Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: armenia (Strona 1 z 2)

Górski Karabach. Między Armenią i Azerbejdżanem

Jeżdżę tam od lat. Za pierwszym razem z wypiekami na twarzy. Chciałem zobaczyć jeden z tych szczególnych regionów. Nazywamy je parapaństwami, czyli krajami, które niby są, ale tak do końca to nie wiadomo czy aby na pewno. Bo oficjalnie Karabach nie istnieje. Mimo, że ma demokratycznie wybrane władze, policję, armię, flagę, urzędy i granice. Brakuje mu międzynarodowego uznania, więc nigdzie na świecie nie honoruje się wystawionych tam dokumentów (w tym paszportów), nie przyjmuje się prezydenta i ministrów. Nawet nazwać ich w ten sposób nie można, bo od razu protestowałby Azerbejdżan, który posiada oficjalne prawa do tego terytorium. Tak więc nie ma rządu, nie ma granic i paszportów. Nie ma kraju.

Wznoszący się na przedmieściach pomnik "My i nasze góry" stał się symbolem Karabachu

Wznoszący się na przedmieściach Stepanakertu pomnik „My i nasze góry” stał się symbolem regionu

Karabach to po ormiańsku Arcach. Zamieszkuje go ok. 150 tys. ludzi. Stolicą jest Stepanakert (60 tys. mieszkańców). Formalnie jest ormiańską enklawą na terenie Azerbejdżanu. W rzeczywistości Baku nie sprawuje tam żadnej kontroli. Karabach funkcjonuje dzięki pomocy Armenii. Obowiązującą walutą są armeńskie dramy. Mieszkańcy regionu, którzy chcą podróżować za granicę starają się o armeńskie paszporty.

Wciśnięty między Armenię i Azerbejdżan, Górski Karabach na początku kwietnia znalazł się na czołówkach gazet. Wojna! O co ta wojna? Sięgamy pamięcią do lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Tyle, że wtedy był to Górny Karabach. Błędna nazwa, powstała przez pomyłkę w tłumaczeniu, ale wtedy stosowano ją powszechnie. Używał jej również Ryszard Kapuściński. Cesarz reportażu był w Stepanakercie w czasie konfliktu. Opis tych wydarzeń znajdujemy w „Imperium”, głośniej książce o Związku Radzieckim. Kapuściński pisze tam o Karabachu, że to jeden z najpiękniejszych zakątków świata.

Swoje interesy mają tam światowe potęgi. I to od nich zależy rozwój sytuacji. Głównym rozgrywającym jest Rosja. Armenia jest od niej uzależniona, gospodarczo i politycznie. Moskwa jest gwarantem armeńskich granic. Mały kraj graniczy z dwoma wrogimi krajami: Azerbejdżanem i Turcją. Roczny budżet woskowy Azerbejdżanu równy jest budżetowi całej Armenii. W tej sytuacji Ormianie rozumieją, że zdani są na Rosjan, a Kreml bezwzględnie to wykorzystuje.

Klasztor Gandzasar (XIII wiek) jest jednym z ważniejszych zabytków Karabachu

Klasztor Gandzasar (XIII wiek) jest jednym z ważniejszych zabytków Karabachu

Od pierwszego dnia strzelaniny trwają spekulacje. Kto sprowokował konflikt? Kto za tym stoi? Rosja czy Turcja? Wygląda na to, że pierwsi zaczęli Azerowie. Ale kto im na to pozwolił, kto podpuścił? Rząd w Baku nie jest na tyle szalony by sam z siebie miał ryzykować wojnę z Rosją, a otwarty atak na Karabach tym właśnie grozi. Więc kto?!

Dziś wiemy już trochę więcej. Najbardziej skorzystała na tym Moskwa. Potwierdziła swoją pozycję na Kaukazie. Zachód raz jeszcze przekonał się o jej sile. Premier Miedwiediew odwiedził dwie stolice, był w Erywaniu oraz w Baku. I oznajmił, że Rosja dalej będzie dostarczać broń dwóm zwaśnionym stronom. Z tą zmianą, że teraz zapewne więcej, bo podgrzany konflikt napędza zbrojenia.

Ostatni raz byłem w Karabachu w zeszłym roku. Miejsce całkowicie bezpiecznie. Ludzie przyjaźni, mili, z właściwą Wschodowi gościnnością zapraszający do domów. Stepanakert, stolica nieuznawanego kraju, to ładne miasto. Wysprzątane i eleganckie. W centrum, tuż obok budynków lokalnych władz, dobrej jakości, czterogwiazdkowy hotel Armenia. Mieszkamy w nim lub w jednym z kilku mniejszych pensjonatów. Ruch turystyczny niewielki, ale przez kilka ostatnich lat było widać, że wzrasta, że dzieje się coś pozytywnego.

Oczywiście nie pchaliśmy się w pobliże granicy z Azerbejdżanem. Tam co jakiś czas dochodziło do wymiany ognia. Wiedzieliśmy o tym. Znaliśmy też przyczynę. Konflikt o Karabach jest potrzebny rządzącym w Erywaniu i w Baku. Demokracja w Armenii zostawia wiele do życzenia, a w Azerbejdżanie w ogóle nie ma o niej mowy – łamane są prawa człowieka, system rządów to autorytarny reżim. W jednej i w drugiej stolicy doskonale zdają sobie sprawę, że wokół takiego konfliktu łatwo ludzi jednoczyć i odwracać uwagę od wewnętrznej polityki. W ten sposób przykrywa się korupcję, nepotyzm i biedę sporej części społeczeństwa. Raz na jakiś czas, na wewnętrzny użytek, podgrzewano więc atmosferę. Przywykliśmy do tego, zdając sobie sprawę, że tak już chyba po prostu będzie. Na granicy wojsko, a wewnątrz regionu normalne życie.

Płot zrobiony z samochodowych rejestracji z czasów

Płot z samochodowych tablic rejestracyjnych z czasów, kiedy Karabach był częścią Azerbejdżańskiej SRR

U źródeł konfliktu leżą wydarzenia sprzed lat. Na większa skalę problemy rozpoczęły się w XX wieku. W 1923 r. komuniści radzieccy sprezentowali region Karabachu Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. W ten sposób obszar zamieszkały w przeważającej większości przez Ormian (chrześcijan) znalazł się w rękach Azerów (muzułmanów). Politykę w stylu dziel i rządź twórczo rozwinął Stalin. Przez cały okres ZSRR osiedlano Azerów w Karabachu. W efekcie tych działań zmieniono strukturę demograficzną regionu. Jeśli na początku XX wieku Ormianie stanowili 90 proc. mieszkańców, to w latach osiemdziesiątych już „tylko” około 70. Rozpadający się Związek Radziecki wywołał burzę. Powaśnione narody chwyciły za broń. Wygrali Ormianie przejmując pełną kontrolę nad Karabachem. Z regionu uciekli wszyscy Azerowie.

Wjechać tu można tylko od strony Armenii. Wymagany jest paszport i wiza, którą można otrzymać w przedstawicielstwie Karabachu w Erywaniu lub odebrać na miejscu, w Stepanakercie. Kosztuje ok. 10 USD i wystawiana jest na luźnej kartce, ponieważ nieuznawane przez świat władze Karabachu nie mają prawa wbijać jej do paszportów. A poza tym taka wiza przekreślałaby szanse na wjazd do Azerbejdżanu.

Czy będziemy tam jeszcze jeździć? Myślę, że tak. Wydaje się, że teraz, po załatwieniu zbrojeniowych interesów przez Miedwiediewa, sytuacja się uspokoi. Będzie jak było.

Więcej informacji o Górskim Karabachu.

Zobacz też: Dziesięć powodów by pojechać do Armenii.

Dziesięć powodów, dla których warto pojechać do Armenii

Bywam tam często, przynajmniej kilka razy w roku. Armenia jest jednym z moich ulubionych kierunków. Artykuły na ten temat pojawiały się już na blogu (więcej pod tagiem Armenia). Niniejszym tekstem chciałbym zwrócić uwagę turystów na ten piękny kraj. W tym roku LOT wznowił bezpośrednie połączenia do Erywania. Jeśli szukacie pomysłu na wycieczkę, weźcie pod uwagę Armenię!

Bliska egzotyka

Lot z Warszawy trwa tylko 3,5 godziny. Polacy nie potrzebują wiz i nie muszą spełniać żadnych formalności, wystarczy paszport. A kraj jest piękny i wyjątkowy. Niezbyt często zdarza się takie połączenie. Zazwyczaj miejsca egzotyczne i interesujące są bardziej oddalone i trudniej dostępne. W tym przypadku jest inaczej i już chociażby z tego powodu warto wybrać się do Armenii.

Góry

Aż 40 proc. powierzchni kraju znajduje się na wysokości powyżej 2 tys. m n.p.m.! Armenia to piękne górskie krajobrazy. I do tego bardzo zróżnicowane. Na przykład, w okolicach miejscowości Dilidżan, zwanej armeńską Szwajcarią, oglądamy stoki porośnięte pięknymi lasami, a po 10 minutach, kiedy przejedziemy tunelem na drugą stronę góry, otwiera się przed nami widok na łąki wokół jeziora Sawen. To typowe dla Armenii, gdzie towarzyszą nam szybko zmieniające się krajobrazy. Co jeden to ładniejszy.

Ararat. Po prawej stronie klasztor Chor Wirap

Ararat. Po prawej stronie klasztor Chor Wirap

Wystarczyłyby już same widoki z okien autokaru, bo przecież przekraczamy przełęcze leżące na wysokości większej niż szczyty naszych Tatr! Ale przecież to dopiero początek. Zatrzymujemy się w najbardziej malowniczych miejscach. Arcydzieła zabytkowej architektury położone są wśród wyjątkowych krajobrazów. Wystarczy wymienić klasztor Chor Wirap z widokiem na górę Ararat, Norawank wznoszący się wśród cudownie czerwieniejących skał oraz Tatew, do którego dostajemy się kolejką linową frunąc ponad 300 metrów nad dnem kanionu.

Góry stwarzają możliwość uprawiania turystyki aktywnej. Piesze wędrówki, rajdy konne, a zimą narty. Jest infrastruktura, są możliwości. Zobacz artykuł: Narty w Armenii.

Rząd w Erywaniu nie promuje w Polsce swojego kraju tak, jak to robi chociażby sąsiednie Tbilisi. W efekcie tego Armenia wśród naszych turystów nie jest tak popularna, jak Gruzja. Trzeba jednak zaznaczyć, że wcale nie jest mniej atrakcyjna!

Zabytki

W Armenii byłem wiele razy, ale do dziś pamiętam swoją pierwszą wizytę. Z wykształcenia jestem historykiem, niby byłem przygotowany, ale i tak to, co zobaczyłem, zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Kamienne budowle sakralne z pierwszego tysiąclecia. Do dziś, niemal bez żadnych zmian, istnieją kościoły wzniesione w VII wieku! A zabytków z okresu średniowiecza jest wręcz zatrzęsienie. Trzeba dokonać mądrej selekcji, żeby wybrać te najciekawsze. Inaczej musielibyśmy krążyć po Armenii dobre trzy tygodnie.

Wykute w skale pomieszczenia klasztoru Geghard

Wykute w skale pomieszczenia klasztoru Geghard

Co warto zobaczyć? Część wyśmienitych zabytków znajduje się blisko stołecznego Erywania i da się je odwiedzić w ciągu 2-3 dni. Są to: Eczmiadzyn z kościołami z VII wieku, skalny klasztor Geghard, pochodząca z I wieku rzymska świątynia w Garni i Chor Wirap, położony rewelacyjnie u stóp góry Ararat. Pozostałe obiekty znajdują się dalej i żeby do nich dotrzeć potrzeba więcej czasu. Koniecznie trzeba zobaczyć średniowieczny klasztor Norawank, przy okazji zatrzymując się w sąsiedniej wsi Areni, która słynie z wina (w jednej ze skalnych grot znaleziono tu pozostałości winiarni sprzed 6 tys. lat!). Kolejnym obowiązkowym punktem jest Tatew, monumentalny klasztor-twierdza, do którego docieramy najdłuższą na świecie jednosekcyjną kolejką linową (zobacz). Czymś absolutnie niezwykłym są takie obiekty jak Karahundż (Zorac Karer) zwane armeńskim Stonehunge oraz Zwartnoc – największe skupisko chaczkarów. Do miejsc obowiązkowych należy włączyć też zespół architektoniczny Sewanawank, pięknie ulokowany na skarpie nad jeziorem Sewan. Wycieczka obejmująca wszystkie te obiekty zajmie około 7 dni.

Historia

Wystarczą dwa dobre muzea i kilka zabytków, żeby nabrać dużego szacunku do historycznego dziedzictwa regionu. Szybko zdajemy sobie sprawę z faktu, że Południowy Kaukaz jest jedną z kolebek cywilizacji. Tu człowiek opanowywał sztukę wytapiania metali, udomowił zboża i niektóre gatunki zwierząt. Stąd pochodzi umiejętność wytwarzania wina. Tradycje winiarskie sięgające 8 tys. lat i żaden region świata pod tym względem nie może konkurować z obszarem dzisiejszej Gruzji i Armenii.

Zorac Karer jest najprawdopodobniej najstarszym na świecie obserwatorium astronomicznym

Zorac Karer jest najprawdopodobniej najstarszym na świecie obserwatorium astronomicznym

To obszar o niezwykle bogatej historii, licząc od czasów głębokiej starożytności, po epokę współczesną. Przewodnik wycieczki ma duże pole do popisu. Musi opanować rozległą wiedzę, ale w zamian będzie mógł zaskakiwać turystów coraz to ciekawszymi opowieściami.

Najstarszy chrześcijański kraj

Król Armenii, Tiridates III, na samym początku IV wieku uczynił chrześcijaństwo religią państwową. W ten sposób Armenia stała się pierwszym tego typu krajem na świecie. Fakt ten jest powodem wielkiej dumy Ormian. Chrześcijaństwo mimo niesprzyjających okoliczności i powtarzających się przez stulecia krwawych najazdów perskich, arabskich, mongolskich i tureckich, przetrwało tam do dziś i jest jednym z podstawowych składników świadomości narodowej Ormian.

Bogactwem kraju są zabytkowe budowle sakralne, kościoły i klasztory. Kamienne, o specyficznej architekturze, zaświadczają o przebogatej historii tych ziem. Najstarsze, które do dziś przetrwały w niezmienionej postaci, pochodzą z VII wieku. Stoją jak gdyby czas dla nich nie istniał. Są czynne, odprawia się w nich msze. To trzeba zobaczyć!

Ze względu na ten fakt Armenia cieszy się powodzeniem również wśród polskich grup pielgrzymkowych oraz wszystkich osób zainteresowanych historią chrześcijaństwa. Zobacz artykuł: Pielgrzymki do Gruzji i Armenii.

Turyści fotografujący Ararat

Turyści fotografujący Ararat

Znajomość świata

Wartością dodaną wycieczki na Południowy Kaukaz jest otwarcie nowej perspektywy. Porównać to można do odkrycia nowego lądu. Bo Armenia nie jest czymś tak turystycznie oczywistym, jak Grecja, Egipt, Meksyk albo Indie. Przez dziesięciolecia znajdowała się poza ofertą biur podróży. Kraj funkcjonował sobie gdzieś tam, bardzo daleko, poza naszą percepcją. Tak patrzymy na Armenię zanim tam nie pojedziemy. Wycieczka wszystko zmienia. Jak po dopłynięciu do nowego kontynentu, z istnieniu którego do tej pory nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę.

Południowy Kaukaz jest jak kontynent. Tak bardzo bogaty w znaczenia, historię i opowieści. I tak bardzo ważny! Również dziś, w polityce światowej. Rozszyfrowywanie zawiłości, które determinują stosunki w regionie jest zajęciem pasjonującym. Znajomość relacji w gronie takich państw jak Armenia, Rosja, Iran, Turcja, Azerbejdżan i Gruzja, poszerzone o wiedzę na temat interesów USA, Izraela, a nawet Polski, może pomóc w zrozumieniu niejednego procesu politycznego ostatnich lat.

Przyroda

W tym niewielkim kraju (dziewięć razy mniejszym od Polski) występuje aż pięć stref klimatyczno-roślinnych i olbrzymia różnorodność świata roślin. Mamy przekrój od terenów półpustynnych po obszary subalpejskie.

Nad jeziorem Sewan

Nad jeziorem Sewan

Jeden z najwyższych wskaźników bioróżnorodności na świecie. Na 1 km kwadratowy przypada aż 100 gatunków! Na tak niewielkim obszarze występuje aż sto gatunków roślin endemicznych. Niektóre z nich są naprawdę rzadkie, jak chociażby odkryty i opisany przez polskiego botanika, dzwonek Massalskiego.

Armenia składa się obszarów leżących na różnych wysokościach. Kiedy na terenach położonych niżej wiosna już dawno minęła, to w wyższych partiach łąki dopiero zaczynają kwitnąć. Przyjedźcie do Armenii o dowolnej porze, od kwietnia do października, a zawsze zobaczycie coś pięknego.

Kuchnia

W ciągu ostatnich lat wśród turystów z Polski furorę zrobiła kuchnia gruzińska. To o niej pisze się artykuły i opowiada w telewizji. Ormiańska nie jest tak popularna nie dlatego, że w czymś ustępuje gruzińskiej. Raczej ze względu na to, że nie wybuchła jeszcze moda na Armenię. Jeszcze nasi celebryci tam nie pojechali, nie napisali książek i nie nagrali piosenek. Wszystko przed nami.

Podobnie jak w Gruzji zaletą tutejszej kuchni jest ekologia. Nie dotarły tu jeszcze sztuczne owoce i warzywa. Naturalne jest mięso, sery i mąka na tradycyjny ormiański chleb lawasz. Kolejną zaletą jest fakt, że wszystko przygotowywane jest na bieżąco. Nie ma tu półproduktów, potraw w proszku i mrożonek.

Restauracja z widokiem na świątynię w Garni

Restauracja z widokiem na świątynię w Garni

A czego warto spróbować? Specjalnością Ormian są wszelkiego rodzaju marynaty i kiszonki. Zima jest tu długa i surowa, dlatego ludzie nauczyli się zabezpieczać płody ziemi na cały jej okres. Marynuje się tu niemal wszystko, nawet grzebienie kogutów (do kupienia na targu w Erywaniu)!

Pyszne mają tu sery, w wielu odmianach, również owcze i słone.  Dużo je się warzyw ze szczególnym upodobaniem do zieleniny, ale są też szaszłyki i kebaby. Jeśli ktoś nie jadł ormiańskiego kebaba, nie wie jak ten powinien smakować.

Wino i inne trunki

W Armenii, podobnie jak w Gruzji, wytwarza się wina. Na pewno warto odwiedzić miejscowość Areni, w której sztuka ta kwitnie od 6 tysięcy lat! Żadne inne miejsce na świecie nie może pochwalić się takimi tradycjami. Co prawda najstarsze ślady tego trunku w postaci soli kwasu winowego znaleziono na terenie dzisiejszej Gruzji (7 tys. lat!), ale to Armenii przypada pierwszeństwo jeśli chodzi infrastrukturę do wytwarzania wina. Co ciekawe, we wsi trunek robi się do dziś, i to w dodatku, z tego samego szczepu!

Największą dumą Armenii są mocniejsze alkohole. W pierwszej kolejności chodzi o koniak, z powodów formalnych zwany „brandy”. Wielkim jego miłośnikiem był Winston Churchill. Stalin wysyłam do Londynu całe skrzynki przedniego trunku. Będąc w Erywaniu warto odwiedzić słynną wytwórnię Ararat.

Erywań. W restauracji wita nas muzyka

Erywań. W restauracji wita nas muzyka

Tradycja

Ormianie są dumnym narodem. Mają świadomość kilku tysięcy lat historii. Tworzą kulturę mocno ukorzenioną. Nie zatracili jej mimo tego, że aż przez sześć stuleci nie posiadali państwa! Przechowali ją przez trudne lata Związku Radzieckiego. Dziś, odwiedzając Armenię, ze zdumieniem możemy stwierdzić, że mimo nowoczesności i szybko zmieniającego się świata, tradycja jest tu czymś żywym i powszechnie obecnym. Przekona się o tym każdy turysta, a wystarczy zaledwie tygodniowy pobyt. Co najciekawszego? Wymieńmy rzeczy oczywiste.

Lawasz, czyli chleb w formie cienkiego jak papier placka. Wyrabiany jest z mąki pszennej, wody i soli. Wypieka się go tak, jak przed setkami lat, przylepiając do wewnętrznych ścian pieca zwanego tondirem. Stanowi dodatek do każdego posiłku. Nie ma ormiańskiego domu bez lawaszu. W 2014 roku został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Duduk, prosty flet, pasterska fujarka, która dzięki Ormianom weszła na salony. Jego ciepłe, nosowe brzmienie jest podstawą tutejszej muzyki. Tym, kim dla Polaków jest Chopin, dla Ormian jest Komitas, muzykolog i kompozytor, twórca klasycznych dzieł na duduka. Najsłynniejszy współczesny artysta to Dżiwan Gasparian, którego muzykę usłyszymy w takich filmach, jak „Gladiator” i „Ostatnie kuszeniu Chrystusa”.

Zwartnoc (VII wiek), lista UNESCO

Zwartnoc (VII wiek), lista UNESCO

Zakończenie

Kto zwiedzi Armenię, nie będzie żałował. Przy okazji wzbogaci się o wiedzę na temat fascynującego regionu. Warto zaznaczyć, że Armenia mocno różni się od Gruzji! To zupełnie inny kraj, z odmienną kuchnią, muzyką, trunkami i obyczajami. Nawet góry są tu inne. Gorąco polecam!

Program wycieczki do Armenii.

Narty w Armenii, Iranie i Gruzji

W czasie, kiedy śniegu brakuje nawet w Alpach, trzeba myśleć o nowych kierunkach narciarskich. Warto wziąć pod uwagę kraje mniej oczywiste, takie które do tej  pory z nartami wcale się nie kojarzyły. W Gruzji czy Iranie znajdziemy trasy zjazdowe położone na wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. Warunki śniegowe są dobre, infrastruktura przygotowana. Nic tylko korzystać! Dodatkowo, wypad narciarski połączyć można ze zwiedzaniem. Oto przykładowa oferta: Narty w Gruzji, narciarski kurort Gudauri.

Gruzja

Chyba jako jedyna z wymienionej trójki państw zdołała przebić się do świadomości Polaków. Kilka lat temu napisałem pierwszy artykuł na ten temat. Do tej pory zorganizowaliśmy już sporo wyjazdów narciarskich w pasmo Wielkiego Kaukazu. W Gruzji są trzy kurorty: Gudauri, Bakuriani i Mestia, ale realnie, jak na razie, liczy się tylko ten pierwszy. Położony najbliżej stołecznego Tbilisi (tu jest lotnisko) posiada też najlepsze warunki. Najwyższy punkt trasy zjazdowej znajduje się na wysokości 3250 m n.p.m. Śnieg leży tu od grudnia do kwietnia. Zaspy po pas widziałem też na początku maja.

Gruzja, Gudauri

Gruzja, Gudauri

W ciągu kilku ostatnich lat powstały dobre hotele, dysponujące krytymi basenami i saunami. Jest też trochę mniejszych, bardziej ekonomicznych obiektów. Zaskoczeniem może być fakt, że w sezonie w Gudauri ciężko o wolne miejsca. Rezerwacje, szczególnie dla grup, należy robić z dużym wyprzedzeniem. Poza tym wcale nie jest tanio. Lepsze hotele mocno trzymają cenę. Nowoczesne wyciągi wykonała austriacko-szwajcarska firma Doppelmayer.

Długość tras zjazdowych to ponad 57 km, a średnia pokrywa śnieżna — 2,5 m. Najniższy punkt trasy narciarskiej leży na wysokości 2050 m n.p.m.

W Gudauri jest specjalny stok dla amatorów jazdy ekstremalnej, tzw. free-ride, a poszukiwacze jeszcze mocniejszych wrażeń mają możliwość uprawiania narciarstwa z helikoptera.

Dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym z Warszawy do Tbilisi łatwo dostać się do Gruzji. Przelot zajmuje nieco ponad 3 godziny, a zimą bilety są tańsze. Z lotniska do Gudauri jest 120 km. Najlepszym rozwiązaniem jest połączenie wyjazdu narciarskiego ze zwiedzaniem, a przynajmniej z degustacją miejscowej kuchni i wina.

Więcej na ten temat w artykule: Narty w Gruzji.

Iran

W górach Alborz znajdują się dwa największe kurorty – Dizin i Szemszak. Blisko Teheranu, ledwie o godzinę jazdy samochodem.

Dizin leży na wysokości 2650 m n.p.m., a najwyższy punkt trasy sięga 3600 m n.p.m.! To największy irański kurort narciarski, polecany głównie dla początkujących i mniej zaawansowanych narciarzy i snowboardzistów oraz dla rodzin z dziećmi.

Iran, Dizin

Iran, Dizin

Kolejny kurort, Szemszak, ma trasy ulokowane na wysokości od 2550 do 3050 m n.p.m. Ze względu strome stoki polecany jest dla zaawansowanych narciarzy.

Dokładne omówienie tego tematu znajduje się w artykule Dominiki Klimowicz: Na narty do… Iranu.

Armenia

Kraj w Polsce mało znany; jeździ tam niewielu turystów. Szkoda, bo jest nie mniej atrakcyjny niż sąsiednia Gruzja. Wspaniałe zabytki, piękne góry, dobra kuchnia i wyjątkowe trunki. Z tych powodów Armenia jest bardzo atrakcyjnym celem wycieczki objazdowej. O turystycznych atrakcjach Armenii pisałem już na tym blogu. Zobacz.

Ze względu na ukształtowanie powierzchni (40 proc. obszaru leży na wysokości powyżej 2 tys. m n.p.m.!) Armenia ma też dobre warunki narciarskie. Najbardziej znany jest Tsakhkadzor, ośrodek wzniesiony w latach 80. XX wieku jako miejsce treningów radzieckiej kadry olimpijskiej. Szeroki przekrój tras daje możliwość uprawiania narciarstwa zjazdowego od osób stawiających pierwsze kroki po zaawansowanych adeptów białego szaleństwa. Sezon trwa od połowy grudnia do połowy marca. Tsakhkadzor znajduje się w odległości 55 km od stołecznego Erywania i międzynarodowego lotniska. Wyciągi zostały wyprodukowane i są obsługiwane przez włoską firmę Leitner. W sumie mają ponad 6 km długości i są w stanie przewieźć prawie 5 tys. pasażerów w ciągu godziny. Trasy rozciągają się od wysokości 1966 m do 2819 m n.p.m. I całkowita długość wynosi 27 km. Tsakhkadzor jest znacznie tańszym ośrodkiem od gruzińskiego Gudauri. Pamiętać należy tylko, że w okresie Nowego Roku i prawosławnych Świąt Bożego Naradzenia, czyli do połowy stycznia jest mocno zatłoczony. Więcej na ten temat tu: Narty w Armenii.

Armenia, mapa tras narciarskich w

Armenia, mapa tras narciarskich w Tsakhkadzor

Inne kierunki

Narciarze i snowboardziści mogą wziąć pod uwagę również Bałkany. Z zimowej olimpiady 1984 roku pamiętamy Sarajewo w dzisiejszej Bośni i Hercegowinie. Funkcjonują tam dwa w ośrodki narciarskie: Bjelasnica i Jahorina. Zimą w Bośni są większe szanse na śnieg niż w Polsce. Na narty można wybrać się też np. do Rumunii i Serbii. W tej ostatniej prym wiedzie duży i dobrze wyposażony kurort Kopaonik.

W ostatnich latach polska turystyka podlega istotnym zmianom. Na popularności zyskują nowe kierunki, do tej pory nieobecne w ofercie biur podróży. Mam wrażenie, że podobny proces dotyczy również zimowego wypoczynku. Być może w krajach tych nie znajdziemy tak dobrych warunków jak w Dolomitach, ale niosą one ze sobą powiew świeżości i odrobinę egzotyki. Warto przyjrzeć się im bliżej.

Zapisz

Stulecie zagłady Ormian

W kwietniu 2015 roku przypada ważna dla Ormian rocznica. Sto lat temu doszło do najtragiczniejszych w dziejach tego narodu wydarzeń. Zaczęło się w Stambule, gdzie aresztowano i wymordowano całą ormiańską inteligencję. To był początek największej fali ludobójstwa na terytorium Imperium Tureckiego. W ciągu dwóch lat zginęło około 1,5 mln osób!

Pamięć strasznych chwil pełni dziś ważną rolę. Na niej budowane jest poczucie więzi narodowej. Zaplanowano duże uroczystości, zaproszeni zostali przywódcy państw, przewidziano sporo wydarzeń z obszaru historii i kultury. 23 kwietnia na głównym placu Erywania wystąpi znany ormiański zespół System of a Down.

Armenia przechodziła różne koleje losu. W starożytności była wielkim i silnym państwem. W okresie największej potęgi kraj rozciągał się od Morza Kaspijskiego do Morza Śródziemnego! W średniowieczu Ormianie stworzyli państwo na terenie pogranicza dzisiejszej Turcji, Syrii i Libanu (Armenia Cylicyjska). Później utracili niepodległość. Naród bez państwa przetrwał 600 lat!

Katedra w Eczmiadzynie. Tu zaplanowano główne uroczystości religijne

Katedra w Eczmiadzynie. Tu zaplanowano główne uroczystości religijne

W drugiej połowie XIX wieku większość zamieszkałych przez nich terenów należała do Turcji. Odróżniali się od dominującej części społeczeństwa religią, językiem i kulturą. Bywało, że razili bogactwem. Ormianie zawsze byli cenionymi fachowcami. Zajmowali się handlem i rzemiosłem, wykonywali też wolne zawody.

Ludobójstwo

Jak to się zaczęło? Trudno wskazać jeden powód. Zadecydował raczej cały ich splot. Nie bez znaczenia były wewnętrzne animozje i uprzedzenia. Obok siebie muzułmanie (sunnici i szyici) jezydzi, Ormianie, Kurdowie, nestorianie i wierni Kościoła chaldejskiego. Nałożyły się na to kolejne wojny w trójkącie Rosja, Turcja i Persja. Chrześcijańskim Ormianom bliżej było do prawosławnych Rosjan, u nich szukali ratunku. W efekcie tego, przez Turków byli traktowani jak piąta kolumna.

Pogromy na dużą skalę rozpoczęły się już w końcówce XIX wieku. W latach 1894 – 1896 zginęło około 300 tys. Ormian. Największa fala okrucieństwa miała miejsce pomiędzy 1915, a 1917 rokiem, ale rzezie ludności cywilnej trwały aż do roku 1923. W sumie, przez te wszystkie lata, zginąć mogło około 2 mln ludzi! Historycy uważają te wydarzenia za pierwszą tak dużą, zaplanowaną akcję unicestwienia całego narodu. Powołał się na nie Hitler w przededniu ataku na Polskę. Nakazując okrucieństwo swoim dowódcom stwierdził, że świat nie pamięta już tego, co zrobiono Ormianom. Miał to być dowód na to, że można bezkarnie mordować.

Uratowali się ci, którym udało się uciec na północ, do Rosji. Przeżyło też trochę dzieci i kobiet. Maluchy były kupowane z rąk tureckich oficerów i odsyłane do Europy. Ocalenie zawdzięczają obcokrajowcom, w tym europejskim misjonarzom, którzy utworzyli w ten sposób niejeden sierociniec. Kobiety stawały się brankami, zmuszane do małżeństwa z oprawcami, cierpiały do końca swych dni.

Pod koniec XIX wieku na terenie Turcji mieszkało około 2,1 mln Ormian. Do 1923 roku przeżyło ledwie 150 tysięcy! Niszczono również materialne ślady ich bytności, w tym bezcenne zabytki.

Tekst Konwencji ONZ w języku ormiańskim i angielskim

Tekst Konwencji ONZ w języku ormiańskim i angielskim

Nie było gdzie szukać sprawiedliwości. Świat biernie się przyglądał. I choć zachodnia prasa pełna była straszliwych doniesień, niewiele zrobiono, by powstrzymać hekatombę. Część zdesperowanych Ormian próbowała ukarać winnych na własną rękę. Tajna organizacja o nazwie Komandosi Sprawiedliwości dokonywała zamachów na wysokich urzędników odpowiedzialnych za zaplanowanie i przeprowadzenie akcji eksterminacyjnej. W 1921 r. w Berlinie zastrzelono Talaata Paszę, byłego ministra spraw wewnętrznych, uważanego za architekta rzezi.

Genocyd

Zabójca z Berlina, złapany przez policję, stanął przed sądem. Groziła mu kara śmierci. Wydarzenie to zwróciło uwagę Rafała Lemkina, młodego studenta prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Lemkin pytał, jak to możliwe, że politycy, którzy odpowiadają za śmierć setek tysięcy są bezkarni i mogą spokojnie podróżować po świecie, a zamachowiec za zastrzelenie jednego z nich najpewniej otrzyma najsurowszą karę. Odpowiedź była prosta. Prawo międzynarodowe nie znało jeszcze takiej kategorii jak ludobójstwo. Nie było podstaw by aresztować i osądzić byłych przywódców Turcji.

Od tej pory Rafał Lemkin poświęcił się tej kwestii. Zwieńczeniem jego prawniczej kariery było doprowadzenie do przyjęcia przez ONZ Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Lemkin był jej autorem. On też stworzył termin „ludobójstwo” – po angielsku genocide (od gr. genos – rasa i łac. caedere – zabijać).

Tekst Konwencji znajduje się tuż przy wejściu do muzeum na terenie Cicernakaberdu w Erywaniu. Pamiętają tam, że Raphael Lemkin był z pochodzenia Polakiem. Informację tę zamieszczono również na oficjalnej stronie Genocydu.

Pamięć

Do 1991 roku Ormianie pozbawieni byli państwowości. Armenia stanowiła część ZSRR, a władzom w Moskwie wcale nie zależało na upamiętnianiu tamtych wydarzeń i drażnieniu południowego sąsiada (to Lenin przehandlował świętą dla Ormian górę Ararat, przekazując ją Turcji).

Wieczny ogień upamiętnia ofiary Genocydu. Erywań

Udało się dopiero w 1965 roku. Zbliżająca się pięćdziesiąta rocznica zagłady sprowokowała olbrzymie demonstracje, pierwsze tego typu w ZSRR. Ludzie wyszli na ulice, stanął cały Erywań. Domagano się pamięci. Moskwa ustąpiła. Postanowiono wybudować pomnik. Wzniesiono go na wzgórzu, z którego roztacza się piękny widok na stolicę Armenii i znajdujący się już po tureckiej stronie, Ararat.

To właśnie jest Cicernakaberd, czyli Jaskółcza Twierdza. Pali się tu wieczny ogień. Otoczony jest dwunastoma kamiennymi blokami, które symbolizują prowincje dawnej Armenii. W niebo strzela wysoka iglica, a tuż obok znajduje się muzeum (przez ostatni rok zamknięte z powodu remontu). Byłem w nim wiele razy, ale nie chcę pamiętać. Eksponowane tam zdjęcia są zbyt okrutne. Jest też zagajnik iglastych drzewek. Władze Armenii proponują posadzenie świerka odwiedzającym Erywań dostojnikom. Polskie wycieczki oglądają drzewko Jana Pawła II. Tuż obok jest świerk Putina, Miedwiediewa i Kwaśniewskiego.

Cicernakaberd

Cicernakaberd

Ormianie długo nie mogli przebić się z pamięcią o ludobójstwie. Z różnych powodów Zachód wstrzymywał się przez nadawaniem tej kwestii rozgłosu. Nie chciano zatargów z Turcją, ale znaczenie miała też polityka Izraela, konsekwentnie broniąca wyjątkowości Holokaustu. Dlatego Ormianie tak bardzo docenili słowa Jana Pawła II, który na tę kwestię zwrócił uwagę części światowej opinii publicznej. W 2001 r. eksterminację Ormian za ludobójstwo uznał parlament francuski (Ormianie tworzą tam wpływową społeczność, a dobre relacje między obydwoma narodami istnieją od średniowiecza). Polski Sejm odpowiednią uchwałę przyjął w kwietniu 2005 roku.

Uroczyste obchody zaplanowano w wielu krajach, również w Polsce. Zaangażowały się w nie znane osobistości świata kultury. Krzysztof Penderecki, który ma ormiańskie korzenie, skomponował na tę okazję utwór chóralny. Jego premiera będzie miała miejsce w Carnegie Hall w Nowym Jorku. W tym samym programie zabrzmią utwory Chopina oraz Komitasa – najsłynniejszego ormiańskiego kompozytora, który cudem uratował się z pogromu 1915 roku.

Zobacz też: Moja Armenia.

Armenia i Gruzja we Wrocławiu

W piątek 27 lutego w ramach Festiwalu Podróżników będę miał przyjemność gościć na Targach Turystycznych we Wrocławiu. Wszystkich zainteresowanych Gruzją i Armenią serdecznie zapraszam! Moje wystąpienie rozpoczyna się o godz. 13.50. Miejsce: Sala Cesarska w Hali Stulecia.

Gruzja, Cminda Sameba

Gruzja, Cminda Sameba

Na spotkaniu opowiem m.in. o tym:

  • Czy Gruzja i Armenia to jeszcze Europa?
  • Dlaczego w gruzińskich hotelach nie dają śniadań przed ósmą rano?
  •  Jaka jest prawda o letnim wypoczynku w Batumi?
  • Skąd wiemy, że wino pochodzi z Kaukazu?

Zapraszamy miłośników wycieczek, dziennikarzy oraz przedstawicieli biur podróży, którzy chcieliby poznać turystyczne możliwości tych krajów.

Dopełnieniem opowieści będzie pokaz slajdów i prezentacja krótkiego filmu.

Na pewno warto pojawić się w Hali Stulecia. Wystąpi tam również Beata Pawlikowska i Aleksander Doba.

Do zobaczenia!

Zobacz też moje blogi poświęcone Gruzji i Armenii.

Enoturystyka. Podróże z winem w tle

Takie wycieczki zyskują na popularności. Rośnie kultura winiarska, a wraz z nią zapotrzebowanie na tego typu wyjazdy. Ci, którzy mają już za sobą Francję i Włochy, rozglądają się za nowymi kierunkami. W artykule tym chciałbym zwrócić uwagę na trzy bardzo interesujące kraje. Dla każdego winiarza wręcz obowiązkowe!

Winobranie w Kachetii, gruzińskiej stolicy wina

Winobranie w Kachetii, gruzińskiej stolicy wina

Gruzja

Ojczyzna wina! Udomowienie winorośli i umiejętność wytwarzania szlachetnego trunku nastąpiły na Południowym Kaukazie. Gruzja szczyci się siedmioma tysiącami lat winiarskich tradycji! Nadal praktykowany jest tu najstarszy znany sposób wytwarzania wina. W zakopanych w ziemi glinianych kwewri trunek dojrzewa przez całą zimę nad osadem z pestek i skórek. W ten sposób powstaje klasyczne gruzińskie wino tetri, czyli „białe”. Odwiedzamy winnice, przyglądamy się procesowi produkcji i testujemy różne rodzaje trunków. Chętni mogą spróbować picia z rogów. Dopełnieniem degustacji jest czacza – mocny alkohol robiony z winogronowych wytłoczyn. Więcej o specyfice gruzińskiego wina.

Nie ma Gruzji bez supry, czyli uczty z toastami wygłaszanymi przez tamadę. Miejscowa kuchnia jest wyśmienita. Jeśli jedziemy do Gruzji, to również po to, by spróbować narodowych dań. W przerwie warto posłuchać gruzińskiej muzyki i obejrzeć pokaz narodowych tańców.

Przykładowy program wycieczki: Gruzja – szlakiem wina.

Armenia

Razem z Gruzją dzierży miano ojczyzny wina. W niewielkiej miejscowości Areni archeolodzy odnaleźli pozostałości najstarszej na świecie wytwórni (ma 6 tys. lat!). Ciekawostką jest to, że wino robi się tam do dziś. Odwiedzamy Areni i degustujemy tamtejsze trunki. Zwiedzamy również słynną fabrykę koniaków (brandy) Ararat w Erywaniu.

Przyjemność enoturystyki

Przyjemność enoturystyki

Będąc w Armenii warto też spróbować cieszących się olbrzymim szacunkiem domowych trunków, w tym przede wszystkim tutowki, czyli okowity wytwarzanej z owoców morwy. Na szczególną uwagę zasługuje Arcach – tutowaja wodka po 3 latach dojrzewania w dębowych beczkach. Najlepsza pochodzi z Górskiego Karabachu.

Specjalnością Ormian jest również wino z granatów.

W trakcie wizyty w Armenii nie powinno zabraknąć tradycyjnej muzyki i miejscowej kuchni.

W przypadku Południowego Kaukazu znaczenie ma również to, że podstawą produkcji są miejscowe, endemiczne szczepy. W Armenii i w Gruzji nie zadomowiły się europejskie odmiany. Jest to więc zupełnie inny winiarski świat. Oryginalny i bardzo interesujący.

Mołdawia

Miłośnicy wina powinni wybrać się do Mołdawii. Znajdują się tam dwie największe na świecie piwnice winne. Milesti Mici ma ponad 200 km podziemnych korytarzy, a druga w kolejności Cricova, to 120 km piwnic i tuneli. Zwiedzamy je jeżdżąc po nich samochodami! Ozdobą Cricovej jest również jej imponująca kolekcja, najstarsze wino pochodzi z 1902 roku!

Fontanna wina w Milesti Mici

Fontanna wina w Milesti Mici

Degustujemy królewskie wino Negru de Purcari. Od wielu lat trafia na stół Elżbiety II. Czerwone, wytrawne; swój wyrazisty i oryginalny smak zawdzięcza dodatkowi gruzińskiego szczepu saperawi. Odwiedzamy też małe, tradycyjne winiarnie. Próbujemy wina domowego – oczywiście w towarzystwie wyśmienitych potraw miejscowej kuchni. Więcej o mołdawskim winiarstwie.

Będąc w Mołdawii można wybrać się również do Naddniestrza, nie uznawanego przez świat para-państwa. W jego stolicy, Tyraspolu, znajduje się znana wytwórnia koniaków Kvint. Zwiedzamy zakład, degustujemy i kupujemy.

…………………………………….

Kolebką winiarstwa jest Południowy Kaukaz. Tam wszystko się zaczęło. Pierwszy był Noe. To on na stokach Araratu miał zasadzić pierwszą winnicę. Więcej na ten temat w artykule: Gruzja i Armenia – ojczyzna wina. Tradycje winiarskie trwają przynajmniej od 7 tysięcy lat! Żadne inne miejsce na świecie nie ma takiej historii. To tam zachowały się wyjątkowe endemiczne szczepy i unikatowe metody wytwarzania wina w glinianych kwewri (kvevri). Do tej dwójki dodałem Mołdawię. Dlaczego? Ponieważ zasługuje na uwagę, a w Polsce jest mało znana. Do tego ciężko u nas o dobre mołdawskie wina. Łatwiej znaleźć je tam, na miejscu, w niewielkich, a bardzo dobrych winnicach, takich jak Purcari. No i te olbrzymie piwnice. Kilometry wykutych w skale korytarzy, po których poruszamy się busami! Naprawdę warto to zobaczyć!

Święto wina w Kiszyniowie

Polecamy też wycieczkę: Chile – Argentyna. Winnice „Nowego Świata”.

Nasz kanał na YouTube

– filmy z Armenii, Gruzji, Mołdawii…

Zobacz też artykuł: Enoturystyka. Wino i podróże.

 

Co nowego?

Trochę się dzieje. Jak zwykle o tej porze roku. Maj i czerwiec upłynął pod znakiem Gruzji i Armenii. Kilka wypraw na Południowy Kaukaz. Jest jak było – bezpiecznie, gościnnie, super! Więcej na ten temat w artykule: Bezpieczne wycieczki do Gruzji i Armenii.

Jakimś cudem udało mi się wygospodarować kilka dni na wypad do Albanii. Piękny kraj, polecam!
Mój nowy blog o Albanii.

Górski Karabach

Górski Karabach

Zachód jest nudny. Cała nadzieja w takich miejscach, które do tej pory uważaliśmy za zupełnie nieturystyczne. Niesłusznie zresztą. Mają duży potencjał. Są ciekawe. Inspirują, wciągają. Potrafią zafascynować.

Szukam, podróżuję ich śladem. Wiele lat temu odkryłem Gruzję i Armenię, trochę później Mołdawię… Z Syrii i Libanu wyrzuciła nas wojna. Wielka szkoda, to były piękne wycieczki. Lubię bliższą egzotykę. Orient jest w zasięgu 3 godzin lotu. Polscy turyści od lat eksplorują daleką Azję czy Amerykę Południową, a nie byli jeszcze w Gruzji czy Albanii.

A w międzyczasie dużo pisania. Przymierzam się do książki. Na razie powstał nowy serwis poświęcony Gruzji.

Z najnowszych rzeczy: rozmowa o blogowaniu w „Dzienniku Turystycznym”.

Życzę udanych wakacji!

Bezpieczne wycieczki do Gruzji i Armenii

Z rosnącym zdumieniem obserwuję pojawiające się komentarze na temat wyjazdów na Południowy Kaukaz. Dotyczą one obaw związanych w wydarzeniami na Ukrainie. Słyszę od kolegów z branży, że niektórzy odkładają wycieczki do Gruzji i Armenii „ze względu na wojnę”. To naprawdę zaskakujące, ponieważ oba kraje mają dużo mniej wspólnego z wydarzeniami na Ukrainie niż Polska! Ani Gruzja, ani tym bardziej Armenia nie zaangażowała się tak mocno w kijowski Majdan, jak polscy politycy z partii rządzącej.

Gruzja, Cminda Sameba

Gruzja, Cminda Sameba

W Gruzji i Armenii jest bezpiecznie! To, co się obecnie dzieje na Ukrainie nie ma żadnego wpływu na sytuację w Tbilisi czy Erywaniu. Skąd to wiem? Ponieważ tam jeździmy. Wczoraj wróciłem z Armenii. Byliśmy z grupą turystów na wycieczce. I było super! Słoneczna pogoda, piękne góry, ciekawe zabytki, dobre jedzenie i wspaniali, gościnni ludzie. Wszystko, czego potrzebujemy do udanej wyprawy.

W czasie, gdy ja z jedną wycieczką byłem w Armenii, druga nasza grupa zwiedzała Gruzję. Nie napotkali żadnych utrudnień. Nie zmieniło się nic. Jest tak, jak było w zeszłym roku! Gościnnie, sympatycznie, super! Pojutrze znowu lecę do Tbilisi. Z grupą 17 osób.

W jednym i drugim kraju turystyka nie słabnie. Właśnie zaczął się sezon. W dobrych hotelach nie ma wolnych miejsc. Wszystko zajęte. Już teraz płacimy zaliczki za hotele na wrzesień i październik. Nie ma innego wyjścia, bo hotele są rozchwytywane. Jeśli przyjedzie mniej Polaków, to wyrównają to obywatele innych krajów. Południowy Kaukaz zrobił się modny. W Armenii jest dużo Francuzów, Włochów, Koreańczyków; są nawet turyści z Indii.

Warto dodać, że samoloty polskiego LOT-u do Erywania i Tbilisi nie lecą nad Ukrainą! Korytarz powietrzny prowadzi przez Rumunię i Turcję.

Zobacz nasz film z Gruzji.

Armenia, nad jeziorem Sewan

Armenia, nad jeziorem Sewan. Fot. K.Matys

Można zadać pytanie pomocnicze. Czy osoby, które boją się wyjazdu do Gruzji lub Armenii powiedziałyby to samo o Polsce? To znaczy, czy np. Francuzowi odradziłyby wycieczkę do Polski podpierając się wydarzeniami na Ukrainie?! Zapewne obruszylibyśmy się, gdyby Hiszpan nam oznajmił, że nie przyjedzie do Krakowa „z powodu wojny”. Jak popatrzymy na mapę, to zauważymy, że z Odessy jest bliżej do Warszawy niż do Erywania!

Bać się Gruzji ze względu na Ukrainę, to mniej więcej tak, jak zrezygnować z wakacji w Turcji z uwagi na wydarzenia w Syrii.

Mam nadzieję, że większość turystów nie ulegnie psychozie i nie wpadnie w pułapkę nakręcanego przez telewizję strachu.

Podróże mają tę zaletę, że kształcą i dają prawdziwy obraz świata. Kto był w Gruzji lub w Armenii na przestrzeni ostatnich dni, ten wie jak jest w rzeczywistość.

W naszym biurze nie zauważamy wyraźnego spadku zainteresowania. Niedawno mówiłem o tym branżowemu portalowi Tur-info. Już w tej chwili, na wrzesień, do samej tylko Gruzji mamy zapisanych ponad 150 osób. Jak na wycieczki objazdowe o wysokim standardzie, to naprawdę niezły wynik. Można powiedzieć, że jest dobrze.

Gruzja, wino i wyśmienita kuchnia.

Gruzja, wino i wyśmienita kuchnia.

Dlaczego więc piszę ten artykuł? Ponieważ w interesie wszystkich biur podróży jest powstrzymanie irracjonalnej spirali obaw. Im więcej ludzie wiedzą, tym lepiej. Nie ma lepszej metody niż rzeczowa informacja.

Gruzja i Armenia to kierunki niszowe, w skali polskiej turystyki mniej istotne. Znacznie bliżej Ukrainy jest Bułgaria, a tam latem wypoczywa wielu Polaków. Co będzie jeśli turyści wystraszą się również tego kierunku? A po nim przyjdą kolejne?! Oby nie.

Więcej informacji na moich blogach:

Armenia.blog.pl

Gruzja-Armenia.blog.pl

Nasze wycieczki do Gruzji i Armenii.

Zobacz opinie klientów o biurze Krzysztof Matys Travel.

Wardawar – ormiański śmigus-dyngus

Obyczaj polewania wodą występuje również w innych krajach. Bywa, że całkiem od Polski odległych. I wcale nie jest związany z Wielkanocą.

W Azji Południowo-Wschodniej, w połowie kwietnia, hucznie obchodzone jest święto Sangkran. Poprzedza ono nadejście pory deszczowej. To jedno, wielkie oblewanie. Dla mieszkańców Tajlandii, Kambodży, Birmy i Laosu jest to początek nowego roku. Więcej na ten temat przeczytacie w artykule Sangkran – azjatycki dyngus.

Erywań. Święto Wardawar

Erywań. Święto Wardawar

W Armenii narodowe oblewanie ma miejsce w połowie lata. Data jest ruchoma, przypada 14 tygodni po Wielkanocy. W tym roku będzie to 27 lipca. Bardzo lubię to święto. Nie tylko za to, że jest widowiskowe i atrakcyjne turystycznie. Szalone i wesołe (za oblanie nie można się obrażać – tego dnia woda ma magiczną, pozytywną moc, daje siłę i zdrowie). Intryguje mnie ponieważ jest rewelacyjnym tematem do analizy przenikania kultur. Dla religioznawcy to ziemia obiecana.

Przedchrześcijański Wardawar został zaadoptowany przez Ormiański Kościół Apostolski. Po przyjęciu nowej religii (w Armenii już w 301 roku – pierwszy chrześcijański kraj na świecie!) z Wardawaru uczyniono święto Przemienienia Pańskiego. Stare tradycje jednak przetrwały.

Już sama nazwa jest atrakcyjnym materiałem badawczym. Mamy dwie koncepcje. Według nich Wardawar (Vardavar, Vartavar) oznaczać ma: a) polewanie wodą, b) obsypywanie różami, ofiarowanie róż. Obie mają sens, ponieważ Wardawar, to święto wody i kwiatów. Z wszystkimi, złożonymi znaczeniami. Od miłości po urodzaj.

W czasie święta ludzie wręczają sobie kwiaty i dekorują nimi mieszkania, a nawet dachy domów. Przynoszą bukiety do kościołów. Częstą praktyką jest wypuszczanie gołębi. Kiedyś czynili to zakochani młodzieńcy. Jeśli gołąb krążył nad domem jego wybranki, to jasnym było, że ślub jest blisko.

Wardawar to również święto miłości. Tego dnia w przedchrześcijańskiej Armenii czczona była bogini Astchik (lub Astghik). Jej imię znaczy gwiazdka (ormiańskie astg to tyle co indoeuropejskie astro, star, czyli gwiazda). Astchik jest odpowiednikiem greckiej Afrodyty, egipskiej Izydy i babilońskiej Isztar. To ona rozrzuciła nasiona miłości na ziemi, a jej ukochany, Wahagn (bóg-słońce) pilnował by wzeszły. W ich obronie musiał stawić czoła złym mocom. W trakcie walk został ranny, a Astchik pospieszyła mu na ratunek. Pędząc skaleczyła nogę o kolce róży i przyozdobiła jej krzew swoją krwią. Oto powód dla którego czerwona róża jest symbolem miłości.

Bogini ta odpowiadała za źródła i ujęcia wody (w Armenii w takich miejscach ustawiano wiszapy – kamienne obeliski z wyobrażeniem ryby, które były jednym z symboli Astchik). Jej domeną był też urodzaj; jak wiadomo od miłości do płodności jest krótka droga. Wardawar to święto plonów, odpowiednik naszych dożynek.

Poszukajmy podobieństw. Wardawar związany jest wodą, kwiatami i urodzajem. Dokładnie te same elementy spotykamy w tajlandzkim czy birmańskim Sangkranie. W krajach dalekiej Azji polewa się nie tylko ludzi, ale też (a może przede wszystkim) święte posążki. Perfumuje się wodę za pomocą kwiatów, dokładnie tak, jak robiła to ormiańska bogini Astchik.

Najważniejszym wspólnym elementem jest oczywiście woda i jej kulturowe znaczenie. Oczyszcza, a człowiek tego potrzebuje. Konieczność puryfikacji uznać można za immanentną cechę człowieczeństwa. Przypisana jest ludzkości. Mogłaby być osią historii wierzeń. W naszym kręgu cywilizacyjnym to przede wszystkim potop (oczyszczenie, dzięki któremu mogła powstać nowa, lepsza jakość) oraz chrzest (w oryginalnej wersji związany z olbrzymim przeżyciem otarcia się o śmierć i narodzenia czegoś nowego).

Symboliczne znaczenie wody jest ogromne. Niezależnie od kręgu cywilizacyjnego, takiego czy innego kontynentu i złożonych uwarunkowań. Za zwykłym oblewaniem kryje się coś więcej.

Mój blog poświęcony Armenii.

Wycieczka do Armenii i Gruzji

Para-państwa

Przy okazji wydarzeń na Krymie przypominamy sobie historię Naddniestrza, Górskiego Karabachu, Abchazji i Południowej Osetii. Dziennikarze używają ich jako punktów odniesienia. Ileż to razy można było usłyszeć, że Putin realizuje wariant abchaski. Albo, że Krym stanie się dla Ukrainy tym, czym Naddniestrze dla Mołdawii.

Jeździmy tam od lat. Karabach odwiedzamy przy okazji wycieczki do Armenii, a Naddniestrze łączymy z Mołdawią i Odessą. Przekraczamy nieuznawane przez nikogo granice, fotografujemy formalnie nieistniejące flagi i godła oraz budynki rządów, których jakoby nie ma. Otrzymujemy wizy, których nikt nie ma prawa wydawać. Ot, jeden z paradoksów świata. Turyści oczekujący czegoś więcej niż plaża i all inclusive lubią tropić takie tematy. W ich poszukiwaniu mogą przemierzać cały świat. W tym przypadku nie trzeba daleko, te miejsca są w Europie.

flaga_górskiego_karabachu

Flaga Górskiego Karabachu

Wiemy, że pełnią określoną rolę w polityce regionu, że dzięki nim swoje interesy rozgrywa Moskwa. Za ich pomocą utrudnia życie Mołdawii, Gruzji i Azerbejdżanowi. Kreml wykorzystuje je do sabotowania prozachodniego tendencji Kiszyniowa i Tbilisi. Dlatego też quasi-państwa stale goszczą w mediach. Ostatnio mocnej ze względu na ukraińskie wydarzenia. Pojawiają się też informacje o Gagauzji – zapomnianym regionie Mołdawii.

Gdybyśmy mieli poprzestać na powierzchownych doniesieniach, to moglibyśmy dojść do wniosku, że są to jakieś straszne miejsca, w których spotka nas tylko bieda, korupcja i przestępczość. A tak w ogóle, to lepiej omijać je z daleka. Czarne plamy na mapie i nieszczęście dla świata.

Właśnie z tego względu warto tam pojechać. Żeby zobaczyć, że jest inaczej. Niezależnie od tego w co uwikłane są rządy tych niby państw, to przecież żyją tam ludzie. Tacy, jak my. Chcą zarabiać, kupować modne rzeczy, bawić się i jeździć na wycieczki. Z uśmiechem patrzę na reakcję turystów, którzy wjeżdżają do Naddniestrza czy Karabachu pierwszy raz. Są zaskoczeni, że jest tam „tak normalnie”. No, a jak ma być?! Na szczęście to nie jest miejsce takie jak Strefa Gazy. To nie obóz i więzienie. Będąc tam łatwo odnieść wrażenie, że to kraj jak wiele innych. Ani lepszy, ani gorszy, ot średnia tego regionu. Tyle, że nieuznawany przez cały świat. Mimo tego, że w rzeczywistości ma swoje terytorium, granice, armię, policję, walutę i władze (bywa, że wybrane demokratycznie!).

herb_naddniestrza

Na ulicy Tyraspola

Ciekawe to bardzo. Dlaczego więc świat ich nie uznaje? Bo to naruszyłoby interesy krajów od których się odłączyły. Bo stworzyłoby niebezpieczny precedens, groźny dla wielu innych regionów świata, od Chin po Hiszpanię. Wystarczy zdać sobie sprawę w jak trudnej sytuacji dziś postawiony został Zachód przez swoją decyzję sprzed kilku lat o uznaniu Kosowa. Teraz Rosja i Krym powołują się na ten precedens.

Dlatego też świat pilnuje pozorów, przestrzegając chociażby norm językowych. I tak, w żadnych oficjalnych dokumentach i wystąpieniach sprawującego władzę w niby-państwie nie można nazwać prezydentem, a jedynie „liderem nieuznawanego Naddniestrza”, a człowieka, który de facto jest ministrem spraw zagranicznych nazywać można co najwyżej „szefem służby zagranicznej”. Takie dyplomatyczne konwenanse. Czemuś służą? Między innymi potrzebie symbolicznego ukarania władz terytorium, które zechciało być państwem.

Trudniej mają mieszkający tam ludzie. Skoro nikt nie uznaje ich kraju, to nie uznaje się też tamtejszej poczty, banków i sieci telefonii komórkowej (i w związku z tym, nie można z nimi współpracować). W Tyraspolu, stolicy Naddniestrza, prowadzimy wycieczki do urzędu pocztowego. Żeby podróżnicy mogli kupić na pamiątkę wyjątkowy znaczek pocztowy – taki, którego nie uznaje żadna poczta na świecie poza Naddniestrzem. Jeśli ktoś chce wysłać stąd pocztówkę do Polski musi nakleić na kartkę znaczek mołdawski. Ten nasza poczta zaakceptuje. Naddniestrzańskiego już nie. Nie są uznawane też tamtejsze dokumenty. Dlatego wielu mieszkańców takich regionów przyjmuje paszporty krajów sąsiednich. Dopiero wtedy mogą podróżować po świecie. Naddniestrzanie mają dokumenty rosyjskie, mołdawskie i ukraińskie. Ich własne są nic niewarte.

Lubię odwiedzać te miejsca. Mają swój urok. Górski Karabach to piękne góry i magia miejsca na końcu świata, gdzie dojechać trudno i trafia mało kto. Znacie kogoś, kto tam był? Prawda, że to oryginalny cel wycieczki?! Z rytuałem przekraczania granicy i odbierania wizy w tamtejszym „Ministerstwie Spraw Zagranicznych”. Co ciekawe, bez żadnej biurokratycznej mordęgi, łapówek i utrudnień. Kulturalnie i bezpiecznie. Europa. Podobnie jest w Naddniestrzu. Stołeczny Tyraspol to ciekawe miejsce. Z jednej strony Lenin na głównym placu miasta, z drugiej nowoczesny czterogwiazdkowy hotel, w którym nocujemy i wizyta w wytwórni doskonałych koniaków Kvint. Prawie Ameryka… tyle, że utrzymywana z rosyjskich dotacji. Polecam!

Wycieczka do Mołdawii

 

Strona 1 z 2

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén