki.

W tle Annapurna

Jedziemy do Pokhary. To najlepsze, najbliżej położone miejsce, z którego można oglądać Himalaje. Przez kilka dni będziemy je widzieć rano i wieczorem; z okna hotelu, z widokowego tarasu, ale też z każdej uliczki miasta. Jakby tego było mało, wypłyniemy na jezioro. Annapurna będzie odbijać się w jego tafli.

Himalaje to „dom śniegu”. Tak właśnie należałoby przetłumaczyć tę nazwę. Powstały ze zderzenia kontynentów. Jakieś 130 mln lat temu, Indie oderwały się od Antarktydy i z zawrotną prędkością 18-20 cm na rok, ruszyły na północ. Po 80 mln lat uderzyły w Azję wypiętrzając potężne szczyty. Wiemy to dziś dzięki skomplikowanym badaniom naukowym, ale opowieść o tym znajdziemy również w znacznie wcześniejszej, hinduskiej mitologii.

Dwie słynne góry przyciągają turystów do Pokhary. Jedna to Annapurna, pierwszy zdobyty ośmiotysięcznik. Drugi to Maćhapućhare, nieco niższa, ale zupełnie dziewicza, jeszcze nigdy nikt na nią nie wszedł.

Annapurna jest dziesiątym co do wielkości szczytem Ziemi. Ma 8091 m wysokości. To ją, w 1950 r. zdobyli Herzog i Lachenal, przypłacając to amputacją palców. Dziś nadal jest niebezpieczna, ma wysoki wskaźnik śmiertelności (38 proc.!) Do 2005 r. były 103 wejścia i 56 przypadków śmierci! Jako pierwsi zimą, zdobyli ją Artur Hajzer i Jerzy Kukuczka (1987 r.). Będąc w Pokharze oglądamy cały masyw, składający się z siedmiu szczytów: od Annapurny I do Annapurny IV i Annapurny Południowej, plus Gangapurna i Maćhupućhare.

I właśnie ta ostatnia jest najbardziej charakterystyczna. Uważa się ją za najpiękniejszą górę świata. Choć niższa (6993), to dzięki temu, że leży bliżej Pokhary (25 km), zajmuje dominującą pozycję w krajobrazie. Maćhupućhare znaczy „rybi ogon”. Taki kształt ma jej wierzchołek. Uroku i sławy dodaje fakt, że nikt, nigdy na nią nie wszedł. Rząd Nepalu wydał zakaz już dawno temu. Podobno dlatego, że to święta góra. Inni twierdzą, że ze względu na ochronę specyficznej formy szczytu, w trosce o to, by rybi ogon nie został zadeptany. Tak czy inaczej, posunięcie to okazało się skutecznym zagraniem marketingowym. Dziś każdy chce zobaczyć górę, której nikt nie zdobył.

W jednym kadrze liście bananowca i białe ośmiotysięczniki

A co się dzieje z Monut Everestem? A, jakoś słabo. Rozmawiam z Nepalczykiem, specjalistą od oprowadzania turystów po wysokich górach. Mówi, że ostatnio wspinał się tam miesiąc temu. Było pustawo. Podobno w październiku nikt nie wchodził. Liczba amatorów najwyższej góry świata spada. W 2010 r. od strony Nepalu weszło ok. 450 osób. W tym roku będzie mniej. Dlaczego? Szczyt zaczął cieszyć się złą sławą. Wdarła się tam bezwzględna komercja. Radykalnym krytykiem takiego stanu rzeczy, był zmarły niedawno, pierwszy zdobywca Everestu, sir Edmund Hillary. Mówił, że to już nie jest himalaizm. W bazach przejściowych jest wszystko, bary, muzyka i prostytutki. Czynnikiem zniechęcającym może być też cena. Opłata rządowa za wejście to 25 tys. dolarów. Do tego dodać należy koszty ekspedycji. Trzeba wydać ok. 40 tys. USD. Kto ma, może wchodzić.

Więcej informacji o Himalajach.

Zobacz też: Everest, turystyka i prostytutki.

 

Słonie. Indie i Nepal

Zwierzę to, obok Tadź Mahal, jest jedną z ikon indyjskiej turystyki. Wszystkie dłuższe programy zawierają przejażdżkę na słoniach. Niemal każdy turysta zwiedzający północną część kraju zalicza wjazd na grzbiecie elefanta do Fortu Amber. Podobnie jest w sąsiednim Nepalu. Tu największą atrakcją jest safari w Parku Narodowym Chitwan.

Jakie jest to zwierzę, niby każdy widzi, ale jednak…

Jeden z popularniejszych indyjskich motywów

 

Słonie indyjskie różnią się od swoich afrykańskich kuzynów. Mają mniejsze uszy, wklęsły kark, stanowiący idealne miejsca dla powożącego nim kornaka oraz krótszą trąbę. Wysokość w kłębie to 3 m, waga do 5 ton. Żyje do 70 lat. Chodzą na czubkach palców zakończonych paznokciami. Są zgrabne i delikatne, poruszają się cicho i bez śladów.

Porozumiewają się niskim, niesłyszalnym dla człowieka dźwiękiem, nawet na odległość 2 km. Są reliktem długiego procesu ewolucji, ogniwem pomiędzy życiem wodnym i lądowym. Dlatego bardzo dobrze pływają, traktując trąbę jak fajkę do snurkowania.

 

Safari w parku narodowym Chitwan

 

W historii, najbardziej znane były jako zwierzęta bojowe. Udanie pełniły rolę dzisiejszego czołgu. Służyły do rozbijania szyków nieprzyjaciela i wzniecania paniki. Na ich grzbietach mocowano stanowiska dla łuczników, oszczepników i małych katapult. Na starożytnych Europejczykach wywierały piorunujące wrażenie. Hannibal czy Persowie dysponowali niewielką ilością tych zwierząt (kilkadziesiąt sztuk), zbyt mało by stanowiły realną siłę. Co innego Indie. Szacuje się, że cesarz Ćandragupta, władający sporą częścią subkontynentu indyjskiego w IV w.p.n.e., w swojej ponad 600-tys. armii miał 36 tys. żołnierzy na słoniach!

Pierwsze, notowane w historii użycie słoni bojowych pochodzi z Indii (ok. 1100 p.n.e.), ostatnie też – miało miejsce w XVIII wieku!

Turystyczna atrakcja

 

Śladem tego jest figura wieży w szachach. Grę tę wymyślono w Indiach (choć nazwę ma perską), więc nic dziwnego, że wieża się porusza, i to na grzbiecie słonia.

Słoń jest częstym bohaterem lokalnych mediów. W Nepalu newsem w grudniu 2008 roku był fakt narodzin pary słoniątek. Bliźniaki u tego gatunku zdarzają się bardzo rzadko i traktowane są jako pozytywna wróżba. Byłem tam kilka dni temu. Gazety nadal o nich  piszą. Systematycznie donoszą o tym jak słoniątka rosną, czy są zdrowe i w jakiej kondycji jest ich trzydziestoletnia mama.

Media informowały też o zaginięciu największego znanego słonia azjatyckiego (mierzył 3,5 metra i przewyższał innych przedstawicieli gatunku aż o około 60 cm) oraz o grasującym dzikim słoniu, który zabić miał kilkanaście osób. Donosiły również o strajku opiekunów słoni.

Zwierzę to jest stałym elementem krajobrazu. W Nepalu żyje około 250 słoni, w tym część na wolności. Ich naturalnym środowiskiem jest niewielki pas nizin przy granicy z Indiami. Tu ulokowany jest park narodowy Chitwan, w którym turyści odbywają bardzo interesujące safari. Z grzbietu słonia tropi się nosorożce i tygrysy. Jedne i drugie zwierzęta są płochliwe i niebezpieczne. Słoni natomiast się nie boją, ani nie atakują. Turystyka nauczyła się to wykorzystywać. O ile spotkanie tygrysa wymaga szczęścia i większego wysiłku, o tyle nosorożce oglądamy niemal za każdym razem. I to z bliska! Bywało, że nasze słonie podchodziły nawet na odległość mniejszą niż 10 metrów. Nie chciałbym znaleźć się w takiej sytuacji stojąc na własnych nogach!

Zobacz też: Nepal, Himalaje.

 

Everest, turystyka i prostytutki

Z radością, kilka dni temu, obejrzałem program W. Cejrowskiego poświęcony himalajskim wspinaczkom. Od razu, oczywiście, przypomniały mi się wyprawy do Nepalu. Nie, wcale nie wysokogórskie. Raczej zwykłe wycieczki. Najczęściej jedziemy tam żeby zobaczyć nosorożce w dżungli, niesamowite zabytki starówek w Katmandu, Patanie i Bhaktapurze, świątynie hinduskie i buddyjskie stupy. Himalajskie szczyty oglądamy raczej z okien samolotów w trakcie widokowych lotów Yeti Airlines albo z tarasów hoteli w Nagarkot. Komfortowo i bez wysiłku. Zobacz też: Zwiedzanie.

Na zdjęciu widok na Everest z samolotu

 

Ale oczywiście, kiedy jesteśmy w Nepalu, zawsze pada pytanie o współczesny himalaizm. Co słychać, co się zmieniło do czasów pierwszego wejścia na Mount Everest? Jak tam polscy alpiniści?

 

Sir Edmund Hillary, zmarły niedawno, pierwszy zdobywca najwyższego szczytu, był jak najgorszego zdania na temat tego, co dzieje się obecnie wokół Mount Everestu. Dlaczego? Wspinaczkę na najsłynniejszą górę zamieniono w dochodowy, a nierzadko również brutalny biznes. Perspektywa dużych pieniędzy przyciągnęła wielu nieciekawych ludzi. Pojawiły się oszustwa, kradzieże, napady i rabunki. Część wspinających się nie ma już nic wspólnego z etosem himalaisty. Znane są przypadki, gdzie wchodzący na górę mijali umierających towarzyszy nie udzieliwszy im pomocy. Dziś wystarczą pieniądze. Pozakładane są stałe bazy, w których czeka łóżko, śniadanie i … prostytutki. Lekarze pracujący wokół Everestu skarżą się, że coraz częściej leczą choroby weneryczne. Tragarze wniosą sprzęt, wynajęci specjaliści wszystkiego dopilnują. Tak więc, zdobywcą „trzeciego bieguna” może zostać niemal każdy sprawny podróżnik. To już forma turystyki. Drogiej, luksusowej, ale turystyki. Niemal masowej.

Himalaje

Himalaje

 

Raczej odróżnia się prawdziwy alpinizm (jako sport) od turystyki. Co innego wspinający się całe życie, profesjonalny alpinista, co innego turysta na wycieczce. Inne zachowanie, inne cele i wartości. Jak wszędzie, tak i tu, są dwa oblicza turystyki. Turystyka, która pomaga, wzbogaca, rozwija i ta, która psuje, niszczy, demoralizuje… Zobacz też: Zakazana turystyka.

 

Inną kwestią są wszystkie dziwne, czasami nieprawdopodobne, rekordy związane z tą górą. Kto pierwszy ze szczytu Mount Everestu wysłał SMS-a, kto pierwszy wylądował tam helikopterem, kto pierwszy zakopał pępowinę swego dziecka, i tak dalej. Jeszcze himalaizm czy już cyrk? Kto był najmłodszym (15 lat), a kto najstarszym zdobywcą (77 lat). Kto pierwszy wziął tu ślub, a kto pierwszy rozebrał się do naga na samym szczycie świata. Każde takie zdarzenie nadaje się na newsa, pozwala sponsorom zainwestować w wysokogórską wyprawę. I się kręci. Polecam też artykuł: Nepal, Himalaje.

 

Bardzo konserwatywny do niedawna Nepal, zmienia się w ostatnich latach, niemal z dnia na dzień. Partie komunistyczne wygrywają demokratyczne wybory, rządzą i wprowadzają coś na kształt inżynierii społecznej. Próbują osłabić system kastowy i definitywnie znoszą ostatnie formy niewolnictwa. W ramach nowoczesnych eksperymentów, jeden z posłów zaproponował promocję Nepalu jako turystycznej mekki dla homoseksualistów. I tak kraj, który jeszcze kilka lat temu za to karał, jutro może być celem turystyki gejowskiej. W planie tym uwzględniono też  miejsce dla Everestu. Powstało biuro podróży Pink Mountain, które ma zajmować się organizacją ślubów dla homoseksualnych par, właśnie na najwyższej górze świata.

 

Kilka miesięcy temu, w marketingowy sposób, rząd Nepalu wykorzystał Himalaje, przeprowadzając posiedzenie gabinetu w plenerze na wysokości pięciu tys. metrów. Oczywiście w maskach tlenowych, oczywiście dowieziono ministrów helikopterami, oczywiście były głosy krytyczne. Bo przecież rząd marnuje publiczne pieniądze. Bo znającym Nepal, góry i ogromne potrzeby tego kraju wydało się to po prostu śmieszne. Taki teatr dla ludu. Ale trzeba też uczciwie dodać, że coś osiągnięto. Pisały o tym agencje z całego świata, więc może była to udana promocja największej atrakcji kraju?

 

Edmund Hillary, w 2003 r., biorąc udział w uroczystych obchodach pięćdziesiątej rocznicy zdobycia najwyższej góry świata, swoje wystąpienie zakończył słowami: To, co się teraz dzieje pod Everestem, to jedno wielkie g…

 

Więcej o Nepalu

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén