Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: filozofia podróży (Strona 1 z 2)

Ministerstwo Rolnictwa i Turystyki

Podobno włoski rząd chce przenieść turystykę z resortu kultury do resortu rolnictwa. Projekt zakłada stworzenie Ministerstwa Polityki Rolnej, Żywnościowej i Leśnej, a w nim departamentu zajmującego się turystyką oraz jej promocją.

Aż podskoczyłem, jak o tym usłyszałem. Przecież to mój pomysł! Głoszony od lat, na przykład tu, w 2012 roku. Niby żartem, ale jednak… W czym rzecz? Otóż w Polsce turystyka przypisana jest do resortu sportu. No i tu jest problem. Bo przecież, nie są to branże, które mają ze sobą wiele wspólnego. Dlatego też od dawna dworuję sobie, że równie dobrze można by przyłączyć turystykę do Ministerstwa Rolnictwa. Uzasadnienie narzuca się samo. Jest nim agroturystyka, bardzo prężna strefa polskiej gospodarki, zresztą w sporej części szara strefa.

Sioło Budy w okolicach Białowieży. Turystyka wiejska

Który minister sportu choć odrobinę zna się na turystyce? Sprawdźcie, jak szef tego resortu przedstawiany jest przez dziennikarzy. Zobaczycie, że w medialnych doniesieniach tytuł ten często ograniczany jest do pierwszego członu nazwy. Ministra pyta się o sport. O turystykę rzadziej! Sport jest ważny, turystyka znacznie mniej. Sport przecież jest sprawą narodowej wagi, niezmiernie ważną, a turystyka to tylko jakaś fanaberia. Zobacz też.: Premier o turystyce.

W świecie jest to różnie rozwiązanie. Dość często turystykę lokuje się w resorcie gospodarki (to chyba najbardziej uzasadnione miejsce) lub tworzy się osobne, przeznaczone jej ministerstwo.

Armenia. Karahundż. Nieczęsto spotkacie tam turystów, a miejsce jest wyśmienite!

Włosi chcą stworzyć coś zupełnie nowego. Dlaczego tak? Na pierwszy rzut oka wygląda to na dość egzotyczne zestawienie: rolnictwo i turystyka, plus leśnictwo oraz żywność. Ale w zamierzeniach rządu miałoby to zmienić kierunek rozwoju branży i nadać jej nowy impuls. Włoskie miasta przepełnione są turystami, a powszechnie znane zabytki nie wymagają już promocji. Plan jest więc taki, żeby dać impuls mniejszym ośrodkom, turystyce wiejskiej i tradycyjnej kuchni. Odciążyć to, co odciążenia wymaga i skierować urlopowiczów w niewyeksploatowane jeszcze regiony. Nie mam pojęcia czy to się Włochom uda; wśród niebezpieczeństw wymieniłbym między innymi możliwy rozrost biurokracji i urzędniczą niewydolność związaną z istnieniem tak ogromnego resortu; ale kierunek ten może mieć sens. Wydaje się odpowiadać na wyzwania, które pojawiły się wraz ze zmianami światowej sytuacji gospodarczej. Na rynek weszły nowe, olbrzymie i zamożne grupy konsumentów podróży, między innymi z Chin, Indii i Zatoki Perskiej. Będą kolejne. Wenecja oraz Rzym nie są w stanie wszystkich przyjąć. Coś trzeba z tym zrobić. Wygląda na to, że Włosi mają pomysł.

Syberia w okolicach Bajkału, wieś Wierszyna. Obowiązkowy punkt na trasie polskiej wycieczki

Popatrzmy na to z polskiej perspektywy. W Krakowie tłumy. Część mieszkańców już ma tego dość i narzeka. Jak duży wzrost miasto wytrzyma? Przydałby się jakiś program, który sprawiłby, że zagraniczni turyści przylatujący na lotnisko w Balicach nie ograniczaliby się tylko do Krakowa, żeby pojechali dalej w Polskę, do agroturystyk i mniejszych ośrodków. Tam też jest bardzo ciekawie. Na Krakowie, Gdańsku czy Wrocławiu Polska się nie kończy. Robimy coś, żeby tych ludzi wyciągnąć na wieś i pokazać im wspaniałe, a ciągle niedoceniane miejsca?! Z punktu widzenia gospodarki kraju, sytuacja, w której zagraniczny turysta ogranicza wizytę do kilkudniowego pobytu w dużym mieście, nie jest najlepszym rozwiązaniem, bo w takim przypadku nie wykorzystujemy możliwości i tracimy dużą część potencjału.

Rolnictwo i turystyka w jednym kadrze

Przez lata żartowałem sobie powtarzając, że zamiast Ministerstwa Sportu i Turystyki moglibyśmy mieć Ministerstwo Rolnictwa i Turystyki, na to samo by wyszło. W ten sposób chciałem pokazać, że obecne rozwiązanie ma istotne wady, że łączy branże, które w sensie gospodarczym nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. Tymczasem włoski pomysł rzucił na ów fakt zupełnie nowe światło i wydaje się, że z dowcipu może zrobić się koncepcja na serio. Bo mało tego, iż okazuje się, że turystyce bliżej do rolnictwa, niż do sportu, to jeszcze uświadamiamy sobie, że połączenie tych branż może zaowocować czymś twórczym i ciekawym. Co więcej, może być sposobem na rozwiązanie istotnego problemu współczesnej turystyki. Oczywiście, nie upierałbym się przy takim rozwiązaniu, ale gdyby ktoś z resortu rolnictwa chciał zasięgnąć opinii w tej kwestii, to służę pomocą 🙂

Rok w turystyce

Jest lipiec i właśnie przyszedł mi do głowy pomysł na ten artykuł. Pewnie lepiej byłoby przysiąść do niego w grudniu lub styczniu, żeby podsumować stary rok i zaplanować nowy, ale trudno, jest jak jest, zrobię to w środku lata. Zresztą, nie jestem odosobniony. Kilka dni temu weszła w życie nowa ustawa o usługach turystycznych, z dniem 1 lipca zmieniając reguły gry i zasady relacji biura podróży z klientem. W szczycie sezonu! Wiadomo powszechnie, że przykład idzie z góry, więc czuję się usprawiedliwiony. Skoro majestat państwa może, to i ja spróbuję.

Indie, jeden z całorocznych kierunków. Na zdjęciu poranek w Waranasi.

Łatwo pisać właśnie teraz, ponieważ turystyczny rok jest przewidywalny. Z góry wiadomo, co będzie. Tylko jakieś nadzwyczajne okoliczności mogłyby zakłócić prawidłowości, do których zdążyliśmy przywyknąć. Jak więc wygląda powtarzany od lat schemat? Otóż:

Zima. Narzekanie na pogodę i wzdychanie do lata. Czekanie na wakacje, na słońce i na urlop. Pierwsze pytania o ceny, o first minute i jak zwykle: „dlaczego tak drogo?”. A może w last minute będzie taniej? Mnóstwo pytań. Jaką strategię wybrać, kupić teraz czy czekać do ostatniej chwili? Zaryzykować urlop nad polskim morzem czy raczej postawić na ciepłe kraje? W prasie branżowej doniesienia z przedsprzedaży,  informacje o tym, jakie kierunki mają powodzenie i jak kształtują się trendy. W międzyczasie ferie, trochę nart, nieco wycieczek egzotycznych, ale generalnie, w turystyce zima jest po to, żeby czekać na lato.

Turystyczna zima potrzebuje śniegu. Na zdjęciu meczet w Kruszynianach.

Wiosna. Z pozoru niemrawa, zanurzona jeszcze w zimowym nastroju, na poły śpiąca, ale już wiadomo, że zaraz wybuchnie sezonem na wycieczki. Pierwszym symptomem są obrazki na Instagramie. Jeśli nagle tysiącami pojawią się zdjęcia krokusów z Doliny Chochołowskiej, to znaczy, że już się zaczęło i zaraz wiosna uderzy z pełną mocą. Apogeum będzie stanowił weekend majowy. Brutalnie i bez żadnych ceregieli wyrwie turystów z zimowego snu. Informacje o tym, że zbliża się ten szczególny moment pojawią wszędzie, od telewizji po ulotki osiedlowego sklepu. W gazetach i w internecie uwagę przyciągać będą porady, pomysły i rankingi. Dokąd pojechać, gdzie warto, co wybrać, z kim, za ile i dlaczego. Generalnie artykuły te mają pomóc w jak najlepszym zaplanowaniu majówki. Tyle, że akurat to, dawno już zostało zaplanowane. Siła popytu jest tak wielka, że samoloty i hotele trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. W przypadku niektórych kierunków robimy to nawet rok wcześniej. Tak więc porady czytane w kwietniu mogą się przydać, i owszem, ale w zaplanowaniu majówki na przyszły rok. Nie udało się teraz, za późno się obudziliśmy? Zabrakło miejsc albo ceny szaleńczo poszły w górę? Nic to, zaraz przyjdą wakacje, a z nimi kolejne turystyczne wyzwania. Będzie okazja, żeby się zrehabilitować i w porę zrobić rezerwację.

Wiosna w Armenii. Świątynia w Garni.

W międzyczasie, od początku maja do końca czerwca też można podziałać. Kwitnie turystyka wewnętrzna, jest to sezon na wycieczki szkolne, weekendowe wyjazdy integracyjne, ogniska, imprezy i zwiedzanie. Od Bałtyku po Tatry. Dobry czas na wszelkiego rodzaju autokarowe wypady, również do krajów sąsiednich. Są momenty, że brakuje pilotów wycieczek, autokarów i miejsc w hotelach.

Lato. Wakacyjny terror w pełni. Chcesz czy nie, czujesz się przymuszony, trzeba gdzieś wyjechać. Nawet jeśli nie masz ochoty, bo po prostu lubisz pracę albo nie jesteś zmęczony. Nieważne, atmosfera taka, że wstyd się przyznać, iż chciałoby się inaczej. Mus to mus, więc zaczyna się nerwówka. Co wybrać, jaki kierunek, hotel ten czy inny? Już rezerwować czy poczekać jeszcze kilka dni w nadziei, że ceny spadną?! Turystyka i stres, są jak siostra i brat, żyć bez siebie nie mogą. Ile to trzeba się nadenerwować, żeby dobrze wybrać i zdążyć z rezerwacją!

Latem rządzi plaża. Albania, Durres.

Lipiec to jeszcze pół biedy, jakoś tam się pracuje i można urlop odkładać na drugą część lata, ale sierpień jest miesiącem bezwzględnym. Nielubiący wakacji są bez szans. W polityce nudy, w telewizji też, w radiu ulubione audycje spadły z anteny. Miasta wyludnione, znajomi powyjeżdżali i bombardują zdjęciami na Facebooku. Wcześniej nie posądzałbyś siebie o takie tendencje, ale pod ich wpływem zaczynasz zazdrościć. Może więc jednak pojechać? I też wrzucać fotki?

W gazetach lekkie tematy, wakacyjne, na plażę. Redakcje kombinują, żeby były w klimacie, więc podobnie, jak przed weekendem majowym, mamy wysyp artykułów o turystyce. Polak na wczasach, plusy i minusy Bałtyku, najlepsze plaże, śmieszne sytuacje z pracy pilota wycieczek, letnie romanse, i tak dalej. Rankingi, poradniki i quizy, w których można sprawdzić, jakim kto jest turystą.

Nie ma gdzie uciec, wszędzie wakacyjna atmosfera. Lato ma swoje prawa. Nawet jeśli akurat pada deszcz i jest zimno.

Iran, Persepolis. Najlepsza pora na wycieczkę to kwiecień i październik.

Jesień. Przez jakiś tydzień zastanawiamy się nad tym, czy to już. Trochę niepewności, oglądanie się na pogodę i zaczynające spadać liście. W sumie zimno nie jest, a i kalendarzowo, to jeszcze niby lato. Ale zaraz wszystko się wyjaśni. Życie nabierze większego tempa, miasta utkną w korkach, a dzieci pójdą do szkoły. Wpadniemy w znane, dobrze uformowane koleiny. W radiu znowu zagości ulubiona audycja, a gazety wypełnią się poważniejszymi tematami. Życie wróci do normy. Jasnym więc będzie, że to już jesień.

I w związku z tym pojawi się ona, powakacyjna depresja. Żyć będzie w kawiarnianych rozmowach, na portalach społecznościowych i w medialnych doniesieniach. O tej porze roku temat to obowiązkowy, wręcz idealny na zakończenie urlopowego sezonu. Jest podsumowaniem mijającego lata i wprowadzeniem do tego, co właśnie się zaczyna. Oczywiście, potraktowany zostanie z przesadą, pewnie po to, by nadać mu większe znaczenie. Do depresji przecież jeszcze daleko, mówić można raczej o małym smuteczku, co najwyżej chandrze, ścielącej się jak pierwsze wrześniowe mgły. Zresztą, jak można mieć depresję po udanym urlopie?! Jeśli się wypoczęło (a wakacje po to właśnie są) to do pracy powinno się wracać pełnym energii. Jeśli teraz, na styku lata i jesieni, ktoś pisze o depresji, to chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co będzie w listopadzie! Właśnie ten miesiąc jest wyzwaniem turysty. Powszechnie uważany za najgorszy w roku. Dlatego powodzeniem cieszą się listopadowe wycieczki do egzotycznych krajów. Szuka się miejsc, gdzie świeci słońce i krajobraz zaraża optymizmem.

Co prawda, jak napisano wyżej, to zima jest właśnie po to, żeby planować letni urlop, ale część osób zaczyna już jesienią. W biurach pojawią się pierwsze katalogi z nagłówkiem first minute. Coraz częściej się zdarza, że od razu po powrocie z wycieczki rezerwujemy kolejną, na przyszły rok. Wybór większy i urlop można spokojnie zaplanować. A i czekać wtedy jest na co, bo jeśli wyjazd pięknie się zapowiada, to dłużej można się cieszyć tym, co jeszcze przed nami. Mówiąc krótko, jak ktoś lubi wakacje i wyjazdy, to takie rozwiązanie ma sens, bo nadchodzącym latem cieszyć się można już jesienią.

Zobacz też: Jesień w turystyce.

Nepal, jeden z egzotycznych kierunków na jesień. W tle Annapurna.

Taki jest właśnie turystyczny rok. Od wakacji do wakacji. Od urlopu do urlopu. Szukamy długich weekendów, pięknych wycieczek i najlepszych ofert. Kalendarz jest ważny, a w nim takie daty, jak Boże Narodzenie i sylwester, ferie, Wielkanoc, majówka, 15 sierpnia i 11 listopada, czyli te, które mogą prowokować do wyjazdów. Branża turystyczna z dużym wyprzedzeniem kreuje atrakcje i zachęca, jak tylko może. Jeździmy więc. Według danych Światowej Organizacji Turystyki w 2017 roku w podróż udało się aż 1,322 miliarda osób, o 7 proc. więcej, niż w roku poprzednim.

Autorskie biuro podróży: Krzysztof Matys Travel

Coraz mniejszy świat

Z tematem borykam się od lat. Szukam nowych kierunków. Dla turystów. Biuro podróży musi odświeżać ofertę i przynajmniej raz na jakiś czas zaproponować atrakcyjną nowość. Jest z tym pewien kłopot, bo do dyspozycji mamy coraz mniej niewyeksploatowanych miejsc. Gdzie zabrać wycieczkę? Czym zwrócić uwagę i jak zainteresować rynek? Turyści, którzy dużo jeżdżą, byli już niemal wszędzie, od Nowej Zelandii po Białoruś. Świat zmalał, skurczył się i ma coraz większe trudności z zaspakajaniem podróżniczych potrzeb. Przydałyby się nowe kontynenty, a nawet więcej – nowe planety.

Właśnie to zaprzątało mi głowę, gdy przeciskałem się przez ludzką ciżbę na targach książki. Zaglądam na nie co roku, głównie po to, żeby szybko, w jednym miejscu nabyć pozycje, które wcześniej jakoś umknęły, o których w codziennym zabieganiu po prostu zapomniałem. No i oczywiście, za każdym razem mam nadzieję, że może dostrzegę jakąś perełkę, pozycję, o której nie słyszałem, a która warta jest lektury. Tym razem się udało! Wypatrzyłem ją pośród setek innych publikacji. Właściwie to chyba sama rzuciła mi się w oczy; bardziej ona znalazła mnie, niż ja ją. Książka pięknie wydana, bogata w reprodukcje dawnych map. To Atlas lądów niebyłych Edwarda Brooke-Hittchinga, autora, o którym przeczytałem na okładce, że jest nieuleczalnym mapofilem, synem antykwariusza; mieszka w Londynie wśród zakurzonych starych map oraz książek. Wiele wyjaśnia podtytuł tej pracy: Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów. Chodzi więc o miejsca, których w rzeczywistości nie ma, a które pojawiły się tylko w opisach i opowieściach. Są tam hasła zgoła niesamowite, jak choćby Wewnętrzne Morze Australii, Wyspa Demonów czy Nowa Południowa Grenlandia. Z perspektywy dzisiejszego człowieka, uzbrojonego w wiedzę i narzędzia dwudziestego pierwszego stulecia brzmi to wręcz zabawnie, ale był czas, że traktowano je serio. Wysyłano ekspedycje i wydawano opasłe tomy relacji i świadectw.

Fragment okładki. Dom Wydawniczy „Rebis”.

Cześć z zamieszczonych w tej książce map znana jest dość powszechnie z innych publikacji. Podobnie zresztą, jak i niektóre tematy. Ot, choćby królestwo Księdza Jana, którego fascynującą historię poznaje się przy okazji studiów nad Etiopią. Spora część haseł z indeksu „lądów niebyłych i fantasmagorii” powstała w okresie odkryć geograficznych, jest efektem pomyłek ówczesnych żeglarzy, ale też celowych zmyśleń i przechwałek. Najbliższa nam geograficznie jest opisana w tej książce historia bogatego wyspiarskiego miasta Wineta, utożsamianego z wyspą Wolin.

Tak więc, książka rzuciła mi się w oczy. Nie słyszałem o niej wcześniej, ale nie zastanawiałem się nad kupnem. Nabyłem od razu. Dlaczego? Z uwagi na samą koncepcję książki. A właściwie, to ze względu na sposób, w jaki tę koncepcję odczytałem. Wystarczył mi widok okładki, żeby obudziła się nadzieja, że trafiłem na coś, co może mieć znaczenie dla rozważań nad turystycznym fenomenem kurczącego się świata. To tak, jakbym spotkał kogoś, kto myśli podobnie, kto doszedł do tych samych wniosków. Radość i nadzieja na dodatkowe, inspirujące treści. Tak przywitałem książkę londyńskiego mapofila. Oto miałem przed sobą literaturę faktu, niemalże reportaż, tekst o lądach, ale lądach wyjątkowych – tych, których nie ma. Nie ma, a przecież dobrze by było, gdyby jednak istniały! Co by nam szkodziło mieć drugą Grenlandię, wewnętrzne morze w Australii czy jakiś zapomniany wcześniej kontynent?! Jasne, że byłoby super, gdyby pojawiły się na obowiązującej dziś mapie. Istniałyby i kusiły. Nie, oczywiście nie szukalibyśmy tam złota czy cennych przypraw, jak w epoce kolonialnej. Mielibyśmy po prostu więcej podróżniczych celów. Mielibyśmy pole do popisu, do zaspakajania potrzeb podróży i poznawania świata. Nowe strony w katalogach i nowe programy wycieczek.

Dawno temu nieznane lądy wzbudzały zainteresowanie z powodu marzeń o bogactwie, ze względu na szanse podboju i możliwość tworzenia kolonii. Potrzebne były faktorie, monopole i siłą budowane rynki zbytu. Emocje rozbudzały też fantastyczne opowieści o jednookich stworzeniach przykrywających się własnymi stopami i potworach zamieszkujących odległe morza. A dziś? Dziś potrzebujemy plaż dla turystów i ciekawych obiektów do zwiedzania. Tyle wystarczy.

(Długi) weekend majowy

Temat ten już kilka lat temu znalazł miejsce na tym blogu (Zobacz: Wielka majówka). Trudno było go pominąć, wszak to turystyczny klasyk. Dla firm z branży jest tym samym, czym Boże Narodzenie dla sklepów z karpiem i zabawkami. Cóż mogłem wtedy napisać? Poza oczywistymi oczywistościami, również i to, że jest coś zastanawiającego w tak dużej popularności tego terminu. Coś, co wychodzi poza jasne dla wszystkich przesłanki, takie jak: ilość dni wolnych i ładna pogoda. Tym bardziej, że i jedno, i drugie wcale nie musi być spełnione. Może być zimno i nieprzyjemnie (pamiętam majówkę na Litwie, w czasie której spadł śnieg). A przecież nie zważając na to, klienci masowo korzystają z turystycznych usług. Magia majówki. Dlaczego, skąd się bierze? Otóż możliwa jest i taka interpretacja, że właśnie wtedy, gdy zazieleni się trawa, budzi się w nas dawny instynkt koczownika, zew genetycznie przypisany osobom należącym do grupy indoeuropejskiej. Zima to stagnacja, nuda i zapiecek. Wiosna w swej rozwiniętej formie, to przebudzenie z letargu, początek akcji, wyjście w pole, marsz po łupy. Tak było kiedyś. Dziś to wszystko zastępuje nam wycieczka. Turystyczny wyjazd jest cezurą, granicą pór roku. Wyraźnym oddzieleniem aktywności i zupełnie różnych sposobów bycia. Zima – uśpienie, przetrwanie, dom. Wiosna – droga, ruch, aktywność. Taki kod genetyczny.

Korzystny układ wolnych dni w 2018 roku. Kalendarz Orex Travel

Ktoś powie, że przesadzam i nadinterpretuję. Możliwe. Ale po prostu nie potrafię inaczej wytłumaczyć fenomenu weekendu majowego. Termin to pożądany, jak żaden inny. Wycieczkowe szaleństwo.

Wielka popularność. Dla nas, dla biur podróży, to oczywiście korzystna sytuacja, pod warunkiem wszakże, że nie mamy do czynienia z klęską urodzaju, w czasie której nie jesteśmy w stanie zaspokoić popytu. Część klientów odchodzi z kwitkiem. W naszym biurze miejsc na weekend majowy nie ma już od wielu miesięcy! Ręce rozkładają hotele i linie lotnicze. Jeśli jeszcze mają coś wolnego, to za astronomiczne kwoty. Brakuje też rąk do pracy, pilotów i przewodników.

W związku z tym mam dwie propozycje:

Sugeruję poszerzenie weekendu majowego! Podobnie, jak zrobiono to z feriami zimowymi. Po co wszyscy mają się tłoczyć w okolicach 1 maja?! Zamiast tego zróbmy podział województwami. Kraj można geograficznie poszatkować nawet i na cztery tury. Zaczynałoby się już w połowie kwietnia, a kończyło po miesiącu. Żeby było sprawiedliwie, można losować. Nasze województwo ma Święto Pracy i Święto Konstytucji 3 maja w kwietniu, a wasze dopiero w połowie maja. Albo podzielić klimatycznie. Południowozachodnia Polska z Wrocławiem na czele wcześniej ma wiosnę i ciepło, więc długi weekend majowy mogliby próbować robić na początku kwietnia. A Podlaskie nie wcześniej niż w końcu maja – żeby uniknąć opadów śniegu. Myślę, że to dałoby się zrobić. Legislacyjnie jest to do ogarnięcia. Ustawą czy rozporządzeniem ministra. Skoro marchewka jest owocem (w Portugalii), a wino to nie alkohol (w Mołdawii), to i Święto Konstytucji 3 maja może być w kwietniu. A ile korzyści byłoby z tego! Mniejszy tłok, niższe ceny, lepsza jakość usług, większe szanse na rozwój branży, wyższe przychody z podatków.

A w Uzbekistanie, podobnie jak w wielu innych krajach dawnego ZSRR, najważniejszy jest 9 maja

Można też pomyśleć nad tym, czy nie warto dowartościować terminów mniej chodliwych, na przykład w marcu. Wtedy w biurach podróży, w hotelach i pozostałych atrakcjach turystycznych są jeszcze wolne moce przerobowe, które można by twórczo wykorzystać. Zróbmy więc jakiś długi weekend w marcu (poza Wielkanocą oczywiście). Może nie będzie aż tak popularny, jak ten majowy, ale jednak. Coś tam do krajowego PKB wniesie.

Propozycje te mają jeden cel: stworzenie warunków, w których łatwiej będzie o spokojny i systematyczny rozwój. Jak wiemy, stabilność w biznesie to podstawa. Przydałoby się to gospodarce, a i klienci by skorzystali. Dotyczyć to może zresztą innych obszarów, na przykład branży komunijnej. Skumulowanie ich w trzy ostatnie niedziele maja przynosi taki efekt, że brakuje miejsc w restauracjach. W Białymstoku wszystko zarezerwowane było już we wrześniu. Kto tylko może, rozszerza sale bankietowe poza granice możliwości. W zaprzyjaźnionym niedużym hotelu w jedną majową niedzielę na przyjęciach komunijnych będzie 700 osób! A może by tak zacząć już w kwietniu? I ciągnąć przynajmniej do połowy czerwca? Byłoby luźniej, przyjemniej, może nawet taniej.

Na zakończenie chciałbym jeszcze tylko dodać, że sam nie wiem czy to, co napisałem wyżej należy potraktować serio czy też raczej z mocnym przymrużeniem oka. Nie upierałbym się przy którymkolwiek z tych wariantów.

Udanej majówki Państwu życzę! Ja ruszam do Armenii.

Czas na wycieczki

Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na wycieczki też. Pojawia się dobry moment, trwa dłużej lub krócej, ale – co ważne – może się nie powtórzyć. Są kraje do których trzeba jechać teraz, bo za rok czy dwa może być już za późno. Zmienia się sytuacja polityczna i wyjazd staje się niemożliwy ze względów bezpieczeństwa (przykład Syrii oraz Libanu) lub odwrotnie – ruch turystyczny rozwija się tak bardzo, że miejsce przekształca się w nieprzyjemny obiekt masowej inwazji.

Tadź Mahal – piękny, ale również bardzo zatłoczony zabytek

Już od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami intensywnego rozwoju światowej turystyki. Obserwujemy olbrzymi wzrost popytu. Na rynek wchodzą kolejne grupy klientów. Duże i zamożne, więc od razu stają się silną konkurencją. Chodzi tu przede wszystkim o bogacących się szybko Azjatów. Przodują oczywiście Chińczycy, ale tuż za nimi są Indusi. Coraz większą siłę nabywczą mają przedstawiciele państw Zatoki Perskiej. Efektem jest wzrost cen oraz coraz większe trudności z potwierdzeniem świadczeń (miejsc w hotelach, biletów lotniczych, etc.). Nam turystom wydaje się czasem, że skoro gdzieś przyjeżdżamy i przywozimy pieniądze, to wyświadczamy miejscowym wielką uprzejmość, za co mamy prawo liczyć na specjalne względy. Tymczasem, zdradzając nieco z turystycznej kuchni, mogę powiedzieć, że są kraje, w których musimy się mocno postarać, żeby załatwić odpowiednie świadczenia. Zawsze znajdzie się bogatsza grupa z Iranu czy Francji, która przebije nasze ceny i będzie miała pierwszeństwo w hotelu.

Jeśli ktoś był w Chinach dziesięć lat temu i dziś ponownie uda się w te same miejsca, to nie pozna kraju. Tak się zmieniło! Przede wszystkim w wyniku nieprawdopodobnego wręcz rozwoju ruchu wewnętrznego. Chińczycy zwiedzają swój kraj. Wzrost ten wymusił zmiany w infrastrukturze. Kiedyś autobus podwoził pod sam zabytek, teraz wysiada się na oddalonym parkingu i w stronę obiektu podąża się kolejką, meleksem lub innym środkiem transportu, bo na spacer to zbyt duża odległość. Szerokim łukiem omijać należy tamtejsze święta i długi weekendy, bo ceny w hotelach rosną bardzo wyraźnie, a na co dzień zatłoczone miejsca stają się jeszcze bardziej niedostępne.

Nepal. Lubimy kraje, które nie stały się jeszcze obiektem turystyki masowej

Izrael w 2017 roku. Tłumy, dużo pielgrzymek, również z bardziej odległych regionów, w tym z Ameryki Południowej. Wielogodzinne oczekiwanie w kolejkach do najważniejszych miejsc, Groty Narodzenia w Betlejem i Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Pomijając dyskomfort przeciskania się w nieprzebranej ludzkiej ciżbie, wymusza to również zmiany w harmonogramie wycieczki, ponieważ w tym samym czasie da się zobaczyć mniej. Dlatego też, jeśli tylko można, wydłuża się czas aktywności, rozpoczynając wycieczkę wczesnym rankiem.

Często posługuję się przykładem Gruzji. Dziesięć lat temu kraj był niedoceniany, jeździło tam niewielu turystów, ledwie coś około 300 tys. rocznie. Na miejscu zastawali zupełnie niesamowity klimat kaukaskiej gościnności, spontanicznych Gruzinów zapraszających do domów, częstujących winem. Istne szaleństwo. Z punktu widzenia turysty bardzo przyjemne. A dziś, gdy w ciągu roku przyjeżdża około 6 mln turystów? Coś tam jeszcze na szczęście zostało z dawnej atmosfery, ale szczerze powiedziawszy niewiele. Zmiany wymusiła masowa turystyka. Kto wie, gdzie i jak szukać, jeszcze znajdzie, ale olbrzymia większość turystów odwiedzających Tbilisi nawet nie otrze się o największe atrakcje. Będą pić wino z butelek, takie samo, jak te, które kupić można w polskich supermarketach i jeść coś, co udaje gruzińską tradycyjną kuchnię. Komercja i łatwizna. Tak to już jest, naturalna konsekwencja, na którą nie ma co się gniewać. Po prostu najlepiej jeździć wtedy, kiedy kraj nie jest jeszcze zbyt popularny.

Gruzja, Swanetia – piękna jak zawsze!

Przyglądam się temu, co dzieje się nad Bajkałem. Latem, w szczycie sezonu, tłumy. Dlatego z premedytacją wolimy pojechać tam nieco później, we wrześniu. Pogoda wtedy sprzyja zwiedzaniu, a ludzi jest znacznie mniej. Kto dominuje nad Bajkałem? Ze względu na niewielką odległość, oczywiście Chińczycy. Zabrakło hoteli, więc budują swoje.

Odpowiedni czas to jeden z głównych motywatorów wyjazdów na Kubę. Boom zaczął się kilka lat temu. Turyści chcieli „teraz, zanim tam się jeszcze nie zmieniło”. Temat to nieco kontrowersyjny, wiele można by na ten temat powiedzieć. Więcej o tym w artykule: Kuba, relacja osobista.

Bajkał. Ważne, żeby wybrać dobry termin

Oto moja krótka lista krajów. Na razie tłoku tam nie ma, ale można zaryzykować stwierdzenie, że to się zmieni. Zbyt są atrakcyjne te miejsca, by miały tkwić na liście krajów najrzadziej odwiedzanych. (Potwierdza to przykład Albanii. Jeszcze nie tak dawno pisałem, że to region niedoceniany, że ludzie ciągle się boją i nie wiedzą po co tam jechać – zobacz: Albania to nie Afganistan. Wystarczyły trzy lata i Albania stała się hitem. W tym roku będą tam już tłumy. Zjawisko to dotyczy zresztą większej części regionu, więcej na ten temat w artykule: Biura podróży stawiają na Bałkany).

Mołdawia

Kraj zapomniany. Przez lata borykał się ze swoimi programami, nie było pieniędzy na promocję i rozwój. W efekcie długo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w ogóle warto wziąć go pod uwagę. A tymczasem ma niezaprzeczalne atuty. Wśród nich między innymi: największe na świecie piwnice winne, piękne krajobrazy i wyśmienitą naturalną kuchnię. Dla nas dodatkowo znaczenie może mieć historia, bo teren dzisiejszej Mołdawii, to najdalej wysunięte polskie kresy, które znamy choćby z powieści Sienkiewicza.

Krajobraz Mołdawii. Stare Orhei

Jeden z komentarzy na naszym facebookowym profilu: Wyprawa życia, za nie długo tego już nie będzie, Mołdawia to żywy skansen którego nigdzie nie znajdziecie, polecam (…)!!!! – Włodzimierz Korzeniowski. Wycieczka do Mołdawii

Białoruś

Decydowała polityka i zła opinia na Zachodzie, telewizyjny przekaz straszący Łukaszenką. To, co było minusem można zamienić w atut. Jeśli do tej pory tak mało Polaków odwiedziło Białoruś, to dzięki temu kraj ten ma dziś wielki walor. Jest nim świeżość, atrakcja nieznanego miejsca. I zdaje się, że jest to jeden z mechanizmów szybko wzrastającego zainteresowania Białorusią.

Armenia

Mniej popularna siostra Gruzji. Świat już dostrzegł jej atrakcje, od kilku lat przyjeżdża tam coraz więcej turystów. Z różnych kierunków. Z Francji, Włoch i Hiszpanii, ale też z Iranu i Rosji. W Polsce jeszcze mocno niedoceniana. Znowu, jak w przypadku Mołdawii, zabrakło promocji. Niemal całą kaukaską popularność skonsumowała Gruzja, mądrze reklamowana w Polsce przez ekipę Saakaszwilego. Wielu turystów z naszego kraju popełnia prosty błąd zakładając, że z Kaukazu, to wystarczy odwiedzić Gruzję, że Armenia jest pewnie bardzo podobna i dlatego można ją sobie odpuścić.

Armenia, widok na górę Ararat

Zobacz też: Ranking najmniej popularnych krajów.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć jeszcze o Iranie, który jest tak atrakcyjny, że w sprzyjających warunkach szybko stać się powinien celem masowej turystyki. Trend wzrostowy zaczął się już kilka lat temu, wraz z normalizacją stosunków między rządem w Teheranie, a światem zachodnim. Co prawda po dojściu do władzy Trumpa został nieco osłabiony (patrz na przykład wycofanie się LOT-u z planów bezpośrednich połączeń lotniczych z Warszawy), ale jak będzie dalej, tego nie wiemy. Nawet w perspektywie kilku najbliższych lat rozwój wypadków jest trudny do przewidzenia. Równie możliwa jest destabilizacja sytuacji politycznej, jak i szybki wzrost zainteresowania wycieczkami. Dlatego wizyty w Iranie nie odkładałbym na później. Zobacz też: Iran – notatki z podróży.

Warto też przeczytać: Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach.

Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach

Czas przed wakacjami wzmaga aktywność turystycznych portali. Wśród artykułów, reportaży i porad pojawiają się też specyficzne materiały o charakterze rankingów, zestawień miejsc do odwiedzenia, szczególnie polecanych plaż i tym podobnych wskazówek.

Oto przykład. Jedno miejsce w kraju, które trzeba odwiedzić. Wymyślił to Trip Advisor, wybierali sami turyści w internetowym plebiscycie. Media podchwyciły. Widzę już kolejną publikację na ten temat. Tym razem tygodnik „Polityka” na swojej stronie internetowej. Tytuł zachęca do kliknięcia: Jedna rzecz, którą trzeba zobaczyć w każdym kraju na świecie.

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Materiał w formie mapy. Powiększam ją, by przyjrzeć się najbliższym mi krajom. Cóż tam mamy? Na Białorusi twierdza w Brześciu, w Mołdawii park Stefana Wielkiego, w Gruzji cerkiew św. Trójcy (Gergeti), w Armenii klasztor Geghard. Dość oryginalna interpretacja atrakcji. Szczególnie ta dotycząca Mołdawii. Park, w którym nie ma absolutnie niczego wyjątkowego został uznany za miejsce, które zobaczyć trzeba koniecznie. Chciałbym wiedzieć ile osób oddało taki głos. Mołdawię odwiedza bardzo mało turystów, udział w plebiscycie wzięło rzecz jasna jeszcze mniej. Może była to zupełnie przypadkowa i niereprezentatywna grupa. Bo w jaki inny sposób kawałek zieleni w centrum miasta mógłby wygrać z największymi na świecie piwnicami winnymi (Milestii Mici, 200 km podziemnych sal i korytarzy!) z bardzo malowniczym Starym Orhei lub wywierającą duże wrażenie twierdzą w Sorokach?! Wygląda to tak, jakby zdecydowały głosy turystów, którzy z całego kraju widzieli tylko Kiszyniów. I to ledwie przez chwilę. (Więcej o turystycznych atutach Mołdawii).

Ale w rankingu znajdujemy też atrakcje oczywiste. W Etiopii kute w skale kościoły, w Izraelu stara Jerozolima, w Jordanii Petra, w Iranie Persepolis, a w Peru Machu Picchu. Trafione, trudno polemizować z takim wyborem. Nawet jeśli mielibyśmy typy alternatywne, to te ogłoszone przez Trip Advisor z pewnością się obronią. Mają mocne uzasadnienie.

Ciekawie jest w Polsce. Napisano „Main Market Squere”. Ale gdzie? Tego Trip Advisor już nie wyjaśnia. Zakładam, że w Krakowie. Dlaczego właśnie tam? Ze względu na popularność Krakowa, na powodzenie jakim cieszy się wśród zagranicznych turystów. Wielu z nich odwiedza tylko to miasto. Niektórzy zobaczą jeszcze Wieliczkę i Oświęcim. I niewiele więcej. Zapewne właśnie stąd ten wybór.

Plaża w Varadero

Plaża w Varadero

Dyskusyjne jest samo założenie leżące u podstaw zestawienia – jedna atrakcja na cały kraj. Jedno miejsce na wielką Rosję. (To cerkiew Zbawiciela na Krwi w Petersburgu. Przyznać trzeba, że w tym przypadku internauci zagłosowali nieco pod prąd, spodziewałbym się raczej moskiewskiego Kremla, Placu Czerwonego lub Soboru Wasyla Błogosławionego, ale może po prostu wśród głosujących więcej było miłośników Petersburga). W olbrzymich i pełnych atrakcji Indiach tylko Tadź Mahal, a w Chinach Wielki Mur. Ileż wyśmienitych zabytków i wielkich atrakcji trzeba pominąć?! W takich przypadkach często stawia się na obiekty-ikony. To tak, jakby ktoś myślał w jakim miejscu zrobić selfie, żeby wszyscy oglądający od razu rozpoznali co to za kraj. Petra, Lalibela, Machu Picchu, Koloseum i Tadź Mahal idealnie się do tego nadają.

Dalej przeglądam mapę. Kuba. Padło na plaże Varadero. A więc nie stara Hawana, nie Baracoa, Santiago de Cuba czy Pinar del Rio. Nawet nie wieczór w którymś z klubów w stylu Buena Vista Social Club. Wygrały plaże. Przypomnijmy pytanie. Jedno miejsce, jedna atrakcja. W odpowiedzi wskazano na plaże. Dlaczego? Ponieważ właśnie tam realizuje się turystyka masowa, tam trafia najwięcej osób. Nadmorskie kurorty są najbardziej znane. Co wcale nie znaczy, że zasługują na największą uwagę. Bez wizyty w Varadero można poznać Kubę, ale odwiedzając samo Varadero nie ma szans by zrozumieć  fenomen kraju, by go dotknąć i doświadczyć. Otoczone płotami hotele all inclusive nie odzwierciedlają realnej sytuacji w kraju. W przypadku Kuby są raczej jej wypaczeniem. Zobacz też: Kuba. Relacja osobista.

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Czy możemy pokusić się o analizę kryteriów i przesłanek, które zadecydowały o takim, a nie innym wyborze? Wydaje się, że mamy do czynienia z kilkoma rodzajami motywów i okoliczności. Silną i oczywistą grupę stanowią obiekty-ikony aspirujące do roli symbolu danego kraju. W przypadku Indii jest to wspominany wyżej Tadź Mahal. Zasłużenie czy nie, to zupełnie inna sprawa (muzułmański grobowiec w hinduistycznym kraju), ale ważne, że działa kojarząc się jednoznacznie. Zdjęcie zamieścić można na okładce katalogu biura podróży, ale też na opakowaniach indyjskiej herbaty. Po drugie, miejsca cieszące się największym powodzeniem, te, do których trafia najwięcej osób, gdzie lądują samoloty czarterowe. Tak, jak we wspominanym wyżej Varadero, ale plaże wygrywają też na Dominikanie i na Malediwach. Po trzecie, coś nowego i zaskakującego. Ciekawy powiew świeżości, atrakcje, które powstały niedawno, a już zdążyły zająć czołowe miejsce. W tym przypadku może przesądzić siła głosów młodego pokolenia, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie numerem jeden jest Harry Potter Studio Tour. I na koniec, po czwarte, ewidentne pudła, typy przypadkowe, bez żadnego racjonalnego uzasadnienia. Wynikające chyba z nieznajomości kraju. Tak jest choćby z omówionym wyżej przypadkiem parku w Kiszyniowie.

Czemu służą takie rankingi? W pierwszej kolejności korzyści tych, którzy je tworzą. To jedna z form reklamy. Media lubią takie materiały i chętnie je powielają. Czytelnicy też zwracają na nie baczniejszą uwagę. Znam to z praktyki blogowej. Można napisać artykuł o turystycznych atrakcjach danego kraju, ale lepiej nadać mu formę zestawienia, zamkniętej listy pięciu czy dziesięciu miejsc, które trzeba odwiedzić. Ważny jest też tytuł. Klikalność rośnie, gdy nagłówek zachęca: „Dziesięć największych atrakcji” albo „Zobacz koniecznie”. Oczywistym jest, że należy podchodzić do nich ze sporym dystansem. Nie są żadną wyrocznią, ani prawdą objawioną. Zdarza się, że ich autorzy się mylą, a werdykty wprowadzają w błąd. Pamiętajmy też, że takie materiały dyktują wakacyjne mody. Jeśli więc w tym roku będą pisać, że na plażę najlepiej pojechać w to jedno konkretne miejsce, to nie wybierajcie się tam, bo na miejscu zastaniecie tłum ludzi, korki i zawyżone ceny.

Gruzja Gergeti Cminda Sameba Stepancminda Kazbegi

Gruzja, sięgająca chmur cerkiew Cminda Sameba (Gergeti)

Rankingów, zestawień i podpowiedzi jest cała masa. Życia nie starczy, żeby podróżować ich śladem. Na monitorze komputera wyświetlił mi się kolejny: Wybrano 100 najlepszych europejskich miast na wakacyjny wypad. Wśród nich aż 3 polskie. Klikam zatem, żeby się dowiedzieć, jakie to miasta z naszego kraju zasłużyły na ten szczególny przywilej. No i o to właśnie chodzi, żebym kliknął. Wraz ze wzrostem ilości odsłon rosną wpływy z reklam. A, że nie zgodzę się z tym werdyktem, że uznam go za co najmniej dziwny, to już przecież nie ma żadnego znaczenia.

Uważajcie na rankingi! Nie dajcie się im wodzić za nos.

Ciekawiej jest chodzić pod prąd, wybierając mniej popularne kierunki. Takie podejście przynosi większą satysfakcję. To opcja dla koneserów wyjątkowych podróży.

Krzysztof Matys Travel

Białystok. Podróże z łososiem (lub śledziem)

Przeglądam półki i witryny księgarskie. Ciągle i regularnie. Nie mogę pozbyć się tego nawyku. W Białymstoku, obok budynku uniwersytetu, w którym spędziłem kilka najlepszych lat (i dlatego wciąż jest to miejsce bliskie) znajduje się moja ulubiona księgarnia. Powstała dawno temu. Mieszkańcom miasta znana był kiedyś z wydawnictw o profilu rolniczym. Ale to dawne dzieje. Dziś króluje tam literatura, jest też spory dział reportażu. W czasie studiów, po skończonych zajęciach zachodziłem najpierw do niej, oglądałem i długo trzymałem w dłoniach książki, na które nie było mnie stać. Masę czasu spędziłem przy półkach z napisami historia, religia i filozofia.

Później szło się kilka kroków dalej, do księgarni Akcent przy Rynku Kościuszki, posiadającej wtedy największy asortyment z obszaru nauk humanistycznych. Z dawnej księgarni została już tylko nazwa. Zdaje się, że to miasto, będące właścicielem lokalu, wymusiło przerobienie sklepu z książkami na restaurację i pub (też z książkami!). Można więc zjeść tam sałatkę i napić się piwa, ale książek nie znajdzie się wiele. Są obecne połowicznie, stanowiąc tło, dyskretną dekorację i alibi dla kotleta.

Piłkarze Jagiellonii na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce.

Piłkarze Jagiellonii Białystok na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce

Obchód kończyliśmy w antykwariacie na ulicy Lipowej. Tam kupowaliśmy najwięcej. Zapomniane, nikomu niepotrzebne klasyczne pozycje z filozofii, sztuki, religioznawstwa i historii w cenie od pięciu do dwunastu złotych. Były akurat na kieszeń biednego studenta. Wychodząc stamtąd z tomem, na którym nam zależało, można było uznać dzień za udany. Czytanie zaczynało się już na pobliskim przystanku autobusowym, w drodze do domu. Ileż wtedy, w taki właśnie sposób, człowiek się nauczył! Ileż wiedzy zdobył! To były drugie, równoległe studia, a Alma Mater był antykwariat.

Tak więc, przeglądam półki księgarskie. Przechodząc przy placu Uniwersyteckim (łapię się na tym, że specjalnie tak parkuję) zaglądam w witrynę ulubionej księgarni. A nóż wypatrzę coś interesującego! Zwalniam kroku i omiatam wzrokiem wielkie okna. Dziś dostrzegłem książkę, o której parę tygodni temu słyszałem w radiu. Słyszałem i zapomniałem. Gdyby nie ta witryna, to pewnie zapomniałbym na dłużej. Umberto Eco, Podróże z łososiem*. Zainteresowałem się z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na autora, po drugie – z uwagi na „podróże”; słowo, na które mój umysł jest szczególnie wyczulony. Całość niesie nadzieję na przyjemną i inspirującą lekturę.

Wziąłem książkę do ręki, szybko stało jasne, że z podróżami ma niewiele wspólnego. Zachęcały tytuły ledwie kilku rozdziałów. Reszta obejmował mało atrakcyjny obszar tematyczny, od wyrabiania wtórnika prawa jazdy po tworzenie katalogów bibliotecznych. Co więcej, sporą część książki stanowiły teksty wydane już wcześniej w tomie Zapiski na pudełku od zapałek. Mimo to kupiłem. Pragnienie dobrej lektury jest wielkie. Na bezrybiu i rak ryba, a tonący brzytwy się chwyta. Może choć jedna strona, może choć jedna myśl stanie się inspiracją.

Siadłem do lektury. Przerzuciłem kilka pierwszych rozdziałów i szybko zapomniałem o czym były. Książkę uratował jeden tekst. Ten tytułowy. Oto znamienity autor wybiera się w podróż. W planie dwa kraje, w których odbędą się spotkania z czytelnikami. Najpierw jedzie do Szwecji. Tam kupuje dużą porcję wędzonego łososia. Ryba jest hermetycznie zapakowana, więc Umberto Eco ma nadzieję dowieźć ją do domu. Tyle, że po drodze musi spędzić jeszcze kilka dni w Wielkiej Brytanii. Wydawca zarezerwował mu dobry hotel w Londynie. Autor wie, że łososia trzeba przechowywać w lodówce, ale ta w jego pokoju jest zajęta na minibar. Pełno w nim buteleczek z alkoholem, soków i napojów wszelakich oraz orzeszków i innych przekąsek. Wyjmuje więc całą tę zawartość i umieszcza w wielkiej szufladzie jednego z mebli. Pakuje rybę do lodówki i zadowolony idzie spotkać się z czytelnikami. Wieczorem po powrocie do pokoju widzi, że obsługa hotelu wyjęła łososia i położyła na stole, a lodówkę napełnia nowymi buteleczkami. Pisarz nie daje za wygraną i robi to samo, co wczoraj, tym razem zapełniając kolejną szufladę. Ale hotelarze też są konsekwentni, więc następnego dnia historia się powtarza. I kolejnego również. W efekcie, wykwaterowując się z hotelu, Umberto Eco, sława światowej prozy, musi zapłacić astronomiczny rachunek za kilkakrotne wyczyszczenie minibaru i z zepsutą rybą wraca do Włoch. Zabawna historia, akurat dla pilota wycieczek. Do wykorzystania w pracy. Przez lata mogę ją opowiadać ku radości kolejnych grup turystów. W sumie wyszła więc z tego niezła inwestycja. Za jedyne 35 złotych.

* Wchodząc do sklepu poprosiłem panią o najnowszą książkę Umberto Eco, Podróże ze śledziem! Zupełnie nie wiem dlaczego. Skąd mi się wziął ten śledź?! Nie wiem. W każdym bądź razie mój mózg z sobie tylko znanych powodów podróże ze śledziem uznał za atrakcyjniejsze od tych z łososiem.

…..

Krzysztof Matys Travel. Autorskie biuro podróży. Wycieczki do Gruzji, Armenii, Mołdawii, Uzbekistanu, Iranu

 

Jeden raz

Jest tyle krajów, których nie pamiętam. Albo pamiętam słabo. Coś tam w głowie zostało, ale niewiele. Z Grecji może oliwki, wyjątkowo dobry hotel na Krecie i betonowe pseudorekonstrukcje pałacu w Knossos. Z Portugalii wieżę, w której więziony był Józef Bem, pyszną cataplanę i świeże sardynki prosto z rusztu. Z hiszpańskiego Costa de la Luz pamiętam bociany i przyzwoite wino w ramach all inclusive. A z Maroka? Z Maroka głównie rozczarowanie Casablancą i Rabatem.

Miejsca, w których byłem tylko jeden raz. Mało czytałem, nie studiowałem ich historii, problemów i zachodzących tam zjawisk. Nie poznałem ludzi. Nie wracałem, żeby coś sprawdzić i obejrzeć jeszcze raz. Pewnie dlatego tak mało znaczą.

Egipt, Asuan, wyspa File

Egipt, Asuan, wyspa File

Ma rację Krzysztof Środa, pisząc, że „jeden pobyt w nieznanym kraju daje niewiele”. Prawie nic. A przecież większość turystów tak właśnie podróżuje. Jeden raz. Tyle jest państw na świecie – mówią. Szkoda jechać drugi raz w to samo miejsce.

Nie mógłbym tak. Wiem od dawna, że na pytanie dokąd wolałbym się wybrać, w jakieś nieznane mi miejsce czy po raz nie wiadomo który do Armenii, wybrałbym Armenię. Tak samo z innymi, dobrze znanymi krajami. Chętnie jeszcze raz na Białoruś, do Mołdawii, do Gruzji… W zasadzie, to chyba im lepiej znam, im bardziej jestem wciągnięty w bieżące sprawy, tym mocniej chce się jechać. A jeśli minęło już wiele lat i wzajemne relacje osłabły, to i sytuacja się zmieniła. W takim przypadku miejsce już nie kusi, nie wzywa. Nic nie ciągnie w tamtą stronę. Jak z dawnym zauroczeniem, które kiedyś gorące i niezwykłe, dziś nie znaczy prawie nic. Tak mam z Egiptem, Indiami, Nepalem czy Etiopią. Było, minęło. Może wrócić, ale do tego potrzebny jest nowy impuls. Coś znaczącego, coś, co na powrót obudzi zainteresowanie.

Z części jednorazowych wizyt nie powstał żaden tekst. Nic, nawet najmniejszy wpis na blogu. Bo niby co miałbym napisać? Że Madryt jest piękny i wesoły, a Rzym cudowny i niezwykły? W internecie aż nadto takich tekstów.

Etiopia, wodospad na Nilu Błękitnym

Etiopia, wodospad na Nilu Błękitnym

Z jednokrotnego wyjazdu najłatwiej pisze się poradniki. Jak kupić bilet, jak przejechać z lotniska do miasta, gdzie wymienić pieniądze. Ceny w sklepach, tanie noclegi. Użyteczne wskazówki. Chętnie czytane, bo ludzie szukają informacji. Przewodniki z wydań książkowych przeniosły się do sieci. To, co podsunie nam najpopularniejsza wyszukiwarka, to wiemy. Oczywiście, też korzystam. Gdy zaczynam uczyć się nowego kraju, robię kwerendę. Książki, artykuły i internet. Przebrnięcie przez Googla nie jest łatwe. Pojawiają się zdawkowe materiały, artykuły z niewielką ilością informacji. Powtarzające się, pisane jeden od drugiego. Przepisywane z tego samego źródła. I relacje z wyjazdów w stylu: byłem, widziałem, jest pięknie. Trzeba się natrudzić, żeby znaleźć coś wartościowego. Oryginalnych myśli jak na lekarstwo. Po co jeździmy? Po to, by powtarzać wcześniej wygłoszone kwestie?! Przy pierwszej wizycie pokusa takiego zachowania jest wielka. Bo to łatwe i nie wymaga wysiłku. Zanim się spostrzeżemy już komentujemy i oceniamy. Na podstawie czego? Czy nie nazbyt łatwo? Mówimy nie swoim językiem. Wskoczyliśmy w głębokie, dobrze uformowane koleiny. Powtarzamy za innymi. Dajemy głos stereotypom. Jeden raz to za mało, żeby poznać, wniknąć, zbadać i wyrobić opinię. Wystarczy za to, by dobrze się bawić, przeżyć coś miłego i „zobaczyć kawałek świata”. Oto turystyka.  Na ten temat zobacz też: Jak się pisze przewodniki.

Wielka majówka

Temat to pewny. Tak samo jak fakt, że w kalendarzu jest dzień pierwszego i trzeciego maja. Zatem długi weekend. Jak go spędzić i dokąd pojechać? Każdego roku, w drugiej połowie kwietnia pojawiają się artykuły w gazetach i na portalach internetowych. Trochę zdjęć i krótkich opisów. Plus garść pobieżnych rad.

Wysyp pomysłów. Najciekawsze, najdalsze lub najbliższe kierunki. Najtańsze albo najbardziej luksusowe. Coś jak konkurs, w którym wygrywa autor szczególnie oryginalnej propozycji. Z dużym wyprzedzeniem można prognozować tytuły artykułów. Obowiązkowo pojawi się coś w stylu: „Dziesięć pomysłów na weekend majowy”. Będą też bardziej szczegółowe, np. „Europejskie stolice na majówkę”. A dla patriotów: „Długi weekend w Polsce”. Ważne jest jeszcze to, żeby przez przypadek nie sięgnąć po motyw zgrany w zeszłym roku. Jednym słowem, robi się coraz trudniej. A weekend majowy jest i tą swoją obecnością domaga się reakcji. Takiego tematu nie można pominąć. Coś trzeba napisać.

Gruzja, Swanetia

Gruzja, Swanetia

Presji poddane są nie tylko redakcje, dziennikarze i blogerzy. Ciężar kilku dni wolnych od pracy czuć muszą również wszyscy czytający. Trzeba być mocno asertywnym, żeby postawić na swoim i zostać w domu.

Podróżnicy zapewne już dawno zaplanowali swoje wyprawy, kupili bilety i zarezerwowali noclegi. Z ich punktu widzenia publikowanie takich artykułów tuż przed weekendem nie ma sensu. Za późno. Szczególnie te dalsze wyjazdy projektuje się z dużym wyprzedzeniem. W dużym stopniu ze względu na bilety lotnicze, które, co do zasady, im wcześniej kupujemy, tym są tańsze.

Mój weekend majowy też już jest od dawna ustalony. W tym przypadku to oczywiście praca. Lecę z grupą do Gruzji. W zeszłym roku o tej porze byłem w Armenii. Sezon na Kaukazie zaczynamy właśnie z końcem kwietnia. Potrwa przynajmniej do połowy października.

Majówki cieszą się dużym powodzeniem turystów. Grupy szybko się zapełniają. Korzysta z tego kto może. Przewoźnicy i hotele. Organizując wycieczkę w tym terminie nie możemy liczyć na zniżki. Bilety lotnicze są drogie, a co więcej, trzeba rezerwować je z naprawdę dużym wyprzedzeniem.

Bywa, że kalendarz nie jest zbyt przychylny, dni wolnych wypada mało i początek maja niewiele różni się od przeciętnego weekendu. Nic to. Magia daty i tak zadziała. Tak, jakby wszyscy umówili się na ten właśnie termin. Może realizuje się tu sezonowość wdrukowana w geny człowieka naszej szerokości geograficznej? Zima jest bardziej do spania niż do działania. Zaleganie na zapiecku, to jest czynność właściwa tej porze roku. Czekamy na dłuższy dzień, na gęsi i żurawie, które dadzą znak, że można ruszać w drogę. Zazielenienie trawy jest sygnałem dla koczownika. Powinien pakować sakwy. Tak było od zawsze. Tak zostaliśmy zaprogramowani. Ale świat się nagle zmienił i nasza życiowa aktywność wypadła z rytmu pór roku. Wiosną nie wychodzimy już w pole, żeby orać, siać i walczyć o byt. Zimowy letarg, w który zapadliśmy w okolicach grudnia przerywamy więc w inny sposób – ruszając na wycieczkę.

PS. W historii tego bloga największą popularnością cieszył się artykuł o majówce na Litwie.

A na długi weekend polecam również wycieczkę na Białoruś.

Ile gwiazdek, tyle szczęścia

Za chwilę pełną parą ruszy wakacyjny sezon. A wraz z nim faza na poszukiwanie „najlepszych ofert”. Klienci wezmą udział w intensywnym objeździe biur podróży. Od jednego do drugiego. Istne tour de oferta. W nadziei, że może w tym kolejnym mają coś bardziej atrakcyjnego. Raczej nie mają. W Polsce jest mnóstwo biur agencyjnych, tzn. takich, które są wyłącznie sklepami. Sprzedają produkty touroperatorów, głównie tych największych, powszechnie znanych, takich jak Itaka czy Rainbow. W ofercie prawie wszyscy mają te same produkty, identyczne wycieczki i wakacje. Co więcej, ceny też jednakowe, ponieważ agenci nie mogą udzielać rabatów. Zabraniają tego umowy z organizatorami. Za złamanie tych warunków grożą kary finansowe oraz zerwanie współpracy. Do tego agenci, w olbrzymiej większości, pracują na tym samym systemie informatycznym. Jest to program MerlinX, który porównuje oferty olbrzymiej większości polskich touroperatorów. Dlatego bieganie od agenta do agenta nie ma sensu.

Taka promocja

Taka promocja

Czym zatem mogą różnić się sklepy z wakacjami? Jakością obsługi, umiejętnościami kontaktu z klientem i wiedzą na temat krajów i hoteli. Dobry agent dobrze doradzi.

Właściwie to siadłem do pisania tego tekstu z inną myślą. Chodzi o kwestię postawioną w tytule postu. Od jakiegoś czasu fenomen poszukiwania „najlepszych ofert” zajmuje mnie na tyle, że wszedł w obręb dociekań natury niemal filozoficznej.

Mamy oto cały segment turystyki, w którym wybieramy i kupujemy szczęście. A przynajmniej jego obietnicę. Trzy gwiazdki – małe szczęście, pięć gwiazdek – wielkie szczęście. W równaniu tym są jeszcze fazy przejściowe, niepewności, odcienie, większe lub mniejsze przechylenia w jedną lub drugą stronę. I duża porcja stresu. Bo przecież, jeśli płacimy za coś tak istotnego jak szczęście, to wybieramy bardzo starannie, z uwagą, żeby to było szczęście możliwie największe. Są klienci, którzy podchodzą do wyboru wakacji, jak do kupna domu czy innej inwestycji na całe życie. Śmiertelnie poważnie.

Stać nas na pięć gwiazdek. Zatem przeprowadzamy casting wśród hoteli. Oceniamy co tylko się da. Nie tylko położenie, plażę, basen i jedzenie. Co jeszcze? W jakich godzinach jest all inclusive, jak duże są pokoje, jaki wystrój łazienek, jakie kanały w TV, animacje… Ostatnio jeden z klientów przyniósł kilkustronicowy elaborat w formie tabeli, w której według wykreślonych przez niego kryteriów pogrupowane były hotele. Ile czasu mu to zajęło? Kilka godzin. Po co? Taka forma rozrywki? Może.

Ale chyba bardziej prawdopodobny jest strach. Tyle, że nie przed skandalicznie słabym hotelem, paskudnym jedzeniem i zmarnowanymi wakacjami. Nie! Raczej obawa, że nasz sen o szczęściu się nie spełni. To byłoby zbyt bolesne. To ten specyficzny strach motywuje nas do poszukiwań. Do wędrówki od biura do biura i sprawdzania wszystkiego w internecie.

W takiej konstrukcji hotel nie jest miejscem, w którym mamy odpocząć po dniu pełnym wrażeń wynikłych z pobytu w kraju o ciekawej kulturze i historii. Nie jest jednym z elementów infrastruktury, której potrzebujemy do odbycia podróży (jak samolot, autokar, walizka i ubezpieczenie turystyczne). Nie jest środkiem prowadzącym do celu. Jest celem samym w sobie! Oto hotel stał się fetyszem. Obrazem szczęścia, synonimem realizacji, prestiżu i znaczenia.

Świadomie wybieram inną turystykę. Aktywną, kulturową, z jakimiś aspiracjami. Sensem podróży jest poznanie. Czegoś więcej niż hotelowy basen.

Jutro ruszam do Albanii.

 

Strona 1 z 2

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén