Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Autor: Krzysztof Matys (Strona 2 z 33)

Pieniądze, cz.2: Etiopia, Mołdawia, Japonia, Naddniestrze…

Wyjątkowymi pieniędzmi posługujemy się w Naddniestrzu. Plastikowe monety. Wprowadzono je niedawno. W obiegu są jeszcze poprzednie, metalowe, bardziej cenione przez miejscowych. Do tych z plastiku jakoś nie mają zbyt dużego zaufania. Tyraspol, stolica nieuznawanej republiki. Kupujemy owoce i kwas chlebowy. Sprzedawczyni na straganie z chęcią wymienia wszystkie plastiki jakie ma na dźwięczące blaszki. Mówi, że tych nowych nie lubi, że pieniądze nie powinny tak wyglądać. Podobne są do żetonów. Różne kształty. Jedynka jest okrągła, trzy ruble to kwadrat z zaokrąglonymi rogami, piątka to pięciokąt. Moneta dziesięciorublowa ma aż sześć boków. Bardziej przypominają zabawki czy też może elementy gry planszowej. Nawet przedstawione na nich postacie jakoś tracą na powadze. A przecież to twarze, które kojarzą się serio, nawet bardzo. Potiomkin, Suworow, Katarzyna II. Rosjanie, zaadaptowani na miejscowych bohaterów. W drugiej połowie osiemnastego wieku kładli podwaliny pod to, co dziś nazywamy Naddniestrzem. Przyłączyli ten obszar do imperium carów, przesądzając już wtedy o jego dalszych losach.

Naddniestrzańskie plastikowe monety

Naddniestrzańskie plastikowe monety

Przy okazji przypomina mi się historia z 2004 roku, kiedy to ukraińscy celnicy zatrzymali ciężarówkę, którą przewożono naddniestrzańskie monety wybite przez Mennicę Polską. Wybuchł mały skandal, bowiem separatystyczne Naddniestrze formalnie nie istnieje, a terytorium to zgodnie z prawem międzynarodowym należy do Mołdawii. Takie organizmy nazywa się pseudo lub parapaństwami i obkłada całym systemem obostrzeń – wśród nich są również te natury gospodarczej. Było więc wstyd przed rządem w Kiszyniowie, któremu ukraińscy celnicy przekazali nielegalny transport. Zarząd Mennicy Polskiej tłumaczył się wtedy, że nie produkował pieniędzy, ale właśnie „żetony”, mimo tego, że były to zupełnie normalne, metalowe monety.

Teren Naddniestrza jest jednym z tych obszarów, gdzie nie przydadzą się nam karty, ani płatnicze, ani kredytowe. Nie działają tam. Żaden polski, niemiecki, francuski czy amerykański bank nie może współpracować z partnerami z nieuznawanego kraju. Tak więc tylko gotówka. Choć w tym szczególnym przypadku może być plastikowa.

Wycieczka Mołdawia i Naddniestrze

Etiopia. Kiedyś jeździłem tam z wycieczkami. Były to czasy, gdy do Addis Abeby docierały nieliczne grupy turystów. W podróży na południe ważne były niskie nominały. Każdy chciał mieć ich pokaźny pakiet. Przynajmniej sto, a jeszcze lepiej dwieście lub trzysta banknotów. Był to niezbędny składnik wyprawy w okolice doliny Omo. Jeździło się tam, żeby zobaczyć ostatnie naturalnie żyjące plemiona Afryki. Najmocniej przyciągali Mursi, słynni z glinianych krążków zdobiących usta kobiet. Odwiedzaliśmy też wsie zamieszkałe przez plemiona Hamer, Konso, Ari i Banna.

Etiopia. 1 birr

Etiopia. 1 birr

Najwięcej pieniędzy wydawaliśmy wśród Mursich. Tam każdy chciał, by go fotografować. Byli natarczywi, wręcz żądali, by robić im zdjęcia. Odpłatnie oczywiście. Kosztowało to 2 birry za zdjęcie. Każdej osobie. Jeśli więc przypadkowo w kadr weszło pięć osób, to trzeba było wypłacić 10. Tyle, że jeden banknot o nominale 10 birrów nie rozwiązywał sprawy. Trzeba było podzielić sprawiedliwie, każdemu po 2 pieniążki. Nie sposób było tego unikać! Jeśli już się tam przyjechało, to trzeba było wziąć udział  w tym szaleństwie. W trakcie spotkań z turystami Mursi nauczyli się sprawdzać jaka fotografia została zrobiona! Mężczyźni są tam wielcy i silni. Bez ceregieli brali nasze aparaty i na monitorach oglądali fotografie. Nie próbowaliśmy się opierać. Co drugi na ramieniu miał kałasznikowa, a przy pasku nóż. Nad porządkiem w rachunkach czuwała staruszka siedząca na dachu jednej z chatek. Z góry wszystko widziała i skrupulatnie liczyła. Efekt był taki, że po godzinnym pobycie zostawaliśmy bez grosza. Z fotograficznego szału wyrywała nas nie kończąca się właśnie klisza fotograficzna czy rozładowane baterie, ale brak pieniędzy o niskich nominałach. Jednym z obowiązkowych punktów podróży po południowej Etiopii były więc banki. Nieduże, lokalne, w małych miasteczkach. Raz zdarzyło się nam pobrać z takiej placówki wszystkie banknoty o nominale jednego birra. Żartowaliśmy wtedy, że rozbiliśmy bank.

Na wszystkich banknotach mołdawskich jest Stefan Wielki

Na wszystkich banknotach mołdawskich jest Stefan Wielki

Jedna z największych niespodzianek? Japonia. A dokładniej fakt, że ciężko wymienić tam dolary na jeny, że można dokonać tego tylko w nielicznych punktach, że trzeba wypisywać kwity podając pełne dane paszportowe, i że jest limit wymiany na jedną osobę. Czegoś takiego prędzej spodziewałbym się w Iranie czy Rosji, ale nie tam! Wybrałem się do Japonii zupełnie nieprzygotowany, jako turysta, bez choćby elementarnej wiedzy. Głupio, ale dzięki temu przekonałem się na własnej skórze, jak bardzo wyobrażenie może rozmijać się z rzeczywistością.

Świat jest różnorodny. W przypadku pieniędzy rzecz dotyczy nie tylko w kwestii nazewnictwa i form graficznych. Zaskoczyć może nas znacznie więcej. Coś, do czego przywykliśmy w krajach dotychczas odwiedzanych wcale nie musi potwierdzić się w kolejnym. Na podstawie doświadczeń z podróży za oczywiste uznajemy rady, by na lotnisku nie wymieniać, że kurs tam jest bardzo niekorzystny. Tymczasem, są miejsca, gdzie reguła ta nie ma zastosowania. Na przykład w Gruzji. Po przylocie do Tbilisi zamieniam dolary na miejscową walutę. Kurs jest taki, jak w każdym innym miejscu.

Nepalskie rupie z nosorożcem

Nepalskie rupie z nosorożcem

W pieniądzach kryje się wiele znaczeń. Można je analizować na różnych płaszczyznach. Istotne jest choćby to, co na nich przedstawiono. Kraje dają to, co mają najlepszego. Zasłużone postaci i wyjątkowe zabytki. Zdarza się, że krajobrazy, a nawet zwierzęta. Na nepalskich rupiach są nosorożce, jaki, słonie i tygrysy. Zresztą zwierzęta często pojawiają się na banknotach różnych krajów. Nosorożce zdobią papierowe pieniądze również w Indiach, RPA, Mozambiku, Tanzanii, Sudanie, Indonezji i zapewne jeszcze w kilku innych krajach, których nie odnotowałem.

Na białoruskich rublach nie ma postaci. Kraj jest młody, bez większych państwowych tradycji, brakuje więc bohaterów, władców, wielkich i znanych na świecie artystów. Na pierwszych banknotach, obowiązujących w latach 1992 – 1999, były zwierzęta, od zająca po żubra, stąd powszechnie zwane były zajczykami. Po denominacji w 2000 r. pojawiły się nowe ruble, przedstawiające budynki, współczesne i zabytkowe, wśród nich zamki w Mirze i Nieświeżu. Aktualnie obowiązujące banknoty (te podobne do euro) wykorzystują te same motywy, zobacz poprzedni artykuł: Pieniądze. Białoruś, Kuba, Uzbekistan…

Białoruskie "zajczyki"

Białoruskie „zajczyki”

Za to na banknotach mołdawskich króluje Stefan Wielki. Na wszystkich! Od jednego do tysiąca lei (skrót międzynarodowy: MDL). W sumie na dziesięciu nominałach. Na każdym ta sama postać. Jest taki mołdawski dowcip opowiadany turystom. Jak sprawdzić czy nie wciśnięto nam podrobionych pieniędzy? Trzeba chwycić banknot za koniuszek i mocno potrząsnąć. Jeśli Stefanowi korona z głowy nie spadnie, to pieniądz jest prawdziwy.

Myślę, że w szczególnych przypadkach, w sposobie traktowania banknotów odzwierciedla się stosunek do materii jako takiej. W niektórych krajach, np. w Indiach czy Egipcie, na porządku dziennym są pieniądze zniszczone, pomięte, naderwane, a przede wszystkim niemiłosiernie brudne. Z trudnością dostrzegamy w nich jakąkolwiek wartość. Wschód – powiemy i pomyślimy od razu, że to wiele wyjaśnia. Ale na tym samym Wschodzie jest przecież Japonia, w której brudne i zniszczone banknoty są nie do pomyślenia. Tak, pieniądze to coś znacznie więcej, niż prosty środek płatniczy. W papierkach tych, i w stosunku do nich, odbija się lokalna tradycja, kultura, uwarunkowania społeczne i polityczne. Podróżujący, którzy chcą poznać kraj bardziej, niż jest to przewidziane założeniami standardowej wycieczki, mają tu spory obszar do eksploatacji.

Wycieczki dla koneserów

Pieniądze. Białoruś, Kuba, Egipt, Uzbekistan…

Banknoty i monety. Różne. Mimo postępującej globalizacji. Pomimo łączenia rynków i znoszenia granic. Wie to każdy, kto jeździ po świecie. A dowiaduje się o tym jeszcze przed wyjazdem. Przygotowania do wycieczki pociągają za sobą konkretne pytania. Jaką walutę zabrać? Lepsze dolary czy euro? Niezmiennie, od lat wyraźna jest przewaga USD. No, może z wyjątkiem Kuby, gdzie od dolarów pobierany jest ekstra podatek. Kraj ten zresztą jest nie lada ciekawostką, funkcjonują tam obok siebie dwie równoległe waluty: peso kubańskie (CUP) i peso wymienialne (CUC) – dla turystów i bogatszych mieszkańców wyspy. Więcej na ten temat tu: Kubańska waluta.

A jeśli dolary, to jakie roczniki wchodzą w grę? W części krajów te starsze nie cieszą się powodzeniem i mogą być trudności z ich wymianą. Czy można liczyć na płatności kartą i na bankomaty? Gdzie wymienić pieniądze, jaki kurs? Na co trzeba uważać? Pytań jest mnóstwo.

Kuba. Peso wymienialne

Kubańskie peso wymienialne, banknot z pomnikiem Che Guevary

Turysta wybierający się na zorganizowaną wycieczkę otrzymuje takie informacje z biura podróży. Naszym klientom przygotowujemy więc pakiet tego, co niezbędne i przydatne w procesie planowania podróży. Ważne, żeby z rozpędu nie powtórzyć informacji, które w międzyczasie zdążyły się zdezaktualizować. Właśnie po raz kolejny sprawdzam czy w Uzbekistanie nie zaszły jakieś zmiany. Na pytanie o to, jaką walutę zabrać, od znajomego z Taszkentu otrzymuję informację, że „better USD, but EUR is okay too”. Czyli jak zwykle.

Banknotów i monet z różnych krajów mam całą szufladę. To znaczy pewnie zapełniłyby szufladę, gdybym zrobił z nimi porządek. Bo póki co, to zalegają w różnych miejscach. Na półkach w biurze i w szafkach w domu. Pomiędzy książkami i pamiątkami. Co nieco znajdzie się też w torbach i plecakach, które zabieram na wyjazdy. A także w szkatułce, w której lądują drobiazgi cechujące się brakiem ściśle określonego przeznaczenia.

Mam je wcale nie dlatego, że zbieram. Nie jestem kolekcjonerem. Po prostu zawsze coś zostaje. Kończę wycieczkę i wracam z drobnymi. Nie przejmuję się tym i nie wydaję na siłę, bo przecież wiem, że wrócę. To jedna z cech mojego podróżowania. Wracam, bywa, że wielokrotnie. Zdarza się, że w ciągu roku jestem w danym kraju nawet kilka razy.

Często znajduję banknoty w książkach. Niektóre po kilku latach, dawno już zapomniane. Książki jeżdżą ze mną w świat i jeśli trafię na ładny, nowy banknot, to wykorzystuję go jako zakładkę. Z pełną świadomości, że zostanie tam na lata. Rzecz jasna los taki spotyka banknoty niezbyt cenne, warte co najwyżej kilka złotych. Odkładając je na lata (lub po prostu na zawsze), rezygnuję z ich siły nabywczej. Można by uznać to za oczywistą stratę, ale mam jakieś nieodparte wrażenie, że banknot przechodzący do historii nie całkiem umiera i nie traci pełnej wartości. Nie potrafię tego udowodnić, ale upierałbym się, że coś zostaje. I to coś cennego.

Pieniądze różnych krajów. Ileż to historii! Ile przeżytych emocji. Problemów, pomyłek, stresów i niespodziewanych pozytywnych zakończeń. Ile nauki i lekcji pokory.

Złote czasy egipskiej turystyki. Jakieś piętnaście lat temu. Byłem wtedy pilotem i przewodnikiem na rejsach po Nilu. Piękna, choć męcząca praca. Każdego tygodnia nowa wycieczka. Każdy z turystów musiał wymienić pieniądze z dolarów na miejscowe funty. Przez jakiś czas na rynku były dwa kursy, oficjalny – obowiązujący w kantorach i bankach oraz czarnorynkowy – podobnie jak w Polsce kilkadziesiąt lat temu. Ten drugi oczywiście wyższy, ale trudno dostępny dla turystów. Nielegalny, funkcjonujący w konspiracji. Kogoś, kto wymieni nie było łatwo znaleźć, a do tego wiązało się to z ryzykiem oszustwa. W rolę pośredników doraźnie wcieliliśmy się my, piloci, rezydenci i przewodnicy. Dorabialiśmy sobie trochę. Przestałem się w to bawić, kiedy aresztowano miejscowego cinkciarza, odbierającego od nas dolary w hurtowych ilościach. Ech młodość, szumna i durna. Więcej o Egipcie z tamtych czasów m.in. w artykule: Egipt po raz pierwszy.

Nowe białoruskie ruble. Porównanie do euro. Zdjęcie pochodzi stąd.

Nowe białoruskie ruble. Porównanie do euro. Zdjęcie pochodzi stąd.

Dziś podobny mechanizm spotykamy w Uzbekistanie. Państwo próbuje tam regulować różne rzeczy, również kursy walut. W efekcie, poza oficjalnym jest również czarnorynkowy. Ten państwowy jest oczywiście dużo niższy. Dlatego wszyscy, również turyści, wymieniają na ulicy, najczęściej w okolicach bazarów. I choć formalnie jest to zabronione i wysoko karane (kilkuletnia zsyłka do obozu pracy) to powszechna praktyka zdaje się sugerować, że dzieje się to za cichym przyzwoleniem władz. Jak wygląda to w praktyce opisałem wcześniej w artykule: Uzbekistan – tu zostaniesz milionerem.

Białoruś. Jeszcze niedawno nie potrafiłem liczyć tamtejszych banknotów, ani szybko zorientować się w ich wartości. Było ich za dużo i były do siebie zbyt podobne. Wielkie nominały, kwoty liczone w setkach tysięcy i milionach. Miałem z tym kłopot mimo tego, że jeździłem tam całkiem często i wydawało się, że powinienem się oswoić. Dobrze, że w zeszłym roku przeprowadzono denominację ucinając aż cztery zera.  Jest znacznie prościej. Dolar, który kosztował aż 20 tys. rubli, teraz wart jest 2 ruble. Co ciekawe, po raz pierwszy w historii Białorusi w obiegu pojawiły się również monety. Wcześniej były tylko banknoty.

To zresztą nie pierwsza denominacja na Białorusi. I w związku z tym nie pierwsza zmiana oznaczenia według standardu ISO. Do 2000 r. rubel białoruski miał skrót BYB, później BYR, a od lipca 2016 r. oznaczony jest symbolem BYN.

Przy okazji okazało się, że nowe monety nie wcale takie nowe. Na części z nich zauważono ciemne plamki przypominające rdzę. Przedstawiciele banku centralnego tłumaczyli to tym, że pieniądze zostały wyprodukowane osiem lat wcześniej. Przez  ten czas leżały spokojnie w sejfach i czekały na polityczną decyzję o denominacji. Tak długo, że niektóre z nich uległy częściowemu utlenieniu.

Popatrzcie na nowe białoruskie banknoty i monety. Przypominają euro. Białorusinom nie omieszkali wytknąć tego Rosjanie. Od razu pojawiły się komentarze, że to może zapowiedź epokowych zmian. Tym bardziej, że podobno nowe białoruskie banknoty były drukowane w kilku państwach należących do Unii Europejskiej. Białoruś – poradnik turysty.

W części drugiej artykułu pojawią się informacje o pieniądzach w Japonii, Etiopii i Naddniestrzu.

Zobacz też: Kuba. Relacja osobista.

Wycieczka do Mołdawii

Kolejny raz przygotowuję się do wyjazdu. Tym razem jest to krótsza wycieczka, ledwie czterodniowa, organizujemy ją dla członków Polskiej Izby Turystyki, właścicieli i pracowników biur podróży. Po to, by mogli zobaczyć Mołdawię i docenić jej walory.

Mołdawia ma sporo turystycznych atrakcji, ale problem w tym, że mało kto o nich wie. Brakuje reklamy i wsparcia ze strony rządu w Kiszyniowie, stąd i zainteresowanie turystów jest niewielkie. Przyjeżdżają głównie ci świadomi, tacy, którzy dobrze wiedzą na co mogą tu liczyć. W czasie moich wyjazdów widziałem grupy z różnych regionów świata, od Francji po Japonię.

Lubię ten kraj. W ramach swoich możliwości staram się promować. Pierwszy artykuł o Mołdawii napisałem 4 lata temu. Do tej pory miał około 70 tys. odsłon.  Zobacz: Mołdawia.

Zjeździłem go w tę i z powrotem, od separatystycznego Naddniestrza po autonomiczną Gagauzję. Podróżowałem sam i jako pilot-przewodnik z grupami turystów. Jest bezpiecznie, przyjemnie i gościnnie. Uroku dodaje fakt, że jest to region słabo znany, turystów niewielu, więc mamy wrażenie jakbyśmy podróżowali po nieodkrytych jeszcze lądach. Lubię takie kierunki i jeśli tylko mogę, to wybieram właśnie je, a nie zatłoczone miejsca z listy turystycznych przebojów.

Fontanna wina w Milesti Mici

Fontanna wina w Milestii Mici. Zdjęcia z naszego Instagrama

Sporym atutem jest niewielka odległość. Lot z Warszawy do Kiszyniowa trwa mniej niż dwie godziny. Pięknie! Wsiadamy do samolotu i zanim zdążymy się znudzić, już jesteśmy na miejscu. Myślę, że powstaje coś w rodzaju nowego trendu – wycieczki do miejsc nieodkrytych, ale leżących blisko, tuż za miedzą, w obrębie Europy. Tak jest z Białorusią i Albanią. Kilka lat temu na tej fali zrodziło się olbrzymie zainteresowanie Gruzją. Wcale nie trzeba lecieć na drugi koniec świata, żeby dotknąć czegoś oryginalnego. Oczywiście, piękna jest wycieczka do Bhutanu, ale w Mołdawii też jest  ciekawie!

Cóż tam mamy, jakie są największe atrakcje?

Piwnice winne. Absolutnie bezkonkurencyjne. Ta w Milestii Mici ma 200 km podziemnych korytarzy (Księga rekordów Guinnessa). Druga jest Cricova – to 120 km piwnic i tuneli. Tu znajduje się sławna kolekcji win Hermanna Goeringa; najstarsza butelka zawiera napój z 1902 roku! Cricova słynie też z tego, że wśród tutejszych korytarzy w czasie swojej wizyty w 1966 r. zabłądził Juri Gagarin, a Władimir Putin świętował swoje pięćdziesiąte urodziny. Oczywiście miejsca te zwiedzamy, a wycieczki połączone są z degustacją win. Sama forma zwiedzania jest atrakcją. Proszę sobie wyobrazić, że po podziemnych korytarzach przemieszczamy się busami! Odległości tam są tak duże, że pieszo nic byśmy nie wskórali. Część korytarzy znajduje się kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią ziemi! Na tej głębokości znajdują się sale degustacyjne i restauracje. Więcej o tym: Mołdawia – królestwo wina.

W momencie, w którym piszę ten artykuł parlament Mołdawii wprowadza prawo, zgodnie z którym wino nie jest alkoholem! Brzmi nieprawdopodobnie, ale to całkiem trzeźwa reakcja na spadające spożycie tego trunku. W Mołdawii obowiązują antyalkoholowe regulacje (zakaz reklamy, ograniczenia sprzedaży w godzinach nocnych), na których cierpią rodzimi producenci. A, że wino w mołdawskiej gospodarce ma szczególne znaczenie (20 proc. PKB), to rządzący nie mogą sobie pozwolić na ignorowanie problemu. Skoro wino, to nie alkohol, to nie będą obejmowały go restrykcje w reklamie i sprzedaży.

Twierdza w Sorokach

Twierdza w Sorokach

Polskie kresy. Mało kto dziś zdaje sobie sprawę z tego, że I Rzeczpospolita sięgała tak daleko, aż po Morze Czarne. Mołdawscy książęta uznawali zwierzchność polskich władców (jako pierwszy hołd lenny złożył hospodar Piotr przed Władysławem Jagiełłą i jego żoną Jadwigą w 1387 roku). Jedna z ikon dzisiejszej Mołdawii – twierdza w Sorokach obsadzana była przez polskich żołnierzy (do 1699 roku). Sięgnijmy do „Pana Wołodyjowskiego” oraz „Ogniem i mieczem”. Opisywane tam wydarzenia miały miejsce między innymi na terenie dzisiejszej Mołdawii i Naddniestrza. Właśnie tam Basia spędzała miłe chwile z panem Michałem, wiedźma Horpyna więziła Helenę, a na pal wbity został Azja Tuhajbejowicz. Mówiąc wprost, jest to wyśmienite miejsce do organizacji wycieczek na sentymentalną nutę, ale też dobra okazja, by przypomnieć interesujące momenty naszej historii.

Mieszanka kultur i cywilizacji. Przez terytorium dzisiejszej Mołdawii przebiegała granica cesarstwa rzymskiego. Do dziś przetrwały fragmenty wałów Trajana. Świat śródziemnomorski ścierał się tu z Barbarią. W średniowieczu konkurowały trzy siły: napływająca z Polski i Węgier kultura łacińska, bizantyjskie prawosławie i islam przyniesiony przez Turków. Na przełomie XIX i XX wieku obszar rozdzierany był pomiędzy tworzącą się właśnie Rumunię i zajmującą nowe obszary Rosję. Efekt tych wpływów mamy dziś w postaci podziału na przynajmniej częściowo prozachodnią Mołdawię, będące pod rosyjskim wpływem Naddniestrze oraz sympatyzującą z Turcją autonomiczną Gagauzję – region ten to ewenement na europejską skalę. Gagauzi są albo sturczonymi Bułgarami, albo Turkami poddanymi słowiańskim wpływom. Mają swój język, hymn, godło i flagę. Więcej o tym w artykule Gagauzja.

Wielość tradycji przejawia się niemal we wszystkich aspektach życia, również w kuchni i architekturze. Ta ostatnia najznamienitszą formę wykształciła w czasie, gdy głównym architektem Kiszyniowa był słynny Aleksander Bernardazzi. Umiejętnie łączył styl włoski z lokalnymi elementami. Wzniesione przez niego budynki stanowią ozdobę mołdawskich miast, ale znajdziemy je też w pobliskiej Odessie.

Krajobraz w Starym Orhei

Krajobraz w Starym Orhei

Kulinaria to duży atut Mołdawii. Kuchnia oparta jest na naturalnych i ekologicznych składnikach. Stosunkowo prosta, w sporej części wywodząca się z tradycji chłopskiej. Jest tym, czego przybysz z Zachodu, zmęczony chemią i przemysłowymi udziwnieniami, potrzebuje i co z pewnością doceni. Na stole ląduje kukurydziana mamałyga, na naszych oczach pocięta na kawałki cienką nitką, do tego kilka kawałeczków usmażonego mięsa i gęsta, prawdziwa śmietana. Cóż więcej trzeba? No, może kieliszek wina. I jest pysznie! Z czasem nabieramy wprawy i wiemy w jakim regionie kraju o co poprosić. W Sorkach w restauracji niedaleko twierdzy dają pyszne sarmale, czyli małe gołąbki zawijane w liście winogron. W Gagauzji cieszymy się lokalnymi daniami z baraniny. W Kiszyniowie wiemy, gdzie można naprawdę dobrze zjeść i, że najlepszą kiełbasą jest Moskiewska – z dodatkiem koniny i dużymi ziarnami pieprzu.

Naddniestrze, czyli kraj, który oficjalnie nie istnieje. Ma granice, rząd, policję, walutę, ale zgodnie z prawem międzynarodowym to wszystko jest nielegalne. Paradoks parapaństwa. Podobną sytuację mamy w Górskim Karabachu (między Armenią i Azerbejdżanem). Ludzie ciekawi świata, turyści z ambicjami poznania i zrozumienia, szukają takich miejsc. Dlatego przekraczamy nieuznawane przez nikogo granice, fotografujemy formalnie nieistniejące flagi i godła oraz budynki rządów, których jakoby nie ma. Otrzymujemy wizy, których nikt nie można wydawać. Prawda, że brzmi intrygująco?!

Stolicą Naddniestrza jest Tyraspol (stolicą oczywiście nieuznawaną). Miasto warto odwiedzić choćby tylko po to, żeby móc powiedzieć, że się tam było! Jest ciekawie. Wielki pomnik Lenina, naddniestrzańskie ruble, szerokie aleje, i wytwórnia znanych koników Kvint. Parapaństwo jest zasilane finansowo przez Rosję, odgrywa określoną rolę w polityce regionu, ale wbrew obiegowym opiniom („skansen komunizmu”) jest dość nowoczesne i dobrze utrzymywane, a jego stolica wygląda lepiej niż spora część Mołdawii i Ukrainy. Osobom zainteresowanym tym fenomenem polecam artykuł: Naddniestrze. Lenin w Tyraspolu.

A jak jest naprawdę przekonają się ci, którzy tam pojadą. Naprawdę warto!

Wycieczka Mołdawia i Naddniestrze

Białystok. Podróże z łososiem (lub śledziem)

Przeglądam półki i witryny księgarskie. Ciągle i regularnie. Nie mogę pozbyć się tego nawyku. W Białymstoku, obok budynku uniwersytetu, w którym spędziłem kilka najlepszych lat (i dlatego wciąż jest to miejsce bliskie) znajduje się moja ulubiona księgarnia. Powstała dawno temu. Mieszkańcom miasta znana był kiedyś z wydawnictw o profilu rolniczym. Ale to dawne dzieje. Dziś króluje tam literatura, jest też spory dział reportażu. W czasie studiów, po skończonych zajęciach zachodziłem najpierw do niej, oglądałem i długo trzymałem w dłoniach książki, na które nie było mnie stać. Masę czasu spędziłem przy półkach z napisami historia, religia i filozofia.

Później szło się kilka kroków dalej, do księgarni Akcent przy Rynku Kościuszki, posiadającej wtedy największy asortyment z obszaru nauk humanistycznych. Z dawnej księgarni została już tylko nazwa. Zdaje się, że to miasto, będące właścicielem lokalu, wymusiło przerobienie sklepu z książkami na restaurację i pub (też z książkami!). Można więc zjeść tam sałatkę i napić się piwa, ale książek nie znajdzie się wiele. Są obecne połowicznie, stanowiąc tło, dyskretną dekorację i alibi dla kotleta.

Piłkarze Jagiellonii na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce.

Piłkarze Jagiellonii Białystok na spacerze przy księgarni (kawiarni) Akcent, 11.03.2017, przed meczem z Koroną Kielce

Obchód kończyliśmy w antykwariacie na ulicy Lipowej. Tam kupowaliśmy najwięcej. Zapomniane, nikomu niepotrzebne klasyczne pozycje z filozofii, sztuki, religioznawstwa i historii w cenie od pięciu do dwunastu złotych. Były akurat na kieszeń biednego studenta. Wychodząc stamtąd z tomem, na którym nam zależało, można było uznać dzień za udany. Czytanie zaczynało się już na pobliskim przystanku autobusowym, w drodze do domu. Ileż wtedy, w taki właśnie sposób, człowiek się nauczył! Ileż wiedzy zdobył! To były drugie, równoległe studia, a Alma Mater był antykwariat.

Tak więc, przeglądam półki księgarskie. Przechodząc przy placu Uniwersyteckim (łapię się na tym, że specjalnie tak parkuję) zaglądam w witrynę ulubionej księgarni. A nóż wypatrzę coś interesującego! Zwalniam kroku i omiatam wzrokiem wielkie okna. Dziś dostrzegłem książkę, o której parę tygodni temu słyszałem w radiu. Słyszałem i zapomniałem. Gdyby nie ta witryna, to pewnie zapomniałbym na dłużej. Umberto Eco, Podróże z łososiem*. Zainteresowałem się z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na autora, po drugie – z uwagi na „podróże”; słowo, na które mój umysł jest szczególnie wyczulony. Całość niesie nadzieję na przyjemną i inspirującą lekturę.

Wziąłem książkę do ręki, szybko stało jasne, że z podróżami ma niewiele wspólnego. Zachęcały tytuły ledwie kilku rozdziałów. Reszta obejmował mało atrakcyjny obszar tematyczny, od wyrabiania wtórnika prawa jazdy po tworzenie katalogów bibliotecznych. Co więcej, sporą część książki stanowiły teksty wydane już wcześniej w tomie Zapiski na pudełku od zapałek. Mimo to kupiłem. Pragnienie dobrej lektury jest wielkie. Na bezrybiu i rak ryba, a tonący brzytwy się chwyta. Może choć jedna strona, może choć jedna myśl stanie się inspiracją.

Siadłem do lektury. Przerzuciłem kilka pierwszych rozdziałów i szybko zapomniałem o czym były. Książkę uratował jeden tekst. Ten tytułowy. Oto znamienity autor wybiera się w podróż. W planie dwa kraje, w których odbędą się spotkania z czytelnikami. Najpierw jedzie do Szwecji. Tam kupuje dużą porcję wędzonego łososia. Ryba jest hermetycznie zapakowana, więc Umberto Eco ma nadzieję dowieźć ją do domu. Tyle, że po drodze musi spędzić jeszcze kilka dni w Wielkiej Brytanii. Wydawca zarezerwował mu dobry hotel w Londynie. Autor wie, że łososia trzeba przechowywać w lodówce, ale ta w jego pokoju jest zajęta na minibar. Pełno w nim buteleczek z alkoholem, soków i napojów wszelakich oraz orzeszków i innych przekąsek. Wyjmuje więc całą tę zawartość i umieszcza w wielkiej szufladzie jednego z mebli. Pakuje rybę do lodówki i zadowolony idzie spotkać się z czytelnikami. Wieczorem po powrocie do pokoju widzi, że obsługa hotelu wyjęła łososia i położyła na stole, a lodówkę napełnia nowymi buteleczkami. Pisarz nie daje za wygraną i robi to samo, co wczoraj, tym razem zapełniając kolejną szufladę. Ale hotelarze też są konsekwentni, więc następnego dnia historia się powtarza. I kolejnego również. W efekcie, wykwaterowując się z hotelu, Umberto Eco, sława światowej prozy, musi zapłacić astronomiczny rachunek za kilkakrotne wyczyszczenie minibaru i z zepsutą rybą wraca do Włoch. Zabawna historia, akurat dla pilota wycieczek. Do wykorzystania w pracy. Przez lata mogę ją opowiadać ku radości kolejnych grup turystów. W sumie wyszła więc z tego niezła inwestycja. Za jedyne 35 złotych.

* Wchodząc do sklepu poprosiłem panią o najnowszą książkę Umberto Eco, Podróże ze śledziem! Zupełnie nie wiem dlaczego. Skąd mi się wziął ten śledź?! Nie wiem. W każdym bądź razie mój mózg z sobie tylko znanych powodów podróże ze śledziem uznał za atrakcyjniejsze od tych z łososiem.

…..

Krzysztof Matys Travel. Autorskie biuro podróży. Wycieczki do Gruzji, Armenii, Mołdawii, Uzbekistanu, Iranu

 

Turystyka w 2017 roku

Sporo już wiemy o tym, jakie kierunki cieszyć się będą szczególnym powodzeniem. W turystyce masowej zapowiada się kolejny sezon ze zmniejszonym udziałem Turcji, dlatego ponownie zyska Grecja i Hiszpania. Ze względu na setną rocznicę Fatimy oblegana będzie Portugalia. Już od kilku miesięcy da się odczuć wzmożone zainteresowanie hotelami od Lizbony po Porto.

Plaża w Durres

Plaża w Durres

Wypada mieć też nadzieję, że podobnie jak w zeszłym roku, na topie będzie wypoczynek krajowy. Z punktu widzenia polskiej gospodarki korzystne jest, by jak najwięcej osób wybrało wakacje w kraju. Jak zawsze, polecam egzotyczną i bardzo ciekawą Polskę Wschodnią.

Myślę, że na znaczeniu zyskiwały będą mniej popularne kraje, m.in. Białoruś, Iran, Uzbekistan i Albania. Modę na Bałkany widać już od kliku lat. Część turystycznego ruchu z Egiptu, Tunezji i Turcji próbowano przekierować nad Adriatyk i Morze Czarne. Pisałem o tym już wcześniej w artykule: Biura podróży stawiają na Bałkany.

Czy to będzie rok Białorusi?

Tak dużo o Białorusi nie mówiło się chyba nigdy wcześniej. Władze w Mińsku zrobiły kilka mądrych posunięć udanie promując kraj. Zaczęło się w 2015 r. od ruchu bezwizowego w obrębie Puszczy Białowieskiej. Jesienią 2016 r. doszła możliwość wyjazdu do Grodna bez konieczności posiadania wizy, a za chwilę wejdzie też w życie podobne rozwiązanie obejmujące Mińsk. Dzięki temu media w Polsce, szczególnie te poświęcone turystyce, wielokrotnie zachęcały do wyjazdu na Białoruś. Więcej na ten temat w artykule: Białoruś – ruch bezwizowy.

Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku

Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku

Rok dopiero się rozpoczął, ale już widać duży wzrost zainteresowania tym kierunkiem. Dla wielu turystów jest to coś nowego. Wśród klientów naszego biura są tacy, którzy zwiedzili już niemal cały świat, byli w Australii i Japonii, ale nigdy wcześniej nie myśleli o wycieczce do Grodna, Nowogródka i Zaosia. Teraz nadrabiają zaległości, przekonując się przy okazji, że blisko też może być ciekawie.

Z racji położenia Białegostoku (tu jest główna siedziba naszego biura) Białoruś jest jedną z naszych specjalizacji. Znamy i gorąco polecamy!

Albania i Kosowo

Od lat szukam kraju, który mógłby równać się z Gruzją. Tak w naszej ofercie pojawiły się Mołdawia, Armenia, Uzbekistan i Iran. Każdy z nich jest ciekawy, każdy zasługuje na uwagę i jest celem rewelacyjnych wycieczek. Przekonany jestem, że do tego grona dołączą Albania i Kosowo. Mają wiele atutów. Piękne  góry na północy i piaszczyste plaże nad morzem. Do tego zabytki, dobra i naturalna jeszcze kuchnie oraz ciekawe regionalne trunki.

Albańskie góry, Valbona

Albańskie góry, Valbona

Albania mocno zmieniła się w ciągu kilku ostatnich lat (polecam artykuł: Albania to nie Afganistan!). Znacząco poprawiła się kwestia bezpieczeństwa. Wybudowano nowe drogi i hotele. Wielu Albańczyków wróciło do ojczyzny inwestując zarobione na Zachodzie pieniądze. Wolnorynkowe reformy rządu w Tiranie skłoniły włoskich restauratorów do przeniesienia swoich biznesów na drugą stronę Adriatyku. Jest ładnie i ciekawie. A co najważniejsze, w terenie jest jeszcze pusto, nie ma masowego ruchu turystów. W górach można poczuć klimat, jak w Gruzji 10 lat temu!  Jeśli jechać, to właśnie teraz, zanim cały świat ruszy do Albanii. Zatłoczone bywają tylko nadmorskie kurorty, najgorzej jest w Sarandzie, znacznie luźniej w regionie Durres. Artykuł: Plaże Albanii.

Iran. Egzotycznie i bezpiecznie

Turystyka lubi kraje ciekawe, bogate w atrakcje i świeże, to znaczy takie, które do tej pory nie były zbyt często odwiedzane przez turystów. Taki właśnie jest Iran. Na większą skalę otworzył się już kilka lat temu, ale na polskim rynku wzrost zainteresowania zaczynamy odczuwać dopiero teraz. Wcześniej pojawiły się wycieczki z zachodniej Europy.

Iranu nawet nie ma co za bardzo reklamować, osoby jeżdżące po świecie wiedzą, że warto się tam wybrać. Któż nie chciałby zobaczyć starożytnego Persepolis, Szirazu czy Isfahanu? Po prostu trzeba. Prędzej czy później kierunek ten musi pojawić się na drodze każdego ambitnego turysty.

Iran, wnętrze meczetu w Szirazie

Iran, wnętrze meczetu w Szirazie

Wcześniej mogły być obawy o bezpieczeństwo. Nieuzasadnione, na wyrost, ale to już osobny temat. Iran miał złą prasę na Zachodzie, media kreowały zniekształcony obraz kraju. Na szczęście to już minęło. Wraz z normalizacją stosunków politycznych, „niezależne” telewizje zmieniły narrację i już nie straszą. A jak jest w istocie? Iran jest państwem stabilnym, z silną władzą, a w dzisiejszym świecie, ma to duże znaczenie. Dzięki temu Persja jest regionalną wyspą spokoju. W kraju jest bezpiecznie, śmiało można podróżować. Duże znaczenie ma też nastawienie miejscowych. To życzliwi i sympatyczni ludzie. Są otwarci na nowe znajomości. W Iranie przemieszczałem się różnymi środkami transportu: metrem, autobusami, taksówkami i samolotami. Wędrowałem ulicami i uliczkami miast, również nocą. Nie spotkałem się z przejawami agresji. Wszędzie czułem się bezpiecznie. Więcej na ten temat w artykule: Iran – notatki z podróży.

*****

Główną domeną naszego biura są oczywiście wycieczki egzotyczne, ale sporo uwagi poświęcamy też turystyce w naszym regionie. Łączymy Podlasie z wyprawami na Litwę i Białoruś. Polecam takie rozwiązanie. Na urlop, konferencję czy imprezę firmową. Północno-wschodnia Polska kryje wiele atrakcji. Poza dziewiczą przyrodą i wyjątkowymi zabytkami atrakcją jest  też wyśmienita lokalna kuchnia. A wycieczka do pobliskiego Grodna i Wilna będzie zwieńczeniem udanego wyjazdu.

Sylwester juliański

Na Podlasiu okresu świąteczno-noworocznego ciąg dalszy. Dziś wieczorem w regionie huczne świętowanie. Ponownie wystrzelą fajerwerki i korki od szampanów. Tu nowy rok wita się dwa razy. Wierni kościołów wschodnich święta obchodzą według kalendarza juliańskiego, a zgodnie z nim rachuba dat przesunięta jest o 13 dni.

Dzień ten można potraktować jak turystyczną atrakcję i zrobić z tego coś w rodzaju produktu regionalnego. Ściągnąć turystów. Pokazać w telewizji. Szkoda, że nie myślą o tym ani władze regionu, ani urzędnicy odpowiedzialni za promocję województwa podlaskiego. Robimy to sami, od kilku lat organizujemy imprezy w Supraślu. Przyjeżdżają na niego ludzie z całej Polski, dla wielu z nich jest to pierwsza wizyta w naszych stronach. Poza balem jest jeszcze kulig i zwiedzanie Szlaku Tatarskiego. Program znajduje się tu: Sylwester w Supraślu.

Supraśl zimą

Supraśl zimą

Popularnie nazywany jest juliańskim lub prawosławnym Sylwestrem. Ale to nazwa sztuczna, utworzona na podstawie kalendarza gregoriańskiego. W Kościele katolickim św. Sylwester wspominany jest 31 grudnia. Patronem ostatniego dnia roku w kalendarzu juliańskim jest św. Melania, stąd też noworoczne zabawy nazywane są „małanką” lub „mełanką”.

Wśród prawosławnych mieszkańców Podlasia funkcjonuje też jako „szczodry wieczór” – od obfitości potraw na stole. W tradycji ten aspekt ostatniego dnia roku był bardzo istotny. W niezbyt zamożnych domach, na ten jeden moment szerzej otwierano spiżarnie. Na stołach pojawiały się sycące i tłuste potrawy. Bywało nawet bardziej bogato niż w czasie świąt Bożego Narodzenia.

O tym jak był i jak teraz jest obchodzony przeczytacie tu: Sylwester 13 stycznia.

W niedzielę, 15 stycznia, mieszkańcy województwa podlaskiego będą musieli wrócić do rzeczywistości i wziąć udział w referendum. Pytanie jest jedno: czy chcemy mieć lotnisko? Kilka dni temu odbyła się debata na ten temat. Miałem przyjemność wziąć w niej udział. Zapis z organizowanego przez „Kurier Poranny” i „Gazetę Współczesną” wydarzenia można zobaczyć tu.

Wesołych Świąt!

Najlepsze życzenia na Święta i na nadchodzący rok! Do zobaczenia gdzieś tam, hen daleko, na pięknej wycieczce!

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia Krzysztof Matys

Zapisz

Turystyczny Fundusz Gwarancyjny z perspektywy biura podróży

Chcieliśmy to mamy. Tak można podsumować stan, w którym się znaleźliśmy. Od lat pomysł utworzenia Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wspierała część branżowych środowisk, z Polską Izbą Turystyki na czele. Tyle, że teraz, kiedy po latach starań idea wchodzi w życie, jakoś nie widzę entuzjazmu. Branża nie odtrąbiła sukcesu. Dlaczego? Powód jest prosty. TFG będzie utrapieniem dla biur podróży.

Jak zawsze w tego typu przypadkach kłopotliwa jest biurokracja. Organizatorzy imprez turystycznych będą musieli składać miesięczne raporty zawierające wykaz zawartych umów, z tak szczegółowymi danymi jak: termin zawarcia umowy, termin imprezy turystycznej, liczbę osób, cenę, miejsce wykonania umowy, rodzaj środka transportu, terminy i wysokość dokonanych wpłat, termin i wysokość zwrotu wpłat w przypadku rozwiązania umowy.

Czy dzięki TFG Polacy chętniej wrócą do Tunezji, Egiptu i Turcji?

Czy dzięki TFG Polacy chętniej wrócą do Tunezji, Egiptu i Turcji?

Wypełnienie tego obowiązku wymaga dodatkowej pracy, co wiąże się ze wzrostem kosztów działalności biura. I wydaje się, że właśnie ten aspekt touroperatorzy odczują najbardziej. Jak zwykle w tego typu przypadkach, trudniej będą miały małe biura, które nie zawsze mogą pozwolić sobie na zwiększenie zatrudnienia.

Mniej doskwierać będzie składka na fundusz. Organizatorzy turystyki muszą odprowadzić opłatę naliczaną od każdego turysty. Kwotę kilku czy kilkunastu złotych biura podróży przerzucą oczywiście na klientów i tak naprawdę, w sensie finansowym, to klienci stworzą ten fundusz.

Przepisy dotyczące Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wchodzą etapami, zaczynając od dziś. Najważniejszy dla biur podróży moment nastąpi 26 listopada, ponieważ od tego dnia każdy touroperator będzie musiał prowadzić szczegółową ewidencję. Pierwsze sprawozdanie do funduszu organizatorzy imprez turystycznych przekażą w grudniu, za listopad właśnie.

Jaki jest cel funduszu?

W idei powołania funduszu chodzi o pełne zabezpieczenie interesów klientów biur podróży. Każdy legalnie działający touroperator posiada gwarancję ubezpieczeniową (względnie gwarancję bankową), która na wypadek bankructwa biura podróży ma pokryć ewentualne roszczenia (ściągnięcie turystów z zagranicy oraz zwrot wpłaconych należności). Tyle, że dotychczas pieniędzy z gwarancji zazwyczaj nie wystarczało. Dlatego zdecydowano się na wprowadzenie dodatkowego filaru zabezpieczeń. Touroperatorzy przekazując do funduszu składki stworzą pulę pieniędzy, z której – na wypadek bankructwa jednego z biur – mają być pokryte roszczenia. Wszystkie! Zgodnie z tym klient, który opłacił wycieczkę, a nie zdążył wyjechać, bo w międzyczasie biuro ogłosiło upadłość, odzyska pełną kwotę.

Przewidywane skutki

Co do zasady, postulat, by klient był w pełni zabezpieczony wydaje się słuszny. Tyle, że tego typu rozwiązanie może stworzyć oczywiste zagrożenia. Wśród nich najbardziej niebezpiecznym wydaje się zmiana nastawienia klientów. Po serii bankructw sprzed kilku lat rynek ustabilizował się, a turyści zrozumieli, że do wyboru oferty podchodzić należy ostrożnie, biorąc pod uwagę nie tylko atrakcyjną  cenę, ale też dane dotyczące kondycji biura oraz opinie o nim. Takie zachowania premiują przedsiębiorstwa pewne, stabilne i zasługujące na zaufanie. Istnieje uzasadniona obawa, że na skutek działania funduszu może się to zmienić. Klienci posiadając gwarancję pełnych zwrotów poniesionych opłat nie będą już tak ostrożni. W naturalny sposób pojawi się przestrzeń dla przedsiębiorców skłonnych do większego ryzyka, mniej doświadczonych lub zwyczajnych oszustów, liczących na łatwe ściągnięcie pieniędzy z rynku. Sądzę, że jest duże prawdopodobieństwo pojawienia się biur oferujących produkt na granicy kosztów. Wszystko według zasady, że może się uda. A jak nie, to TFG pokryje straty. Pisałem o tym już cztery lata temu w artykule Fundusz Gwarancyjny.

Negatywnych skutków może być więcej. Tego typu rozwiązanie działa na korzyść turystyki wyjazdowej i wspiera przede wszystkim biura zajmujące się masową turystyką czarterową, bo to właśnie do nich w wyniku działania funduszu, klienci nabiorą większego zaufania. W praktyce oznaczać to może, że więcej Polaków wyjedzie na urlop za granicę i mniej pieniędzy zostanie u nas w kraju. Po świetnych tegorocznych wakacjach za rok może być już gorzej.

Niestety, wzmocni to dodatkowo szarą strefę. Już teraz osoby lub instytucje organizujące wycieczki nielegalnie, z pominięciem ustawy o usługach turystycznych, mają przewagę. Wykazują niższe koszty, nie ponoszą opłat związanych chociażby z gwarancją ubezpieczeniową i nie podlegają kontroli, bo ta skupia się wyłącznie na biurach zarejestrowanych. Teraz dysproporcja jeszcze się powiększy. Szara strefa nie będzie odprowadzać składek na TFG oraz uniknie obowiązku kłopotliwej biurokracji z tym związanej.

Jakieś plusy?

Charakter Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego powoduje, że trudno przesądzić jakie skutki wywoła jego wprowadzenie. W założeniu Polskiej Izby Turystyki, od lat lobbującej na rzecz pełnego zabezpieczenia klientów ma to spowodować większe zaufanie do biur podróży, owocujące wzrostem sprzedaży. Czy tak się stanie? Zobaczymy.  Równocześnie może pojawić się efekt psucia rynku przez touroperatorów, którzy uznają, że najlepszą metodą marketingową jest przedstawienie oferty najtańszej. Nabiorą się na to w pierwszym rzędzie klienci uznający TFG za czynnik znoszący wszelkie ryzyko.

Wycieczki dla koneserów

Białoruś znosi wizy. Grodno i Kanał Augustowski

Tytuł atrakcyjny, dlatego spotkał się z entuzjastyczną reakcją polskiego internetu. Zareagowały chyba wszystkie większe portale, zarówno te piszące o turystyce, jak i specjalizujące się w tematyce międzynarodowej. Trudno się dziwić. Chcemy tam jeździć,  a z perspektywy biura podróży widać wzrost zainteresowania wycieczkami na Białoruś.

Gdyby rzeczywiście Mińsk zniósł wizy byłoby to wydarzenie epokowe, ale wydaje się, że w przewidywalnej perspektywie takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Białorusi oczywiście zależy na zwiększeniu ruchu turystycznego*, tyle, że w grę wchodzą co najwyżej ściśle określone programy, dopuszczające ograniczony ruch bez konieczności posiadania wizy. (Znane są już szczegóły programu, tu można dowiedzieć się jak w praktyce wygląda ruch bezwizowy do Grodna).

Bezwizowe przejście graniczne Białowieża - Piererow

Bezwizowe przejście graniczne Białowieża – Piererow

Pierwszy taki projekt działa już od roku i dotyczy terenu Puszczy Białowieskiej. Obejmuje jedno przejście graniczne Białowieża (Grudki) – Piererow i ograniczone jest do ruchu pieszego oraz rowerowego. By przekroczyć granicę trzeba uzyskać przepustkę, rejestrując się na dedykowanej temu stronie internetowej oraz wykupić przynajmniej dwie usługi turystyczne z terenu białoruskiej Puszczy Białowieskiej. W pierwszej połowie tego roku granice w ten sposób przekroczyło około 3 tys. osób. Więcej informacji o warunkach tego projektu w artykule.

A jeśli chodzi o ogłoszony właśnie „ruch bezwizowy” w obszarze Kanału Augustowskiego i Grodna, to ciągle mamy za mało danych, żeby przesądzić jak to będzie wyglądać w praktyce. Póki co wiemy, że:

  • W dniu 23 sierpnia Aleksander Łukaszenko podpisał odpowiedni dekret, ale jego szczegółami dopiero teraz zajmuje się Ministerstwo Sportu i Turystyki. Prezydencki  dekret wchodzi w życie po dwóch miesiącach, a więc program ma zacząć działać 23 października. Wstępnie przewidziany jest do końca 2017 r.
  • Ograniczony jest do terenu białoruskiej części Kanału Augustowskiego i Grodna.
  • Obok paszportu trzeba będzie posiadać też dokument uprawniający do zwiedzania parku Kanał Augustowski. Szczegóły tego dokumentu nie są jeszcze znane.
  • Obcokrajowcy bez wiz będą mogli znajdować się na terenie Białorusi maksymalnie pięć dni.
  • Będzie dotyczył kilku przejść granicznych, z terenu Polski i Litwy. W przypadku Polski są to dwa przejścia: w Rudawce na Kanale Augustowskim oraz w Kuźnicy Białostockiej.
Jeden z zabytków Grodna - wzniesiona w XII wieku cerkiew na Kołoży

Jeden z zabytków Grodna – wzniesiona w XII wieku cerkiew na Kołoży

Sporym zaskoczeniem jest włącznie do programu przejścia Kuźnica Białostocka – Bruzgi. Od kilku lat mieliśmy nadzieję na uruchomienie bezwizowego ruchu w ramach Kanału Augustowskiego na granicy w Rudawce(przejście działa sezonowo i przeznaczone jest dla kajakarzy), a w pakiecie znalazła się również Kuźnica (ruch samochodowy i kolejowy). I właśnie to, a także włączenie do projektu Grodna spowodowało tak entuzjastyczne reakcję. Niektórzy pewne zrozumieli to w ten sposób, że wystarczy wziąć paszport, wsiąść do samochodu i pojechać na obiad do Grodna. Co prawda szczegółów jeszcze nie znamy, ale wątpię by wyglądało to w ten sposób. Na podstawie szczątkowych informacji oraz dotychczasowych doświadczeń można wnioskować, że program będzie przypominał sprawdzone rozwiązanie z terenu Puszczy Białowieskiej, a więc trzeba będzie uzyskać dokument/przepustkę (być może za pomocą strony internetowej), wykupić ubezpieczenie oraz jakieś usługi turystyczne na terenie przewidzianym programem. Najbardziej interesującą kwestią są warunki, jakie trzeba będzie spełnić, żeby bez wizy pojechać do Grodna, bo zdaje się, że właśnie to miasto będzie głównym magnesem przyciągającym turystów. Może być tak, że wyjazd do Grodna będzie wiązał się z koniecznością wykupienia usług turystycznych na terenie parku Kanał Augustowski.

Poczekamy spokojnie na szczegóły programu, a póki co można powiedzieć, że Białoruś już zyskała – bezpłatną reklamę. Pojawiła się w mediach w pozytywnym świetle. To dobrze! Od lat podkreślamy, że turystycznie jest to atrakcyjne miejsce. Bezpieczne i naprawdę warto się tam wybrać. W 2017 roku należy się spodziewać wzrostu zainteresowania Białorusią. W niepewnej światowej sytuacji coraz więcej osób postrzega naszego wschodniego sąsiada jako miejsce stabilne, a za tym i bezpieczne. Po uruchomieniu „bezwizowego” ruchu turystów będzie jeszcze więcej. To ważne dla osób i grup planujących wycieczki. Kraj nie ma mocno rozbudowanej infrastruktury. Szczególnie w sezonie i w długie weekendy może brakować miejsc w hotelach. Wydaje się, że Białoruś na przyszły rok warto zaplanować ze sporym wyprzedzeniem.

Centrum Grodna

Centrum Grodna

Ciekawe możliwości stwarza też  nowe połączenie kolejowe z Krakowa do Grodna (przez Warszawę i Białystok). Pociąg będzie kursował już od września. Idealne rozwiązanie chociażby dla wycieczek szkolnych. A, że każdy polski uczeń powinien odwiedzić miejsca związane z naszą historią, to wręcz oczywiste. Więcej o tym w artykule: Grodno – historia i zabytki.

* Według rankingu Światowe Organizacji Turystyki Narodów Zjednoczonych Białoruś jest jednym z najrzadziej odwiedzanych krajów Europy. W 2014 roku na Białorusi było ledwie 137 tys. turystów. Dla porównania Polskę w tym samym czasie odwiedziło około 16 mln turystów, a zajmującą pierwsze miejsce Francję aż 83 mln.

Wycieczka na Białoruś

P.S.
Od lutego 2017 roku wchodzi w życie program umożliwiający bezwizowy wjazd na teren Białorusi przez lotnisko w Mińsku. W tym przypadku nie ma żadnych ograniczeń terytorialnych i można przemieszczać się po obszarze całego kraju. Szczegółowe informacje znajdują się tu: Do Mińska bez wiz.

 

Adżaria. Batumi i coś jeszcze

Batumi cieszy się dużą popularnością. Szczególnie miło wspominają je osoby, które pamiętają opowieści z czasów PRL-u. Legenda powstała w dużej mierze dzięki piosence Filipinek. Była to jedna z bardziej znanych melodii tamtych lat, niedawno przypomniana przez Natalię Lesz. Młodsze pokolenie poznaje kurort dzięki taniej linii lotniczej Wizz Air, która od kilku lat obsługuje połączenia z Warszawy i Katowic do gruzińskiego Kutaisi.

Plac Europejski z pomnikiem Medei

Plac Europejski z pomnikiem Medei

Każdego roku odwiedzam Batumi przynajmniej kilka razy. Miasto znajduje się w naszej standardowej i cieszącej się największym powodzeniem wycieczce. Do Batumi przyjeżdżamy po zwiedzeniu Tbilisi, Gori i Swaneti. Po wizycie nad morzem wracamy do stolicy, a tam czekają na nas jeszcze wyprawy do winiarskiej Kachetii i górzystego Kazbegi. Jednym słowem mnóstwo atrakcji. Zawsze pytam turystów o wrażenia. Opinie z grubsza są te same. Że do Batumi przyjechać trzeba było, ale głównie po, by zmierzyć się z legendą słynnego niegdyś kurortu. Pospacerować po ogrodzie botanicznym i zobaczyć jak wygląda plaża. Ale, że nie było to miejsce najważniejsze. Nic w tym zaskakującego, Gruzja ma wiele atrakcji i kilka miejsc, które przebijają ofertę nadmorskiego ośrodka.

Tyle o Batumi wpisanym w program wycieczki objazdowej. Można oczywiście i inaczej, niektórzy wybierają kurort na dłuższy wakacyjny pobyt. Zainteresowani szczegółowymi informacjami znajdą je w artykule: Batumi, pogoda, plaża. Turystom zastanawiającym się nad opcją all inclusive polecam artykuł: Gruzja all inclusive.

A co z obszarem wokół kurortu? Czy region Adżarii może stanowić atrakcyjny cel wycieczki? Od kilku lat obserwuję wysiłki lokalnych władz. Robią sporo, starają się. Adżaria jest obecna na największych polskich targach turystycznych. Regularnie zaprasza dziennikarzy i blogerów, dzięki czemu w internecie znajdziemy sporo relacji z kilkudniowych wypadów do Adżarii.

Centrum miasta jest dobrze oznaczone. Z prawej strony budynek zabytkowej synagogi

Centrum miasta jest dobrze oznaczone. Z prawej strony budynek zabytkowej synagogi

Po pierwsze historia

Zaskakująco ciekawa. Od czasów starożytnych po współczesność. Jeśli ktoś nie był w Muzeum Narodowym w Tbilisi, to powinien odwiedzić tutejsze Muzeum Archeologiczne lub choćby niewielką salę z eksponatami  znajdującą się na terenie twierdzy twierdzy Gonio.

Adżaria, to teren starożytnej Kolchidy. Do tego miejsca wyprawili się Argonauci po złote runo. Historie związane z tą częścią dzisiejszej Gruzji stanowią osnowę znanych greckich mitów, o czym przypomina nam charakterystycznym pomnik Medei na placu Europejskim. W Muzeum Archeologicznym niewielka sala przeznaczona jest na ekspozycję pięknej złotej biżuterii z okresu przełomu er, która od razu kojarzy się nam ze słynnym złotem Kolchidy.

To właśnie historia przesądziła o specyfice Adżarii. Region ten przez kilkaset lat znajdował się pod panowaniem tureckim. Pozostałością z tamtych czasów są zabytkowe meczety i muzułmańska społeczność zamieszkująca region. Bliskość tureckiej granicy widać w samym Batumi. Spora część hoteli, restauracji i innych lokalnych biznesów należy do kapitału tureckiego.

Interesująca jest historia najnowsza. Do 2004 r. Adżaria była de facto osobnym państwem, zarządzanym przez dyktatora Asłana Abaszydze. Dopiero zmiana władzy w Tbilisi i energiczne działania Micheila Saakaszwilego zmieniły tę sytuację. Gruzji udało się odzyskać kontrolę nad zbuntowaną republiką. Od tamtej pory rząd w Tbilisi zainwestował tu sporo środków starając się tym samym przekonać Adżarów o korzyściach przynależności do państwa gruzińskiego. Region funkcjonuje na zasadach autonomii, ma swoją flagę, lokalny rząd i parlament. W Batumi swoją siedzibę ma gruziński Sąd Konstytucyjny.

Jeden spośród słynnych kamiennych mostów

Jeden spośród słynnych kamiennych mostów

Morze

Plaża w Batumi, na całej długości kamienista. Piasek pojawia się sporadycznie w miejscowościach obok, w zatłoczonym każdego lata kurorcie Kobuleti oraz w znacznie bardziej kameralnej okolicy wokół twierdzy Gonio. Jeśli ktoś jest mobilny, to warto zobaczyć też czarne, powulkaniczne plaże w Ureki. Przeszkadzać w wypoczynku może pogoda. W okolicy często pada, również latem. Nie sposób też przewidzieć na co możemy liczyć w danym momencie. W maju i we wrześniu równie dobrze może być mokro, wietrznie i zimno (temperatura na polar i kurtkę), co słonecznie i ciepło (opalanie na plaży). Zmiany zachodzą nagle, z dnia na dzień, raz pada, raz świeci słońce. Więcej o pogodzie w Batumi.

Zwiedzanie

Batumi jest młodym miastem, powstało dopiero w XIX wieku, stąd też najważniejsze zabytki znajdują się poza jego granicami. Tuż obok wznosi się twierdza Gonio (starożytne Apsaros). Warto tu zajrzeć, by zdać sobie sprawę z bogatej historii tych ziem. Na terenie twierdzy znajduje się domniemane miejsce pochówku apostoła Macieja.

Bazar w Batumi. Właśnie przejechał pociąg

Bazar w Batumi. Właśnie przejechał pociąg

Jeśli mamy kilka dni na zwiedzanie Adżarii, to będziemy musieli postarać się, żeby dobrze wykorzystać czas. Zobaczyć trzeba choć jeden z kamiennych mostów, które wznoszą się tu od czasu średniowiecza. Ówczesna Adżaria mogła poszczycić się siecią bitych dróg, których częścią były właśnie te mosty. Kunszt z jakim je zbudowano zdumiewa do dziś. Miłośnicy przyrody zapuścić się mogą do parków narodowych Maczachela i Mtrala. To dobre miejsce na trekking, powstały szlaki, pojawiają się kolejne kwatery agroturystyczne.

A w samym Batumi? W ciągu ostatnich lat zrobiono sporo, żeby podnieść atrakcyjność miasta. Wyremontowano centrum. Turyści zatrzymują się na placu Europejskim i w zrobionym na wzór włoski kwartale zwanym Piazza. Ten ostatni, szczerze powiedziawszy nie jest niczym szczególnie ciekawym, to po prostu zespół eleganckich restauracji.

Osoby, które lubią takie miejsca, z przyjemnością odwiedzą tutejsze muzea. Jest ich kilka. Wspomniane już Muzeum Archeologiczne oraz Muzeum Adżarii. Warto zajrzeć do Muzeum Sztuki, choćby po to by zobaczyć obraz słynnego gruzińskiego prymitywisty, Niko Pirosmaniego. Z zabytkowych obiektów jest jeszcze synagoga – duży, odrestaurowany budynek otwarty jest dla zwiedzających.

Można wybrać się na przejażdżkę kolejką linową Argo. Linia ma 2,5 km długości i w ciągu 8 minut z nadmorskiej plaży wwozi pasażerów na wysokość 252 metrów. Roztacza się stąd ładny widok na miasto i wybrzeże.

Wyjątkowo wilgotny las w jednym z parków Adżarii

Wyjątkowo wilgotny las w jednym z parków Adżarii

Jeśli lubimy wschodnie klimaty, to zajrzyjmy na tutejszy bazar. Niby nic wielkiego, ale przynajmniej części osób może wydać się interesujący. To zresztą dobre miejsce, żeby na szybko przyjrzeć się gruzińskiej kulturze kulinarnej. Oczy cieszą stoiska z przeróżnymi przyprawami, wspaniałymi serami, miodem w plastrach i owocami. Tanio kupimy adżikę – lokalną pikantną przyprawę o konsystencji pasty lub sól swańską  – mieszankę z dużą domieszką czosnku. Miłośnicy herbaty zapewne zwrócą uwagę na miejscowy susz. A jeśli trafimy na moment, w którym przez teren bazaru, tuż przy nogach handlarzy, przejeżdża pociąg, to ujrzymy obrazki niemal jak z Indii.

Wielką popularnością cieszy się tutejsze delfinarium. Latem, w szczycie sezonu, widownia zajęta jest do ostatniego fotela. Byłem, i choć z reguły nie przepadam za takimi widowiskami, to w tym przypadku muszę przyznać, że robi ono wrażenie. Rodziny z dziećmi będą zachwycone. Pamiętać tylko trzeba o tym, żeby bilety kupić z wyprzedzeniem, bo tuż przed pokazem może nie być wolnych miejsc.

Ze względu na swoją różnorodność Batumi daje możliwość poruszania się na szerokiej turystycznej skali. Od luksusowych pięciogwiazdkowych hoteli z kasynami, po kwatery prywatne. Dobrze rozwinięty jest tu rynek wynajmu mieszkań na czas wakacji. Wędrujemy od czystego i zadbanego nadmorskiego deptaka (bulwar ma aż 7 km długości), po opisane wyżej, iście wschodnie targowisko. To wszystko razem ma pewien urok. Ambicje nowoczesnej, momentami bardzo ciekawej architektury (wszystkim polecam oryginalny budynek McDonalda) zderzają się z postradzieckimi blokowiskami. Dzisiejszy wygląd miasta właściwie oceni tylko ta osoba, która pamięta jego wygląd sprzed 5-7 lat. Zmieniło się nieprawdopodobnie dużo. Batumi wypiękniało. Zobacz też: Batumi, legenda i rzeczywistość.

Delfinarium. Bilet: 20 GEL

Delfinarium. Bilet: 20 GEL

Jak się tu dostać?

Autobusem (marszutką) bądź nocnym pociągiem z Tbilisi. Można też przylecieć do oddalonego o 2 godziny jazdy Kutaisi: Wizz Air z Warszawy i z Katowic). Od września będą też połączenia z Berlina. Mieszkańcy północno-wschodniej Polski mogą wziąć pod uwagę loty z Wilna. Albo wybrać wycieczkę objazdową, w programie której znajduje się również Batumi.

Informacje praktyczne:

Batumi, pogoda, plaża, hotele

Lotnisko w Kutaisi, transport, wymiana pieniędzy

Kutaisi – nowe centrum gruzińskiej turystyki

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén