Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: książki

Turystyka 2020

Ostatnie dni grudnia to czas podsumowań, a kończący się właśnie rok, z całą pewnością mocno zapisze się w historii. Powstanie mnóstwo publikacji, analiz i monografii. Dokładam swoją cegiełkę, pracuję właśnie nad kolejną książką (roboczy tytuł: „Turystyka 2020”). Rozpoczyna się tak:

„Rok zapowiadał się dobrze. Biznesowo, wszystko było już zaplanowane. Ustalone kierunki i terminy wycieczek, zarezerwowane bilety lotnicze i hotele. Większość oferty sprzedana, trochę wolnych miejsc zostało w grupach przewidzianych na drugą część sezonu, ale i te niebawem miały się zapełnić. Wiedzieliśmy więc właściwie, ile zarobimy. Sporo. Więcej, niż w latach poprzednich, bo miał to być kolejny rekordowy rok.

W turystyce dobrze się działo, choć zaczynał doskwierać brak rąk do pracy. Walczyliśmy też o miejsca w hotelach i samolotach, z konieczności rezerwując je nawet z rocznym wyprzedzeniem. Takie właśnie mieliśmy problemy, jeszcze zupełnie niedawno.

W nowy rok wchodziliśmy z optymizmem. Rodzinnie polecieliśmy na narty do Livingno, zatrzymując się przy okazji w Mediolanie. W trakcie pobytu dotarły do nas pierwsze informacje o nowym wirusie, ale wiadomości dotyczyły wyłącznie Chin. Z synem wybraliśmy się na mecz Brescia – AC Milan (z Krzysztofem Piątkiem w składzie). Stadion wypełniony był po brzegi, do hotelu wracaliśmy zatłoczonym metrem. Sądząc z późniejszych doniesień, to wirus już tam był, a chwilę później Lombardia stała się europejskim centrum pandemii. Do Polski wracaliśmy na początku lutego. Przed wylotem chcieliśmy kupić maseczki, ale w Como, mieście, które odwiedziliśmy po drodze, nie było ich w żadnej z aptek. Na lotnisku w Mediolanie nie uruchomiono jeszcze procedur zabezpieczających. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie, jakby nie działo się nic szczególnego. Spokojnie wylądowaliśmy w Warszawie”.

Dalej to już rollercoaster. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu… I o tym będzie ta książka. O tym jak załamał się nasz świat i jak próbowaliśmy się bronić. O tym kto nam pomógł, a kto przeszkadzał. Bez owijania w bawełnę. Niech będzie, niech zostanie jako jedno ze świadectw. Historycy ocenią.

Do pewnego stopnia publikacja ta będzie kontynuacją pierwszej części książki „O podróżowaniu”.

Oczywiście, trzeba się postarać, żeby nie wyszła z tego lektura dojmująco smutna, wręcz depresyjna. Większość książki już jest napisana, więc powiedzieć mogę, że nie będzie to rzecz skupiona na krzywdach i niepowodzeniach. Raczej jest to coś w rodzaju potwierdzenia, że pomimo tego, co się wydarzyło, żyjemy i próbujemy iść do przodu. Pojawia się więc nutka optymizmu.

A, że właśnie żegnamy stary i witamy nowy rok, to chciałbym wszystkim życzyć, żebyśmy w końcu zsiedli z tego rollercoastera i zajęli się tym, co lubimy i na czym się znamy. Niech wracają podróże!

PS. Na głównym zdjęciu wyżej, pod choinką, znajduje się produkowany przez nas worek SPRAGNIENI PODRÓŻY.

Orły Turystyki. Fragment książki „O podróżowaniu”

Jak już pisałem w poprzednim poście, część pierwsza książki skupia się na roku 2020, na wyjątkowym okresie, nie tylko dla naszej branży. Znajduje się tam i ten krótki tekst, będący częścią rozdziału pod tytułem „Koniec turystyki”:

Zadzwoniła pani z gratulacjami, że biuro Krzysztof Matys Travel zostało laureatem Orłów Turystyki za 2020 rok. Aż zaniemówiłem z wrażenia i po chwili milczenia zdołałem wydusić z siebie pytanie czym na ów laur zasłużyliśmy, skoro w tym roku zdążyliśmy zrealizować tylko jedną wycieczkę. Pani w bardzo sympatyczny sposób objaśniła, że przeanalizowano sytuację tysięcy biur i przeczytano miliony internetowych opinii oraz, że na podstawie powyższego, nasze biuro otrzymało aż 8,3 punktu na 10 możliwych. Słabo – pomyślałem – tylko 8,3, ale zachowując tę uwagę dla siebie słuchałem grzecznie, gdy pani mówiła, że została przygotowana specjalna statuetka i dyplom, a wszystko za jedyne czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, na zakończenie pytając czy ma zlecić wysłanie przesyłki. Grzecznie poprosiłem o czas do namysłu, gdyż najpierw muszę uzupełnić rażące braki w wiedzy na temat Orłów Turystyki, instytucji, o której wcześniej nie słyszałem. Gdy pani naciskała, tłumacząc, że taki dyplom i statuetka, to wyśmienita reklama i promocja, próbowałem wyjaśnić, że moment akurat nieszczególny, że problemu z brakiem chętnych na wycieczki nie mamy, a doskwiera nam niemożność organizowania tychże, zamknięte granice i zakazy lotów. Umówiliśmy się, że przeanalizuję uzyskane informacje. A już teraz, klika minut po tej rozmowie, tak sobie myślę, że tych kilkaset złotych to wcale nie tak duży wydatek. Co prawda, w czasie dramatycznego kryzysu każda złotówka się liczy, ale z drugiej strony – tracimy setki tysięcy, więc taka kwota wielkiej różnicy nie robi. Wisieć za jedną nogę czy za dwie, to na to samo wychodzi. A tak bym chociaż humor sobie poprawił, stawiając na półce wyśmienity laur Orłów Turystyki. Tylko ten wynik – 8,3. Trochę za mało. Ciekawe czy można negocjować i poprosić, żeby na dyplomie było przynajmniej 9,6. O to nie spytałem. Zapomniałem, zapewne z wrażenia. (s.34-35).

Więcej informacji o książce: Krzysztof Matys, O podróżowaniu.

Książka: O podróżowaniu. Rok 2020

Trudno pisać o swojej książce. Głównie z tego powodu, że to o czym chciało się powiedzieć, zostało już zamknięte i stanowi osobny byt. Wydrukowane, żyć będzie swoim życiem. Nie ma co dopisywać nowych rozdziałów, mieszać i uzupełniać. Postaram się więc krótko i zwięźle.

Publikacja składa się z dwóch części. W pierwszej pt. „Rok 2020” omówione zostały perturbacje, nadzieje i rozczarowania naszej branży. Część ta rozpoczyna się rozdziałem „Koniec turystyki”. Gdy wiosną zaczynałem pisać ów tekst, w założeniu miał być trochę prowokacją, trochę przestrogą, przed najczarniejszym scenariuszem, który wtedy jeszcze nieśmiało rysował się na horyzoncie. Dziś wiemy, że to, czego najmocniej się obawialiśmy, właściwie już się stało. Turystyka jaką znaliśmy przestała istnieć. W przyszłości trzeba będzie zaczynać od zera.

Czy jest to zatem lektura smutna? Niektóre fragmenty części pierwszej radością nie porażają, ale za to mają olbrzymi walor popularyzatorski. Osobom spoza branży pomagają zrozumieć procesy, które rozpoczęły się wiosną tego roku. Im większa liczba turystów i klientów biur podróży o tym się dowie, tym lepiej. Dziś, jak chyba nigdy wcześniej, potrzebujemy zrozumienia.

Ale są też i fragmenty weselsze, humorystyczne, jak choćby te omawiające poczynania odpowiedzialnego za turystykę Ministerstwa Rozwoju. Bo tylko do jakiegoś momentu antykryzysową politykę rządu wobec naszej branży da się traktować serio. Dalej to już kabaret.

Część ta, to około 80 stron układających się w coś na kształt zapisu rozwoju coraz dramatyczniejszej sytuacji, w której kronikarzem jest osoba z branży, będąca w centrum wydarzeń. Jest to z całą pewnością pierwsza tego typu publikacja na polskim rynku. Mam nadzieję, że sięgną do niej również wykładowcy i studenci kierunków turystycznych. W zrozumieniu tematu pomóc może zainteresowanym dziennikarzom. I oby pomogła też politykom! Od kilku osób usłyszałem, że książkę trzeba wysłać posłom i senatorom, pisze o tym m.in. Grzegorz Micuła w recenzji, pt. „O podróżowaniu bez podróży”.

Tak, niektóre z tekstów zawierają jasno wyrażone opinie na temat polityki rządu wobec turystyki. Chodzi o nieudolność, manipulacje, wprowadzanie opinii publicznej w błąd oraz marnotrawienie publicznych pieniędzy. Ale, żeby było uczciwie, krytycznym okiem patrzę też na nas samych, na nasze zaniechania i błędy. Mam na myśli również to, że tak łatwo daliśmy się wyprowadzić w pole politycznym cwaniakom. Nie kryję zdania na temat roli organizacji branżowych.

O części drugiej napiszę niebawem.

Podstawowe dane o książce:
Rok wydania: 2020, wydanie I
Wydawnictwo Paśny Buriat
ISBN: 978-83-956824-7-6
Liczba stron: 230
Format: 148×210, oprawa miękka ze skrzydełkami
Dostępna również w formie e-booka.

Książka do kupienia w internetowej księgarni Wydawnictwa oraz tu: SPRAGNIENI PODRÓŻY…

Coraz mniejszy świat

Z tematem borykam się od lat. Szukam nowych kierunków. Dla turystów. Biuro podróży musi odświeżać ofertę i przynajmniej raz na jakiś czas zaproponować atrakcyjną nowość. Jest z tym pewien kłopot, bo do dyspozycji mamy coraz mniej niewyeksploatowanych miejsc. Gdzie zabrać wycieczkę? Czym zwrócić uwagę i jak zainteresować rynek? Turyści, którzy dużo jeżdżą, byli już niemal wszędzie, od Nowej Zelandii po Białoruś. Świat zmalał, skurczył się i ma coraz większe trudności z zaspakajaniem podróżniczych potrzeb. Przydałyby się nowe kontynenty, a nawet więcej – nowe planety.

Właśnie to zaprzątało mi głowę, gdy przeciskałem się przez ludzką ciżbę na targach książki. Zaglądam na nie co roku, głównie po to, żeby szybko, w jednym miejscu nabyć pozycje, które wcześniej jakoś umknęły, o których w codziennym zabieganiu po prostu zapomniałem. No i oczywiście, za każdym razem mam nadzieję, że może dostrzegę jakąś perełkę, pozycję, o której nie słyszałem, a która warta jest lektury. Tym razem się udało! Wypatrzyłem ją pośród setek innych publikacji. Właściwie to chyba sama rzuciła mi się w oczy; bardziej ona znalazła mnie, niż ja ją. Książka pięknie wydana, bogata w reprodukcje dawnych map. To Atlas lądów niebyłych Edwarda Brooke-Hittchinga, autora, o którym przeczytałem na okładce, że jest nieuleczalnym mapofilem, synem antykwariusza; mieszka w Londynie wśród zakurzonych starych map oraz książek. Wiele wyjaśnia podtytuł tej pracy: Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów. Chodzi więc o miejsca, których w rzeczywistości nie ma, a które pojawiły się tylko w opisach i opowieściach. Są tam hasła zgoła niesamowite, jak choćby Wewnętrzne Morze Australii, Wyspa Demonów czy Nowa Południowa Grenlandia. Z perspektywy dzisiejszego człowieka, uzbrojonego w wiedzę i narzędzia dwudziestego pierwszego stulecia brzmi to wręcz zabawnie, ale był czas, że traktowano je serio. Wysyłano ekspedycje i wydawano opasłe tomy relacji i świadectw.

Fragment okładki. Dom Wydawniczy „Rebis”.

Cześć z zamieszczonych w tej książce map znana jest dość powszechnie z innych publikacji. Podobnie zresztą, jak i niektóre tematy. Ot, choćby królestwo Księdza Jana, którego fascynującą historię poznaje się przy okazji studiów nad Etiopią. Spora część haseł z indeksu „lądów niebyłych i fantasmagorii” powstała w okresie odkryć geograficznych, jest efektem pomyłek ówczesnych żeglarzy, ale też celowych zmyśleń i przechwałek. Najbliższa nam geograficznie jest opisana w tej książce historia bogatego wyspiarskiego miasta Wineta, utożsamianego z wyspą Wolin.

Tak więc, książka rzuciła mi się w oczy. Nie słyszałem o niej wcześniej, ale nie zastanawiałem się nad kupnem. Nabyłem od razu. Dlaczego? Z uwagi na samą koncepcję książki. A właściwie, to ze względu na sposób, w jaki tę koncepcję odczytałem. Wystarczył mi widok okładki, żeby obudziła się nadzieja, że trafiłem na coś, co może mieć znaczenie dla rozważań nad turystycznym fenomenem kurczącego się świata. To tak, jakbym spotkał kogoś, kto myśli podobnie, kto doszedł do tych samych wniosków. Radość i nadzieja na dodatkowe, inspirujące treści. Tak przywitałem książkę londyńskiego mapofila. Oto miałem przed sobą literaturę faktu, niemalże reportaż, tekst o lądach, ale lądach wyjątkowych – tych, których nie ma. Nie ma, a przecież dobrze by było, gdyby jednak istniały! Co by nam szkodziło mieć drugą Grenlandię, wewnętrzne morze w Australii czy jakiś zapomniany wcześniej kontynent?! Jasne, że byłoby super, gdyby pojawiły się na obowiązującej dziś mapie. Istniałyby i kusiły. Nie, oczywiście nie szukalibyśmy tam złota czy cennych przypraw, jak w epoce kolonialnej. Mielibyśmy po prostu więcej podróżniczych celów. Mielibyśmy pole do popisu, do zaspakajania potrzeb podróży i poznawania świata. Nowe strony w katalogach i nowe programy wycieczek.

Dawno temu nieznane lądy wzbudzały zainteresowanie z powodu marzeń o bogactwie, ze względu na szanse podboju i możliwość tworzenia kolonii. Potrzebne były faktorie, monopole i siłą budowane rynki zbytu. Emocje rozbudzały też fantastyczne opowieści o jednookich stworzeniach przykrywających się własnymi stopami i potworach zamieszkujących odległe morza. A dziś? Dziś potrzebujemy plaż dla turystów i ciekawych obiektów do zwiedzania. Tyle wystarczy.

Zobacz: turystyczne gadżety z mapą świata: kominy, t-shirty, puzzle…

Białystok. Podróże z łososiem (lub śledziem)

Przeglądam półki i witryny księgarskie. Ciągle i regularnie. Nie mogę pozbyć się tego nawyku. W Białymstoku, obok budynku uniwersytetu, w którym spędziłem kilka najlepszych lat (i dlatego wciąż jest to miejsce bliskie) znajduje się moja ulubiona księgarnia. Powstała dawno temu. Mieszkańcom miasta znana był kiedyś z wydawnictw o profilu rolniczym. Ale to dawne dzieje. Dziś króluje tam literatura, jest też spory dział reportażu. W czasie studiów, po skończonych zajęciach zachodziłem najpierw do niej, oglądałem i długo trzymałem w dłoniach książki, na które nie było mnie stać. Masę czasu spędziłem przy półkach z napisami historia, religia i filozofia.

Później szło się kilka kroków dalej, do księgarni Akcent przy Rynku Kościuszki, posiadającej wtedy największy asortyment z obszaru nauk humanistycznych. Z dawnej księgarni została już tylko nazwa. Zdaje się, że to miasto, będące właścicielem lokalu, wymusiło przerobienie sklepu z książkami na restaurację i pub (też z książkami!). Można więc zjeść tam sałatkę i napić się piwa, ale książek nie znajdzie się wiele. Są obecne połowicznie, stanowiąc tło, dyskretną dekorację i alibi dla kotleta.

Piłkarze Jagiellonii na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce.

Piłkarze Jagiellonii Białystok na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce

Obchód kończyliśmy w antykwariacie na ulicy Lipowej. Tam kupowaliśmy najwięcej. Zapomniane, nikomu niepotrzebne klasyczne pozycje z filozofii, sztuki, religioznawstwa i historii w cenie od pięciu do dwunastu złotych. Były akurat na kieszeń biednego studenta. Wychodząc stamtąd z tomem, na którym nam zależało, można było uznać dzień za udany. Czytanie zaczynało się już na pobliskim przystanku autobusowym, w drodze do domu. Ileż wtedy, w taki właśnie sposób, człowiek się nauczył! Ileż wiedzy zdobył! To były drugie, równoległe studia, a Alma Mater był antykwariat.

Tak więc, przeglądam półki księgarskie. Przechodząc przy placu Uniwersyteckim (łapię się na tym, że specjalnie tak parkuję) zaglądam w witrynę ulubionej księgarni. A nóż wypatrzę coś interesującego! Zwalniam kroku i omiatam wzrokiem wielkie okna. Dziś dostrzegłem książkę, o której parę tygodni temu słyszałem w radiu. Słyszałem i zapomniałem. Gdyby nie ta witryna, to pewnie zapomniałbym na dłużej. Umberto Eco, Podróże z łososiem*. Zainteresowałem się z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na autora, po drugie – z uwagi na „podróże”; słowo, na które mój umysł jest szczególnie wyczulony. Całość niesie nadzieję na przyjemną i inspirującą lekturę.

Wziąłem książkę do ręki, szybko stało jasne, że z podróżami ma niewiele wspólnego. Zachęcały tytuły ledwie kilku rozdziałów. Reszta obejmował mało atrakcyjny obszar tematyczny, od wyrabiania wtórnika prawa jazdy po tworzenie katalogów bibliotecznych. Co więcej, sporą część książki stanowiły teksty wydane już wcześniej w tomie Zapiski na pudełku od zapałek. Mimo to kupiłem. Pragnienie dobrej lektury jest wielkie. Na bezrybiu i rak ryba, a tonący brzytwy się chwyta. Może choć jedna strona, może choć jedna myśl stanie się inspiracją.

Siadłem do lektury. Przerzuciłem kilka pierwszych rozdziałów i szybko zapomniałem o czym były. Książkę uratował jeden tekst. Ten tytułowy. Oto znamienity autor wybiera się w podróż. W planie dwa kraje, w których odbędą się spotkania z czytelnikami. Najpierw jedzie do Szwecji. Tam kupuje dużą porcję wędzonego łososia. Ryba jest hermetycznie zapakowana, więc Umberto Eco ma nadzieję dowieźć ją do domu. Tyle, że po drodze musi spędzić jeszcze kilka dni w Wielkiej Brytanii. Wydawca zarezerwował mu dobry hotel w Londynie. Autor wie, że łososia trzeba przechowywać w lodówce, ale ta w jego pokoju jest zajęta na minibar. Pełno w nim buteleczek z alkoholem, soków i napojów wszelakich oraz orzeszków i innych przekąsek. Wyjmuje więc całą tę zawartość i umieszcza w wielkiej szufladzie jednego z mebli. Pakuje rybę do lodówki i zadowolony idzie spotkać się z czytelnikami. Wieczorem po powrocie do pokoju widzi, że obsługa hotelu wyjęła łososia i położyła na stole, a lodówkę napełnia nowymi buteleczkami. Pisarz nie daje za wygraną i robi to samo, co wczoraj, tym razem zapełniając kolejną szufladę. Ale hotelarze też są konsekwentni, więc następnego dnia historia się powtarza. I kolejnego również. W efekcie, wykwaterowując się z hotelu, Umberto Eco, sława światowej prozy, musi zapłacić astronomiczny rachunek za kilkakrotne wyczyszczenie minibaru i z zepsutą rybą wraca do Włoch. Zabawna historia, akurat dla pilota wycieczek. Do wykorzystania w pracy. Przez lata mogę ją opowiadać ku radości kolejnych grup turystów. W sumie wyszła więc z tego niezła inwestycja. Za jedyne 35 złotych.

* Wchodząc do sklepu poprosiłem panią o najnowszą książkę Umberto Eco, Podróże ze śledziem! Zupełnie nie wiem dlaczego. Skąd mi się wziął ten śledź?! Nie wiem. W każdym bądź razie mój mózg z sobie tylko znanych powodów podróże ze śledziem uznał za atrakcyjniejsze od tych z łososiem.

…..

Krzysztof Matys Travel. Autorskie biuro podróży. Wycieczki do Gruzji, Armenii, Mołdawii, Uzbekistanu, Iranu

 

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén