Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: polska wschodnia (Strona 1 z 2)

Kraina Otwartych Okiennic

Jest czymś takim, jak katowicki Nikiszowiec. Żyjącym zabytkiem i atrakcją w europejskiej skali.

Koniec maja, słoneczne popołudnie, zaraz będzie dobre światło, ciepłe, takie, które pomaga robić zdjęcia. Jadę więc. Z Białegostoku to ledwie 30 kilometrów. Na rondzie w Zabłudowie drogą w kierunku Białowieży (nie pomylić z trasą na Bielsk Podlaski!). Wąska, kręta szosa prowadzi przez las. Młody, sosnowy, wygląda jak zalesione grunty porolne. Pola tu biedne, piaski. Ludzi wyciągnął stąd Białystok. Dziś te wsie, to raczej domy na weekend, mieszkania i ogródki dziadków, którzy za nic nie chcą ich opuścić.

Cerkiew w Trześciance

Cerkiew w Trześciance

Jeżdżę tam od lat. Sam i w towarzystwie podróżników, co to wiele już widzieli. Trzymam tę krainę jak asa w rękawie. Słabo rozpropagowana, więc mało kto o niej wie. I kiedy z gośćmi mamy już zaliczoną Białowieżę, Szlak Tatarski i Tykocin, to mówię, że jest też taka niedoceniana perełka. Jedziemy i to zawsze robi wrażenie. Miejsce jest trochę jak z innego świata. Jakbyśmy po drodze przekroczyli granicę. Może to już Białoruś, a może Rosja?

Jeszcze  z piętnaście lat temu było tu trochę wstydu. Bo biednie, bo małe domki, bo drewniane. Stąd się wyjeżdżało. A kto wyjechał, chciał zapomnieć, oderwać się. W tamtych czasach poznałem kilka osób z tych wsi. Byli młodzi, mieszkali w mieście, dobrze zarabiali. Nie rozumieli co może zachwycać. Na początku nie dowierzali. Trzeba było przekonywać, że mówię serio. Zresztą ten schemat widzę w wielu innych miejscach. Dopiero gdy ktoś z zewnątrz dowartościuje, to miejscowi uwierzą. Najlepiej jakby to był ktoś z dużego miasta, super jeśli z Warszawy. A gdyby tak z zagranicy, to już w ogóle rewelacja. Zobacz np. Chińczycy na Podlasiu.

Jeszcze kilka lat przy wjeździe do wsi Soce stała taka tablica. Gdzieś zniknęła, już jej nie widzę.

Jeszcze kilka lat przy wjeździe do wsi Soce stała taka tablica. Ale gdzieś zniknęła, już jej nie widzę. Szkoda, była ładną wizytówką tego miejsca.

W tamtych czasach nie było tu żadnej turystyki. Kwater, pensjonatów, pokoi do wynajęcia. Nic. A dziś? Jest już lepiej. Jeżdżąc wczoraj zauważyłem, że pojawiły się miejsca, w których można się przespać. Spotkałem dwójkę rowerzystów. Przyjechali z daleka, odpoczywają, odkrywają nieznany kawałek Polski.

Sięgam po przewodniki sprzed kilkunastu lat. „Polska na weekend” wydawnictwa Pascal, z 1999 roku. O Krainie Otwartych Okiennic nie ma ani słowa. Nie pojawiają się też nazwy wsi, które ją tworzą. Nie ma ich na mapie. Choć autorzy przewodnika są całkiem blisko, omawiają obszar pomiędzy Białymstokiem a Białowieżą. Po prostu, wtedy nie było jeszcze tego tematu. Biała plama.

W dokładnym i szczegółowym przewodniku Tomasza Darmochwała „Północne Podlasie, Wschodnie Mazowsze”, wydanym w 2003 roku, nazwy wsi są już wymienione, ale omówione są skrótowo, po dwa zdania na każdą. Nie pojawia się jeszcze termin Kraina Otwartych Okiennic.

Początki turystyki wiążą się z działalnością Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Kraina jest projektem zainicjowanym przez PTOP. Zaczęło się w 2001 roku, od odnowienia kilku domów. Obecnie przedsięwzięciu patronuje Stowarzyszenie Dziedzictwo Podlasia. Zrealizowano już wiele przedsięwzięć, konkursów i zamierzeń promujących Krainę. Działania te wywołały  dumę  mieszkańców. Stare domy, tradycja i lokalna gwara nabrały wartości.

Największa w okolicy jest Narew. Dziś to wieś, ale od 1514 do 1934 roku miała prawa miejskie. Zawdzięczała je królowi Zygmuntowi Staremu. W I Rzeczpospolitej Narew była ważnym ośrodkiem żeglugi rzecznej, na szlaku z Wilna i Grodna do Lublina i Krakowa. Każdy, kto choćby tylko przejechał przez Narew, musiał widzieć dwie piękne i zabytkowe świątynie. Obie drewniane, wpisują się w specyfikę architektoniczną regionu. To kościół katolicki z 1775 roku oraz prawosławna cerkiew z XIX wieku. Malownicze, zwracają uwagę tych, którzy robią zdjęcia.

Jeden z domów Krainy Otwartych Okiennic

Jeden z domów Krainy Otwartych Okiennic

W odległości kilku kilometrów od Narwi leżą trzy wsie tworzące Krainę Otwartych Okiennic. To Soce, Puchły i Trześcianka. Najbardziej znana jest ta ostatnia. Prowadzi przez nią asfaltowa trasa łącząca Białystok z Białowieżą. Klasyczna ulicówka z drewnianymi domkami ustawionymi szczytami do drogi. Piękna. Zachowało się sporo budynków. Ozdobiona dodatkowo śliczną cerkwią pw. św. Michała Archanioła (1867 r.). Tyle, że ruch tu spory, ciągną samochody.

Inny świat zaczyna się tuż obok. Soce i Puchły. Wsie bez asfaltu, na uboczu. Cicho tu i spokojnie. Na ławkach przed domami starsi ludzie. Kontemplują, czekają na przyjazd dzieci, wnuków i sąsiadów. Można podejść, zagadać. Miejscowi posługują się lokalną gwarą, będącą wypadkową kilku słowiańskich języków, zaliczaną do grupy północnoukraińskiej. Ale mówią oczywiście też po polsku. Kulturowo blisko im do tradycji białoruskiej.

Krzyż wotywny na granicy wsi Soce

Krzyż wotywny na granicy wsi Soce

Soce to wieś założona w XVI wieku, zasiedlona przez Rusinów wyznania prawosławnego. Nazwa pochodzi najprawdopodobniej od socenia czyli sączenia wody, w pobliskim strumyku. W 2012 r. decyzją podlaskiego konserwatora zabytków została wpisana do rejestru zabytków.

Jedną z wizytówek Krainy jest drewniana cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Bożej w Puchłach. Takich perełek w okolicy jest więcej. Przebiega tędy Szlak Świątyń Prawosławnych. Jak czytamy na stronie internetowej gminy Narew: Turysta przemierzający szlak może podziwiać zabytkowe, drewniane, różnorodne w stylu i wieku cerkwie i inne obiekty kultu religijnego Prawosławia, takie jak kapliczki oraz przydrożne krzyże wotywne.

Jest wiele domów bardziej kolorowych i zdobnych, ale ten zachwycił mnie w sposób szczególny

Jest wiele domów bardziej kolorowych i zdobnych, ale ten zachwycił mnie w sposób szczególny

Krainę przecina Podlaski Szlak Bociani (ciekawa przyrodniczo trasa z Białowieży przez Tykocin aż do Goniądza, zobacz więcej w artykule: Dzień bociana). W Socach gniazda na słupach jedno obok drugiego. Poletka tu niewielkie, podzielone miedzami i laskami. Sporo łąk. Nie ma jeszcze wielkopowierzchniowych monokultur, które nie sprzyjają bocianom. Dlatego na Podlasiu ptaków nie ubywa, w przeciwieństwie do innych regionów kraju.

Urok miejsca tworzy szczególna architektura. Drewniane domy i cerkwie. Bogate zdobienia snycerskie. Kolory. Niespotykana w innych regionach Polski ornamentyka nawiązuje do rosyjskiego budownictwa ludowego. Drugą wartością jest przyroda. Zielono tu i pięknie. Akurat na rower. Jeździ się nie wybetonowanym ścieżkami, a zwykłymi polnymi drogami. Warto pojechać dalej, wzdłuż doliny Narwi przez kolejne malownicze wsie: Ciełuszki, Kaniuki, Dawidowicze, Pawły i Ryboły. Lokalny  folklor i gwara stanowią kolejną atrakcję. Cieszę się gdy spotykam turystów. Do tej pory było to miejsce zupełnie nieskomercjalizowane. Dziś jest już agroturystyka. Od lipca w Puchłach będzie można kupić lokalne pamiątki. Niech się rozwija!

Zobacz też: Turystyczna Polska Wschodnia.

Wieś Soce, fot. Justyna Wasyluk

Wieś Soce, fot. Justyna Wasyluk

PS

W okolicy z powodzeniem organizuje się też spływy kajakowe. Z Narwi do Puchł jest około 3 godzin wiosłowania, z Puchł do Plosek około 5 godzin. Krainę Otwartych Okiennic można włączyć też w dłuższą trasę kajakową, rozpoczynając spływ w Narewce, na terenie Puszczy Białowieskiej. Trwa 3 lub 4 dni.

In English: Wooden architecture in Podlasie.

Zapisz

Hotel w Suwałkach

Jeden z najładniejszych w Polsce. Uwiódł mnie i dlatego zostałem hotelarzem. Co prawda tylko na ćwierć gwizdka, dalej moim podstawowym zajęciem są egzotyczne wycieczki, ale jednak… Coś tam konsekwentnie przy nim robię. To Loft 1898 – najpiękniejszy hotel na Suwalszczyźnie.

Otwarty został wiosną tego roku, a już ma mnóstwo fantastycznych opinii. Na Booking.com ocena 9,5 na 10! Z oznaczeniem „wyjątkowy”! Więcej opinii tu.

Od wielu lat zajmuję się turystyką i jeżdżę po świecie. Naoglądałem się hoteli. Większości nie pamiętam. Podobne jeden do drugiego, poginęły w pamięci. Tym bardziej doceniam obiekty wyróżniające się i ciekawe. Takie, które dają coś więcej niż wygodne łóżko i śniadanie na czas. Co to może być? Szczególne położenie, oryginalna architektura, pomysł na wystrój, wyjątkowa kuchnia…

Pokój w hotelu Loft 1898

Pokój w hotelu Loft 1898

Skąd się wziął nasz hotel? Pod koniec XIX wieku wzniesiono tu carskie koszary. W dwudziestoleciu międzywojennym stacjonował w nich słynny 2. Pułk Ułanów Grochowskich. Więcej na ten temat w artykule: Historia Hotelu Loft. W PRL-u dalej był to teren wojskowy, później popadł w ruinę.  Jeszcze kilka lat temu przedstawiał opłakany widok. Dziury zamiast okien, zniszczony dach, w środku wyrosły młode drzewa. Odwiedzający Suwałki pasjonaci ze Stowarzyszenia Ułanów Grochowski już się pogodzili, że zabytkowy i drogi im obiekt zniknie z mapy miasta, kiedy ku ich zaskoczeniu inwestycja ruszyła. Po kilku latach prac udało się zamienić mocno podniszczony budynek w piękny hotel. Co ważne, zachowano możliwie dużo z oryginalnej substancji budynku. Widać to już z zewnątrz. Wyczyszczenie i odrestaurowanie ceglanej elewacji wiązało się ze sporym wysiłkiem.

Architektura

Uratowano zabytkowe mury, wzbogacając je o nowoczesne elementy. Dzięki temu powstał obiekt o wyjątkowej architekturze. Gościom hotelowym bardzo podobają się loftowe wnętrza i ich ciekawy wystrój. Uwagę zwracają duże fototapety z przedstawieniami najpiękniejszych miejsc Suwalszczyzny. Zobacz pokoje.

Kuchnia

Integralną częścią hotelu jest restauracja Tatarak. Ściśle nawiązuje do specyfiki regionu. To miejsce, w którym można odkryć dawne smaki Suwalszczyzny i rozsmakować się w potrawach typowych dla północno-wschodniej Polski. Specjalnością restauracji  jest kuchnia „fusion”, której zasady, polegające na łączeniu tradycji z nowoczesnymi trendami w gastronomii, doskonale komponują się z wyjątkowym charakterem hotelu. Więcej o restauracji Tatarak.

Gdzie leżą Suwałki?

Tuż za Augustowem, a to miasto zna chyba każdy. Jest jedną z wakacyjnych stolic Polski. Latem bywa tu bardzo tłoczno. Nadal działa sława sprzed lat („Beata z Albatrosa”), ale doszły też nowe, udane działania promocyjne. Zaangażowanie radiowej „Trójki” czy imprezy typu „Pływanie na byle czym”. Augustów słusznie cieszy się tak dużym powodzeniem.

Warto pojechać dalej, 30 km za Augustów. Tam, gdzie ludzi znacznie mniej, gdzie piękne okolice i wspaniała przyroda. Zaprasza przyjazny turystom Wigierski Park Narodowy oraz urokliwy Suwalski Park Krajobrazowy. Rzeki, lasy i jeziora. Mnóstwo ścieżek rowerowych i tras kajakowych. Do tego naprawdę wyjątkowa kuchnia! Sięgająca pamięcią do czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego (połączenie wpływów litewskich, białoruskich, tatarskich i karaimskich).

Poza tym, co koniecznie należy podkreślić, Suwałki znajdują się po drodze na Litwę, Łotwę i do Estonii. Stąd już tak blisko do Wilna, że stolicę Litwy da się zobaczyć w ciągu jednodniowej wycieczki. Właśnie o tego typu atrakcje można wzbogacić pobyt na Suwalszczyźnie. Niezależnie od tego czy będą to wakacje czy tylko dłuższy weekend. Tak samo konferencje, szkolenia i sympozja. Byliście już w Białowieży i na Mazurach? Nie chcecie powtarzać wytartych szlaków? Zapraszamy do nas! Będzie nie mniej ciekawie i bardzo elegancko. A do tego zorganizujemy pełną atrakcji wycieczkę na Litwę.

More info about Suwałki Region (Suwalszczyzna) on our website in English: Poland Tour Operator, Suwalki Region.

Dzień Bociana, 31 maja

Święto obchodzimy od 2003 roku. Wprowadzono je z inicjatywy Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Przyrody „pro Natura”.

Można powiedzieć, że w samą porę, ponieważ bocian biały wymaga dziś szczególnej uwagi. Przyzwyczailiśmy się, że te ptaki po prostu są. Wrosły w nasz krajobraz. Stały się symbolem kraju. Przynoszą szczęście, wiosnę i dzieci. Od lat powtarzamy, że co piąty bociek to Polak, że w Polsce gniazduje najwięcej bocianów na świecie. Próbujemy wykorzystywać ten fakt do promocji turystyki.

Bocian biały (Ciconia ciconia)

Bocian biały (Ciconia ciconia)

Tymczasem ostatnie dane są mocno niepokojące. Z przeprowadzonego właśnie spisu wynika, że w Polsce bocianów ubywa. W 2004 roku żyło u nas ok. 52 tys. par lęgowych, w tym roku już tylko nieco ponad 40 tys. Wygląda też na to, że Polska straciła palmę światowego pierwszeństwa. Więcej bocianów jest w… Hiszpanii.

Najgorzej jest na zachodzie kraju, gdzie ubytki sięgają nawet 40 procent! W niekorzystnej statystyce przoduje woj. dolnośląskie. Dalej jest opolskie, śląskie i wielkopolskie. Największym zaskoczeniem jest chyba woj. warmińsko-mazurskie. W regionie, który do tej pory uchodził za ostoję tych ptaków, zanotowano znaczący spadek (z 10 tys. par w 2004 roku, do 7 tys. w 2015).

Wygląda na to, że sytuację ratuje woj. podlaskie, gdzie według wstępnych danych, boćków nawet przybyło. Nie będę miał nic przeciwko, jeśli to właśnie Podlasiu przyjdzie nosić zaszczytny tytuł ostoi europejskiego bociana.

Prognozujemy, że w Hiszpanii, która właśnie wyszła na prowadzenie, sytuacja może ulec zmianie. Tamtejsze boćki przestawiły się na śmieciowe jedzenie. Żerują na śmietnikach, trzymają się bardziej miast, niż wsi. Przestały też migrować, zimują na Półwyspie Iberyjskim. Ale do 2020 roku Hiszpania zobowiązana jest zamknąć znaczącą część śmietnisk. Podobna sytuacja jest w Portugalii. Zabraknie łatwego jedzenia (również zimą) i w efekcie zmniejszy się populacja bocianów.

Województwo podlaskie próbuje sprostać wyzwaniu. Mamy tu Europejską Wieś Bocianią w Pentowie koło Tykocina.  W 2002 roku utworzono Podlaski Szlak Bociani. Prowadzi przez najcenniejsze przyrodniczo tereny w skali całej Europy. Łączy aż cztery parki narodowe: Białowieski – najstarszy park narodowy w Polsce, Narwiański – zwany polską Amazonią, Biebrzański – największy nasz park oraz znany z pięknych jezior i rzek – Wigierski Park Narodowy. Licząca 412 km trasa wiedzie z Białowieży, przez Narew, Suraż, Tykocin i Goniądz, aż po Stańczyki na Suwalszczyźnie.

Część podlaskiego krajobrazu

Część podlaskiego krajobrazu

Dlaczego w Polsce ubywa bocianów? W opinii specjalistów winna jest zmiana charakteru rolnictwa. Przewidywano to zresztą już 10 lat temu. Wiadomo było, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej nastąpią zmiany w infrastrukturze. W niektórych regionach kraju pola zostały zajęte przez wielkopowierzchniowe monokultury. Osuszono to i owo, uregulowano cieki wodne. Bociany lubią mokre łąki, niewielkie poletka i miedze. Lubią też pasące się na łąkach krowy (zwierzęta kopytami płoszą bocianie ofiary: gryzonie, owady i płazy). Ptaki znikają z obszarów, w których pojawiły się wielohektarowe uprawy kukurydzy i rzepaku, ponieważ bociany nie są w stanie tam żerować. W suche lato nie odchowają potomstwa tam, gdzie zlikwidowano mokradła, starorzecza i sadzawki.

Bocian jest szczególnym towarzyszem człowieka. Jego populacja rozwinęła się w wyniku przekształcenia części bezkresnych puszcz w łąki i pola. Na nich, a nie w lesie, mógł znaleźć pożywienie. Stworzyliśmy bocianom dobre warunki, zżyliśmy się z nimi, wpisaliśmy w naszą kulturę i krajobraz. I właśnie rozpoczęliśmy proces zmiany. Żegnamy się z tymi sympatycznymi ptakami. Rozwijamy wsie w kierunku, który bocianom się nie spodoba.

Jeszcze jeden niepokojący fakt. W wielu miejscach Polski nie ma już prawie jaskółek. Wychowałem się na podlaskiej wsi. W czasie mojego dzieciństwa te ptaki występowały powszechnie, były czymś oczywistym. Tuż przed deszczem latały nisko jedna obok drugiej. Wiejskie budynki, chlewy i chlewiki oblepione były ich gniazdami. A dziś? Rażąco ograniczono, niemal wyeliminowano tradycyjną hodowlę zwierząt. Wybudowano nowoczesne farmy, hermetyczne fabryki mięsa, jaj i mleka. Zniknęły więc i muchy. A z nimi również jaskółki. Grozi nam, że za kilka lat dzieci nie będą rozumiały przysłowia, że pierwsza jaskółka wiosny nie czyni.

Przełom maja i czerwca to dobry moment na bocianie święto. Akurat wykluwają się młode. Oby było ich jak najwięcej! Za kilka tygodni będziemy oglądać ich pierwsze loty.

Puńsk (Punskas). Litwini w Polsce

Jedną z wielu turystycznych atrakcji Suwalszczyzny jest jej wielokulturowość. Obszar niegdyś zamieszkiwany przez Jaćwingów, u schyłku średniowiecza zasiedlony został przez żywioły etniczne idące z kilku kierunków. Poza Polakami i Rusinami znaleźli się tu również Litwini. Później doszli jeszcze Tatarzy, Karaimi, Żydzi, Niemcy i rosyjscy staroobrzędowcy. A wszystko to na stosunkowo niewielkim obszarze. Mieszanka religii, tradycji i języków.

Dwujęzyczna tablica przy wjeździe do wsi

Dwujęzyczna tablica przy wjeździe do wsi

Jeśli przyjedziecie w okolice Suwałk, pofatygujcie się do Puńska. Mało jest tak oryginalnych gmin. Aż 80 proc. mieszkańców to Litwini. To szczególny przypadek, kiedy mniejszość jest większością.

Umówieni jesteśmy z wójtem, Witoldem Liszkowskim. Podjeżdżamy pod urząd gminy. Właśnie skończyła się sesja rady. Przed wejściem do urzędu grupa osób. Rozmawiają. Oczywiście po litewsku. Wójt przyjmuje nas poczęstunkiem (wschodnia gościnność). Pytamy o turystykę w regionie, ale też o specyfikę gminy. Co wyjątkowego? Szkoły, w których językiem nauczania jest litewski (rodzice wybierają czy dziecko będzie uczyło się matematyki i geografii po polsku czy po litewsku). Nazwy miejscowości w dwóch językach. Zespoły folklorystyczne, w których tańczą już czteroletnie dzieci. Kilka wydawnictw. Na pierwszy rzut oka widać, że poczucie przynależności narodowej bardzo tych ludzi łączy i motywuje. Są aktywni. Obserwujemy pracę urzędu, dzwonią telefony, przychodzą interesanci, dominuje język litewski.

Galeria Stara Plebania

Galeria Stara Plebania

Bliżej przyglądamy się turystyce. Miejscowość jest niewielka, położona z daleka od popularnych szlaków, więc i turystów niezbyt wielu. Infrastruktura wcale nie jest zła. Znajdziemy tu kilka naprawdę dobrych regionalnych restauracji (kuchnia litewska). Jest też co zobaczyć. A hotele? Baza noclegowa dla większych grup jest w pobliskich Suwałkach (zobacz: hotel Suwałki). W regionie są kwatery agroturystyczne. Nie ma więc problemu. Czego zatem Puńsk potrzebuje? Chyba promocji. I kilku pomysłów na komercjalizację tego, co ma. Dziś turyści szukają czegoś oryginalnego. Lubią egzotykę i zaskakujące, nieodkryte jeszcze atrakcje. W takim ujęciu Puńsk dysponuje mocnymi atutami! Podobnie zresztą jak spora część Suwalszczyzny i województwa Podlaskiego.

Motywem zdobniczym plakatu jest oczywiście litewska krajka

Plakat na drzwiach pracowni

Zwiedzić i obfotografować należy niewielki, ale uroczy skansen. Obowiązkowo wizyta w muzeum ulokowanym w starej plebanii. Sam budynek jest atrakcją. W środku ciekawe zbiory – świadectwa historii tych ziem. Turystom można organizować warsztaty rękodzieła. W budynku szkoły znalazły swoje miejsce niewielkie pracownie, tkacka i stolarska. Dzieci chętnie uczą się tradycyjnych technik. Najciekawsze wydają się krajki, czyli wzorzyste pasy, towarzyszące człowiekowi od narodzin do śmierci. Nimi dekorowane były kołyski, ubrania dzieci i weselne stroje. Na krajkach spuszczano trumnę do grobu. Wchodzimy do kościoła w Puńsku, ściany udekorowane tym samym wzorem. Jeśli ktoś szuka jednej, typowo litewskiej pamiątki, którą mógłby kupić na Suwalszczyźnie, to będzie to krajka.

Na jak długo trzeba tu przyjechać? To zależy. Jeśli to grupowa, intensywna wycieczka, to wystarczy kilka godzin zakończonych pysznym obiadem (kartacze, soczewiaki lub litewskie bliny, a na deser oczywiście mrowisko – kopiec cienkich faworków polany miodem). Ale jeśli ktoś szuka dłuższego wypoczynku w ciszy i spokoju, znajdzie tu wyśmienite warunki. Puńsk jest malowniczo położony nad niewielkim jeziorkiem. Dookoła pola, laski i pagórki. Sielsko. Na wakacje akurat.

Jak daleko jest do Puńska? Z Suwałk to niecałe 30 km, z Białegostoku 160, a z Warszawy 320. Do przejścia granicznego z Litwą (Budzisko) jest ledwie 8 km.

Litewskie, wielokulturowe tematy czekają na nas również w pobliskich Sejnach. Po drodze do tego ciekawego miasteczka zatrzymajmy się w Osadzie Jaćwiesko-Pruskiej. To mocno oryginalne miejsce. Gospodarz, Piotr Łukaszewicz, własnym sumptem stworzył coś, co ma przypominać o dawnych mieszkańcach tych ziem. Są tu miejsca mocy, ogrodzony palisadą gród obronny i przedchrześcijański święty krąg. Pan Piotr oprowadza po obiekcie, wiele opowiada i stara się zainteresować przybyszów historią przodków.

Skansen w Puńsku

Skansen w Puńsku

Więcej o atrakcjach regionu w artykułach Suwalszczyzna oraz Sejny. Miasteczko na kresach.

Dziękuję Pani Jolancie Łatwis z urzędu gminy w Puńsku za pomoc w organizacji naszej wycieczki!

More info about Suwałki Region (Suwalszczyzna) on our website in English: Poland Tour Operator, Suwalki Region.

Suwalszczyzna

Region turystycznych możliwości. Uważam, że Suwalszczyzna ma przed sobą dobre czasy. Położenie w północno-wschodniej Polsce, tuż przy granicy z Litwą, Białorusią i Obwodem Kaliningradzkim, stwarza olbrzymie możliwości rozwoju turystyki transgranicznej. Zatrzymują się tu Polacy jadący do krajów nadbałtyckich oraz Finowie i Estończycy podróżujący w kierunku Europy Zachodniej.

Zabytkowy klasztor na Wigrach jest jedną z wizytówek Suwalszczyzny.

Zabytkowy klasztor na Wigrach jest jedną z wizytówek Suwalszczyzny

Ciekawostką geograficzną są trójstyki granic. Na Suwalszczyźnie znajdują się aż dwa miejsca, w których spotykają się granice trzech krajów: Polski, Litwy i Rosji (punkt „Wisztyniec” nieopodal Wiżajn) oraz Polski, Litwy i Białorusi (na rzece Marycha w Puszczy Augustowskiej).

Wiadomo, że północno-wschodnia Polska przyrodą stoi. To słynne Zielone Płuca. Na Suwalszczyźnie znajdują się dwa parki narodowe: Wigierski oraz leżący na południowej granicy regionu, Biebrzański Park Narodowy. Oba parki dają duże możliwości turystyczne. W Wigierskim utworzono 250 km oznakowanych szlaków pieszych, rowerowych i ścieżek edukacyjnych.

Do tego aż 21 rezerwatów przyrody! I już tylko z tego powodu warto tu przyjechać. Zobacz też: Turystyczna Polska Wschodnia.

Rzeka Szeszupa

Rzeka Szeszupa

Suwalszczyzna jest krainą prawie 150 jezior! Znajdziemy tu zarówno akweny z piaszczystymi plażami, jak i śródleśne, malownicze jeziorka o stromych brzegach. Przez region przepływa kilka rzek znanych wszystkim miłośnikom kajakarstwa. To Czarna Hańcza i Rospuda. Ale na pewno warto wziąć pod uwagę również Szeszupę i Marychę. Te dwie ostatnie w szczególności polecane są doświadczonym kajakarzom, szukającym kontaktu z naturą, nieskażoną jeszcze masową turystyką.

To kolejna zaleta Suwalszczyzny. Turystów tu jeszcze niezbyt wielu. Wystarczy zejść z najczęściej wykorzystywanych szlaków, by móc do woli cieszyć się kontaktem z przyrodą.

Rewelacyjne warunki turystyczne znajdziemy na obszarze Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Wyjątkowe w skali całej Polski ukształtowanie terenu jest dziełem lodowca, który przesunął się tędy 10 tys. lat temu. Zobaczymy tu najpiękniejsze przykłady moren i naturalnych głazowisk. Wyjątkowo atrakcyjne widoki tworzą wysokie wzgórza, na czele z najbardziej znaną Górą Cisową, oraz głębokie doliny, kryjące malownicze jeziora. W tej okolicy znajduje się najgłębsze w Polsce jezioro – Hańcza (108,5 m).

Jeziora Gałęziste i Samle, fot. H. Stojanowski

Jeziora Gałęziste i Samle, fot. H. Stojanowski

Na terenie Suwalskiego Parku spotykamy wiele archeologicznych świadectw obecności Jaćwingów, dawnych mieszkańców tych ziem. Wśród nich wyróżnia się grodzisko na Górze Zamkowej. Interesującym obiektem jest molenna, czyli świątynia staroobrzędowców we wsi Wodziłki – najstarsza tego typu budowla w Polsce.

Wychowałem się na pograniczu Podlasia i Suwalszczyzny. Tu w czasie I Rzeczpospolitej przebiegała granica między Koroną i Wielkim Księstwem Litewskim. Etnicznie i kulturowo obszar formował się dość późno, u schyłku średniowiecza. Jaćwingowie ustępowali miejsca żywiołom polskim i ruskim. Z czasem doszli jeszcze Żydzi, Niemcy, Tatarzy i Karaimi. Powstała mozaika kultur. Do dziś widać ją w krajobrazie miast i wsi, kuchni, a nawet lokalnej gwarze.

Już krótki rys historyczny wystarczy, by zdać sobie sprawę ze specyfiki regionu. Obszar dzisiejszej Suwalszczyzny podzielony był między Koronę i Wielkie Księstwo Litewskie. Po 1795 roku znalazł się pod zaborem pruskim. Następnie przeszedł w ręce rosyjskie. Po wybuchu I wojny światowej zajęty został przez wojska niemieckie. W dwudziestoleciu międzywojennym podzielony był między Polskę i Niemcy. Dziś spora część historycznej Suwalszczyzny należy do Litwy. Zobacz też: Puńsk. Litwini w Polsce.

Najtrudniej docenić to, co się ma. Może dlatego mieszkańcy tych terenów tak niepewnie promują swój piękny region. Może śmiałości muszą nabrać od kogoś z zewnątrz. Jak tutejsze walory docenią w Warszawie i Londynie, to i oni sami w nie uwierzą.

Widok z góry Zamkowej na jezioro Szurpiły.

Widok z Góry Zamkowej na jezioro Szurpiły

Jeśli ktoś z lokalnych władz, gmina czy jakakolwiek inna jednostka, ma pomysł na swój region, proszę niech się zgłasza. Chętnie pomogę. Od lat zajmuje się światową turystyką. Jest wiele przykładów, które można wykorzystać.

A do turystów mam apel. Nie zatrzymujcie się na Augustowie! Przejedźcie jeszcze 30 km. Tam czeka na odkrycie piękna, wyjątkowa kraina. Naprawdę warto! Dla przyrody, pięknych krajobrazów, mozaiki kultur i wyśmienitej kuchni. Nie macie planów na wakacje? Polecam Suwalszczyznę!

Zobacz także: Sejny – miasteczko na kresach.

Dziękuję Suwalskiej Izbie Rolniczo-Turystycznej za udostępnienie zdjęć.

Polecam piękny hotel w Suwałkach.

PS. Zapraszam na warszawskie targi LATO: 17-19 kwietnia. Suwalszczyzna będzie tam mocno reprezentowana. Przewidziano wiele atrakcji dla dorosłych i dzieci, w tym degustacje specjałów regionalnej kuchni oraz konkursy z nagrodami.  Do wygrania m.in. pobyt w hotelu na Suwalszczyźnie!

 

More info about Suwałki Region (Suwalszczyzna), Podlasie and tourism in Belarus & Lithuania on website in English: Poland Tour Operator.

Szczebrzeszyn. Najstarsza polska cerkiew

Z dwóch powodów chciałem odwiedzić to miasteczko. Przyciągał mnie najsłynniejszy polski chrząszcz, tak pięknie do literatury wprowadzony przez Jana Brzechwę. Wszystkie dzieci wiedzą, że w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie. Pamiętam, że jako dziecko zastanawiałem się czy ten Szczebrzeszyn naprawdę istnieje. A jeśli tak, to gdzie? I jak wygląda? Teraz chciałem to sprawdzić.

Słynny chrząszcz w centrum Szczebrzeszyna

Słynny chrząszcz w centrum Szczebrzeszyna

Powód drugi jest bardziej poważnej natury. Interesowała mnie cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny. To najstarsza prawosławna świątynia w Polsce. Rewelacyjny zabytek, ostatnio odrestaurowany. Ładnie się dziś prezentuje. Jakże wymowna jest historia tego kościółka!

Po raz pierwszy na wzmiankę o cerkwi w Szczebrzeszynie trafiłem przy okazji lektury materiałów dotyczących akcji burzenia prawosławnych świątyń w II Rzeczpospolitej. To mniej zaszczytny moment naszych dziejów. Brzydka rysa na ładnym wizerunku przedwojennej Polski. W powszechnej świadomości niemal zapomniana. Trudno się dziwić, chwalić się wszak nie ma czym.

Zamierzano zburzyć tak wyjątkowy zabytek! W 1938 roku rozpoczęto rozbiórkę. Nie była to żadna spontaniczna akcja, tylko zaplanowany rządowy proces. Zniszczono kopułę i część dachu. Budynek został uratowany przez mieszkańców Szczebrzeszyna. Protestowali, a wspierał ich w tym piętnasty ordynat na Zamościu i były minister spraw zagranicznych, Maurycy Zamoyski. Udało się wstrzymać rozbiórkę.

Historia cerkwi dobrze oddaje skomplikowane dzieje regionu. Najprawdopodobniej zbudowano ją na miejscu wcześniejszego kościoła romańskiego. Ostatnie prace archeologiczne pokazały fundamenty typowe dla średniowiecznych świątyń katolickich. Cerkiew istniała już najprawdopodobniej w połowie XIV wieku (choć znajdziemy też zwolenników teorii o ufundowaniu jej w końcówce wieku XII). W 1596 roku stała się obiektem unickim i w wyniku kolejnych przebudów utraciła architektoniczne cechy świątyni prawosławnej. W drugiej połowie XIX wieku, po likwidacji unii przez władze carskie, wróciła do prawosławia. Po pierwszej wojnie światowej pozbawiona wiernych stała opuszczona. W 1938 znalazła się na liście cerkwi przeznaczonych do wyburzenia w ramach akcji polonizacyjnej.

Cerkiew Zaśnięcia NMP

Cerkiew Zaśnięcia NMP

Szczebrzeszyn jak na tak stare miasto przystało ma więcej zabytków. Dziś najwięcej uwagi poświęca się synagodze. Pochodzący z XVII wieku budynek został spalony przez Niemców. Wyremontowany obiekt jest teraz siedzibą Miejskiego Domu Kultury. W środku znajdziemy ekspozycję poświęconą synagodze. W mieście są też kilkusetletnie kościoły katolickie: św. Mikołaja Biskupa i św. Katarzyny Aleksandryjskiej z zespołem budynków poklasztornych.

Cerkiew Zaśnięcia może spełnić ważną rolę. Z racji na swoją szczególna historię doskonale nadaje się do tego, żeby przy okazji jej zwiedzania mówić o trudnej historii wschodniej Polski, o tolerancji i wielokulturowości. Jako obiekt o tak dużym znaczeniu historycznym zasługuje chyba na większą promocję.

Jeśli będziecie w Zamościu koniecznie zajrzyjcie do pobliskiego Szczebrzeszyna.

Zamość

Turystyką egzotyczną zająłem się dawno temu, jeszcze na studiach. Później życie nabrało tempa i nie było czasu na Polskę. Po powrocie z dalekich krajów, żeby odpocząć zaszywałem się na rodzinnym Podlasiu. Dlatego jest jeszcze wiele miejsc, w których nie byłem. Odkrywam swój kraj. Nadrabiam zaległości.

Ratusz i ormiańskie kamienice

Ratusz i ormiańskie kamienice

Korzystając z zaproszenia hotelu Mercure odwiedziłem Zamość. Od dawna chciałem zobaczyć to „idealne miasto”. Piękne miejsce. Jak wygląda ratusz i otaczające go kamienice oczywiście wiedziałem. Zabytki Zamościa są charakterystyczne, bardzo malownicze i łatwo zapadają w pamięć. Ale spore wrażenie zrobił na mnie rozmach, ilość turystów i atmosfera. Masa ludzi w kawiarnianych ogródkach. Sporo się dzieje. W niedzielne popołudnie trafiliśmy na spektakularne wydarzenie – start trzech balonów z samego centrum zabytkowego rynku.

Zacząłem od poszukiwania miejsc, o których kiedyś słyszałem. W pierwszej kolejności chciałem znaleźć najstarszą w Polsce aptekę (historyk parający się turystyką lubi takie tematy), następnie ruszyłem śladami mieszkających tu kiedyś Ormian (ze względu na moje zainteresowania Armenią). Szybko znalazłem i jedno i drugie. A nawet więcej niż się spodziewałem.

Apteka Rektorska działa od 1609 roku!

Apteka Rektorska działa od 1609 roku!

Urokliwe są kamienice otaczające Rynek Wielki. Te najbardziej efektowne, położone na prawo od ratusza wznieśli Ormianie. W I Rzeczpospolitej byli wpływową i bardzo zamożną społecznością. Dochody czerpali z handlu. To dzięki nim na nasze ziemie trafiały egzotyczne towary, od rodzynek i jedwabi, po broń i wierzchowce. Było to bardzo lukratywne zajęcie, a Ormianie opanowali je do mistrzostwa. Zarobione pieniądze inwestowali w miejscu zamieszkania, współtworząc takie miasta jak Lwów i Zamość.

Kilka słów o hotelu. Lubię takie miejsca i jeśli tylko mam taką możliwość, to z zamysłem je wybieram. Chodzi o hotele z historią, o wartość dodaną, o coś więcej niż dobry standard pokoju. Mercure w Zamościu jest rewelacyjnie położony, tuż obok ratusza. Stworzono go łącząc w jeden obiekt sześć zabytkowych kamienic. Dobrze prezentuje się hotelowe lobby – ciekawe zestawienie nowoczesnej architektury z wiekowymi murami. Fajnie jest zjeść śniadanie (pyszne i elegancko podane) w restauracji, z której wychodzi się bezpośrednio na rynek.

Zresztą Mercure kontynuuje tu hotelarskie tradycje. Pod koniec XIX wieku dokładnie w tym samym miejscu powstał hotel Wiktoria. Przetrwał do 1941 roku.

Starówka choć niewielka, to oczywiście gromadzi większość turystycznego ruchu. Warto wyjść poza jej centralną część. Uroczy jest malutki Rynek Solny. Polecam tamtejsze restauracje. W jednej z nich (szczycącej się kultywowaniem ormiańskich tradycji) znalazłem gęsie pipki – rewelacyjne, dziś niemal zapomniane danie kuchni kresowej (faszerowane gęsie żołądki). Zobacz też: Kulinarne przeboje.

Start balonów z Rynku Wielkiego

Start balonów z Rynku Wielkiego

A wieczorem, już po zachodzie słońca, polecam Rynek Wodny. Urządzono tam wspaniałą zabawę dla dzieci. Z chodnika, pionowo w górę strzelają podświetlanie strumienie wody. W tak upalne lato jak w tym roku, sprawdza się idealnie. Rodziny z dziećmi mają niezłą frajdę. Mimo późnej pory bawiło się tam sporo maluchów. I dobrze. Przypomina to południowe kraje, gdzie wieczorami, turystyczne części miast należą do całych rodzin.

Po zwiedzeniu Zamościa ruszyliśmy do odległego o 20 km Szczebrzeszyna. W poszukiwaniu najsłynniejszego polskiego chrząszcza. Ale to już temat na kolejną opowieść.

Zobacz też: Hotel Loft 1898 w Suwałkach.

More info about tourism in Zamość on website in English: Poland Zamosc.

Chińczycy na Podlasiu

Kilka ostatnich dni spędziłem w towarzystwie dziennikarzy i przedstawicieli chińskiej branży turystycznej. Przyjechali zobaczyć Polskę. Udało się namówić ich również na wizytę w naszym regionie. Grupy z Chin, co prawda niezbyt licznie, ale przyjeżdżają do Polski. Odwiedzają Warszawę, Kraków i może Wrocław. W programie często mają też Oświęcim (sami o to proszą) i Żelazową Wolę (popularność muzyki Chopina). Koniecznie musi być Gdańsk – Chińczycy namiętnie kupują wyroby z bursztynu. Podlasie jednak omijają. Próbujemy to zmienić. Stąd ta wizyta. Zobacz film z tego wydarzenia: Turyści z Chin na Podlasiu.

Podlasie, Soce, Kraina Otwartych Okiennic. "Duch puszczy" przypadł do gustu naszym gościom. Właścicielowi butelki dziękujemy za podarunek!

Podlasie, Soce, Kraina Otwartych Okiennic. „Duch puszczy” przypadł do gustu naszym gościom. Właścicielowi butelki dziękujemy za podarunek!

Nad tematem pracowaliśmy prawie rok. Najpierw była idea, później konieczność wytłumaczenia, że warto tu przyjechać. Jak przekonać Chińczyków, że powinni wybrać się do nas? Łatwo nie było. Niestety, dla sporej części świata jesteśmy turystyczną białą plamą. Albo raczej czarną dziurą. Region ma wiele do nadrobienia. Czas najwyższy na mądrą i konsekwentną promocję. A ta niestety ciągle jest dość przypadkowa, nieprzemyślana i chaotyczna. W zeszłym roku byłem na targach w Moskwie. Podlasie miało malutką część niewielkiego polskiego stoiska. I czym próbowało zachęcić Rosjan do wizyty? Fototapetą z żubrem na tle lasu! Czego jak czego, ale dzikiej przyrody, to Rosjanie mają u siebie pod dostatkiem. Trudno skusić ich żubrem. Łatwiej byłoby żubrówką i obietnicą dobrej zabawy.

Dużo fotografujemy

Dużo fotografujemy

Na co zareagowali Chińczycy? Czym udało się zachęcić ich do przyjazdu? Zadziałały dwa atuty. Po pierwsze, że jesteśmy po drodze na Litwę, Łotwę i Estonię (możliwy przejazd z Warszawy aż do Helsinek) oraz tuż przy Białorusi (koniecznie chcieli zobaczyć granicę polsko-białoruską). Po drugie, jedyny w Europie naturalny las nizinny. To są turyści, którzy zaliczają „największe”, „najstarsze”, „jedyne”, itd. I mimo tego, że padał deszcz i było dość chłodno wszyscy udali się na kilkugodzinną wyprawę do rezerwatu ścisłego PBN. Bo chcieli postawić nogę w tym niepowtarzalnym miejscu!

Bez w roli atrakcji turystycznej

Bez w roli atrakcji turystycznej

Znamy specyfikę kraju, więc dość ostrożnie podchodziliśmy do tematów typu religia i mniejszości narodowe. Ale okazało się, że również ta specyfika Podlasia bardzo ich zainteresowała. Wielokulturowość, to było to, na co zwracali olbrzymią uwagę. Dopytywali szczegółowo. Nie bali się tematów religijnych. Pytali np. dlaczego krzyż prawosławny ma na dole pochyłą poprzeczkę, albo jaka jest różnica między drewnianą architekturą wschodniej części Podlasia, a architekturą rosyjską. Bardzo interesowało ich odbicie różnic kulturowych w tradycyjnej kuchni, strojach i obyczajach. Jedliśmy więc bigos, babkę i kiszkę ziemniaczaną, pierogi z dziczyzną, a nawet nasze podlaskie sało, czyli zaprawianą słoninę z cebulą i czosnkiem. Piliśmy też bimber – znany wszystkim w Polsce jako „duch puszczy”.

Biebrza, tratwy

Biebrza, tratwy

Wycinanki w Nowogrodzie

Wycinanki w Nowogrodzie

Uczyliśmy się bić masło, robić wycinanki kurpiowskie i wódkę z trawą żubrówką. W Nowogrodzie były tańce z zespołem ludowym (pozdrawiamy wspaniałych pasjonatów z Myszyńca!). Nasi przyjaciele z Chin tańczyli i śpiewali razem z Kurpiami! Były spotkania z żubrami i spływ tratwami po Biebrzy. Najtrudniej było wytłumaczyć co to jest łoś. Poradziliśmy sobie porównując łosia z reniferem (sic!).

Piękne są takie wycieczki. Różnice kulturowe i językowe są tak duże, że właściwie wszystko może być atrakcyjne. Trzeba to tylko umiejętnie przedstawić i zaaranżować najprostsze „przypadkowe” zdarzenia. Spotkania tego typu są bardzo wdzięcznym materiałem. Bardzo interesującym również dla organizatorów. To my musimy wyjść poza nasze codzienne przyzwyczajenia i postrzeganie świata. Musimy dostosować się do naszych gości. Uczymy się i bawimy razem z turystami.

Refleksje na zakończenie? Byli zachwyceni! Krajobrazem, przyrodą, drewnianą architekturą, pięknymi cerkwiami okolic Narwi i Hajnówki. Gościnnością i otwartością miejscowych. Byli pod wrażeniem kuchni serwowanej w białowieskich restauracjach. Pielimieni w „Carskiej” i zupa opieńkowa w „Pokusie” okazały się przebojami wycieczki.

Wizyta ta jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że Podlasie jest rewelacyjnym celem wycieczek. Szkoda, że ciągle  w dużym stopniu niewykorzystanym. Mam nadzieję, że to się szybko zmieni. Zapraszamy! Możecie liczyć tu na moc atrakcji i serdeczne przyjęcie.

Polecam i obiecuję, że zrobię wiele, żeby było super! Mój mail: [email protected]

Kurpiowski zespół ludowy z Myszyńca

Kurpiowski zespół ludowy z Myszyńca

Impreza realizowana była przez Polską Organizację Turystyczną we współpracy z innymi podmiotami.

Zobacz również:

Sylwester na Podlasiu – 13 stycznia

Duch puszczy – bimber z Puszczy Knyszyńskiej

Duch puszczy, samogon z Podlasia

Jest jedną z wizytówek regionu. Rzecz tu bardzo popularna i w Polsce rozsławiona. Pojawia się na niejednej imprezie. Króluje na ogniskach i kuligach. To „duch puszczy”, czyli leśny trunek. Alkohol pędzony w ukryciu, nocą, gdzieś głęboko w puszczy. Mocny (dobry powinien mieć powyżej 55 procent). Szlachetny – pod warunkiem, że wiemy od kogo kupić. Choć formalnie zakazany, to po cichu staje się turystycznym hitem.

Duch puszczy, etykieta

Etykieta

Dostałem od kogoś trzylitrowy pojemnik. Trunek przedni. Skąd wiem? Bo jeżdżę po świecie, zajmuję się turystyką i z zawodowego obowiązku próbuję. W wielu krajach robione domowym sposobem alkohole są lokalną atrakcją, Wspierają turystykę, promują region i dają zarobić miejscowym. Działa to bardzo prosto. Każdy ma prawo destylować i sprzedawać alkohol. Musi tylko zgłosić to w urzędzie i ryczałtem zapłacić akcyzę. W zależności od kraju są różne ograniczenia. Na przykład mogą robić to tylko rolnicy z własnych produktów rolnych. Albo można sprzedawać taki alkohol wyłącznie na terenie gospodarstwa, gdzie został wytworzony, w należącej do niego restauracji lub pensjonacie. Może być też limit ilościowy, np. w ciągu roku na takich zasadach można sprzedać maksymalnie tysiąc litrów.

Trudno wyobrazić sobie wycieczki do Gruzji bez degustacji domowego wina i czaczy – mocnego alkoholu (powyżej 50 proc.) wytwarzanego z wytłoczyn winogronowych. (Dobrej jakości czacza przebija wszelkie sklepowe trunki). Jedno i drugie jest łatwo dostępne i stanowi element kultury oraz stylu życia. W Tbilisi korzystamy z restauracji, w której turyści obserwują proces destylacji, a następnie próbują świeżutkiej, jeszcze ciepłej czaczy. Podobnie w Armenii – tutowka, czyli samogon z owoców morwy. Trunek o wyjątkowym smaku, cieszący się uznaniem turystów, choć niektórzy wolą łagodniejszy bimber z moreli i brzoskwiń. (Więcej o ormiańskich trunkach).

Oczywiście nie ma mowy o wielkim piciu. Chodzi o degustację, o spróbowania. Traktujemy to jako element miejscowej kultury. Chcemy jej dotknąć, poznać, posmakować. Turyści fotografują i filmują. Więcej z tego żartów i zabawy niż picia.

W Nepalu do specjalnie zamówionej kolacji z lokalnymi potrawami podają nam domowej roboty mocny alkohol z ryżu. Smakuje tak sobie, ale każdy turysta spróbuje, a po powrocie do domu pochwali się, że pił coś takiego, Tak działa turystyka! Polska nie zezwalając na taki biznes  strzela sobie w kolano.

Długo można by wymieniać mniej lub bardziej egzotyczne kraje i popularne tam domowe alkohole. Nie w tym rzecz jednak. Wróćmy do podlaskiego „ducha puszczy”. Zwiemy go też „księżycówką” ponieważ wytwarzany jest nocą i w ukryciu. Mam przed sobą etykietę. Tak, tak, profesjonalną, wydrukowaną w pełnym kolorze. Dołączona była do wspomnianego wyżej trzylitrowego pojemnika. Czytamy na niej, że szczególny sposób przygotowania, chroniony przez wieki tajemniczą recepturą, a także dobór najwykwintniejszych składników czyni jego smak szlachetnym i wyjątkowym.

Na etykiecie nie znajdziemy danych producenta. To oczywiste. Przecież wytwarzanie takiego alkoholu oraz jego dystrybucja jest prawnie zakazana. Bimbrownie tropione są przez policję i niszczone. Ale jak mówią miejscowi, łupem organów ścigania padają tylko te wytwórnie, które robią trunki słabej jakości. Mistrzowie, którzy do swoich wyrobów przyzwyczaili całe wsie i miasteczka, lokalnych notabli oraz ich ważnych gości z Warszawy, czują się bezpiecznie. Ich umiejętność doceniana jest również przez lokalne władze. U nas mówi się, że niby wszystko jest zakazane, ale jak ktoś z gminy jedzie załatwić coś ważnego w stolicy to wiezie bagażnik bimbru i kiełbasy z dzika.

W wielu krajach domowe trunki są istotnym uzupełnieniem oferty turystycznej. Szczególnie dotyczy to mniejszych podmiotów, działających np. w obszarze agroturystyki. Spełniają kilka ważnych ról. Doskonale nadają się do promocji regionów. Są bardzo często kupowane na wynos, jako prezent. Wspomagają budżety niewielkich gospodarstw agroturystycznych i restauracji. Wreszcie, podatki z tego płynące zasilają skarb państwa. Szkoda, że nie w Polsce. Kiedyś mieliśmy w tym zakresie wspaniałe tradycje. Podniszczyła je okupacja, dobił PRL. Wolna Polska przez dwadzieścia kilka lat nie wpadła na pomysł żeby do nich wrócić. Na szczęście, w konspiracji przetrwały tu i tam. W okolicach Białegostoku (Supraśl, Waliły, Czarna Białostocka…) uratował je gęsty las Puszczy Knyszyńskiej. Zapraszamy więc do nas!

Więcej o atrakcjach regionu: Turystyczna Polska Wschodnia.

PS
Bimbru o najbardziej okrutnym smaku próbowałem w Etiopii. Był pieruńsko mocny i zrobiony z… czosnku! Wypić się nie da. Ale umoczyć usta, spróbować, zrobić zdjęcie i pochwalić się po powrocie do domu – jak najbardziej!

I jeszcze jedno. Nie namawiam ani do używania, ani do kupowania nielegalnego alkoholu. Zwracam tylko uwagę na jedną z turystycznych atrakcji regionu i tkwiący w niej potencjał.

……..
More info about Podlasie in English: Poland Podlachia.

Sylwester po raz drugi

W Polsce dawno już posprzątano po sylwestrowych zabawach, a tymczasem w nocy z 13 na 14 stycznia w Białymstoku i Hajnówce ponownie wystrzelą fajerwerki oraz korki od szampanów. Podlasie wita nowy rok podwójnie. Wierni kościołów wschodnich święta obchodzą według kalendarza juliańskiego, a zgodnie z nim, rachuba dat przesunięta jest o 13 dni.

Przy takich okazjach najlepiej, bo w praktyce, objawia się wielokulturowość regionu. Publiczne Radio Białystok przez cały wieczór  nadaje specjalną audycję z muzyka białoruską i ukraińską. Restauracje urządzają bale, a w mieście zawieszany jest zakaz używania sztucznych ogni i petard.

W masowym przekazie, dzień ten ochrzczony został juliańskim lub prawosławnym Sylwestrem. Tyle, że to nazwa odrobinę krzywdząca. Wynika ze sztywnego przyjęcia reguł kalendarza gregoriańskiego. W Kościele katolickim św. Sylwester wspominany jest 31 grudnia. Patronem ostatniego dnia roku w kalendarzu juliańskim jest za to św. Melania, stąd też noworoczne zabawy nazywane są „małanką” lub „mełanką”.

Wśród prawosławnych mieszkańców Podlasia funkcjonują też jako „szczodry wieczór” – od obfitości potraw na stole. W tradycji ten aspekt ostatniego dnia roku był bardzo istotny. W niezbyt zamożnych domach, na ten jeden moment szerzej otwierano spiżarnie. Na stołach pojawiały się sycące, tłuste, mięsne potrawy. Bywało nawet bardziej bogato niż w czasie świąt Bożego Narodzenia.

Ten szczególny wieczór, poświęcony był dwóm tematom. Dziewczyny bawiły się wróżąc, a chłopcy oddawali się psikusom. Panny koniecznie chciały się dowiedzieć, która pierwsza wyjdzie za mąż. Sposobów by się o tym przekonać była masa. Na przykład, każda z dziewczyn kładła na podłodze garstkę ziaren, a następnie do izby wpuszczano kurę. Ta z panien, której zboże ptak wybrał, miała największe szanse na zamążpójście. Próbowano różnych metod. W użyciu były wróżby lekkie i zabawne, ale też idące w stronę magii i czarów. Tak jakby tej nocy można było sobie pozwolić na więcej. Bo to przecież czas pomiędzy, moment kiedy jedno już się skończyło, a drugie jeszcze nie zaczęło. Standardowe reguły zdawały się być na chwilę zawieszone.

Pierwszy dzień nowego roku dla wielu gospodarzy rozpoczynał się niespodzianką. Zdarzało się, nie można było wyjść z domu bo drzwi zostały zabarykadowane z zewnątrz, w komin wetknięty był snop słomy, a na kryty strzechą dach stodoły ktoś wciągnął drewniany wóz. Po cichu zamieniano też w nocy zwierzęta. Konia lub krowę od jednego gospodarza przeprowadzano do drugiego. Ilość ogonów się zgadzała, ale sztuki były inne. Ważne było, aby nie zrobić tu nikomu krzywdy, dlatego też po zaskakującym poranku wszystko bez szkód musiało wrócić do normy. Dowcipnisie pomagali gospodarzom pozbierać swój inwentarz. Dziś już trudno o strzechy i wozy drabiniaste, więc i obyczaje te raczej zanikły. Na pewno przetrwał jeden. Podmienianie furtek i bram. Pamiętam to z dzieciństwa. Najpierw jako małe dzieci, w Nowy Rok emocjonowaliśmy się tym komu zginęła bramka i gdzie się znalazła; później, już jako młodzieńcy, sami robiliśmy takie psikusy. I w tej podlaskiej (choć katolickiej) wsi zwyczaj ten funkcjonuje nadal. Furtki znikają w noc sylwestrową i czasem trzeba się rzeczywiście naszukać by swoją odnaleźć.

Nie ma już za to ciekawego obyczaju wysypywania ścieżek popiołem lub słomą. W ten sposób w noc sylwestrową kawalerka łączyła domniemane pary, często ułatwiając im podjęcie życiowej decyzji. Jeśli było wiadomo, że tych dwoje ma się ku sobie, to po cichu, pod osłoną nocy usypywano dróżkę od domu chłopaka do domu dziewczyny. Rano było trochę wstydu i sporo żartów. Jak to celnie ujął Edward Redliński w Konopielce „pogadajo sobie ludzi, pogadajo, już się młode nie wybronio przed wiosko”. Ślub był przesądzony.

Co dziś zostało z tej bogatej ludowej tradycji? Myślę, że nie jest źle. Co prawda na potrzeby komercji i dla ułatwienia, bale nazywa się juliańskimi sylwestrami, ale miejscowi nadal określają ten dzień po swojemu, jako Szczodry Wieczór, Małanka czy Hohotucha. Oczywiście zmieniła się też forma. Dziś to huczne imprezy i tańce, na wzór sylwestra gregoriańskiego, ale co ważne, przy „tutejszej” muzyce i z elementami lokalnego folkloru. Może to być sporą atrakcją dla przyjezdnych i okazją by zobaczyć nieco bardzo ciekawej, podlaskiej egzotyki.

PS
W pisowni słowa sylwester jest spory bałagan. Zasugerowałem się wskazówką, by nazwę dnia rozumianego jako święto pisać wielką literą, stąd Sylwester podobnie jak Wigilia czy Nowy Rok, a nazwę zabaw i obyczajów małą, więc sylwester i małanka, podobnie jak andrzejki czy mikołajki.

W tym roku organizuję takiego sylwestra w Supraślu. Wybierają się na niego turyści z całej Polski.

Film z takiego Sylwestra na Podlasiu.

Strona 1 z 2

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén