Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: podróże

(Długi) weekend majowy

Temat ten już kilka lat temu znalazł miejsce na tym blogu (Zobacz: Wielka majówka). Trudno było go pominąć, wszak to turystyczny klasyk. Dla firm z branży jest tym samym, czym Boże Narodzenie dla sklepów z karpiem i zabawkami. Cóż mogłem wtedy napisać? Poza oczywistymi oczywistościami, również i to, że jest coś zastanawiającego w tak dużej popularności tego terminu. Coś, co wychodzi poza jasne dla wszystkich przesłanki, takie jak: ilość dni wolnych i ładna pogoda. Tym bardziej, że i jedno, i drugie wcale nie musi być spełnione. Może być zimno i nieprzyjemnie (pamiętam majówkę na Litwie, w czasie której spadł śnieg). A przecież nie zważając na to, klienci masowo korzystają z turystycznych usług. Magia majówki. Dlaczego, skąd się bierze? Otóż możliwa jest i taka interpretacja, że właśnie wtedy, gdy zazieleni się trawa, budzi się w nas dawny instynkt koczownika, zew genetycznie przypisany osobom należącym do grupy indoeuropejskiej. Zima to stagnacja, nuda i zapiecek. Wiosna w swej rozwiniętej formie, to przebudzenie z letargu, początek akcji, wyjście w pole, marsz po łupy. Tak było kiedyś. Dziś to wszystko zastępuje nam wycieczka. Turystyczny wyjazd jest cezurą, granicą pór roku. Wyraźnym oddzieleniem aktywności i zupełnie różnych sposobów bycia. Zima – uśpienie, przetrwanie, dom. Wiosna – droga, ruch, aktywność. Taki kod genetyczny.

Korzystny układ wolnych dni w 2018 roku. Kalendarz Orex Travel

Ktoś powie, że przesadzam i nadinterpretuję. Możliwe. Ale po prostu nie potrafię inaczej wytłumaczyć fenomenu weekendu majowego. Termin to pożądany, jak żaden inny. Wycieczkowe szaleństwo.

Wielka popularność. Dla nas, dla biur podróży, to oczywiście korzystna sytuacja, pod warunkiem wszakże, że nie mamy do czynienia z klęską urodzaju, w czasie której nie jesteśmy w stanie zaspokoić popytu. Część klientów odchodzi z kwitkiem. W naszym biurze miejsc na weekend majowy nie ma już od wielu miesięcy! Ręce rozkładają hotele i linie lotnicze. Jeśli jeszcze mają coś wolnego, to za astronomiczne kwoty. Brakuje też rąk do pracy, pilotów i przewodników.

W związku z tym mam dwie propozycje:

Sugeruję poszerzenie weekendu majowego! Podobnie, jak zrobiono to z feriami zimowymi. Po co wszyscy mają się tłoczyć w okolicach 1 maja?! Zamiast tego zróbmy podział województwami. Kraj można geograficznie poszatkować nawet i na cztery tury. Zaczynałoby się już w połowie kwietnia, a kończyło po miesiącu. Żeby było sprawiedliwie, można losować. Nasze województwo ma Święto Pracy i Święto Konstytucji 3 maja w kwietniu, a wasze dopiero w połowie maja. Albo podzielić klimatycznie. Południowozachodnia Polska z Wrocławiem na czele wcześniej ma wiosnę i ciepło, więc długi weekend majowy mogliby próbować robić na początku kwietnia. A Podlaskie nie wcześniej niż w końcu maja – żeby uniknąć opadów śniegu. Myślę, że to dałoby się zrobić. Legislacyjnie jest to do ogarnięcia. Ustawą czy rozporządzeniem ministra. Skoro marchewka jest owocem (w Portugalii), a wino to nie alkohol (w Mołdawii), to i Święto Konstytucji 3 maja może być w kwietniu. A ile korzyści byłoby z tego! Mniejszy tłok, niższe ceny, lepsza jakość usług, większe szanse na rozwój branży, wyższe przychody z podatków.

A w Uzbekistanie, podobnie jak w wielu innych krajach dawnego ZSRR, najważniejszy jest 9 maja

Można też pomyśleć nad tym, czy nie warto dowartościować terminów mniej chodliwych, na przykład w marcu. Wtedy w biurach podróży, w hotelach i pozostałych atrakcjach turystycznych są jeszcze wolne moce przerobowe, które można by twórczo wykorzystać. Zróbmy więc jakiś długi weekend w marcu (poza Wielkanocą oczywiście). Może nie będzie aż tak popularny, jak ten majowy, ale jednak. Coś tam do krajowego PKB wniesie.

Propozycje te mają jeden cel: stworzenie warunków, w których łatwiej będzie o spokojny i systematyczny rozwój. Jak wiemy, stabilność w biznesie to podstawa. Przydałoby się to gospodarce, a i klienci by skorzystali. Dotyczyć to może zresztą innych obszarów, na przykład branży komunijnej. Skumulowanie ich w trzy ostatnie niedziele maja przynosi taki efekt, że brakuje miejsc w restauracjach. W Białymstoku wszystko zarezerwowane było już we wrześniu. Kto tylko może, rozszerza sale bankietowe poza granice możliwości. W zaprzyjaźnionym niedużym hotelu w jedną majową niedzielę na przyjęciach komunijnych będzie 700 osób! A może by tak zacząć już w kwietniu? I ciągnąć przynajmniej do połowy czerwca? Byłoby luźniej, przyjemniej, może nawet taniej.

Na zakończenie chciałbym jeszcze tylko dodać, że sam nie wiem czy to, co napisałem wyżej należy potraktować serio czy też raczej z mocnym przymrużeniem oka. Nie upierałbym się przy którymkolwiek z tych wariantów.

Udanej majówki Państwu życzę! Ja ruszam do Armenii.

Czas na wycieczki

Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na wycieczki też. Pojawia się dobry moment, trwa dłużej lub krócej, ale – co ważne – może się nie powtórzyć. Są kraje do których trzeba jechać teraz, bo za rok czy dwa może być już za późno. Zmienia się sytuacja polityczna i wyjazd staje się niemożliwy ze względów bezpieczeństwa (przykład Syrii oraz Libanu) lub odwrotnie – ruch turystyczny rozwija się tak bardzo, że miejsce przekształca się w nieprzyjemny obiekt masowej inwazji.

Tadź Mahal – piękny, ale również bardzo zatłoczony zabytek

Już od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami intensywnego rozwoju światowej turystyki. Obserwujemy olbrzymi wzrost popytu. Na rynek wchodzą kolejne grupy klientów. Duże i zamożne, więc od razu stają się silną konkurencją. Chodzi tu przede wszystkim o bogacących się szybko Azjatów. Przodują oczywiście Chińczycy, ale tuż za nimi są Indusi. Coraz większą siłę nabywczą mają przedstawiciele państw Zatoki Perskiej. Efektem jest wzrost cen oraz coraz większe trudności z potwierdzeniem świadczeń (miejsc w hotelach, biletów lotniczych, etc.). Nam turystom wydaje się czasem, że skoro gdzieś przyjeżdżamy i przywozimy pieniądze, to wyświadczamy miejscowym wielką uprzejmość, za co mamy prawo liczyć na specjalne względy. Tymczasem, zdradzając nieco z turystycznej kuchni, mogę powiedzieć, że są kraje, w których musimy się mocno postarać, żeby załatwić odpowiednie świadczenia. Zawsze znajdzie się bogatsza grupa z Iranu czy Francji, która przebije nasze ceny i będzie miała pierwszeństwo w hotelu.

Jeśli ktoś był w Chinach dziesięć lat temu i dziś ponownie uda się w te same miejsca, to nie pozna kraju. Tak się zmieniło! Przede wszystkim w wyniku nieprawdopodobnego wręcz rozwoju ruchu wewnętrznego. Chińczycy zwiedzają swój kraj. Wzrost ten wymusił zmiany w infrastrukturze. Kiedyś autobus podwoził pod sam zabytek, teraz wysiada się na oddalonym parkingu i w stronę obiektu podąża się kolejką, meleksem lub innym środkiem transportu, bo na spacer to zbyt duża odległość. Szerokim łukiem omijać należy tamtejsze święta i długi weekendy, bo ceny w hotelach rosną bardzo wyraźnie, a na co dzień zatłoczone miejsca stają się jeszcze bardziej niedostępne.

Nepal. Lubimy kraje, które nie stały się jeszcze obiektem turystyki masowej

Izrael w 2017 roku. Tłumy, dużo pielgrzymek, również z bardziej odległych regionów, w tym z Ameryki Południowej. Wielogodzinne oczekiwanie w kolejkach do najważniejszych miejsc, Groty Narodzenia w Betlejem i Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Pomijając dyskomfort przeciskania się w nieprzebranej ludzkiej ciżbie, wymusza to również zmiany w harmonogramie wycieczki, ponieważ w tym samym czasie da się zobaczyć mniej. Dlatego też, jeśli tylko można, wydłuża się czas aktywności, rozpoczynając wycieczkę wczesnym rankiem.

Często posługuję się przykładem Gruzji. Dziesięć lat temu kraj był niedoceniany, jeździło tam niewielu turystów, ledwie coś około 300 tys. rocznie. Na miejscu zastawali zupełnie niesamowity klimat kaukaskiej gościnności, spontanicznych Gruzinów zapraszających do domów, częstujących winem. Istne szaleństwo. Z punktu widzenia turysty bardzo przyjemne. A dziś, gdy w ciągu roku przyjeżdża około 6 mln turystów? Coś tam jeszcze na szczęście zostało z dawnej atmosfery, ale szczerze powiedziawszy niewiele. Zmiany wymusiła masowa turystyka. Kto wie, gdzie i jak szukać, jeszcze znajdzie, ale olbrzymia większość turystów odwiedzających Tbilisi nawet nie otrze się o największe atrakcje. Będą pić wino z butelek, takie samo, jak te, które kupić można w polskich supermarketach i jeść coś, co udaje gruzińską tradycyjną kuchnię. Komercja i łatwizna. Tak to już jest, naturalna konsekwencja, na którą nie ma co się gniewać. Po prostu najlepiej jeździć wtedy, kiedy kraj nie jest jeszcze zbyt popularny.

Gruzja, Swanetia – piękna jak zawsze!

Przyglądam się temu, co dzieje się nad Bajkałem. Latem, w szczycie sezonu, tłumy. Dlatego z premedytacją wolimy pojechać tam nieco później, we wrześniu. Pogoda wtedy sprzyja zwiedzaniu, a ludzi jest znacznie mniej. Kto dominuje nad Bajkałem? Ze względu na niewielką odległość, oczywiście Chińczycy. Zabrakło hoteli, więc budują swoje.

Odpowiedni czas to jeden z głównych motywatorów wyjazdów na Kubę. Boom zaczął się kilka lat temu. Turyści chcieli „teraz, zanim tam się jeszcze nie zmieniło”. Temat to nieco kontrowersyjny, wiele można by na ten temat powiedzieć. Więcej o tym w artykule: Kuba, relacja osobista.

Bajkał. Ważne, żeby wybrać dobry termin

Oto moja krótka lista krajów. Na razie tłoku tam nie ma, ale można zaryzykować stwierdzenie, że to się zmieni. Zbyt są atrakcyjne te miejsca, by miały tkwić na liście krajów najrzadziej odwiedzanych. (Potwierdza to przykład Albanii. Jeszcze nie tak dawno pisałem, że to region niedoceniany, że ludzie ciągle się boją i nie wiedzą po co tam jechać – zobacz: Albania to nie Afganistan. Wystarczyły trzy lata i Albania stała się hitem. W tym roku będą tam już tłumy. Zjawisko to dotyczy zresztą większej części regionu, więcej na ten temat w artykule: Biura podróży stawiają na Bałkany).

Mołdawia

Kraj zapomniany. Przez lata borykał się ze swoimi programami, nie było pieniędzy na promocję i rozwój. W efekcie długo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w ogóle warto wziąć go pod uwagę. A tymczasem ma niezaprzeczalne atuty. Wśród nich między innymi: największe na świecie piwnice winne, piękne krajobrazy i wyśmienitą naturalną kuchnię. Dla nas dodatkowo znaczenie może mieć historia, bo teren dzisiejszej Mołdawii, to najdalej wysunięte polskie kresy, które znamy choćby z powieści Sienkiewicza.

Krajobraz Mołdawii. Stare Orhei

Jeden z komentarzy na naszym facebookowym profilu: Wyprawa życia, za nie długo tego już nie będzie, Mołdawia to żywy skansen którego nigdzie nie znajdziecie, polecam (…)!!!! – Włodzimierz Korzeniowski. Wycieczka do Mołdawii

Białoruś

Decydowała polityka i zła opinia na Zachodzie, telewizyjny przekaz straszący Łukaszenką. To, co było minusem można zamienić w atut. Jeśli do tej pory tak mało Polaków odwiedziło Białoruś, to dzięki temu kraj ten ma dziś wielki walor. Jest nim świeżość, atrakcja nieznanego miejsca. I zdaje się, że jest to jeden z mechanizmów szybko wzrastającego zainteresowania Białorusią.

Armenia

Mniej popularna siostra Gruzji. Świat już dostrzegł jej atrakcje, od kilku lat przyjeżdża tam coraz więcej turystów. Z różnych kierunków. Z Francji, Włoch i Hiszpanii, ale też z Iranu i Rosji. W Polsce jeszcze mocno niedoceniana. Znowu, jak w przypadku Mołdawii, zabrakło promocji. Niemal całą kaukaską popularność skonsumowała Gruzja, mądrze reklamowana w Polsce przez ekipę Saakaszwilego. Wielu turystów z naszego kraju popełnia prosty błąd zakładając, że z Kaukazu, to wystarczy odwiedzić Gruzję, że Armenia jest pewnie bardzo podobna i dlatego można ją sobie odpuścić.

Armenia, widok na górę Ararat

Zobacz też: Ranking najmniej popularnych krajów.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć jeszcze o Iranie, który jest tak atrakcyjny, że w sprzyjających warunkach szybko stać się powinien celem masowej turystyki. Trend wzrostowy zaczął się już kilka lat temu, wraz z normalizacją stosunków między rządem w Teheranie, a światem zachodnim. Co prawda po dojściu do władzy Trumpa został nieco osłabiony (patrz na przykład wycofanie się LOT-u z planów bezpośrednich połączeń lotniczych z Warszawy), ale jak będzie dalej, tego nie wiemy. Nawet w perspektywie kilku najbliższych lat rozwój wypadków jest trudny do przewidzenia. Równie możliwa jest destabilizacja sytuacji politycznej, jak i szybki wzrost zainteresowania wycieczkami. Dlatego wizyty w Iranie nie odkładałbym na później. Zobacz też: Iran – notatki z podróży.

Warto też przeczytać: Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach.

Sezon w pełni

Kiedy prowadzi się biuro podróży, tak właśnie wypada zacząć tekst. Szczególnie o tej porze roku. Maj, więc wycieczki ruszyły pełną parą. Pędzi jedna za drugą. Jeżdżą po Polsce i po krajach sąsiednich. Robimy sporo wyjazdów firmowych, integracji, etc. Stąd też w naszej ofercie są również takie miejsca jak Białowieża, Suwałki, Zakopane, Kraków czy Praga. Tradycyjnie, dużo grup wysyłamy na Litwę. Niektórzy decydują się pojechać nieco dalej i wtedy mamy bardzo fajne programy Litwa – Łotwa – Estonia.

Plany na najbliższy czas

Plany na najbliższy czas

Z racji na położenie Białegostoku specjalizujemy się w wycieczkach na Białoruś. Gorąco polecam ten kierunek! Jest bezpiecznie. Absolutnie nie ma się czego obawiać. Szkoda, że niewielu Polaków zna Grodno i okolice. Przecież to nasza historia. I to jaka! Od Batorego po Mickiewicza. Nowogródek, Zaosie, jezioro Świteź, Mir, Nieśwież i Bohatyrowicze. No i rzecz jasna Wasiliszki Stare, w których dorastał Czesław Niemen. Koniecznie do odwiedzenia!

Najbardziej znani jesteśmy z kierunków egzotycznych. Właśnie ktoś wrócił z Iranu, jesienią będzie kolejna wycieczka. Zainteresowanie Iranem rośnie. W czasie weekendu majowego grupy zwiedzały m.in. Chiny i Gruzję. Dzieje się sporo. Trwają przygotowania do wyjazdów na Wyspy Sołowieckie i do Mołdawii. Tradycyjnie, jak od lat, szukamy kierunków niszowych, ciekawych, bywa, że niedocenianych. Odkrywamy miejsca i wyszukujemy atrakcje. Wcale nie trzeba podróżować bardzo daleko. Egzotyka może być tuż obok. W pewnym sensie za takie właśnie można uznać nasze piękne Podlasie. A to ze względu na liczne ślady Orientu, ze Szlakiem Tatarskim na czele.

Perełek szukamy głównie na Wschodzie. Od wspomnianej już Białorusi po Japonię. Jest jeszcze trochę do odkrycia. Bo, na przykład, kto wie, gdzie leży Gagauzja? Albo, kto był w Naddniestrzu? (a naprawdę warto się tam wybrać!). Oczywiście, trzeba realizować też bardziej typowe kierunki. Stąd też w ofercie jest bardzo popularna Gruzja, Moskwa czy Etiopia. Ale zawsze staramy się, żeby były to wycieczki wyjątkowe. Wyróżniające się atrakcjami i standardem. Innych robić nie warto!

Wszystkim turystom oraz pracownikom biur podróży, pilotom i przewodnikom życzę udanego sezonu! Wielu pięknych wycieczek!

Dziesięć powodów, dla których warto pojechać do Armenii

Bywam tam często, przynajmniej kilka razy w roku. Armenia jest jednym z moich ulubionych kierunków. Artykuły na ten temat pojawiały się już na blogu (więcej pod tagiem Armenia). Niniejszym tekstem chciałbym zwrócić uwagę turystów na ten piękny kraj. W tym roku LOT wznowił bezpośrednie połączenia do Erywania. Jeśli szukacie pomysłu na wycieczkę, weźcie pod uwagę Armenię!

Bliska egzotyka

Lot z Warszawy trwa tylko 3,5 godziny. Polacy nie potrzebują wiz i nie muszą spełniać żadnych formalności, wystarczy paszport. A kraj jest piękny i wyjątkowy. Niezbyt często zdarza się takie połączenie. Zazwyczaj miejsca egzotyczne i interesujące są bardziej oddalone i trudniej dostępne. W tym przypadku jest inaczej i już chociażby z tego powodu warto wybrać się do Armenii.

Góry

Aż 40 proc. powierzchni kraju znajduje się na wysokości powyżej 2 tys. m n.p.m.! Armenia to piękne górskie krajobrazy. I do tego bardzo zróżnicowane. Na przykład, w okolicach miejscowości Dilidżan, zwanej armeńską Szwajcarią, oglądamy stoki porośnięte pięknymi lasami, a po 10 minutach, kiedy przejedziemy tunelem na drugą stronę góry, otwiera się przed nami widok na łąki wokół jeziora Sawen. To typowe dla Armenii, gdzie towarzyszą nam szybko zmieniające się krajobrazy. Co jeden to ładniejszy.

Ararat. Po prawej stronie klasztor Chor Wirap

Ararat. Po prawej stronie klasztor Chor Wirap

Wystarczyłyby już same widoki z okien autokaru, bo przecież przekraczamy przełęcze leżące na wysokości większej niż szczyty naszych Tatr! Ale przecież to dopiero początek. Zatrzymujemy się w najbardziej malowniczych miejscach. Arcydzieła zabytkowej architektury położone są wśród wyjątkowych krajobrazów. Wystarczy wymienić klasztor Chor Wirap z widokiem na górę Ararat, Norawank wznoszący się wśród cudownie czerwieniejących skał oraz Tatew, do którego dostajemy się kolejką linową frunąc ponad 300 metrów nad dnem kanionu.

Góry stwarzają możliwość uprawiania turystyki aktywnej. Piesze wędrówki, rajdy konne, a zimą narty. Jest infrastruktura, są możliwości. Zobacz artykuł: Narty w Armenii.

Rząd w Erywaniu nie promuje w Polsce swojego kraju tak, jak to robi chociażby sąsiednie Tbilisi. W efekcie tego Armenia wśród naszych turystów nie jest tak popularna, jak Gruzja. Trzeba jednak zaznaczyć, że wcale nie jest mniej atrakcyjna!

Zabytki

W Armenii byłem wiele razy, ale do dziś pamiętam swoją pierwszą wizytę. Z wykształcenia jestem historykiem, niby byłem przygotowany, ale i tak to, co zobaczyłem, zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Kamienne budowle sakralne z pierwszego tysiąclecia. Do dziś, niemal bez żadnych zmian, istnieją kościoły wzniesione w VII wieku! A zabytków z okresu średniowiecza jest wręcz zatrzęsienie. Trzeba dokonać mądrej selekcji, żeby wybrać te najciekawsze. Inaczej musielibyśmy krążyć po Armenii dobre trzy tygodnie.

Wykute w skale pomieszczenia klasztoru Geghard

Wykute w skale pomieszczenia klasztoru Geghard

Co warto zobaczyć? Część wyśmienitych zabytków znajduje się blisko stołecznego Erywania i da się je odwiedzić w ciągu 2-3 dni. Są to: Eczmiadzyn z kościołami z VII wieku, skalny klasztor Geghard, pochodząca z I wieku rzymska świątynia w Garni i Chor Wirap, położony rewelacyjnie u stóp góry Ararat. Pozostałe obiekty znajdują się dalej i żeby do nich dotrzeć potrzeba więcej czasu. Koniecznie trzeba zobaczyć średniowieczny klasztor Norawank, przy okazji zatrzymując się w sąsiedniej wsi Areni, która słynie z wina (w jednej ze skalnych grot znaleziono tu pozostałości winiarni sprzed 6 tys. lat!). Kolejnym obowiązkowym punktem jest Tatew, monumentalny klasztor-twierdza, do którego docieramy najdłuższą na świecie jednosekcyjną kolejką linową (zobacz). Czymś absolutnie niezwykłym są takie obiekty jak Karahundż (Zorac Karer) zwane armeńskim Stonehunge oraz Zwartnoc – największe skupisko chaczkarów. Do miejsc obowiązkowych należy włączyć też zespół architektoniczny Sewanawank, pięknie ulokowany na skarpie nad jeziorem Sewan. Wycieczka obejmująca wszystkie te obiekty zajmie około 7 dni.

Historia

Wystarczą dwa dobre muzea i kilka zabytków, żeby nabrać dużego szacunku do historycznego dziedzictwa regionu. Szybko zdajemy sobie sprawę z faktu, że Południowy Kaukaz jest jedną z kolebek cywilizacji. Tu człowiek opanowywał sztukę wytapiania metali, udomowił zboża i niektóre gatunki zwierząt. Stąd pochodzi umiejętność wytwarzania wina. Tradycje winiarskie sięgające 8 tys. lat i żaden region świata pod tym względem nie może konkurować z obszarem dzisiejszej Gruzji i Armenii.

Zorac Karer jest najprawdopodobniej najstarszym na świecie obserwatorium astronomicznym

Zorac Karer jest najprawdopodobniej najstarszym na świecie obserwatorium astronomicznym

To obszar o niezwykle bogatej historii, licząc od czasów głębokiej starożytności, po epokę współczesną. Przewodnik wycieczki ma duże pole do popisu. Musi opanować rozległą wiedzę, ale w zamian będzie mógł zaskakiwać turystów coraz to ciekawszymi opowieściami.

Najstarszy chrześcijański kraj

Król Armenii, Tiridates III, na samym początku IV wieku uczynił chrześcijaństwo religią państwową. W ten sposób Armenia stała się pierwszym tego typu krajem na świecie. Fakt ten jest powodem wielkiej dumy Ormian. Chrześcijaństwo mimo niesprzyjających okoliczności i powtarzających się przez stulecia krwawych najazdów perskich, arabskich, mongolskich i tureckich, przetrwało tam do dziś i jest jednym z podstawowych składników świadomości narodowej Ormian.

Bogactwem kraju są zabytkowe budowle sakralne, kościoły i klasztory. Kamienne, o specyficznej architekturze, zaświadczają o przebogatej historii tych ziem. Najstarsze, które do dziś przetrwały w niezmienionej postaci, pochodzą z VII wieku. Stoją jak gdyby czas dla nich nie istniał. Są czynne, odprawia się w nich msze. To trzeba zobaczyć!

Ze względu na ten fakt Armenia cieszy się powodzeniem również wśród polskich grup pielgrzymkowych oraz wszystkich osób zainteresowanych historią chrześcijaństwa. Zobacz artykuł: Pielgrzymki do Gruzji i Armenii.

Turyści fotografujący Ararat

Turyści fotografujący Ararat

Znajomość świata

Wartością dodaną wycieczki na Południowy Kaukaz jest otwarcie nowej perspektywy. Porównać to można do odkrycia nowego lądu. Bo Armenia nie jest czymś tak turystycznie oczywistym, jak Grecja, Egipt, Meksyk albo Indie. Przez dziesięciolecia znajdowała się poza ofertą biur podróży. Kraj funkcjonował sobie gdzieś tam, bardzo daleko, poza naszą percepcją. Tak patrzymy na Armenię zanim tam nie pojedziemy. Wycieczka wszystko zmienia. Jak po dopłynięciu do nowego kontynentu, z istnieniu którego do tej pory nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę.

Południowy Kaukaz jest jak kontynent. Tak bardzo bogaty w znaczenia, historię i opowieści. I tak bardzo ważny! Również dziś, w polityce światowej. Rozszyfrowywanie zawiłości, które determinują stosunki w regionie jest zajęciem pasjonującym. Znajomość relacji w gronie takich państw jak Armenia, Rosja, Iran, Turcja, Azerbejdżan i Gruzja, poszerzone o wiedzę na temat interesów USA, Izraela, a nawet Polski, może pomóc w zrozumieniu niejednego procesu politycznego ostatnich lat.

Przyroda

W tym niewielkim kraju (dziewięć razy mniejszym od Polski) występuje aż pięć stref klimatyczno-roślinnych i olbrzymia różnorodność świata roślin. Mamy przekrój od terenów półpustynnych po obszary subalpejskie.

Nad jeziorem Sewan

Nad jeziorem Sewan

Jeden z najwyższych wskaźników bioróżnorodności na świecie. Na 1 km kwadratowy przypada aż 100 gatunków! Na tak niewielkim obszarze występuje aż sto gatunków roślin endemicznych. Niektóre z nich są naprawdę rzadkie, jak chociażby odkryty i opisany przez polskiego botanika, dzwonek Massalskiego.

Armenia składa się obszarów leżących na różnych wysokościach. Kiedy na terenach położonych niżej wiosna już dawno minęła, to w wyższych partiach łąki dopiero zaczynają kwitnąć. Przyjedźcie do Armenii o dowolnej porze, od kwietnia do października, a zawsze zobaczycie coś pięknego.

Kuchnia

W ciągu ostatnich lat wśród turystów z Polski furorę zrobiła kuchnia gruzińska. To o niej pisze się artykuły i opowiada w telewizji. Ormiańska nie jest tak popularna nie dlatego, że w czymś ustępuje gruzińskiej. Raczej ze względu na to, że nie wybuchła jeszcze moda na Armenię. Jeszcze nasi celebryci tam nie pojechali, nie napisali książek i nie nagrali piosenek. Wszystko przed nami.

Podobnie jak w Gruzji zaletą tutejszej kuchni jest ekologia. Nie dotarły tu jeszcze sztuczne owoce i warzywa. Naturalne jest mięso, sery i mąka na tradycyjny ormiański chleb lawasz. Kolejną zaletą jest fakt, że wszystko przygotowywane jest na bieżąco. Nie ma tu półproduktów, potraw w proszku i mrożonek.

Restauracja z widokiem na świątynię w Garni

Restauracja z widokiem na świątynię w Garni

A czego warto spróbować? Specjalnością Ormian są wszelkiego rodzaju marynaty i kiszonki. Zima jest tu długa i surowa, dlatego ludzie nauczyli się zabezpieczać płody ziemi na cały jej okres. Marynuje się tu niemal wszystko, nawet grzebienie kogutów (do kupienia na targu w Erywaniu)!

Pyszne mają tu sery, w wielu odmianach, również owcze i słone.  Dużo je się warzyw ze szczególnym upodobaniem do zieleniny, ale są też szaszłyki i kebaby. Jeśli ktoś nie jadł ormiańskiego kebaba, nie wie jak ten powinien smakować.

Wino i inne trunki

W Armenii, podobnie jak w Gruzji, wytwarza się wina. Na pewno warto odwiedzić miejscowość Areni, w której sztuka ta kwitnie od 6 tysięcy lat! Żadne inne miejsce na świecie nie może pochwalić się takimi tradycjami. Co prawda najstarsze ślady tego trunku w postaci soli kwasu winowego znaleziono na terenie dzisiejszej Gruzji (7 tys. lat!), ale to Armenii przypada pierwszeństwo jeśli chodzi infrastrukturę do wytwarzania wina. Co ciekawe, we wsi trunek robi się do dziś, i to w dodatku, z tego samego szczepu!

Największą dumą Armenii są mocniejsze alkohole. W pierwszej kolejności chodzi o koniak, z powodów formalnych zwany „brandy”. Wielkim jego miłośnikiem był Winston Churchill. Stalin wysyłam do Londynu całe skrzynki przedniego trunku. Będąc w Erywaniu warto odwiedzić słynną wytwórnię Ararat.

Erywań. W restauracji wita nas muzyka

Erywań. W restauracji wita nas muzyka

Tradycja

Ormianie są dumnym narodem. Mają świadomość kilku tysięcy lat historii. Tworzą kulturę mocno ukorzenioną. Nie zatracili jej mimo tego, że aż przez sześć stuleci nie posiadali państwa! Przechowali ją przez trudne lata Związku Radzieckiego. Dziś, odwiedzając Armenię, ze zdumieniem możemy stwierdzić, że mimo nowoczesności i szybko zmieniającego się świata, tradycja jest tu czymś żywym i powszechnie obecnym. Przekona się o tym każdy turysta, a wystarczy zaledwie tygodniowy pobyt. Co najciekawszego? Wymieńmy rzeczy oczywiste.

Lawasz, czyli chleb w formie cienkiego jak papier placka. Wyrabiany jest z mąki pszennej, wody i soli. Wypieka się go tak, jak przed setkami lat, przylepiając do wewnętrznych ścian pieca zwanego tondirem. Stanowi dodatek do każdego posiłku. Nie ma ormiańskiego domu bez lawaszu. W 2014 roku został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Duduk, prosty flet, pasterska fujarka, która dzięki Ormianom weszła na salony. Jego ciepłe, nosowe brzmienie jest podstawą tutejszej muzyki. Tym, kim dla Polaków jest Chopin, dla Ormian jest Komitas, muzykolog i kompozytor, twórca klasycznych dzieł na duduka. Najsłynniejszy współczesny artysta to Dżiwan Gasparian, którego muzykę usłyszymy w takich filmach, jak „Gladiator” i „Ostatnie kuszeniu Chrystusa”.

Zwartnoc (VII wiek), lista UNESCO

Zwartnoc (VII wiek), lista UNESCO

Zakończenie

Kto zwiedzi Armenię, nie będzie żałował. Przy okazji wzbogaci się o wiedzę na temat fascynującego regionu. Warto zaznaczyć, że Armenia mocno różni się od Gruzji! To zupełnie inny kraj, z odmienną kuchnią, muzyką, trunkami i obyczajami. Nawet góry są tu inne. Gorąco polecam!

Program wycieczki do Armenii.

Etiopia. Największe atrakcje

Listopad i grudzień to miesiące, który kojarzą się z Etiopią. Kilka lat z rzędu o tej porze roku jeździłem właśnie tam. Jesień to najlepszy moment. Skończyła się pora deszczowa i na drogach jest sucho, co w przypadku tego kraju ma olbrzymie znaczenie. Letnie i nieznośne upały już minęły, ale ciągle jest wystarczająco ciepło, żeby cieszyć się urokami Afryki. Poza tym wielu turystów właśnie późną jesienią chce uciec z Polski, najchętniej tam, gdzie świeci słońce, a tego akurat Etiopia ma pod dostatkiem.

Południowa Etiopia. Dziecko z plemienia Hamer

Południowa Etiopia. Dziecko z plemienia Hamer

Relacje z wyjazdów do Etiopii pojawiały się na tym blogu już wielokrotnie. Swego czasu założyłem też serwis poświęcony wyłącznie temu krajowi. Zainteresowani znajda tam sporo informacji o Etiopii.

Ludność tego kraju do niedawna niemal zupełnie odizolowana od reszty świata pozostała przy swoich tradycyjnych wierzeniach, zwyczajach i sposobach definiowania rzeczywistości. Kolejne reformy i innowacje wprowadzane w Europie do Etiopii już nie docierały. W ten sposób kalendarz rodem ze starożytnego Egiptu przetrwał tu do dziś. Nowy rok zaczyna się we wrześniu i liczy sobie aż 13 miesięcy! Datacja młodsza jest o 7 lub 8 lat – to zależy od tego, który miesiąc bierzemy pod uwagę. Byłem w Addis Abebie kiedy świętowano rok 2000. W Polsce był wtedy już rok 2008.

Etiopia zachwyca. To jeden z najciekawszych krajów świata. Składa się z dwóch całkowicie różnych części. Północ i południe są jak dwa osobne byty.

Na północy mamy relikty starożytnej cywilizacji, z zupełnie niesamowitym fenomenem miejscowego chrześcijaństwa. Etiopia była trzecim krajem na świecie, które uczyniło je religią państwową (po Armenii i Gruzji). Przyciągają nas wykute w skale świątynie Lalibeli, z wszystkimi tajemnicami dotyczącymi ich powstania. Uwagę zwraca wyjątkowa architektura okrągłych kościołów oraz wykorzystywane w czasie mszy bębny i grzechotki (starożytne sistrum). Na północy dużą atrakcją są przepiękne góry Siemen i zamieszkujące je dżelady, wyjątkowe małpy, w których doszukujemy się bocznego odgałęzienia ewolucji człowieka. Każdy chce odwiedzić Aksum, miasto w którym zgodnie z wierzeniami Etiopczyków przechowywana jest Arka Przymierza. (Więcej na ten temat w artykule: Etiopia, niezwykły kraj Arki Przymierza). Jeśli mamy więcej czasu, to warto zobaczyć zamki w Gonderze oraz wodospad Tis Issat (Tys Ysat) na Nilu Błękitnym. Ale uwaga! Jesienią i zimą wody jest mniej i wodospad nie robi piorunującego wrażenia. Wiele wycieczek ma też w programie jezioro Tana. Atrakcją mają być klasztory znajdujące się na tutejszych wyspach. Byłem tam kilka razy. Szczerze powiedziawszy nie wyróżniają się niczym szczególnym. Podobne obiekty można zobaczyć i w innych miejscach.

Wodospad Tis Issat

Wodospad Tis Issat

Południe Etiopii przenosi nas w czasie. Cofamy się o tysiące lat. Region ten jest absolutnym cywilizacyjnym fenomenem. Zwany jest skansenem pierwotnych plemion. Trafimy tu na fantastyczną mozaikę kultur.

Największe wrażenie wywiera plemię Mursi. Wszyscy turyści chcą odwiedzić jedną z ich wsi. Zdjęcia tutejszych kobiet znane są na całym świecie. Wszystko dzięki glinianym krążkom zdobiącym ich usta. Dziewczynie, która wchodzi w wiek dorosły nacina się dolną wargę, w którą następnie wkładany jest krążek. Stopniowo zmienia się je na coraz większe. Najbardziej okazałe mają średnicę ok. 30 cm. Im większy krążek, tym bardziej atrakcyjna kobieta. Nie znamy rzeczywistych powodów tak przedziwnego obyczaju. Są różne teorie, wśród nich i taka, że krążki miały znaczenie magiczne – zabezpieczały kobiety przed wniknięciem w ich ciała złych duchów. Część badaczy jest zdania, że mógł się on narodzić jako zabezpieczenie przed łowcami niewolników. Dziewczęta z plemienia Mursi celowo oszpecały się, żeby uniknąć losu innych etiopskich kobiet, które ze względu na wyjątkową urodę porywane były do haremów. W ten sposób to, co kiedyś mogło szpecić, dziś stało się kanonem piękna.

Kobieta z plemienia Mursi

Kobieta z plemienia Mursi

Niezwykły obyczaj obserwujemy też wśród Hamerów. Plemię to znane jest z rytuału skoków przez byki. Co roku, od października do stycznia, w każdej wsi odbywają się najważniejsze dla nich święta. Skoki maja charakter inicjacji wprowadzającej chłopca w świat dorosłych. Właściwy rytuał poprzedzają huczne przygotowania, które gromadzą wielu gości; są uczty i tańce. Zaczyna się od biczowania. Mężczyźni, którzy przeszli już inicjację, długimi rózgami, uderzają w gołe plecy kobiet. Krew płynie, wygląda to okropnie, ale dla tych ludzi nie ma w tym nic strasznego. Bliskie mężczyźnie kobiety, w ten sposób wyrażają podziw dla jego odwagi i zręczności okazanej w trakcie skoków. Cóż cenniejszego mogą ofiarować niż swoją krew? Efekt tych zabiegów widać na ciele. Plecy kobiet pokryte są zgrubiałymi bliznami. Po biczowaniu zaczynają się ostateczne przygotowania do skoków. Mężczyźni ustawiają byki w rzędzie, jeden obok drugiego. Tworzą w ten sposób pomost złożony z bydlęcych grzbietów. Zadaniem inicjowanego młodzieńca, który w trakcie tych uroczystości jest zupełnie nagi, jest wskoczyć na grzbiet pierwszego w rzędzie byka, przebiec po wszystkich i zeskoczyć po drugiej stronie. Trasę należy pokonać trzykrotnie w każdą stronę. Jeśli się uda wszyscy wiwatują, gratuluję i rzeczywiście cieszą się razem z najbliższą rodziną. Teraz już można udać się do wsi na ucztę.

Więcej o tym fenomenie w artykule: Etiopia. Plemiona południa.

Specjalnością Etiopii jest kawa. Nigdzie nie piłem tak wyśmienitego espresso, jak w Addis Abebie. Na północy kraju kawa rośnie tak, jak u nas pokrzywa. W każdym miejscu, gdzie tylko się jej na to pozwoli. Roślina ta stąd właśnie pochodzi i tutejszy klimat najbardziej jej odpowiada. W etiopskiej tradycji kawa zajmuje wyjątkowe miejsce. Obowiązkowo weźcie udział w ceremonii jej przygotowania. Cały proces ma świąteczną otoczkę. Trawą dekoruje się podłogę i zapala kadzidło. Najpierw obserwujemy mycie ziaren, później ich palenie, tłuczenie w drewnianym moździerzu i w końcu parzenie. Na koniec raczymy się wybornym trunkiem. W takim otoczeniu smakuje jeszcze lepiej.

Harer, karmienie hien

Harer, karmienie hien

Etiopskie kulinaria to osobny temat. Jest o czym opowiadać. Naczelne miejsce zajmuje indżera (yndżera, injera), czyli tutejszy chleb. Ma formę dużego placka, przypomina gruby naleśnik i jest lekko kwaśna. Jemy ją z dodatkami w postaci warzywnych sosów, kawałków mięsa i jajek. W etiopskim domu jest elementem każdego posiłku. Wypiekana jest ze sfermentowanego ciasta zrobionego z lokalnego zboża o nazwie teff (Eragrostis abyssinica). Nazwa polska to trawa abisyńska. Rzeczywiście, roślina ta bardziej przypomina trawę niż zboże. Wąskie, trawiaste łodyżki, a samo ziarno drobniutkie jak nasionka maku. Jest gatunkiem endemicznym, rośnie tylko w Etiopii i Sudanie.

Kwaskowaty placek nie smakuje zbyt rewelacyjnie. Trzeba się przyzwyczaić. Za to towarzyszące indżerze sosy są bardzo smaczne. Danie wygląda apetycznie. Pewną trudność stanowić może jedynie fakt, że jeść trzeba rękoma, bez żadnych sztućców. Koniecznie prawą dłonią (lewa służy do załatwiania potrzeb fizjologicznych) odrywamy kawałek placka, formujemy z niego coś w rodzaju łyżki i czymś takim łowimy gęsty sos, razem z kawałkami mięsa, warzyw i jajek.

Sprzedawcy kawy

Sprzedawcy kawy

Teff króluje w środkowej i północnej części kraju. Na południu uprawia się sorgo. Roślina ta wyglądem przypomina kukurydzę. Jej uprawę rozpoczęto około 5 tys. lat temu właśnie na terenie dzisiejszej Etiopii, a stąd rozprzestrzeniła się na resztę świata. Sorgo jest bardzo wydajne, a ponadto niezmiernie bogate w składniki odżywcze. Nie dziwi więc fakt, że na gorących, zagrożonych suszą terenach, sorgo żywi całe populacje. Na południu Etiopii, w wielu wsiach, głównym składnikiem diety są rozgotowane ziarna tego zboża. Z nich wytwarza się też piwo. Zalana wodą mąka z ziaren sorgo fermentuje kilka dni. Aby przyspieszyć proces dodaje się liście miejscowych roślin, które spełniają rolę naszego chmielu. W efekcie otrzymujemy coś w rodzaju rzadkiej kaszki o niewielkiej zawartości alkoholu. Najprostsze i najstarsze piwo na świecie. Podobne pili starożytni Egipcjanie. Nadal bardzo popularne wśród pierwotnych plemion południowej Etiopii. Widzieliśmy, dotykaliśmy i wąchaliśmy. Nie wystarczyło mi odwagi, żeby wypić.

Trunkiem bardziej zamożnych ludzi jest tedż, czyli miód pitny. Napój ma ładny żółty kolor. Warto spróbować. Jest smaczny i bezpieczny, ale pod warunkiem, że kupiony z pewnego źródła. Polecam raczej na północy Etiopii, gdzie łatwiej o tedż dobrej jakości. Na południu kraju dominują raczej bardzo tanie podróbki. Barwiony na żółto samogon. A propos tego ostatniego, to piłem tu najpodlejszy bimber świata. Zrobiony z czosnku. Efekt smakowy po prostu przerażający. Taki wynalazek znajdziemy we wsi Dorze, położonej niedaleko popularnego Arba Minch. Miejscowi słyną też z uprawy fałszywego bananowca, rośliny, która nie daje owoców, ale jest podstawą wyżywienia miejscowych. Je się rosnące pod ziemią bulwy, a ze sfermentowanego miąższu łodyg wypieka się kocio – grube placki o dziwnym smaku.

Turyści wśród dżelad

Turyści wśród dżelad

Oryginalnym napojem pasterzy jest mleko zmieszane z krwią. To bardzo odżywcza mieszanka. A w czasie, gdy mleka jest mniej, pije się czystą krew. Upuszcza się ją średnio raz na miesiąc, z tętnicy szyjnej. W ten sposób, nie zabijając cennych krów, w pełni korzysta się z ich dobrodziejstwa. Więcej na ten temat w artykule: Etiopia od kuchni.

Etiopia ma tak wiele turystycznych atrakcji, że nie sposób omówić je w jednym artykule. Zainteresowani tematem znajdą je w innych moich tekstach, również na tym blogu (zobacz tag: Etiopia). O niektórych, z braku miejsca, tylko pokrótce wspominam, inne omówione są dokładniej. Zapraszam do lektury.

Albania. Tirana

Zacząć trzeba od tego, że główny plac miasta wcale nie jest najważniejszym miejscem w stolicy. Życie toczy się gdzieś indziej. Przede wszystkim w dawnej dzielnicy komunistycznych dygnitarzy. Kiedyś zamknięta dla zwykłych śmiertelników, chroniła funkcjonariuszy reżimu. Dziś rządzą tu pieniądze. (Zobacz program wycieczki do Albanii).

Plac Skanderbega, centrum tirany

Plac Skanderbega, centrum Tirany

Ulokowały się w niej prestiżowe banki, najlepsze sklepy i restauracje. Jest turystyczną mekką. Mnóstwo barów, kawiarni i klubów. Hotele i sklepy z pamiątkami. Miejsce żyje dniem i nocą. Gwarne, kolorowe, drogie… Piwo w barze „Tao” obok wilii Hodży – 300 leków (10 zł). Dla porównania, pyszny kebab z dodatkami i piwem, w restauracji dla miejscowych, obok placu Skanderbega – 150 leków.

Willa Hodży

Willa Hodży

Willa Hodży, komunistycznego satrapy, w absurdalny sposób rządzącego Albanią przez 41 lat, stoi dziś pusta. Obudowana niemal z każdej strony topowymi klubami. Jest w tym coś perwersyjnego – bawić się przy amerykańskiej muzyce, popijając zachodnie piwo, w ogródku czerwonego dyktatora. Chyba na tym właśnie opiera się komercyjny sukces tej dzielnicy.

Tirana próbuje wykorzystać to, co zostawili po sobie komuniści. W czasach Hodży zniszczono tak wiele zabytków, że dziś nie ma wyjścia, w turystyczne atrakcje trzeba zmienić najgłupsze dzieła dyktatora. Przy głównej alei miasta, na skraju parku eksponowany jest bunkier. Hodża chciał wybudować ich milion, zdążył 700 tys. (Jeden bunkier kosztował tyle, co dwupokojowe mieszkanie. Olbrzymie pieniądze i ludzka energia wyrzucone w błoto). Można wejść do środka. Malutki. Miejsca najwyżej  dla trzech osób, ale muszą siedzieć w kucki, jest tak nisko.

Piękny kraj miliona bunkrów. Czy takie hasło można wykorzystać w promocji turystyki?

Wróćmy do głównego placu Tirany. Od niego opowieść zaczynają wszystkie przewodniki. Kiedyś stał tu olbrzymi pomnik Hodży. Dziś pośrodku dużego trawnika wznosi się konny posąg Skanderbega, największego narodowego bohatera. W XV wieku przez kilkadziesiąt lat opierał się tureckiej nawale. Zyskał tym sławę w całej chrześcijańskiej Europie. I choć takie państwo jak Albania po raz pierwszy pojawiło się dopiero w 1912 roku, to dokonania jednego ze średniowiecznych książąt są tego kraju mitem założycielskim. Oto jeden z paradoksów Albanii.

Bunkier w Tiranie, jeden z 700 tysięcy.

Bunkier w Tiranie, jeden z 700 tysięcy.

Robię zdjęcie. W jednym kadrze mam pomnik Skanderbega, flagę Albanii, wspominaną w przewodnikach wieżę zegarową i oczywiście charakterystyczny minaret.

Meczet Ethem Beja wzniesiono w XVIII wieku.  Dziś jest najważniejszym zabytkiem Tirany. Tylko on przetrwał czas burzenia wszystkiego, co z religią związane. Dla niego Hodża zrobił wyjątek, oszczędził, mimo, że to przecież samo centrum, tuż obok budynków rządowych. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Do czegoś był potrzebny. Coś chciał pokazać. Może to, że szanuje zabytki… Urządzano tu pokazówki. Wejść do meczetu mogli wyłącznie zagraniczni goście. Wszyscy Albańczycy byli obywatelami „pierwszego całkowicie ateistycznego państwa”.

Meczet Ethem Beja

Meczet Ethem Beja

Dziś meczet wrócił do swych religijnych funkcji. Przekonałem się o tym pierwszej godziny pobytu. Dobiegł mnie śpiew muezina, wezwanie do modlitwy. Turyści mogą wchodzić. W środku urzekają piękne zdobienia ścian. Jeśli poprosi się dozorcę, to włączy światło. Można fotografować. Na pewno warto tu zajrzeć.

Mauzoleum Hodży

Mauzoleum Hodży

Nie odmówiłem sobie przyjemności odwiedzenia piramidy Hodży. Budowla z betonu i szkła. Ani ładna, ani brzydka. Raczej nie te kategorie jej się należą. Absurdalna w swoim zadęciu. Hodża był najdłużej rządzącym europejskim dyktatorem (od 1944 r. aż do śmierci w 1985). W komunizmie prześcigał ZSRR i Chiny. Dziś dookoła jego mauzoleum hula kapitalizm. Tuż obok wyrosły okazałe biurowce, siedziby banków.

Po obaleniu komunizmu szczątki dyktatora przeniesiono na cmentarz. Opuszczona piramida niszczeje. Jest to jedyny zaniedbany obiekt w tej części miasta. Wszędzie dookoła ładnie, wesoło. Tylko tu jakoś tak, jakby komunizm dopiero upadł. Chyba nie ma pomysłu na jej zagospodarowanie. Zbyt ciężki temat, zbyt duży kaliber.

……

Uliczne obserwacje. Właśnie minąłem mężczyznę, który mógłby być sobowtórem Abdullaha, króla Jordanii. Jaką urodę mają Albańczycy? Skąd pochodzą, jakim językiem się posługują? To jeden z najstarszych europejskich ludów. Wywodzą się od starożytnych Ilirów, współczesnych Grekom i Rzymianom. Język? Skomplikowany, trudny. Stary, indoeuropejski.

Po kilku dniach w Tiranie czułem się jak u siebie. Kusiło żeby zostać dłużej. Tyle, że kolejne miejsca czekały. Ruszyłem nad morze, do Durres.

Zobacz artykuł: Albania to nie Afganistan!

 

Wesołych Świąt !

Wesołych Świąt i wielu PIĘKNYCH PODRÓŻY w 2014 roku!

Jak najlepsze życzenia z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia! Aby były pogodne, rodzinne i dały choć odrobinę wytchnienia od codziennego trudu. A nowy, 2014 rok, niech przyniesie same dobre rzeczy! Wśród nich oczywiście udane, piękne i egzotyczne podróże!

Wesołych Świąt !
Śladem poprzednich lat zapraszamy zimą na Podlasie. W tym roku z okazji Sylwestra Juliańskiego urządzamy kulig z lokalnymi atrakcjami: 10-12 stycznia. Zapraszamy!

Mołdawia

Kraj ten nie zagościł jeszcze w świadomości polskich turystów. Próżno szukać go w katalogach biur podróży. Kilku organizatorów proponuje wycieczki autokarowe, z dojazdem przez Ukrainę lub Rumunię. Wycieczek samolotowych prawie nie ma. Zobacz też artykuł: Mołdawia nieznana.

A tymczasem to bardzo atrakcyjna destynacja. Przede wszystkim dla turystów świadomie dokonujących wyboru. Może być interesująca dla miłośników wypraw egzotycznych. Kraj ten jest najbliższym Polski nieznanym lądem. Niedaleko, a już egzotycznie. Jestem przekonany, że Mołdawię, przynajmniej turystycznie, czekają dobre czasy. Przez podróżników z Zachodu została już odkryta i doceniona.

Moldawia, Soroki. Twierdza

Twierdza w Sorokach

Potrzebujemy takich miejsc. Świeżych, dopiero pojawiających się w obszarze turystyki. Spora część klientów zainteresowanych podróżami kieruje uwagę w stronę atrakcyjnych nowości. Tak od kilku lat jest z Gruzją, teraz podobnie zaczyna się dziać z Armenią. Mołdawia jest o krok… I gdybym miał prognozować rozwój sytuacji, to zaryzykowałbym twierdzenie, że Mołdawia może powtórzyć komercyjny sukces Gruzji.

Sprzyjać temu będzie postępujące zbliżenie Mołdawii do struktur europejskich. Kraj ten ma sporo do zaoferowania i leży w takim miejscu, że z powodzeniem może rozgrywać rywalizację między Unią Europejską a Rosją. Jest na dobrej drodze.

Wróćmy jednak do turystyki. Co ciekawego w Mołdawii? Zobacz film o Mołdawii.

Kraj wina

Tu znajdują się największe na świecie piwnice winne. Kompleks w Milestii Mici ma aż 200 km podziemnych sal i korytarzy (wpis do Księgi rekordów Guinnessa)! Zwiedzać je można tylko samochodem lub autobusem. Są tak rozległe, że przemieszczanie się na piechotę nie wchodzi w grę. Drugą co do wielkości jest Cirkova (130 km wydrążonych w skale tuneli!). Znaną na całym świecie wytwórnią wina jest też Purcai – zwycięzca niejednego międzynarodowego konkursu. Każdą z tych trzech piwnic można zwiedzać, a wizyta tam połączona jest z degustacją miejscowych trunków.

moldawia mielestii mici piwnice

Piwnice w Milestii Mici

Podobnie jak w Gruzji czy Armenii, także i w Mołdawii, obok dobrej jakości winna, duszę rozweselają również winogronowe destylaty. W sklepach znajdziemy przyjemne brandy (najsłynniejsze marki Kvint z Naddniestrza), a w niemal każdym wiejskim gospodarstwie domowy samogon.

Dopełnieniem dobrej jakości trunków będzie oczywiście oryginalna kuchnia. Wszyscy kojarzą Mołdawię z mamałygą, zwana słońcem na talerzu, ale kraj ten oferuje całe bogactwo oryginalnych potraw. Na stołach znajdziemy też dania ukraińskie, rosyjskie i gagauskie.

Polskie kresy

Rubieże I Rzeczpospolitej sięgały aż tu. Na terenie dzisiejszej Mołdawii i Naddniestrza miały miejsce wydarzenia opisywane przez Sienkiewicza w „Panu Wołodyjowskim” oraz „Ogniem i mieczem”. W tych okolicach, w jarze nad Waładynką wiedźma Horpyna więziła Helenę. A Basia z panem Michałem spędzali miłe chwile w pobliskim Raszkowie. Tu na pal wbity został Azja Tuhajbejowicz.

Granica imperium rzymskiego

Gdzie równie blisko Polski szukać drugiego miejsca, które miałoby tak wielokulturową historię? Śmiało można powiedzieć, że kolejno przenikały się tu cywilizacje, każda zostawiając swój ślad. W starożytności był to obszar graniczny cesarstwa rzymskiego. Na pamiątkę do dziś zostały fragmenty wałów Trajana. W późniejszym okresie tereny te poddane były trzem silnym wpływom. Sięgająca z Polski i Węgier kultura łacińska napotykała na prawosławie i islam (Turcy i Tatarzy). W XIX i na początku XX wieku obszar ten rozdzierany był pomiędzy tworzącą się właśnie Rumunię oraz zajmującą nowe obszary Rosję. Konkretny efekt tych wpływów mamy dziś w postaci podziału na prozachodnią Mołdawię i Naddniestrze – samozwańczą republikę funkcjonującą dzięki rosyjskiej pomocy. Do tego trzeba dodać wyraźne piętno nadane w czasach ZSRR. W Mołdawii jest o czym opowiadać  turystom. To pasjonująca historia!

Egzotyka

Przenikające się fermenty kulturowe stworzyły coś jedynego w swoim rodzaju, oryginalnego i egzotycznego. W tym niewielkim kraju z jednej strony mamy zasiedziałych od dawna katolickich Polaków, z drugiej przybyłych z Rosji starowierców, którzy właśnie tu znaleźli schronienie przed prześladowaniami. Turyści z równym zainteresowaniem oglądają pocztówkową twierdzę w Sorokach, co leżącą tuż obok dzielnicę cygańskich pałaców. Czymś zupełnie wyjątkowym jest autonomiczny region na południu kraju. Zamieszkują go Gagauzi. Są albo sturczonymi Bułgarami, albo odwrotnie – Turkami poddanymi słowiańskim wpływom. A może nawet Grekami, którzy przeszli zagmatwane koleje losu… Co ciekawe, wyznają prawosławie. Mają swój język, hymn, godło i flagę. I oczywiście oryginalną kuchnię.

Moldawia, monaster, mnich

Mnich w jednym z klasztorów

Krajobraz i zabytki

Ziemie położone między Dniestrem, a Prutem tworzą niezapomniane widoki. Pagórkowate tereny, pocięte rzeczkami i strumieniami, obfitują w jary, wąwozy i skalne urwiska. Okolice Raszkowa zwane są „Naddniestrzańską Szwajcarią”. Pejzaż wzbogacony jest malowniczymi cerkwiami i monastyrami. Dumą Mołdawii jest region Orheiul Vechi (Stare Orhei). Na niewielkim obszarze zobaczyć można wiele typowych dla tego kraju elementów: tradycyjną wiejską kulturę, ciekawą architekturę, meandrującą rzekę, biel skał i soczystą zieleń stepów. Te ostatnie mają swoją legendę. Będąc w Mołdawii szukamy oczywiście mickiewiczowskich stepów akermańskich. Tuż obok, już po ukraińskiej stronie leży i sam Akerman, czyli Białogród nad Dniestrem (starożytna grecka kolonia Tyras).

Niedaleko Styrczy (polskiej wsi, zwanej „małą Warszawą”) znajduje się wąwóz Butesti. Bardzo interesujący, bo wyżłobiony w… rafie koralowej! Kiedyś rozciągało się tu Morze Sarmackie. Zobacz blog o Mołdawii.

Inna Europa

Wycieczka do Mołdawii jest okazją do spojrzenia na nasz kontynent z odmiennej perspektywy. Inaczej wyglądają wsie i miasta; nieporównywalna jest architektura krajobrazu. Inne relacje między ludźmi, odmienny stosunek do świata i religii. Więcej radości życia, mniej komercji. Trochę prowizorki i bezładu. Przybysza z Zachodu nieco drażnią, ale i pobudzają do refleksji. To po prostu inny kraj. Blisko i egzotycznie. Ciekawie.

Wycieczka do Mołdawii.

Tajemnicza podróż

Jeden z amerykańskich touroperatorów zaproponował nowy produkt: Mystery Trip, czyli wycieczkę, której cel do ostatniego momentu jest tajemnicą. Wygląda to tak. Klient zaczyna od wypełnienia szczegółowej ankiety. To pozwala pracownikom biura na sprecyzowanie jego oczekiwań. W tym momencie turysta może też zaznaczyć, które opcje nie wchodzą w grę, tak aby uniknąć niemiłych niespodzianek, na przykład zakwaterowania w hotelu dla naturystów albo noclegu w namiocie. Główny atut oferty to klimat przygody. Przed wyjazdem turysta otrzymuje tylko te informacje, które są niezbędne z organizacyjnego punktu widzenia, np. to jakie ubrania powinien zabrać. Zaskoczeniem jest nie tylko kraj czy region do którego się jedzie, ale też kolejne punkty programu. Podróżujący wyposażony jest w tablet, na który na bieżąco otrzymuje informacje o tym, jakie atrakcje czekają go najbliższego dnia. O tej ciekawej propozycji piszą „Wiadomości Turystyczne”. W założeniu amerykańskiego biura ma to być oferta tania, przeznaczona dla ludzi w wieku 20-30 lat.

 

Czy taki produkt miałaby szansę powodzenia w Polsce? Trudno powiedzieć. Na razie nie wiadomo nawet czy spotka się z pozytywnym odzewem w USA. Propozycja jest oryginalna, wydaje się ciekawa, ale zawarte są w niej pewne niuanse, które mogą zdecydować o braku większych sukcesów.

 

Namiastkę tej propozycji stanowi dobrze zakorzeniona na naszym rynku opcja „fortuna”, zwana też „traf” lub „bingo”. Klient kupuje pobyt w hotelu o określonym standardzie, ale bez wskazania na konkretny obiekt. Czyli wie, że będzie w hotelu czterogwiazdkowym w egipskiej Hurghadzie, ale nie zna nazwy hotelu. Czy cieszy się to dużym powodzeniem? Słabo. Mimo obecności w ofercie od wielu lat.

 

Klienci wybierają ofertę bardzo starannie, stąd też taka popularność opinii o hotelach w internecie. Długo zastanawiają się nad decyzją, traktując zakup wczasów niemal jak inwestycję. Synonim sukcesu – za określoną cenę dostać jak najwięcej! Propozycja wyjazdu w ciemno odbiera ten atut. Znając nasz rynek, jednego mogę być pewien, turyści obawialiby się takiej oferty. Na pierwszy rzut oka „tajemnicza podróż” wygląda na dość ekstrawagancką opcję. Skierowaną do kogoś, kto bardziej ceni sobie smak przygody i niepewności, niż komfort poczucia dobrze wydanych pieniędzy.

Możliwe są zapewne wariacje tej oferty. Na przykład, organizuję wycieczkę do Gruzji. Program jest niespodzianką. Ale na pewno będą hotele trzygwiazdkowe, śniadania i obiadokolacje oraz przejazdy komfortowym autokarem. Chwyci jeśli turyści nie będą musieli zaufać zupełnie w ciemno. Jeśli będą mogli oprzeć się na rekomendacji znajomych czy renomie biura. Ahoj przygodo!

Sens podróżowania

Ostatnio mam mało czasu. W turystyce szczyt sezonu. Każdego dnia wielkie polowanie na oferty last minute. Od rana do wieczora siedzę w biurze i doradzam, wybieram, sprzedaję. Wysyłam innych na wakacje. Sam nie jeżdżę, zostaje mi teoria podróży. Bywa, że równie atrakcyjna jak samo podróżowanie.

Czytam fantastyczną książkę. Napisaną przez znamienitego dziennikarza i reportażystę. Tiziano Terzani – to nazwisko znane jest miłośnikom dobrej literatury podróżniczej.

Tym razem to książka wyjątkowa, inna niż poprzednie. Pojawiają się różne kraje i kontynenty, ale są one tylko tłem. Tak naprawdę autor podróżuje w głąb siebie. Zdarza się, że przy okazji pięknie analizuje fenomen dzisiejszej cywilizacji. O książce napiszę później. Warta jest uwagi. Teraz zacytuję tylko mały fragment. Wydaje mi się, że doskonale mieści się on w filozofii tego bloga.

Po wielu latach zawodowego i permanentnego podróżowania, w krytycznym dla siebie momencie życia, autor zadaje pytanie o sens swojej zawodowej kariery. I odpowiada:

Powód tego mojego całego ruchu, nieustannego wyjeżdżania w poszukiwaniu czegoś na zewnątrz, okazał się prosty: nie miałem nic w środku. Byłem pusty. Pusty, tak jak pusta jest gąbka, gotowa jednak nasiąknąć tym, w czym jest zanurzona. Wkładasz ją do wody, wypija wodę, zamoczysz ją w occie i staje się kwaśna. Gdybym nie podróżował, nie miałbym nigdy nic do powiedzenia, do opisania; nic, nad czym mógłbym się zastanowić.

T. Terzani, Nic nie zdarza się przypadkiem.

Prawda, że zastanawiające?

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén