Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: podróże

Sezon w pełni

Kiedy prowadzi się biuro podróży, tak właśnie wypada zacząć tekst. Szczególnie o tej porze roku. Maj, więc wycieczki ruszyły pełną parą. Pędzi jedna za drugą. Jeżdżą po Polsce i po krajach sąsiednich. Robimy sporo wyjazdów firmowych, integracji, etc. Stąd też w naszej ofercie są również takie miejsca jak Białowieża, Suwałki, Zakopane, Kraków czy Praga. Tradycyjnie, dużo grup wysyłamy na Litwę. Niektórzy decydują się pojechać nieco dalej i wtedy mamy bardzo fajne programy Litwa – Łotwa – Estonia.

Plany na najbliższy czas

Plany na najbliższy czas

Z racji na położenie Białegostoku specjalizujemy się w wycieczkach na Białoruś. Gorąco polecam ten kierunek! Jest bezpiecznie. Absolutnie nie ma się czego obawiać. Szkoda, że niewielu Polaków zna Grodno i okolice. Przecież to nasza historia. I to jaka! Od Batorego po Mickiewicza. Nowogródek, Zaosie, jezioro Świteź, Mir, Nieśwież i Bohatyrowicze. No i rzecz jasna Wasiliszki Stare, w których dorastał Czesław Niemen. Koniecznie do odwiedzenia!

Najbardziej znani jesteśmy z kierunków egzotycznych. Właśnie ktoś wrócił z Iranu, jesienią będzie kolejna wycieczka. Zainteresowanie Iranem rośnie. W czasie weekendu majowego grupy zwiedzały m.in. Chiny i Gruzję. Dzieje się sporo. Trwają przygotowania do wyjazdów na Wyspy Sołowieckie i do Mołdawii. Tradycyjnie, jak od lat, szukamy kierunków niszowych, ciekawych, bywa, że niedocenianych. Odkrywamy miejsca i wyszukujemy atrakcje. Wcale nie trzeba podróżować bardzo daleko. Egzotyka może być tuż obok. W pewnym sensie za takie właśnie można uznać nasze piękne Podlasie. A to ze względu na liczne ślady Orientu, ze Szlakiem Tatarskim na czele.

Perełek szukamy głównie na Wschodzie. Od wspomnianej już Białorusi po Japonię. Jest jeszcze trochę do odkrycia. Bo, na przykład, kto wie, gdzie leży Gagauzja? Albo, kto był w Naddniestrzu? (a naprawdę warto się tam wybrać!). Oczywiście, trzeba realizować też bardziej typowe kierunki. Stąd też w ofercie jest bardzo popularna Gruzja, Moskwa czy Etiopia. Ale zawsze staramy się, żeby były to wycieczki wyjątkowe. Wyróżniające się atrakcjami i standardem. Innych robić nie warto!

Wszystkim turystom oraz pracownikom biur podróży, pilotom i przewodnikom życzę udanego sezonu! Wielu pięknych wycieczek!

Etiopia. Największe atrakcje

Listopad i grudzień to miesiące, który kojarzą się z Etiopią. Kilka lat z rzędu o tej porze roku jeździłem właśnie tam. Jesień to najlepszy moment. Skończyła się pora deszczowa i na drogach jest sucho, co w przypadku tego kraju ma olbrzymie znaczenie. Letnie i nieznośne upały już minęły, ale ciągle jest wystarczająco ciepło, żeby cieszyć się urokami Afryki. Poza tym wielu turystów właśnie późną jesienią chce uciec z Polski, najchętniej tam, gdzie świeci słońce, a tego akurat Etiopia ma pod dostatkiem.

Południowa Etiopia. Dziecko z plemienia Hamer

Południowa Etiopia. Dziecko z plemienia Hamer

Relacje z wyjazdów do Etiopii pojawiały się na tym blogu już wielokrotnie. Swego czasu założyłem też serwis poświęcony wyłącznie temu krajowi. Zainteresowani znajda tam sporo informacji o Etiopii.

Ludność tego kraju do niedawna niemal zupełnie odizolowana od reszty świata pozostała przy swoich tradycyjnych wierzeniach, zwyczajach i sposobach definiowania rzeczywistości. Kolejne reformy i innowacje wprowadzane w Europie do Etiopii już nie docierały. W ten sposób kalendarz rodem ze starożytnego Egiptu przetrwał tu do dziś. Nowy rok zaczyna się we wrześniu i liczy sobie aż 13 miesięcy! Datacja młodsza jest o 7 lub 8 lat – to zależy od tego, który miesiąc bierzemy pod uwagę. Byłem w Addis Abebie kiedy świętowano rok 2000. W Polsce był wtedy już rok 2008.

Etiopia zachwyca. To jeden z najciekawszych krajów świata. Składa się z dwóch całkowicie różnych części. Północ i południe są jak dwa osobne byty.

Na północy mamy relikty starożytnej cywilizacji, z zupełnie niesamowitym fenomenem miejscowego chrześcijaństwa. Etiopia była trzecim krajem na świecie, które uczyniło je religią państwową (po Armenii i Gruzji). Przyciągają nas wykute w skale świątynie Lalibeli, z wszystkimi tajemnicami dotyczącymi ich powstania. Uwagę zwraca wyjątkowa architektura okrągłych kościołów oraz wykorzystywane w czasie mszy bębny i grzechotki (starożytne sistrum). Na północy dużą atrakcją są przepiękne góry Siemen i zamieszkujące je dżelady, wyjątkowe małpy, w których doszukujemy się bocznego odgałęzienia ewolucji człowieka. Każdy chce odwiedzić Aksum, miasto w którym zgodnie z wierzeniami Etiopczyków przechowywana jest Arka Przymierza. (Więcej na ten temat w artykule: Etiopia, niezwykły kraj Arki Przymierza). Jeśli mamy więcej czasu, to warto zobaczyć zamki w Gonderze oraz wodospad Tis Issat (Tys Ysat) na Nilu Błękitnym. Ale uwaga! Jesienią i zimą wody jest mniej i wodospad nie robi piorunującego wrażenia. Wiele wycieczek ma też w programie jezioro Tana. Atrakcją mają być klasztory znajdujące się na tutejszych wyspach. Byłem tam kilka razy. Szczerze powiedziawszy nie wyróżniają się niczym szczególnym. Podobne obiekty można zobaczyć i w innych miejscach.

Wodospad Tis Issat

Wodospad Tis Issat

Południe Etiopii przenosi nas w czasie. Cofamy się o tysiące lat. Region ten jest absolutnym cywilizacyjnym fenomenem. Zwany jest skansenem pierwotnych plemion. Trafimy tu na fantastyczną mozaikę kultur.

Największe wrażenie wywiera plemię Mursi. Wszyscy turyści chcą odwiedzić jedną z ich wsi. Zdjęcia tutejszych kobiet znane są na całym świecie. Wszystko dzięki glinianym krążkom zdobiącym ich usta. Dziewczynie, która wchodzi w wiek dorosły nacina się dolną wargę, w którą następnie wkładany jest krążek. Stopniowo zmienia się je na coraz większe. Najbardziej okazałe mają średnicę ok. 30 cm. Im większy krążek, tym bardziej atrakcyjna kobieta. Nie znamy rzeczywistych powodów tak przedziwnego obyczaju. Są różne teorie, wśród nich i taka, że krążki miały znaczenie magiczne – zabezpieczały kobiety przed wniknięciem w ich ciała złych duchów. Część badaczy jest zdania, że mógł się on narodzić jako zabezpieczenie przed łowcami niewolników. Dziewczęta z plemienia Mursi celowo oszpecały się, żeby uniknąć losu innych etiopskich kobiet, które ze względu na wyjątkową urodę porywane były do haremów. W ten sposób to, co kiedyś mogło szpecić, dziś stało się kanonem piękna.

Kobieta z plemienia Mursi

Kobieta z plemienia Mursi

Niezwykły obyczaj obserwujemy też wśród Hamerów. Plemię to znane jest z rytuału skoków przez byki. Co roku, od października do stycznia, w każdej wsi odbywają się najważniejsze dla nich święta. Skoki maja charakter inicjacji wprowadzającej chłopca w świat dorosłych. Właściwy rytuał poprzedzają huczne przygotowania, które gromadzą wielu gości; są uczty i tańce. Zaczyna się od biczowania. Mężczyźni, którzy przeszli już inicjację, długimi rózgami, uderzają w gołe plecy kobiet. Krew płynie, wygląda to okropnie, ale dla tych ludzi nie ma w tym nic strasznego. Bliskie mężczyźnie kobiety, w ten sposób wyrażają podziw dla jego odwagi i zręczności okazanej w trakcie skoków. Cóż cenniejszego mogą ofiarować niż swoją krew? Efekt tych zabiegów widać na ciele. Plecy kobiet pokryte są zgrubiałymi bliznami. Po biczowaniu zaczynają się ostateczne przygotowania do skoków. Mężczyźni ustawiają byki w rzędzie, jeden obok drugiego. Tworzą w ten sposób pomost złożony z bydlęcych grzbietów. Zadaniem inicjowanego młodzieńca, który w trakcie tych uroczystości jest zupełnie nagi, jest wskoczyć na grzbiet pierwszego w rzędzie byka, przebiec po wszystkich i zeskoczyć po drugiej stronie. Trasę należy pokonać trzykrotnie w każdą stronę. Jeśli się uda wszyscy wiwatują, gratuluję i rzeczywiście cieszą się razem z najbliższą rodziną. Teraz już można udać się do wsi na ucztę.

Więcej o tym fenomenie w artykule: Etiopia. Plemiona południa.

Specjalnością Etiopii jest kawa. Nigdzie nie piłem tak wyśmienitego espresso, jak w Addis Abebie. Na północy kraju kawa rośnie tak, jak u nas pokrzywa. W każdym miejscu, gdzie tylko się jej na to pozwoli. Roślina ta stąd właśnie pochodzi i tutejszy klimat najbardziej jej odpowiada. W etiopskiej tradycji kawa zajmuje wyjątkowe miejsce. Obowiązkowo weźcie udział w ceremonii jej przygotowania. Cały proces ma świąteczną otoczkę. Trawą dekoruje się podłogę i zapala kadzidło. Najpierw obserwujemy mycie ziaren, później ich palenie, tłuczenie w drewnianym moździerzu i w końcu parzenie. Na koniec raczymy się wybornym trunkiem. W takim otoczeniu smakuje jeszcze lepiej.

Harer, karmienie hien

Harer, karmienie hien

Etiopskie kulinaria to osobny temat. Jest o czym opowiadać. Naczelne miejsce zajmuje indżera (yndżera, injera), czyli tutejszy chleb. Ma formę dużego placka, przypomina gruby naleśnik i jest lekko kwaśna. Jemy ją z dodatkami w postaci warzywnych sosów, kawałków mięsa i jajek. W etiopskim domu jest elementem każdego posiłku. Wypiekana jest ze sfermentowanego ciasta zrobionego z lokalnego zboża o nazwie teff (Eragrostis abyssinica). Nazwa polska to trawa abisyńska. Rzeczywiście, roślina ta bardziej przypomina trawę niż zboże. Wąskie, trawiaste łodyżki, a samo ziarno drobniutkie jak nasionka maku. Jest gatunkiem endemicznym, rośnie tylko w Etiopii i Sudanie.

Kwaskowaty placek nie smakuje zbyt rewelacyjnie. Trzeba się przyzwyczaić. Za to towarzyszące indżerze sosy są bardzo smaczne. Danie wygląda apetycznie. Pewną trudność stanowić może jedynie fakt, że jeść trzeba rękoma, bez żadnych sztućców. Koniecznie prawą dłonią (lewa służy do załatwiania potrzeb fizjologicznych) odrywamy kawałek placka, formujemy z niego coś w rodzaju łyżki i czymś takim łowimy gęsty sos, razem z kawałkami mięsa, warzyw i jajek.

Sprzedawcy kawy

Sprzedawcy kawy

Teff króluje w środkowej i północnej części kraju. Na południu uprawia się sorgo. Roślina ta wyglądem przypomina kukurydzę. Jej uprawę rozpoczęto około 5 tys. lat temu właśnie na terenie dzisiejszej Etiopii, a stąd rozprzestrzeniła się na resztę świata. Sorgo jest bardzo wydajne, a ponadto niezmiernie bogate w składniki odżywcze. Nie dziwi więc fakt, że na gorących, zagrożonych suszą terenach, sorgo żywi całe populacje. Na południu Etiopii, w wielu wsiach, głównym składnikiem diety są rozgotowane ziarna tego zboża. Z nich wytwarza się też piwo. Zalana wodą mąka z ziaren sorgo fermentuje kilka dni. Aby przyspieszyć proces dodaje się liście miejscowych roślin, które spełniają rolę naszego chmielu. W efekcie otrzymujemy coś w rodzaju rzadkiej kaszki o niewielkiej zawartości alkoholu. Najprostsze i najstarsze piwo na świecie. Podobne pili starożytni Egipcjanie. Nadal bardzo popularne wśród pierwotnych plemion południowej Etiopii. Widzieliśmy, dotykaliśmy i wąchaliśmy. Nie wystarczyło mi odwagi, żeby wypić.

Trunkiem bardziej zamożnych ludzi jest tedż, czyli miód pitny. Napój ma ładny żółty kolor. Warto spróbować. Jest smaczny i bezpieczny, ale pod warunkiem, że kupiony z pewnego źródła. Polecam raczej na północy Etiopii, gdzie łatwiej o tedż dobrej jakości. Na południu kraju dominują raczej bardzo tanie podróbki. Barwiony na żółto samogon. A propos tego ostatniego, to piłem tu najpodlejszy bimber świata. Zrobiony z czosnku. Efekt smakowy po prostu przerażający. Taki wynalazek znajdziemy we wsi Dorze, położonej niedaleko popularnego Arba Minch. Miejscowi słyną też z uprawy fałszywego bananowca, rośliny, która nie daje owoców, ale jest podstawą wyżywienia miejscowych. Je się rosnące pod ziemią bulwy, a ze sfermentowanego miąższu łodyg wypieka się kocio – grube placki o dziwnym smaku.

Turyści wśród dżelad

Turyści wśród dżelad

Oryginalnym napojem pasterzy jest mleko zmieszane z krwią. To bardzo odżywcza mieszanka. A w czasie, gdy mleka jest mniej, pije się czystą krew. Upuszcza się ją średnio raz na miesiąc, z tętnicy szyjnej. W ten sposób, nie zabijając cennych krów, w pełni korzysta się z ich dobrodziejstwa. Więcej na ten temat w artykule: Etiopia od kuchni.

Etiopia ma tak wiele turystycznych atrakcji, że nie sposób omówić je w jednym artykule. Zainteresowani tematem znajdą je w innych moich tekstach, również na tym blogu (zobacz tag: Etiopia). O niektórych, z braku miejsca, tylko pokrótce wspominam, inne omówione są dokładniej. Zapraszam do lektury.

Albania. Tirana

Zacząć trzeba od tego, że główny plac miasta wcale nie jest najważniejszym miejscem w stolicy. Życie toczy się gdzieś indziej. Przede wszystkim w dawnej dzielnicy komunistycznych dygnitarzy. Kiedyś zamknięta dla zwykłych śmiertelników, chroniła funkcjonariuszy reżimu. Dziś rządzą tu pieniądze. (Zobacz program wycieczki do Albanii).

Plac Skanderbega, centrum tirany

Plac Skanderbega, centrum Tirany

Ulokowały się w niej prestiżowe banki, najlepsze sklepy i restauracje. Jest turystyczną mekką. Mnóstwo barów, kawiarni i klubów. Hotele i sklepy z pamiątkami. Miejsce żyje dniem i nocą. Gwarne, kolorowe, drogie… Piwo w barze „Tao” obok wilii Hodży – 300 leków (10 zł). Dla porównania, pyszny kebab z dodatkami i piwem, w restauracji dla miejscowych, obok placu Skanderbega – 150 leków.

Willa Hodży

Willa Hodży

Willa Hodży, komunistycznego satrapy, w absurdalny sposób rządzącego Albanią przez 41 lat, stoi dziś pusta. Obudowana niemal z każdej strony topowymi klubami. Jest w tym coś perwersyjnego – bawić się przy amerykańskiej muzyce, popijając zachodnie piwo, w ogródku czerwonego dyktatora. Chyba na tym właśnie opiera się komercyjny sukces tej dzielnicy.

Tirana próbuje wykorzystać to, co zostawili po sobie komuniści. W czasach Hodży zniszczono tak wiele zabytków, że dziś nie ma wyjścia, w turystyczne atrakcje trzeba zmienić najgłupsze dzieła dyktatora. Przy głównej alei miasta, na skraju parku eksponowany jest bunkier. Hodża chciał wybudować ich milion, zdążył 700 tys. (Jeden bunkier kosztował tyle, co dwupokojowe mieszkanie. Olbrzymie pieniądze i ludzka energia wyrzucone w błoto). Można wejść do środka. Malutki. Miejsca najwyżej  dla trzech osób, ale muszą siedzieć w kucki, jest tak nisko.

Piękny kraj miliona bunkrów. Czy takie hasło można wykorzystać w promocji turystyki?

Wróćmy do głównego placu Tirany. Od niego opowieść zaczynają wszystkie przewodniki. Kiedyś stał tu olbrzymi pomnik Hodży. Dziś pośrodku dużego trawnika wznosi się konny posąg Skanderbega, największego narodowego bohatera. W XV wieku przez kilkadziesiąt lat opierał się tureckiej nawale. Zyskał tym sławę w całej chrześcijańskiej Europie. I choć takie państwo jak Albania po raz pierwszy pojawiło się dopiero w 1912 roku, to dokonania jednego ze średniowiecznych książąt są tego kraju mitem założycielskim. Oto jeden z paradoksów Albanii.

Bunkier w Tiranie, jeden z 700 tysięcy.

Bunkier w Tiranie, jeden z 700 tysięcy.

Robię zdjęcie. W jednym kadrze mam pomnik Skanderbega, flagę Albanii, wspominaną w przewodnikach wieżę zegarową i oczywiście charakterystyczny minaret.

Meczet Ethem Beja wzniesiono w XVIII wieku.  Dziś jest najważniejszym zabytkiem Tirany. Tylko on przetrwał czas burzenia wszystkiego, co z religią związane. Dla niego Hodża zrobił wyjątek, oszczędził, mimo, że to przecież samo centrum, tuż obok budynków rządowych. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Do czegoś był potrzebny. Coś chciał pokazać. Może to, że szanuje zabytki… Urządzano tu pokazówki. Wejść do meczetu mogli wyłącznie zagraniczni goście. Wszyscy Albańczycy byli obywatelami „pierwszego całkowicie ateistycznego państwa”.

Meczet Ethem Beja

Meczet Ethem Beja

Dziś meczet wrócił do swych religijnych funkcji. Przekonałem się o tym pierwszej godziny pobytu. Dobiegł mnie śpiew muezina, wezwanie do modlitwy. Turyści mogą wchodzić. W środku urzekają piękne zdobienia ścian. Jeśli poprosi się dozorcę, to włączy światło. Można fotografować. Na pewno warto tu zajrzeć.

Mauzoleum Hodży

Mauzoleum Hodży

Nie odmówiłem sobie przyjemności odwiedzenia piramidy Hodży. Budowla z betonu i szkła. Ani ładna, ani brzydka. Raczej nie te kategorie jej się należą. Absurdalna w swoim zadęciu. Hodża był najdłużej rządzącym europejskim dyktatorem (od 1944 r. aż do śmierci w 1985). W komunizmie prześcigał ZSRR i Chiny. Dziś dookoła jego mauzoleum hula kapitalizm. Tuż obok wyrosły okazałe biurowce, siedziby banków.

Po obaleniu komunizmu szczątki dyktatora przeniesiono na cmentarz. Opuszczona piramida niszczeje. Jest to jedyny zaniedbany obiekt w tej części miasta. Wszędzie dookoła ładnie, wesoło. Tylko tu jakoś tak, jakby komunizm dopiero upadł. Chyba nie ma pomysłu na jej zagospodarowanie. Zbyt ciężki temat, zbyt duży kaliber.

……

Uliczne obserwacje. Właśnie minąłem mężczyznę, który mógłby być sobowtórem Abdullaha, króla Jordanii. Jaką urodę mają Albańczycy? Skąd pochodzą, jakim językiem się posługują? To jeden z najstarszych europejskich ludów. Wywodzą się od starożytnych Ilirów, współczesnych Grekom i Rzymianom. Język? Skomplikowany, trudny. Stary, indoeuropejski.

Po kilku dniach w Tiranie czułem się jak u siebie. Kusiło żeby zostać dłużej. Tyle, że kolejne miejsca czekały. Ruszyłem nad morze, do Durres.

Zobacz artykuł: Albania to nie Afganistan!

 

Wesołych Świąt !

Wesołych Świąt i wielu PIĘKNYCH PODRÓŻY w 2014 roku!

Jak najlepsze życzenia z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia! Aby były pogodne, rodzinne i dały choć odrobinę wytchnienia od codziennego trudu. A nowy, 2014 rok, niech przyniesie same dobre rzeczy! Wśród nich oczywiście udane, piękne i egzotyczne podróże!

Wesołych Świąt !
Śladem poprzednich lat zapraszamy zimą na Podlasie. W tym roku z okazji Sylwestra Juliańskiego urządzamy kulig z lokalnymi atrakcjami: 10-12 stycznia. Zapraszamy!

Tajemnicza podróż

Jeden z amerykańskich touroperatorów zaproponował nowy produkt: Mystery Trip, czyli wycieczkę, której cel do ostatniego momentu jest tajemnicą. Wygląda to tak. Klient zaczyna od wypełnienia szczegółowej ankiety. To pozwala pracownikom biura na sprecyzowanie jego oczekiwań. W tym momencie turysta może też zaznaczyć, które opcje nie wchodzą w grę, tak aby uniknąć niemiłych niespodzianek, na przykład zakwaterowania w hotelu dla naturystów albo noclegu w namiocie. Główny atut oferty to klimat przygody. Przed wyjazdem turysta otrzymuje tylko te informacje, które są niezbędne z organizacyjnego punktu widzenia, np. to jakie ubrania powinien zabrać. Zaskoczeniem jest nie tylko kraj czy region do którego się jedzie, ale też kolejne punkty programu. Podróżujący wyposażony jest w tablet, na który na bieżąco otrzymuje informacje o tym, jakie atrakcje czekają go najbliższego dnia. O tej ciekawej propozycji piszą „Wiadomości Turystyczne”. W założeniu amerykańskiego biura ma to być oferta tania, przeznaczona dla ludzi w wieku 20-30 lat.

 

Czy taki produkt miałaby szansę powodzenia w Polsce? Trudno powiedzieć. Na razie nie wiadomo nawet czy spotka się z pozytywnym odzewem w USA. Propozycja jest oryginalna, wydaje się ciekawa, ale zawarte są w niej pewne niuanse, które mogą zdecydować o braku większych sukcesów.

 

Namiastkę tej propozycji stanowi dobrze zakorzeniona na naszym rynku opcja „fortuna”, zwana też „traf” lub „bingo”. Klient kupuje pobyt w hotelu o określonym standardzie, ale bez wskazania na konkretny obiekt. Czyli wie, że będzie w hotelu czterogwiazdkowym w egipskiej Hurghadzie, ale nie zna nazwy hotelu. Czy cieszy się to dużym powodzeniem? Słabo. Mimo obecności w ofercie od wielu lat.

 

Klienci wybierają ofertę bardzo starannie, stąd też taka popularność opinii o hotelach w internecie. Długo zastanawiają się nad decyzją, traktując zakup wczasów niemal jak inwestycję. Synonim sukcesu – za określoną cenę dostać jak najwięcej! Propozycja wyjazdu w ciemno odbiera ten atut. Znając nasz rynek, jednego mogę być pewien, turyści obawialiby się takiej oferty. Na pierwszy rzut oka „tajemnicza podróż” wygląda na dość ekstrawagancką opcję. Skierowaną do kogoś, kto bardziej ceni sobie smak przygody i niepewności, niż komfort poczucia dobrze wydanych pieniędzy.

Możliwe są zapewne wariacje tej oferty. Na przykład, organizuję wycieczkę do Gruzji. Program jest niespodzianką. Ale na pewno będą hotele trzygwiazdkowe, śniadania i obiadokolacje oraz przejazdy komfortowym autokarem. Chwyci jeśli turyści nie będą musieli zaufać zupełnie w ciemno. Jeśli będą mogli oprzeć się na rekomendacji znajomych czy renomie biura. Ahoj przygodo!

Sens podróżowania

Ostatnio mam mało czasu. W turystyce szczyt sezonu. Każdego dnia wielkie polowanie na oferty last minute. Od rana do wieczora siedzę w biurze i doradzam, wybieram, sprzedaję. Wysyłam innych na wakacje. Sam nie jeżdżę, zostaje mi teoria podróży. Bywa, że równie atrakcyjna jak samo podróżowanie.

Czytam fantastyczną książkę. Napisaną przez znamienitego dziennikarza i reportażystę. Tiziano Terzani – to nazwisko znane jest miłośnikom dobrej literatury podróżniczej.

Tym razem to książka wyjątkowa, inna niż poprzednie. Pojawiają się różne kraje i kontynenty, ale są one tylko tłem. Tak naprawdę autor podróżuje w głąb siebie. Zdarza się, że przy okazji pięknie analizuje fenomen dzisiejszej cywilizacji. O książce napiszę później. Warta jest uwagi. Teraz zacytuję tylko mały fragment. Wydaje mi się, że doskonale mieści się on w filozofii tego bloga.

Po wielu latach zawodowego i permanentnego podróżowania, w krytycznym dla siebie momencie życia, autor zadaje pytanie o sens swojej zawodowej kariery. I odpowiada:

Powód tego mojego całego ruchu, nieustannego wyjeżdżania w poszukiwaniu czegoś na zewnątrz, okazał się prosty: nie miałem nic w środku. Byłem pusty. Pusty, tak jak pusta jest gąbka, gotowa jednak nasiąknąć tym, w czym jest zanurzona. Wkładasz ją do wody, wypija wodę, zamoczysz ją w occie i staje się kwaśna. Gdybym nie podróżował, nie miałbym nigdy nic do powiedzenia, do opisania; nic, nad czym mógłbym się zastanowić.

T. Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem.

Prawda, że zastanawiające?

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén