Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: filozofia podróży (Strona 1 z 2)

Coraz mniejszy świat

Z tematem borykam się od lat. Szukam nowych kierunków. Dla turystów. Biuro podróży musi odświeżać ofertę i przynajmniej raz na jakiś czas zaproponować atrakcyjną nowość. Jest z tym pewien kłopot, bo do dyspozycji mamy coraz mniej niewyeksploatowanych miejsc. Gdzie zabrać wycieczkę? Czym zwrócić uwagę i jak zainteresować rynek? Turyści, którzy dużo jeżdżą, byli już niemal wszędzie, od Nowej Zelandii po Białoruś. Świat zmalał, skurczył się i ma coraz większe trudności z zaspakajaniem podróżniczych potrzeb. Przydałyby się nowe kontynenty, a nawet więcej – nowe planety.

Właśnie to zaprzątało mi głowę, gdy przeciskałem się przez ludzką ciżbę na targach książki. Zaglądam na nie co roku, głównie po to, żeby szybko, w jednym miejscu nabyć pozycje, które wcześniej jakoś umknęły, o których w codziennym zabieganiu po prostu zapomniałem. No i oczywiście, za każdym razem mam nadzieję, że może dostrzegę jakąś perełkę, pozycję, o której nie słyszałem, a która warta jest lektury. Tym razem się udało! Wypatrzyłem ją pośród setek innych publikacji. Właściwie to chyba sama rzuciła mi się w oczy; bardziej ona znalazła mnie, niż ja ją. Książka pięknie wydana, bogata w reprodukcje dawnych map. To Atlas lądów niebyłych Edwarda Brooke-Hittchinga, autora, o którym przeczytałem na okładce, że jest nieuleczalnym mapofilem, synem antykwariusza; mieszka w Londynie wśród zakurzonych starych map oraz książek. Wiele wyjaśnia podtytuł tej pracy: Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów. Chodzi więc o miejsca, których w rzeczywistości nie ma, a które pojawiły się tylko w opisach i opowieściach. Są tam hasła zgoła niesamowite, jak choćby Wewnętrzne Morze Australii, Wyspa Demonów czy Nowa Południowa Grenlandia. Z perspektywy dzisiejszego człowieka, uzbrojonego w wiedzę i narzędzia dwudziestego pierwszego stulecia brzmi to wręcz zabawnie, ale był czas, że traktowano je serio. Wysyłano ekspedycje i wydawano opasłe tomy relacji i świadectw.

Fragment okładki. Dom Wydawniczy „Rebis”.

Cześć z zamieszczonych w tej książce map znana jest dość powszechnie z innych publikacji. Podobnie zresztą, jak i niektóre tematy. Ot, choćby królestwo Księdza Jana, którego fascynującą historię poznaje się przy okazji studiów nad Etiopią. Spora część haseł z indeksu „lądów niebyłych i fantasmagorii” powstała w okresie odkryć geograficznych, jest efektem pomyłek ówczesnych żeglarzy, ale też celowych zmyśleń i przechwałek. Najbliższa nam geograficznie jest opisana w tej książce historia bogatego wyspiarskiego miasta Wineta, utożsamianego z wyspą Wolin.

Tak więc, książka rzuciła mi się w oczy. Nie słyszałem o niej wcześniej, ale nie zastanawiałem się nad kupnem. Nabyłem od razu. Dlaczego? Z uwagi na samą koncepcję książki. A właściwie, to ze względu na sposób, w jaki tę koncepcję odczytałem. Wystarczył mi widok okładki, żeby obudziła się nadzieja, że trafiłem na coś, co może mieć znaczenie dla rozważań nad turystycznym fenomenem kurczącego się świata. To tak, jakbym spotkał kogoś, kto myśli podobnie, kto doszedł do tych samych wniosków. Radość i nadzieja na dodatkowe, inspirujące treści. Tak przywitałem książkę londyńskiego mapofila. Oto miałem przed sobą literaturę faktu, niemalże reportaż, tekst o lądach, ale lądach wyjątkowych – tych, których nie ma. Nie ma, a przecież dobrze by było, gdyby jednak istniały! Co by nam szkodziło mieć drugą Grenlandię, wewnętrzne morze w Australii czy jakiś zapomniany wcześniej kontynent?! Jasne, że byłoby super, gdyby pojawiły się na obowiązującej dziś mapie. Istniałyby i kusiły. Nie, oczywiście nie szukalibyśmy tam złota czy cennych przypraw, jak w epoce kolonialnej. Mielibyśmy po prostu więcej podróżniczych celów. Mielibyśmy pole do popisu, do zaspakajania potrzeb podróży i poznawania świata. Nowe strony w katalogach i nowe programy wycieczek.

Dawno temu nieznane lądy wzbudzały zainteresowanie z powodu marzeń o bogactwie, ze względu na szanse podboju i możliwość tworzenia kolonii. Potrzebne były faktorie, monopole i siłą budowane rynki zbytu. Emocje rozbudzały też fantastyczne opowieści o jednookich stworzeniach przykrywających się własnymi stopami i potworach zamieszkujących odległe morza. A dziś? Dziś potrzebujemy plaż dla turystów i ciekawych obiektów do zwiedzania. Tyle wystarczy.

(Długi) weekend majowy

Temat ten już kilka lat temu znalazł miejsce na tym blogu (Zobacz: Wielka majówka). Trudno było go pominąć, wszak to turystyczny klasyk. Dla firm z branży jest tym samym, czym Boże Narodzenie dla sklepów z karpiem i zabawkami. Cóż mogłem wtedy napisać? Poza oczywistymi oczywistościami, również i to, że jest coś zastanawiającego w tak dużej popularności tego terminu. Coś, co wychodzi poza jasne dla wszystkich przesłanki, takie jak: ilość dni wolnych i ładna pogoda. Tym bardziej, że i jedno, i drugie wcale nie musi być spełnione. Może być zimno i nieprzyjemnie (pamiętam majówkę na Litwie, w czasie której spadł śnieg). A przecież nie zważając na to, klienci masowo korzystają z turystycznych usług. Magia majówki. Dlaczego, skąd się bierze? Otóż możliwa jest i taka interpretacja, że właśnie wtedy, gdy zazieleni się trawa, budzi się w nas dawny instynkt koczownika, zew genetycznie przypisany osobom należącym do grupy indoeuropejskiej. Zima to stagnacja, nuda i zapiecek. Wiosna w swej rozwiniętej formie, to przebudzenie z letargu, początek akcji, wyjście w pole, marsz po łupy. Tak było kiedyś. Dziś to wszystko zastępuje nam wycieczka. Turystyczny wyjazd jest cezurą, granicą pór roku. Wyraźnym oddzieleniem aktywności i zupełnie różnych sposobów bycia. Zima – uśpienie, przetrwanie, dom. Wiosna – droga, ruch, aktywność. Taki kod genetyczny.

Korzystny układ wolnych dni w 2018 roku. Kalendarz Orex Travel

Ktoś powie, że przesadzam i nadinterpretuję. Możliwe. Ale po prostu nie potrafię inaczej wytłumaczyć fenomenu weekendu majowego. Termin to pożądany, jak żaden inny. Wycieczkowe szaleństwo.

Wielka popularność. Dla nas, dla biur podróży, to oczywiście korzystna sytuacja, pod warunkiem wszakże, że nie mamy do czynienia z klęską urodzaju, w czasie której nie jesteśmy w stanie zaspokoić popytu. Część klientów odchodzi z kwitkiem. W naszym biurze miejsc na weekend majowy nie ma już od wielu miesięcy! Ręce rozkładają hotele i linie lotnicze. Jeśli jeszcze mają coś wolnego, to za astronomiczne kwoty. Brakuje też rąk do pracy, pilotów i przewodników.

W związku z tym mam dwie propozycje:

Sugeruję poszerzenie weekendu majowego! Podobnie, jak zrobiono to z feriami zimowymi. Po co wszyscy mają się tłoczyć w okolicach 1 maja?! Zamiast tego zróbmy podział województwami. Kraj można geograficznie poszatkować nawet i na cztery tury. Zaczynałoby się już w połowie kwietnia, a kończyło po miesiącu. Żeby było sprawiedliwie, można losować. Nasze województwo ma Święto Pracy i Święto Konstytucji 3 maja w kwietniu, a wasze dopiero w połowie maja. Albo podzielić klimatycznie. Południowozachodnia Polska z Wrocławiem na czele wcześniej ma wiosnę i ciepło, więc długi weekend majowy mogliby próbować robić na początku kwietnia. A Podlaskie nie wcześniej niż w końcu maja – żeby uniknąć opadów śniegu. Myślę, że to dałoby się zrobić. Legislacyjnie jest to do ogarnięcia. Ustawą czy rozporządzeniem ministra. Skoro marchewka jest owocem (w Portugalii), a wino to nie alkohol (w Mołdawii), to i Święto Konstytucji 3 maja może być w kwietniu. A ile korzyści byłoby z tego! Mniejszy tłok, niższe ceny, lepsza jakość usług, większe szanse na rozwój branży, wyższe przychody z podatków.

A w Uzbekistanie, podobnie jak w wielu innych krajach dawnego ZSRR, najważniejszy jest 9 maja

Można też pomyśleć nad tym, czy nie warto dowartościować terminów mniej chodliwych, na przykład w marcu. Wtedy w biurach podróży, w hotelach i pozostałych atrakcjach turystycznych są jeszcze wolne moce przerobowe, które można by twórczo wykorzystać. Zróbmy więc jakiś długi weekend w marcu (poza Wielkanocą oczywiście). Może nie będzie aż tak popularny, jak ten majowy, ale jednak. Coś tam do krajowego PKB wniesie.

Propozycje te mają jeden cel: stworzenie warunków, w których łatwiej będzie o spokojny i systematyczny rozwój. Jak wiemy, stabilność w biznesie to podstawa. Przydałoby się to gospodarce, a i klienci by skorzystali. Dotyczyć to może zresztą innych obszarów, na przykład branży komunijnej. Skumulowanie ich w trzy ostatnie niedziele maja przynosi taki efekt, że brakuje miejsc w restauracjach. W Białymstoku wszystko zarezerwowane było już we wrześniu. Kto tylko może, rozszerza sale bankietowe poza granice możliwości. W zaprzyjaźnionym niedużym hotelu w jedną majową niedzielę na przyjęciach komunijnych będzie 700 osób! A może by tak zacząć już w kwietniu? I ciągnąć przynajmniej do połowy czerwca? Byłoby luźniej, przyjemniej, może nawet taniej.

Na zakończenie chciałbym jeszcze tylko dodać, że sam nie wiem czy to, co napisałem wyżej należy potraktować serio czy też raczej z mocnym przymrużeniem oka. Nie upierałbym się przy którymkolwiek z tych wariantów.

Udanej majówki Państwu życzę! Ja ruszam do Armenii.

Czas na wycieczki

Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na wycieczki też. Pojawia się dobry moment, trwa dłużej lub krócej, ale – co ważne – może się nie powtórzyć. Są kraje do których trzeba jechać teraz, bo za rok czy dwa może być już za późno. Zmienia się sytuacja polityczna i wyjazd staje się niemożliwy ze względów bezpieczeństwa (przykład Syrii oraz Libanu) lub odwrotnie – ruch turystyczny rozwija się tak bardzo, że miejsce przekształca się w nieprzyjemny obiekt masowej inwazji.

Tadź Mahal – piękny, ale również bardzo zatłoczony zabytek

Już od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami intensywnego rozwoju światowej turystyki. Obserwujemy olbrzymi wzrost popytu. Na rynek wchodzą kolejne grupy klientów. Duże i zamożne, więc od razu stają się silną konkurencją. Chodzi tu przede wszystkim o bogacących się szybko Azjatów. Przodują oczywiście Chińczycy, ale tuż za nimi są Indusi. Coraz większą siłę nabywczą mają przedstawiciele państw Zatoki Perskiej. Efektem jest wzrost cen oraz coraz większe trudności z potwierdzeniem świadczeń (miejsc w hotelach, biletów lotniczych, etc.). Nam turystom wydaje się czasem, że skoro gdzieś przyjeżdżamy i przywozimy pieniądze, to wyświadczamy miejscowym wielką uprzejmość, za co mamy prawo liczyć na specjalne względy. Tymczasem, zdradzając nieco z turystycznej kuchni, mogę powiedzieć, że są kraje, w których musimy się mocno postarać, żeby załatwić odpowiednie świadczenia. Zawsze znajdzie się bogatsza grupa z Iranu czy Francji, która przebije nasze ceny i będzie miała pierwszeństwo w hotelu.

Jeśli ktoś był w Chinach dziesięć lat temu i dziś ponownie uda się w te same miejsca, to nie pozna kraju. Tak się zmieniło! Przede wszystkim w wyniku nieprawdopodobnego wręcz rozwoju ruchu wewnętrznego. Chińczycy zwiedzają swój kraj. Wzrost ten wymusił zmiany w infrastrukturze. Kiedyś autobus podwoził pod sam zabytek, teraz wysiada się na oddalonym parkingu i w stronę obiektu podąża się kolejką, meleksem lub innym środkiem transportu, bo na spacer to zbyt duża odległość. Szerokim łukiem omijać należy tamtejsze święta i długi weekendy, bo ceny w hotelach rosną bardzo wyraźnie, a na co dzień zatłoczone miejsca stają się jeszcze bardziej niedostępne.

Nepal. Lubimy kraje, które nie stały się jeszcze obiektem turystyki masowej

Izrael w 2017 roku. Tłumy, dużo pielgrzymek, również z bardziej odległych regionów, w tym z Ameryki Południowej. Wielogodzinne oczekiwanie w kolejkach do najważniejszych miejsc, Groty Narodzenia w Betlejem i Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Pomijając dyskomfort przeciskania się w nieprzebranej ludzkiej ciżbie, wymusza to również zmiany w harmonogramie wycieczki, ponieważ w tym samym czasie da się zobaczyć mniej. Dlatego też, jeśli tylko można, wydłuża się czas aktywności, rozpoczynając wycieczkę wczesnym rankiem.

Często posługuję się przykładem Gruzji. Dziesięć lat temu kraj był niedoceniany, jeździło tam niewielu turystów, ledwie coś około 300 tys. rocznie. Na miejscu zastawali zupełnie niesamowity klimat kaukaskiej gościnności, spontanicznych Gruzinów zapraszających do domów, częstujących winem. Istne szaleństwo. Z punktu widzenia turysty bardzo przyjemne. A dziś, gdy w ciągu roku przyjeżdża około 6 mln turystów? Coś tam jeszcze na szczęście zostało z dawnej atmosfery, ale szczerze powiedziawszy niewiele. Zmiany wymusiła masowa turystyka. Kto wie, gdzie i jak szukać, jeszcze znajdzie, ale olbrzymia większość turystów odwiedzających Tbilisi nawet nie otrze się o największe atrakcje. Będą pić wino z butelek, takie samo, jak te, które kupić można w polskich supermarketach i jeść coś, co udaje gruzińską tradycyjną kuchnię. Komercja i łatwizna. Tak to już jest, naturalna konsekwencja, na którą nie ma co się gniewać. Po prostu najlepiej jeździć wtedy, kiedy kraj nie jest jeszcze zbyt popularny.

Gruzja, Swanetia – piękna jak zawsze!

Przyglądam się temu, co dzieje się nad Bajkałem. Latem, w szczycie sezonu, tłumy. Dlatego z premedytacją wolimy pojechać tam nieco później, we wrześniu. Pogoda wtedy sprzyja zwiedzaniu, a ludzi jest znacznie mniej. Kto dominuje nad Bajkałem? Ze względu na niewielką odległość, oczywiście Chińczycy. Zabrakło hoteli, więc budują swoje.

Odpowiedni czas to jeden z głównych motywatorów wyjazdów na Kubę. Boom zaczął się kilka lat temu. Turyści chcieli „teraz, zanim tam się jeszcze nie zmieniło”. Temat to nieco kontrowersyjny, wiele można by na ten temat powiedzieć. Więcej o tym w artykule: Kuba, relacja osobista.

Bajkał. Ważne, żeby wybrać dobry termin

Oto moja krótka lista krajów. Na razie tłoku tam nie ma, ale można zaryzykować stwierdzenie, że to się zmieni. Zbyt są atrakcyjne te miejsca, by miały tkwić na liście krajów najrzadziej odwiedzanych. (Potwierdza to przykład Albanii. Jeszcze nie tak dawno pisałem, że to region niedoceniany, że ludzie ciągle się boją i nie wiedzą po co tam jechać – zobacz: Albania to nie Afganistan. Wystarczyły trzy lata i Albania stała się hitem. W tym roku będą tam już tłumy. Zjawisko to dotyczy zresztą większej części regionu, więcej na ten temat w artykule: Biura podróży stawiają na Bałkany).

Mołdawia

Kraj zapomniany. Przez lata borykał się ze swoimi programami, nie było pieniędzy na promocję i rozwój. W efekcie długo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w ogóle warto wziąć go pod uwagę. A tymczasem ma niezaprzeczalne atuty. Wśród nich między innymi: największe na świecie piwnice winne, piękne krajobrazy i wyśmienitą naturalną kuchnię. Dla nas dodatkowo znaczenie może mieć historia, bo teren dzisiejszej Mołdawii, to najdalej wysunięte polskie kresy, które znamy choćby z powieści Sienkiewicza.

Krajobraz Mołdawii. Stare Orhei

Jeden z komentarzy na naszym facebookowym profilu: Wyprawa życia, za nie długo tego już nie będzie, Mołdawia to żywy skansen którego nigdzie nie znajdziecie, polecam (…)!!!! – Włodzimierz Korzeniowski. Wycieczka do Mołdawii

Białoruś

Decydowała polityka i zła opinia na Zachodzie, telewizyjny przekaz straszący Łukaszenką. To, co było minusem można zamienić w atut. Jeśli do tej pory tak mało Polaków odwiedziło Białoruś, to dzięki temu kraj ten ma dziś wielki walor. Jest nim świeżość, atrakcja nieznanego miejsca. I zdaje się, że jest to jeden z mechanizmów szybko wzrastającego zainteresowania Białorusią.

Armenia

Mniej popularna siostra Gruzji. Świat już dostrzegł jej atrakcje, od kilku lat przyjeżdża tam coraz więcej turystów. Z różnych kierunków. Z Francji, Włoch i Hiszpanii, ale też z Iranu i Rosji. W Polsce jeszcze mocno niedoceniana. Znowu, jak w przypadku Mołdawii, zabrakło promocji. Niemal całą kaukaską popularność skonsumowała Gruzja, mądrze reklamowana w Polsce przez ekipę Saakaszwilego. Wielu turystów z naszego kraju popełnia prosty błąd zakładając, że z Kaukazu, to wystarczy odwiedzić Gruzję, że Armenia jest pewnie bardzo podobna i dlatego można ją sobie odpuścić.

Armenia, widok na górę Ararat

Zobacz też: Ranking najmniej popularnych krajów.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć jeszcze o Iranie, który jest tak atrakcyjny, że w sprzyjających warunkach szybko stać się powinien celem masowej turystyki. Trend wzrostowy zaczął się już kilka lat temu, wraz z normalizacją stosunków między rządem w Teheranie, a światem zachodnim. Co prawda po dojściu do władzy Trumpa został nieco osłabiony (patrz na przykład wycofanie się LOT-u z planów bezpośrednich połączeń lotniczych z Warszawy), ale jak będzie dalej, tego nie wiemy. Nawet w perspektywie kilku najbliższych lat rozwój wypadków jest trudny do przewidzenia. Równie możliwa jest destabilizacja sytuacji politycznej, jak i szybki wzrost zainteresowania wycieczkami. Dlatego wizyty w Iranie nie odkładałbym na później. Zobacz też: Iran – notatki z podróży.

Warto też przeczytać: Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach.

Zobacz koniecznie, czyli rzecz o rankingach

Czas przed wakacjami wzmaga aktywność turystycznych portali. Wśród artykułów, reportaży i porad pojawiają się też specyficzne materiały o charakterze rankingów, zestawień miejsc do odwiedzenia, szczególnie polecanych plaż i tym podobnych wskazówek.

Oto przykład. Jedno miejsce w kraju, które trzeba odwiedzić. Wymyślił to Trip Advisor, wybierali sami turyści w internetowym plebiscycie. Media podchwyciły. Widzę już kolejną publikację na ten temat. Tym razem tygodnik „Polityka” na swojej stronie internetowej. Tytuł zachęca do kliknięcia: Jedna rzecz, którą trzeba zobaczyć w każdym kraju na świecie.

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Persepolis. Wycieczka do Iranu

Materiał w formie mapy. Powiększam ją, by przyjrzeć się najbliższym mi krajom. Cóż tam mamy? Na Białorusi twierdza w Brześciu, w Mołdawii park Stefana Wielkiego, w Gruzji cerkiew św. Trójcy (Gergeti), w Armenii klasztor Geghard. Dość oryginalna interpretacja atrakcji. Szczególnie ta dotycząca Mołdawii. Park, w którym nie ma absolutnie niczego wyjątkowego został uznany za miejsce, które zobaczyć trzeba koniecznie. Chciałbym wiedzieć ile osób oddało taki głos. Mołdawię odwiedza bardzo mało turystów, udział w plebiscycie wzięło rzecz jasna jeszcze mniej. Może była to zupełnie przypadkowa i niereprezentatywna grupa. Bo w jaki inny sposób kawałek zieleni w centrum miasta mógłby wygrać z największymi na świecie piwnicami winnymi (Milestii Mici, 200 km podziemnych sal i korytarzy!) z bardzo malowniczym Starym Orhei lub wywierającą duże wrażenie twierdzą w Sorokach?! Wygląda to tak, jakby zdecydowały głosy turystów, którzy z całego kraju widzieli tylko Kiszyniów. I to ledwie przez chwilę. (Więcej o turystycznych atutach Mołdawii).

Ale w rankingu znajdujemy też atrakcje oczywiste. W Etiopii kute w skale kościoły, w Izraelu stara Jerozolima, w Jordanii Petra, w Iranie Persepolis, a w Peru Machu Picchu. Trafione, trudno polemizować z takim wyborem. Nawet jeśli mielibyśmy typy alternatywne, to te ogłoszone przez Trip Advisor z pewnością się obronią. Mają mocne uzasadnienie.

Ciekawie jest w Polsce. Napisano „Main Market Squere”. Ale gdzie? Tego Trip Advisor już nie wyjaśnia. Zakładam, że w Krakowie. Dlaczego właśnie tam? Ze względu na popularność Krakowa, na powodzenie jakim cieszy się wśród zagranicznych turystów. Wielu z nich odwiedza tylko to miasto. Niektórzy zobaczą jeszcze Wieliczkę i Oświęcim. I niewiele więcej. Zapewne właśnie stąd ten wybór.

Plaża w Varadero

Plaża w Varadero

Dyskusyjne jest samo założenie leżące u podstaw zestawienia – jedna atrakcja na cały kraj. Jedno miejsce na wielką Rosję. (To cerkiew Zbawiciela na Krwi w Petersburgu. Przyznać trzeba, że w tym przypadku internauci zagłosowali nieco pod prąd, spodziewałbym się raczej moskiewskiego Kremla, Placu Czerwonego lub Soboru Wasyla Błogosławionego, ale może po prostu wśród głosujących więcej było miłośników Petersburga). W olbrzymich i pełnych atrakcji Indiach tylko Tadź Mahal, a w Chinach Wielki Mur. Ileż wyśmienitych zabytków i wielkich atrakcji trzeba pominąć?! W takich przypadkach często stawia się na obiekty-ikony. To tak, jakby ktoś myślał w jakim miejscu zrobić selfie, żeby wszyscy oglądający od razu rozpoznali co to za kraj. Petra, Lalibela, Machu Picchu, Koloseum i Tadź Mahal idealnie się do tego nadają.

Dalej przeglądam mapę. Kuba. Padło na plaże Varadero. A więc nie stara Hawana, nie Baracoa, Santiago de Cuba czy Pinar del Rio. Nawet nie wieczór w którymś z klubów w stylu Buena Vista Social Club. Wygrały plaże. Przypomnijmy pytanie. Jedno miejsce, jedna atrakcja. W odpowiedzi wskazano na plaże. Dlaczego? Ponieważ właśnie tam realizuje się turystyka masowa, tam trafia najwięcej osób. Nadmorskie kurorty są najbardziej znane. Co wcale nie znaczy, że zasługują na największą uwagę. Bez wizyty w Varadero można poznać Kubę, ale odwiedzając samo Varadero nie ma szans by zrozumieć  fenomen kraju, by go dotknąć i doświadczyć. Otoczone płotami hotele all inclusive nie odzwierciedlają realnej sytuacji w kraju. W przypadku Kuby są raczej jej wypaczeniem. Zobacz też: Kuba. Relacja osobista.

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Armenia, wykuty w skale klasztor Geghard

Czy możemy pokusić się o analizę kryteriów i przesłanek, które zadecydowały o takim, a nie innym wyborze? Wydaje się, że mamy do czynienia z kilkoma rodzajami motywów i okoliczności. Silną i oczywistą grupę stanowią obiekty-ikony aspirujące do roli symbolu danego kraju. W przypadku Indii jest to wspominany wyżej Tadź Mahal. Zasłużenie czy nie, to zupełnie inna sprawa (muzułmański grobowiec w hinduistycznym kraju), ale ważne, że działa kojarząc się jednoznacznie. Zdjęcie zamieścić można na okładce katalogu biura podróży, ale też na opakowaniach indyjskiej herbaty. Po drugie, miejsca cieszące się największym powodzeniem, te, do których trafia najwięcej osób, gdzie lądują samoloty czarterowe. Tak, jak we wspominanym wyżej Varadero, ale plaże wygrywają też na Dominikanie i na Malediwach. Po trzecie, coś nowego i zaskakującego. Ciekawy powiew świeżości, atrakcje, które powstały niedawno, a już zdążyły zająć czołowe miejsce. W tym przypadku może przesądzić siła głosów młodego pokolenia, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie numerem jeden jest Harry Potter Studio Tour. I na koniec, po czwarte, ewidentne pudła, typy przypadkowe, bez żadnego racjonalnego uzasadnienia. Wynikające chyba z nieznajomości kraju. Tak jest choćby z omówionym wyżej przypadkiem parku w Kiszyniowie.

Czemu służą takie rankingi? W pierwszej kolejności korzyści tych, którzy je tworzą. To jedna z form reklamy. Media lubią takie materiały i chętnie je powielają. Czytelnicy też zwracają na nie baczniejszą uwagę. Znam to z praktyki blogowej. Można napisać artykuł o turystycznych atrakcjach danego kraju, ale lepiej nadać mu formę zestawienia, zamkniętej listy pięciu czy dziesięciu miejsc, które trzeba odwiedzić. Ważny jest też tytuł. Klikalność rośnie, gdy nagłówek zachęca: „Dziesięć największych atrakcji” albo „Zobacz koniecznie”. Oczywistym jest, że należy podchodzić do nich ze sporym dystansem. Nie są żadną wyrocznią, ani prawdą objawioną. Zdarza się, że ich autorzy się mylą, a werdykty wprowadzają w błąd. Pamiętajmy też, że takie materiały dyktują wakacyjne mody. Jeśli więc w tym roku będą pisać, że na plażę najlepiej pojechać w to jedno konkretne miejsce, to nie wybierajcie się tam, bo na miejscu zastaniecie tłum ludzi, korki i zawyżone ceny.

Gruzja Gergeti Cminda Sameba Stepancminda Kazbegi

Gruzja, sięgająca chmur cerkiew Cminda Sameba (Gergeti)

Rankingów, zestawień i podpowiedzi jest cała masa. Życia nie starczy, żeby podróżować ich śladem. Na monitorze komputera wyświetlił mi się kolejny: Wybrano 100 najlepszych europejskich miast na wakacyjny wypad. Wśród nich aż 3 polskie. Klikam zatem, żeby się dowiedzieć, jakie to miasta z naszego kraju zasłużyły na ten szczególny przywilej. No i o to właśnie chodzi, żebym kliknął. Wraz ze wzrostem ilości odsłon rosną wpływy z reklam. A, że nie zgodzę się z tym werdyktem, że uznam go za co najmniej dziwny, to już przecież nie ma żadnego znaczenia.

Uważajcie na rankingi! Nie dajcie się im wodzić za nos.

Ciekawiej jest chodzić pod prąd, wybierając mniej popularne kierunki. Takie podejście przynosi większą satysfakcję. To opcja dla koneserów wyjątkowych podróży.

Krzysztof Matys Travel

Białystok. Podróże z łososiem (lub śledziem)

Przeglądam półki i witryny księgarskie. Ciągle i regularnie. Nie mogę pozbyć się tego nawyku. W Białymstoku, obok budynku uniwersytetu, w którym spędziłem kilka najlepszych lat (i dlatego wciąż jest to miejsce bliskie) znajduje się moja ulubiona księgarnia. Powstała dawno temu. Mieszkańcom miasta znana był kiedyś z wydawnictw o profilu rolniczym. Ale to dawne dzieje. Dziś króluje tam literatura, jest też spory dział reportażu. W czasie studiów, po skończonych zajęciach zachodziłem najpierw do niej, oglądałem i długo trzymałem w dłoniach książki, na które nie było mnie stać. Masę czasu spędziłem przy półkach z napisami historia, religia i filozofia.

Później szło się kilka kroków dalej, do księgarni Akcent przy Rynku Kościuszki, posiadającej wtedy największy asortyment z obszaru nauk humanistycznych. Z dawnej księgarni została już tylko nazwa. Zdaje się, że to miasto, będące właścicielem lokalu, wymusiło przerobienie sklepu z książkami na restaurację i pub (też z książkami!). Można więc zjeść tam sałatkę i napić się piwa, ale książek nie znajdzie się wiele. Są obecne połowicznie, stanowiąc tło, dyskretną dekorację i alibi dla kotleta.

Piłkarze Jagiellonii na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce.

Piłkarze Jagiellonii Białystok na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce

Obchód kończyliśmy w antykwariacie na ulicy Lipowej. Tam kupowaliśmy najwięcej. Zapomniane, nikomu niepotrzebne klasyczne pozycje z filozofii, sztuki, religioznawstwa i historii w cenie od pięciu do dwunastu złotych. Były akurat na kieszeń biednego studenta. Wychodząc stamtąd z tomem, na którym nam zależało, można było uznać dzień za udany. Czytanie zaczynało się już na pobliskim przystanku autobusowym, w drodze do domu. Ileż wtedy, w taki właśnie sposób, człowiek się nauczył! Ileż wiedzy zdobył! To były drugie, równoległe studia, a Alma Mater był antykwariat.

Tak więc, przeglądam półki księgarskie. Przechodząc przy placu Uniwersyteckim (łapię się na tym, że specjalnie tak parkuję) zaglądam w witrynę ulubionej księgarni. A nóż wypatrzę coś interesującego! Zwalniam kroku i omiatam wzrokiem wielkie okna. Dziś dostrzegłem książkę, o której parę tygodni temu słyszałem w radiu. Słyszałem i zapomniałem. Gdyby nie ta witryna, to pewnie zapomniałbym na dłużej. Umberto Eco, Podróże z łososiem*. Zainteresowałem się z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na autora, po drugie – z uwagi na „podróże”; słowo, na które mój umysł jest szczególnie wyczulony. Całość niesie nadzieję na przyjemną i inspirującą lekturę.

Wziąłem książkę do ręki, szybko stało jasne, że z podróżami ma niewiele wspólnego. Zachęcały tytuły ledwie kilku rozdziałów. Reszta obejmował mało atrakcyjny obszar tematyczny, od wyrabiania wtórnika prawa jazdy po tworzenie katalogów bibliotecznych. Co więcej, sporą część książki stanowiły teksty wydane już wcześniej w tomie Zapiski na pudełku od zapałek. Mimo to kupiłem. Pragnienie dobrej lektury jest wielkie. Na bezrybiu i rak ryba, a tonący brzytwy się chwyta. Może choć jedna strona, może choć jedna myśl stanie się inspiracją.

Siadłem do lektury. Przerzuciłem kilka pierwszych rozdziałów i szybko zapomniałem o czym były. Książkę uratował jeden tekst. Ten tytułowy. Oto znamienity autor wybiera się w podróż. W planie dwa kraje, w których odbędą się spotkania z czytelnikami. Najpierw jedzie do Szwecji. Tam kupuje dużą porcję wędzonego łososia. Ryba jest hermetycznie zapakowana, więc Umberto Eco ma nadzieję dowieźć ją do domu. Tyle, że po drodze musi spędzić jeszcze kilka dni w Wielkiej Brytanii. Wydawca zarezerwował mu dobry hotel w Londynie. Autor wie, że łososia trzeba przechowywać w lodówce, ale ta w jego pokoju jest zajęta na minibar. Pełno w nim buteleczek z alkoholem, soków i napojów wszelakich oraz orzeszków i innych przekąsek. Wyjmuje więc całą tę zawartość i umieszcza w wielkiej szufladzie jednego z mebli. Pakuje rybę do lodówki i zadowolony idzie spotkać się z czytelnikami. Wieczorem po powrocie do pokoju widzi, że obsługa hotelu wyjęła łososia i położyła na stole, a lodówkę napełnia nowymi buteleczkami. Pisarz nie daje za wygraną i robi to samo, co wczoraj, tym razem zapełniając kolejną szufladę. Ale hotelarze też są konsekwentni, więc następnego dnia historia się powtarza. I kolejnego również. W efekcie, wykwaterowując się z hotelu, Umberto Eco, sława światowej prozy, musi zapłacić astronomiczny rachunek za kilkakrotne wyczyszczenie minibaru i z zepsutą rybą wraca do Włoch. Zabawna historia, akurat dla pilota wycieczek. Do wykorzystania w pracy. Przez lata mogę ją opowiadać ku radości kolejnych grup turystów. W sumie wyszła więc z tego niezła inwestycja. Za jedyne 35 złotych.

* Wchodząc do sklepu poprosiłem panią o najnowszą książkę Umberto Eco, Podróże ze śledziem! Zupełnie nie wiem dlaczego. Skąd mi się wziął ten śledź?! Nie wiem. W każdym bądź razie mój mózg z sobie tylko znanych powodów podróże ze śledziem uznał za atrakcyjniejsze od tych z łososiem.

…..

Krzysztof Matys Travel. Autorskie biuro podróży. Wycieczki do Gruzji, Armenii, Mołdawii, Uzbekistanu, Iranu

 

Jeden raz

Jest tyle krajów, których nie pamiętam. Albo pamiętam słabo. Coś tam w głowie zostało, ale niewiele. Z Grecji może oliwki, wyjątkowo dobry hotel na Krecie i betonowe pseudorekonstrukcje pałacu w Knossos. Z Portugalii wieżę, w której więziony był Józef Bem, pyszną cataplanę i świeże sardynki prosto z rusztu. Z hiszpańskiego Costa de la Luz pamiętam bociany i przyzwoite wino w ramach all inclusive. A z Maroka? Z Maroka głównie rozczarowanie Casablancą i Rabatem.

Miejsca, w których byłem tylko jeden raz. Mało czytałem, nie studiowałem ich historii, problemów i zachodzących tam zjawisk. Nie poznałem ludzi. Nie wracałem, żeby coś sprawdzić i obejrzeć jeszcze raz. Pewnie dlatego tak mało znaczą.

Egipt, Asuan, wyspa File

Egipt, Asuan, wyspa File

Ma rację Krzysztof Środa, pisząc, że „jeden pobyt w nieznanym kraju daje niewiele”. Prawie nic. A przecież większość turystów tak właśnie podróżuje. Jeden raz. Tyle jest państw na świecie – mówią. Szkoda jechać drugi raz w to samo miejsce.

Nie mógłbym tak. Wiem od dawna, że na pytanie dokąd wolałbym się wybrać, w jakieś nieznane mi miejsce czy po raz nie wiadomo który do Armenii, wybrałbym Armenię. Tak samo z innymi, dobrze znanymi krajami. Chętnie jeszcze raz na Białoruś, do Mołdawii, do Gruzji… W zasadzie, to chyba im lepiej znam, im bardziej jestem wciągnięty w bieżące sprawy, tym mocniej chce się jechać. A jeśli minęło już wiele lat i wzajemne relacje osłabły, to i sytuacja się zmieniła. W takim przypadku miejsce już nie kusi, nie wzywa. Nic nie ciągnie w tamtą stronę. Jak z dawnym zauroczeniem, które kiedyś gorące i niezwykłe, dziś nie znaczy prawie nic. Tak mam z Egiptem, Indiami, Nepalem czy Etiopią. Było, minęło. Może wrócić, ale do tego potrzebny jest nowy impuls. Coś znaczącego, coś, co na powrót obudzi zainteresowanie.

Z części jednorazowych wizyt nie powstał żaden tekst. Nic, nawet najmniejszy wpis na blogu. Bo niby co miałbym napisać? Że Madryt jest piękny i wesoły, a Rzym cudowny i niezwykły? W internecie aż nadto takich tekstów.

Etiopia, wodospad na Nilu Błękitnym

Etiopia, wodospad na Nilu Błękitnym

Z jednokrotnego wyjazdu najłatwiej pisze się poradniki. Jak kupić bilet, jak przejechać z lotniska do miasta, gdzie wymienić pieniądze. Ceny w sklepach, tanie noclegi. Użyteczne wskazówki. Chętnie czytane, bo ludzie szukają informacji. Przewodniki z wydań książkowych przeniosły się do sieci. To, co podsunie nam najpopularniejsza wyszukiwarka, to wiemy. Oczywiście, też korzystam. Gdy zaczynam uczyć się nowego kraju, robię kwerendę. Książki, artykuły i internet. Przebrnięcie przez Googla nie jest łatwe. Pojawiają się zdawkowe materiały, artykuły z niewielką ilością informacji. Powtarzające się, pisane jeden od drugiego. Przepisywane z tego samego źródła. I relacje z wyjazdów w stylu: byłem, widziałem, jest pięknie. Trzeba się natrudzić, żeby znaleźć coś wartościowego. Oryginalnych myśli jak na lekarstwo. Po co jeździmy? Po to, by powtarzać wcześniej wygłoszone kwestie?! Przy pierwszej wizycie pokusa takiego zachowania jest wielka. Bo to łatwe i nie wymaga wysiłku. Zanim się spostrzeżemy już komentujemy i oceniamy. Na podstawie czego? Czy nie nazbyt łatwo? Mówimy nie swoim językiem. Wskoczyliśmy w głębokie, dobrze uformowane koleiny. Powtarzamy za innymi. Dajemy głos stereotypom. Jeden raz to za mało, żeby poznać, wniknąć, zbadać i wyrobić opinię. Wystarczy za to, by dobrze się bawić, przeżyć coś miłego i „zobaczyć kawałek świata”. Oto turystyka.  Na ten temat zobacz też: Jak się pisze przewodniki.

Wielka majówka

Temat to pewny. Tak samo jak fakt, że w kalendarzu jest dzień pierwszego i trzeciego maja. Zatem długi weekend. Jak go spędzić i dokąd pojechać? Każdego roku, w drugiej połowie kwietnia pojawiają się artykuły w gazetach i na portalach internetowych. Trochę zdjęć i krótkich opisów. Plus garść pobieżnych rad.

Wysyp pomysłów. Najciekawsze, najdalsze lub najbliższe kierunki. Najtańsze albo najbardziej luksusowe. Coś jak konkurs, w którym wygrywa autor szczególnie oryginalnej propozycji. Z dużym wyprzedzeniem można prognozować tytuły artykułów. Obowiązkowo pojawi się coś w stylu: „Dziesięć pomysłów na weekend majowy”. Będą też bardziej szczegółowe, np. „Europejskie stolice na majówkę”. A dla patriotów: „Długi weekend w Polsce”. Ważne jest jeszcze to, żeby przez przypadek nie sięgnąć po motyw zgrany w zeszłym roku. Jednym słowem, robi się coraz trudniej. A weekend majowy jest i tą swoją obecnością domaga się reakcji. Takiego tematu nie można pominąć. Coś trzeba napisać.

Gruzja, Swanetia

Gruzja, Swanetia

Presji poddane są nie tylko redakcje, dziennikarze i blogerzy. Ciężar kilku dni wolnych od pracy czuć muszą również wszyscy czytający. Trzeba być mocno asertywnym, żeby postawić na swoim i zostać w domu.

Podróżnicy zapewne już dawno zaplanowali swoje wyprawy, kupili bilety i zarezerwowali noclegi. Z ich punktu widzenia publikowanie takich artykułów tuż przed weekendem nie ma sensu. Za późno. Szczególnie te dalsze wyjazdy projektuje się z dużym wyprzedzeniem. W dużym stopniu ze względu na bilety lotnicze, które, co do zasady, im wcześniej kupujemy, tym są tańsze.

Mój weekend majowy też już jest od dawna ustalony. W tym przypadku to oczywiście praca. Lecę z grupą do Gruzji. W zeszłym roku o tej porze byłem w Armenii. Sezon na Kaukazie zaczynamy właśnie z końcem kwietnia. Potrwa przynajmniej do połowy października.

Majówki cieszą się dużym powodzeniem turystów. Grupy szybko się zapełniają. Korzysta z tego kto może. Przewoźnicy i hotele. Organizując wycieczkę w tym terminie nie możemy liczyć na zniżki. Bilety lotnicze są drogie, a co więcej, trzeba rezerwować je z naprawdę dużym wyprzedzeniem.

Bywa, że kalendarz nie jest zbyt przychylny, dni wolnych wypada mało i początek maja niewiele różni się od przeciętnego weekendu. Nic to. Magia daty i tak zadziała. Tak, jakby wszyscy umówili się na ten właśnie termin. Może realizuje się tu sezonowość wdrukowana w geny człowieka naszej szerokości geograficznej? Zima jest bardziej do spania niż do działania. Zaleganie na zapiecku, to jest czynność właściwa tej porze roku. Czekamy na dłuższy dzień, na gęsi i żurawie, które dadzą znak, że można ruszać w drogę. Zazielenienie trawy jest sygnałem dla koczownika. Powinien pakować sakwy. Tak było od zawsze. Tak zostaliśmy zaprogramowani. Ale świat się nagle zmienił i nasza życiowa aktywność wypadła z rytmu pór roku. Wiosną nie wychodzimy już w pole, żeby orać, siać i walczyć o byt. Zimowy letarg, w który zapadliśmy w okolicach grudnia przerywamy więc w inny sposób – ruszając na wycieczkę.

PS. W historii tego bloga największą popularnością cieszył się artykuł o majówce na Litwie.

A na długi weekend polecam również wycieczkę na Białoruś.

Ile gwiazdek, tyle szczęścia

Za chwilę pełną parą ruszy wakacyjny sezon. A wraz z nim faza na poszukiwanie „najlepszych ofert”. Klienci wezmą udział w intensywnym objeździe biur podróży. Od jednego do drugiego. Istne tour de oferta. W nadziei, że może w tym kolejnym mają coś bardziej atrakcyjnego. Raczej nie mają. W Polsce jest mnóstwo biur agencyjnych, tzn. takich, które są wyłącznie sklepami. Sprzedają produkty touroperatorów, głównie tych największych, powszechnie znanych, takich jak Itaka czy Rainbow. W ofercie prawie wszyscy mają te same produkty, identyczne wycieczki i wakacje. Co więcej, ceny też jednakowe, ponieważ agenci nie mogą udzielać rabatów. Zabraniają tego umowy z organizatorami. Za złamanie tych warunków grożą kary finansowe oraz zerwanie współpracy. Do tego agenci, w olbrzymiej większości, pracują na tym samym systemie informatycznym. Jest to program MerlinX, który porównuje oferty olbrzymiej większości polskich touroperatorów. Dlatego bieganie od agenta do agenta nie ma sensu.

Taka promocja

Taka promocja

Czym zatem mogą różnić się sklepy z wakacjami? Jakością obsługi, umiejętnościami kontaktu z klientem i wiedzą na temat krajów i hoteli. Dobry agent dobrze doradzi.

Właściwie to siadłem do pisania tego tekstu z inną myślą. Chodzi o kwestię postawioną w tytule postu. Od jakiegoś czasu fenomen poszukiwania „najlepszych ofert” zajmuje mnie na tyle, że wszedł w obręb dociekań natury niemal filozoficznej.

Mamy oto cały segment turystyki, w którym wybieramy i kupujemy szczęście. A przynajmniej jego obietnicę. Trzy gwiazdki – małe szczęście, pięć gwiazdek – wielkie szczęście. W równaniu tym są jeszcze fazy przejściowe, niepewności, odcienie, większe lub mniejsze przechylenia w jedną lub drugą stronę. I duża porcja stresu. Bo przecież, jeśli płacimy za coś tak istotnego jak szczęście, to wybieramy bardzo starannie, z uwagą, żeby to było szczęście możliwie największe. Są klienci, którzy podchodzą do wyboru wakacji, jak do kupna domu czy innej inwestycji na całe życie. Śmiertelnie poważnie.

Stać nas na pięć gwiazdek. Zatem przeprowadzamy casting wśród hoteli. Oceniamy co tylko się da. Nie tylko położenie, plażę, basen i jedzenie. Co jeszcze? W jakich godzinach jest all inclusive, jak duże są pokoje, jaki wystrój łazienek, jakie kanały w TV, animacje… Ostatnio jeden z klientów przyniósł kilkustronicowy elaborat w formie tabeli, w której według wykreślonych przez niego kryteriów pogrupowane były hotele. Ile czasu mu to zajęło? Kilka godzin. Po co? Taka forma rozrywki? Może.

Ale chyba bardziej prawdopodobny jest strach. Tyle, że nie przed skandalicznie słabym hotelem, paskudnym jedzeniem i zmarnowanymi wakacjami. Nie! Raczej obawa, że nasz sen o szczęściu się nie spełni. To byłoby zbyt bolesne. To ten specyficzny strach motywuje nas do poszukiwań. Do wędrówki od biura do biura i sprawdzania wszystkiego w internecie.

W takiej konstrukcji hotel nie jest miejscem, w którym mamy odpocząć po dniu pełnym wrażeń wynikłych z pobytu w kraju o ciekawej kulturze i historii. Nie jest jednym z elementów infrastruktury, której potrzebujemy do odbycia podróży (jak samolot, autokar, walizka i ubezpieczenie turystyczne). Nie jest środkiem prowadzącym do celu. Jest celem samym w sobie! Oto hotel stał się fetyszem. Obrazem szczęścia, synonimem realizacji, prestiżu i znaczenia.

Świadomie wybieram inną turystykę. Aktywną, kulturową, z jakimiś aspiracjami. Sensem podróży jest poznanie. Czegoś więcej niż hotelowy basen.

Jutro ruszam do Albanii.

 

malgorzata olejnik

Zmiany w turystyce egzotycznej

Moimi rozmówcami są: Jacek Świercz, orientalista i pilot wycieczek z kilkunastoletnim doświadczeniem oraz Małgorzata Olejnik, która na egzotycznych wyjazdach zna się jak mało kto. Przez niemalże 25 lat prowadziła warszawskie biuro podróży OPAL, początkowo samodzielnie, a później jako współwłaścicielka. Od niedawna szefuje warszawskiemu oddziałowi biura Krzysztof Matys Travel. Przy kawie na Nowym Świecie zastanawialiśmy się nad zmianami jakie zachodzą w tzw. turystyce egzotycznej?

malgorzata olejnik

Małgorzata Olejnik

Małgorzata Olejnik: Zmienili się przede wszystkim sami turyści. Są lepiej przygotowani do spotkania z dalekim światem i bardziej świadomi, również swoich praw.  Chociaż mam wrażenie, że czasem cierpią na tym ich doznania. Bywa, że są mniej radośni i nie przywożą ze sobą tylu pozytywnych wrażeń co kiedyś. Dlaczego? Bo świat już nie jest aż tak bardzo egzotyczny. Komuś, kto był już w Japonii czy Laosie trudniej znaleźć jakiś ekscytujący cel podróży. Co prawda zmienia się również sam Orient – coraz bardziej nowoczesny i  skomercjalizowany.

Krzysztof Matys: Stąd wynika niebywały sukces Gruzji i Armenii. Na Kaukaz jeżdżą z nami osoby, które były już niemal wszędzie. Dzięki temu, że Gruzja była wyjęta z ruchu turystycznego przez 20 lat, teraz nagle stała się podróżniczym celem numer jeden. Polska turystyka potrzebuje właśnie takich kierunków, nowych i świeżych.

Jacek Świercz:  Zmienia się też formuła wyjazdów. Kiedyś turyści podróżowali raczej w tzw. grupach katalogowych. Dzisiaj coraz częściej indywidualnie lub na zasadzie wyjazdów na zamówienie. Przy czym są to wyjazdy albo w formule luksusowej (na najwyższym poziomie) albo w wersji nietypowej (wszystko musi być wyjątkowe – trasa, hotele, przewodnicy).

Krzysztof Matys: Jeśli chodzi o turystów, to nie mam wrażenia, żeby nastąpiła rewolucja.  Pamiętam ich sprzed kilkunastu lat. Znali języki, nie bali się świata, a mimo to jeździli z biurem podróży. Dlaczego? Ponieważ podobała im się oferta. Lubili też wyjątkową atmosferę i dobre towarzystwo. Podobnie jest i dziś. Spora część klientów naszego biura to ludzie młodsi ode mnie. Dobrze wykształceni, bywali w świecie. Czasem podróżują samodzielnie. Ale raz czy dwa razy w roku korzystają też z naszej oferty. Z wyżej wymienionych powodów. Nadal chodzi o to samo: trzeba zrobić atrakcyjną wycieczkę.

Małgorzata Olejnik: Wyraźnie wzrosła jednak liczba indywidualnych zapytań. Dla wielu biur to wyzwanie ponieważ trzeba przygotowywać dużo więcej ofert, często mocno skomplikowanych. Słyszę od znajomych z różnych krajów, że u nich dzieje się podobnie.

Krzysztof Matys: Dobrym remedium na to jest wąska specjalizacja. Trzeba stawiać na kierunki, które zna się doskonale. Jeśli dostaję mail z prośbą o indywidualny program do Mołdawii, to wiem, że praktycznie nie mam tu konkurencji i angażuję się w tę pracę na całego. Jeśli przygotowuję coś szytego na miarę do Armenii, to wiem, że to, co zrobię będzie wyjątkowe. Podobnie Jacek ma z Kambodżą czy Laosem, a Ty z całą paletą egzotycznych krajów dalekiej Azji.

Jacek Świercz: Ja zauważam  też skrócenie czasu trwania wyjazdów. Jeszcze kilka lat temu 26-dniowe wycieczki były naprawdę popularne. Teraz wielu turystów nie może sobie pozwolić na tak długie urlopy. Najpopularniejszy egzotyczny wyjazd to obecnie około dwóch tygodni.

Krzysztof Matys: To chyba najistotniejsza zmiana. Z wycieczek trwających trzy tygodnie zrobiliśmy programy dwutygodniowe. Na życzenie klientów. Dobrym przykładem jest Etiopia. Jeszcze 5 lat temu standardem było 21 dni. Dziś jest o tydzień krócej.

Jacek Świercz: Starym tematem w turystyce, ale ciągle aktualnym są ceny „od”. Na pierwszy rzut oka cena wycieczki wydaje się bardzo atrakcyjna, ale później okazuje się, że małymi literkami dopisano jeszcze mnóstwo opłat i to wcale nie tzw. imprez fakultatywnych, tylko za rzeczy, bez opłacenia których realizacja imprezy jest po prostu niemożliwa. Biorę do ręki katalog jednego z najpopularniejszych biur podróży. Wycieczki do Azji. I co my tam mamy?  Otóż dodatkowo trzeba płacić za przeloty wewnętrzne i przejazdy pociągiem. Co to jest  np. „obowiązkowa dopłata transportowa”?! Kompletne kuriozum to dopłata do kuszetek w Chinach, mimo że pociągi, z których korzystają turyści oferują tylko kuszetki! Nie można więc sobie w ramach oszczędności i ceny, która wielkim drukiem nas wabi, jechać tym samym pociągiem np. w fotelu lotniczym.

Małgorzata Olejnik: Albo opłaty lotniskowe, które chociaż obecnie już prawie zawsze wliczone są w cenę biletu, niektóre biura nadal pobierają  od turystów w formie dodatkowej obowiązkowej opłaty – płatnej w biurze jeszcze przed wylotem. Jeśli opłata lotniskowa faktycznie istnieje, uiszcza się ją osobiście gotówką na danym lotnisku.

jacek_swiercz_kmtravel_kambodza

Jacek Świercz wśród kolekcji sztuki kambodżańskiej

Krzysztof Matys: Być może jest to kwestia, którą powinna się zając Polska Izba Turystyki. Najlepiej byłoby w środowisku organizatorów turystyki ustalić, że nie tolerujemy takich działań. Bo jeśli nie, to zaraz pojawi się biuro, które będzie żądało obowiązkowej wysokiej dopłaty do uśmiechu pilota albo do pościeli w łóżku hotelowym. To negatywne zjawisko jest wynikiem konkurencji cenowej. Na polskim rynku cena jest najistotniejszy czynnikiem przy wyborze oferty. Taki standard stworzyła turystyka czarterowa, te wszystkie last minute do Egiptu, Turcji i Grecji. Ale podróże egzotyczne to zupełnie inna para kaloszy. Oparta jest o loty liniami rejsowymi i stałe, wysokie koszty. Tu nie ma dużych przecen i rabatów. Tu nie da się mocno obniżyć ceny.  Co więc robią niektórzy? Ukrywają jej część pod postacią dodatkowych opłat.

Jacek Świercz: Swoistym „przebojem” w tym sezonie zimowym był brak opłaconych posiłków na pokładach samolotów latających w ramach czarterów na dalekich trasach. Reklamy informowały: „Polecisz Dreamlinerem!” Zapomniano tylko dodać, że na głodniaka,  albo za dużą dodatkową opłatą. I to pod warunkiem, że posiłków wystarczy dla wszystkich. Dla porównania podczas przelotu liniami Emirates na trwającej 6 godz. trasie Dubaj – Warszawa serwis posiłkowy trwa właściwie nieprzerwanie (2 obfite posiłki plus wszystkie napoje alkoholowe i bezalkoholowe w cenie biletu). Na kolejnych odcinkach jest tak samo.

Krzysztof Matys: Coś Was naszło na omawianie mankamentów. Są tacy, którzy o trudnej sytuacji biur podróży mówią od 20 lat, a w międzyczasie zarabiają na turystyce duże pieniądze. Popatrzcie co udało się nam osiągnąć. Z malutkiego tour operatora z siedzibą w Białymstoku (dla naszych klientów z Wrocławia i Szczecina to gdzieś koło Irkucka!) zrobiliśmy coś naprawdę fajnego. Organizujemy egzotyczne wyprawy na najwyższym poziomie. Weszliśmy na ogólnopolski rynek. Jest naprawdę dobrze! A takich biur jak nasze jest więcej. I radzą sobie. Jest rynek i są zadowoleni z naszych usług turyści. Problemy, o których mówicie były zawsze. Porozmawiajmy raczej o tym, co jest nowe.

Małgorzata Olejnik: Całkowitą nowością jest np. wejście do Polski renomowanych  przewoźników lotniczych  znad Zatoki Perskiej. Ceny przelotów np. do Tajlandii wyraźnie zmalały i niejednokrotnie taniej można kupić lot samolotem rejsowym niż bilety na przelot polskim czarterem. Zdecydowanie zwiększyła się też siatka połączeń lotniczych np. do Indii, co ułatwia poznawanie przez polskich turystów innych, mniej znanych rejonów tego fascynującego kraju.

Wracam do programów szytych na miarę. Mam wrażenie, że to jest wyraźny trend w turystyce egzotycznej. Klienci chcą mieć wpływ na realizowany przez nich program, ściśle określając również jego długość, pojechać w najdogodniejszym terminie, podróżować tylko z przyjaciółmi. Popularnym kierunkiem na tego typu wyjazdy może być Indonezja, która z uwagi na swoją wielokulturowość, wspaniałą tropikalną przyrodę i piękne plaże zaspakajają najbardziej wymagające oczekiwania. Indonezyjskie hasło „jedność w różności” doskonale oddaje rzeczywistość.

Krzysztof Matys: Spytam Was teraz o przyszłościowe kierunki. Czy w najbliższych latach znajdziemy coś, co będzie przebojem turystyki egzotycznej?

Małgorzata Olejnik: Cały czas szukamy! Jest coraz więcej zapytań o Japonię. Myślę, że to może być przebój.  Polecam też Uzbekistan.

Jacek Świercz: Bardzo promuje się Azerbejdżan, który ma potencjał by stać się ciekawym dopełnieniem kaukaskich eskapad do Gruzji i Armenii. Po wieloletniej nieobecności wraca na rynki turystyczne Iran. Testujemy na sobie, a potem przygotowujemy programy. Sami wiecie, że niejednokrotnie sprzeczamy się o ofertę, bo każde z nas lubi coś innego. Ja zawsze wybiorę gwarny Hongkong lub Bangkok, a Krzysztof nastrojową kawiarenkę z widokiem na buddyjską stupę.

Małgorzata Olejnik: A ja zawsze wybiorę Japonię!

Krzysztof Matys:  Prawdziwa „Jedność w różności”. Dziękuję za rozmowę.

Zobacz poprzednią rozmowę z Jackiem Świerczem: Zakazana turystyka.

Zakazana turystyka

Rozmowy z Jackiem Świerczem – orientalistą, pilotem wycieczek, tłumaczem, znawcą i miłośnikiem Kambodży prowadzę od lat. Niedawno zaczęliśmy myśleć o ich spisaniu. Niżej przedstawiam fragment jednej z naszych dyskusji.

jacek swiercz

Jacek Świercz w Tbilisi (Gruzja)

Krzysztof Matys: Potrzeba tworzenia nowych, atrakcyjnych wycieczek może skłaniać biura podróży do kontrowersyjnych posunięć. Jesteś specjalistą od dalekiej Azji. Jest tam kilka państw, które mają specyficzną sytuację polityczną, a jednocześnie kuszą turystów. Pojechałbyś do Korei Północnej?

Jacek Świercz: Mógłbym pojechać do Korei Północnej sam, bez turystów. Lubię wszystko zobaczyć na własne oczy i mieć swoją opinię. Wiem, że zwiedziłbym ten kraj zachowując jednocześnie szacunek do siebie i nie krzywdząc  nikogo na miejscu.  Ale z grupą – nie. Co innego oglądać samemu, a co innego pokazywać coś komuś obcemu i jeszcze do pewnego stopnia brać za niego odpowiedzialność. Chyba, że miałoby to wyglądać tak jak w „Defiladzie”, gdzie mówią wyłącznie Koreańczycy. Tylko po co ja tam wtedy? Wyjazd do tego kraju kojarzy mi się z  Oświęcimiem – udekorowana brama, orkiestra gra… To kraj szczególny. Tam się prawie nic nie zmienia, nigdzie na świecie totalitaryzm  i prześladowania ludności  nie trwają już tak długo i nie na taką skalę. A wyobraź sobie, że osobiście słyszałem relacje ludzi, którzy byli tam  z biurami podróży i opowiadali jak to sobie bez przerwy dowcipy  z lokalnych przewodników robili. Coś niebywałego.

Opracowałeś program wycieczki „Szlakiem Pol Pota”. To twoje autorskie dzieło. Czym Kambodża różni się od Korei?

Czerwoni Khmerzy i wojna w Kambodży to już przeszłość! Pol Pot został obalony w 1979 roku! Kraj jest całkowicie bezpieczny. Co wcale nie znaczy, że dobrze i sprawiedliwie rządzony. Czerwonymi Khmerami interesuję się od 30 lat i chcę opowiedzieć turystom o tym  szczególnym okresie w historii Kambodży. Bez sensacji i komercji. Książki o rządach  Pol Pota znikają błyskawicznie z półek, księgarnie dla turystów w Kambodży i Tajlandii pełne są angielskojęzycznych pozycji o Czerwonych Khmerach. W Kambodży jestem z grupami kilka razy w roku i zawsze mam mnóstwo pytań o reżim Pol Pota.  Zapewniam, że można to zrobić w sposób ciekawy i delikatny. Regularnie oprowadzam  po więzieniu Tuol Sleng i jeżdżę  na „pola śmierci” do Choeung Ek. Zawsze namawiam do wejścia i obejrzenia. Niektórzy nie chcą zwiedzać. Ale nie ma Kambodży bez Pol Pota, tak jak i nie ma bez Angkoru! Można całe to zło pokazać w spokojnej konwencji „jak to dobrze, że już się skończyło” i  „nigdy więcej wojny i komunizmu”. Można opowiadać o wielkiej polityce, która do tego wszystkiego doprowadziła, o tym dlaczego Khmerzy, o których przed 1975 rokiem mówiono, że są wdzięczni i delikatni jak motyle i kwiaty, sami sobie zgotowali ten los.

A co z Birmą?

Jeżdżę tam regularnie od 10 lat. Miałem wątpliwości, ale kraj jest tak piękny, a ludzie, których spotykałem tak mili, że chciało się wracać. Najgorzej było w 2007 roku. Wycieczka była zaplanowana wcześniej. Przed naszym wyjazdem zaczęły się demonstracje, które brutalnie stłumiono. Odmówiłem podróży.  Nie tylko ze względu na bezpieczeństwo (parę dni przed wylotem  było już spokojnie), ale również na panującą w Birmie atmosferę. Anulowano grupę. Podczas kolejnych wizyt patrzyłem jak powoli rodziło się nowe. Cieszę się z zachodzących zmian.

Nie masz obaw, że wioząc do takiego kraju turystów, wspierasz tamtejszy reżim? Przecież w niejednym państwie pieniądze z turystyki idą wprost w ręce popleczników dyktatora.

Widzę i wiem  jak zwyczajni  ludzie w Birmie chcą  kontaktu ze światem. Jakie to dla nich ważne. Popatrzeć na nas, czasami zamienić parę słów. My też żyliśmy kiedyś w innych realiach  i  nie chcieliśmy żeby o nas zapomniano. Widzę też jak  Birma i Birmańczycy bogacą się  dosłownie na moich oczach. Pamiętaj, że to nie Korea Północna. W Azji Południowo-Wschodniej ludzie nadal pamiętają  jak się żyło kiedyś, znają języki obce – to nie jest ten poziom indoktrynacji jak w Korei Północnej. Jeśli się boją, to widać. Czasami wychodzą na ulice by protestować. Wtedy nie jadę. Bezpieczeństwo turystów jest najważniejsze.

Nie zapominaj też, że niektóre rządy są bogate i nic sobie nie robią z tego czy przyjedziemy czy nie. Drażliwym tematem są zawsze Chiny. Studiowałem na Tajwanie, do Pekinu pojechałem pierwszy raz jako pilot wycieczek. Po powrocie byłem „na tak”. Jestem sinologiem i wiem, że przeciętnemu Chińczykowi nigdy nie żyło się tak dobrze jak teraz i jeszcze nigdy władza nie była tam  tak łaskawa dla swego ludu. Tybet też można pokazać z trochę innej strony. Dalajlamowie nie zawsze byli dobrymi władcami. Często ciemiężyli i wyzyskiwali swój naród. Piękna, ale jakże niesprzyjająca człowiekowi przyroda dodatkowo  pomaga w wyobrażeniu sobie jak ciężko  tam żyć. O tym wszystkim można dyskutować i dyskutować.

Za łatwo chyba chcesz się uporać z tematem Chin. Mam inne zdanie. Ale odłóżmy to, zawsze przecież możemy zostać przy własnych opiniach. Weźmy kolejne zagadnienie. Pamiętam jak kiedyś rozmawialiśmy o urokach ciepłych krajów. Doszliśmy do wniosku, że nędza lepiej prezentuje się w tropikalnym klimacie. Przyjemny dla oka krajobraz maskuje ludzką biedę, a reżim w kwiatkach łatwiej zaakceptować. Wiele popularnych, turystycznych kierunków jest tego przykładem.

Tak, jesteśmy tylko ludźmi i zdarza nam się zauroczyć pięknem kraju, zapominając, że obok dzieje się ludzka krzywda. A jeśli do tego dojdzie jeszcze egzotyka: inna architektura,  muzyka, stroje … Bywa, że sam muszę walczyć z  ułudą. W takich sytuacjach zadaję  sobie pytanie: „Czy chciałbym tu żyć?”

Gdzieś właśnie kończy się wojna. Kiedy zabierzesz tam turystów? Miesiąc, rok czy pięć lat od ostatnich wystrzałów?

Sam wiesz, że  czasami relacje docierające do Polski są  wyolbrzymione. Ludzie nadal pytają mnie czy nie boję się jechać do Kambodży albo na Cejlon (Sri Lanka). Nie wiedzą, ze wojna już się tam skończyła. Zwiedzanie „ułatwia” też fakt, że Azjaci starają się jak najszybciej  zapominać o wojnach, a o smutnych sprawach często się nie rozmawia. No i nie może być niebezpiecznie.  Do Afganistanu póki co się nie wybieram.

Dobrym przykładem jest  Gruzja. Jeszcze dwa lata temu ludzie w Polsce nie chcieli wierzyć, że tam jest bezpiecznie. Ale wystarczył rok by klienci zmienili swoje opinie. Dziś już nikt nie pamięta o problemach Gruzji sprzed lat. Kraj cieszy się tak dużym powodzeniem, że wyzwaniem jest upolowanie miejsc w samolocie do Tbilisi. Zainteresowanie turystów danym krajem zmienia jego obraz według schematu: skoro wszyscy jeżdżą, to jest bezpiecznie.

Jacku, przechodząc do innego tematu, czy jesteś w stanie stworzyć jakąś definicję i zaznaczyć granice? Co można, czego nie?

Ja na przykład nigdy nie zadaję niewygodnych pytań w towarzystwie turystów. Bo po co? Stawiałoby to naszych lokalnych współpracowników w trudnej sytuacji. Jedna z turystek opowiadała  ze zdziwieniem i oburzeniem jak przewodnik Chińczyk, zapytany przez nią, co sądzi o chińskiej  obecności w Tybecie odpowiadał  bez końca „I don’t understand”. Oczywiście, że doskonale wszystko rozumiał! Ale co miał odpowiedzieć?! Mam wielu kambodżańskich znajomych i nawet prywatnie nie pytam, co robili w czasach  Czerwonych Khmerów?  Zwłaszcza jeśli wiek rozmówcy wskazuje na to, że mógłby tym Czerwonym Khmerem być. Niekiedy mówią sami, ale bardzo rzadko.

Motto? ”My wyjeżdżamy, oni zostają”. W  Azji tzw.” utrata twarzy” traktowana jest bardzo poważnie. Po co mielibyśmy narażać ich na nieprzyjemności? W imię czego? Kraje, które zwiedzamy  mają wielowiekową tradycję, często dłuższą niż nasza. Nie zmienimy ich cywilizacji w trakcie  dwutygodniowego pobytu… Nie zapominajmy,  że jesteśmy gośćmi. Myślmy!  Również o tym co inni czują.

Nie wolno zapomnieć o prawie do dumy: z kraju, z kultury, z religii. Uczyłem się tego wiele lat temu w Egipcie. Moi miejscowi przyjaciele byli jak najgorszego zdania o Mubaraku i jego rządach, ale obrażali się kiedy to ja próbowałem krytykować posunięcia egipskich władz. Tak bardzo chcieli być dumni ze swojej ojczyzny.

Ja też zawsze Polski bronię! Jeśli zaś mówimy o grupach to w wielu przypadkach decyduje kultura i wiedza pilota oraz jego umiejętności interpersonalne. Z doświadczenia wiem, że turyści w sporym stopniu przejmują styl zachowania pilota. Trzeba szybko zdobyć sobie autorytet. Właściwie nie ma takiej opcji żeby ktoś z klientów zachowywał się niestosownie. Zawsze opowiadam o  kanonie dobrych relacji z tubylcami  – już pierwszego dnia grupa wie co wypada, a co nie, jakie reakcje są mile widziane, a jakie naganne. No i patrzą na mnie. My sami dajemy przykład.  To na ogół działa. Zresztą sam wiesz.

Ciąg dalszy nastąpi… 

 

Wycieczki dla koneserów

Strona 1 z 2

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén