Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Powrót

Wyjeżdżamy również po to, by cieszyć się chwilą powrotu. Ja zawsze celebruję ten moment. Czekam, a kiedy już nadchodzi świadomie przeżywam. Nie tylko z tego powodu, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Również dlatego, że miło i przyjemnie (a na pewno ciekawie) jest spojrzeć na dom świeżym okiem. Niektóre rzeczy wydają się trochę inne, mniejsze lub większe, mniej lub bardziej istotne…

 

Cieszę się chwilą powrotu mimo pewnych, logistycznych niedoskonałości. Mieszkam w mieście, które nie ma lotniska. Bywa, że przejechanie 200 kilometrów z warszawskiego Okęcia zajmuje więcej czasu i zachodu niż wcześniejszy przylot do Polski. Wczoraj z Indii wracałem Finnairem. Lot z Helsinek trwa 1,5 godz., bus z Warszawy do Białegostoku prawie 4! A nawet te 7 godzin w samolocie z Delhi do Helsinek mija jakoś szybciej i bardziej komfortowo. Zjadłem, napiłem się dobrego wina i obejrzałem dwa filmy, w tym całkiem nowy „Jedz, módl się, kochaj”. Przy okazji tego kinowego przeboju przyszła mi do głowy pewna myśl. Fabuła jest tak skomplikowana, że gdybym nawet oglądał go w fińskiej wersji językowej, to i tak nadążyłbym za akcją. Oj kultura masowa…

 

To była piękna wyprawa! Indie i Nepal. Robiłem tę trasę już chyba piąty raz. Są takie kierunki, które szybko tracą swoją atrakcyjność, na które pilot i przewodnik patrzy rutynowo i bez większego zainteresowania. Ale nie Indie! Te zawsze są ciekawe. Wciągają i uwodzą! Przynajmniej mnie!

 

Arti, wieczorna ceremonia nad Gangesem

 

Była to też wyjątkowa wycieczka. Pierwszy raz pojechałem do Indii na… pielgrzymkę! Katolicką, religijną wyprawę. Dwaj księża, msze, codzienne modlitwy w autokarze, kazania. Przyznam, przed wyjazdem nieco się obawiałem. Dziś, szczęśliwy jestem, że było mi to dane. Bardzo ciekawe doświadczenie. Dookoła hinduska codzienna i powszechna religijność, widoczna tam na każdym kroku. W swej zewnętrznej formie tak różna od naszej. Bogowie z głową małpy lub słonia, święte krowy, joga, wegetarianizm, stosy kremacyjne i świątynie z erotycznymi przedstawieniami… A w tym wszystkim nasza grupa z polską, kościelną pieśnią na ustach! Coś niesamowitego! Pielgrzymi wzbudzali duży szacunek. Indyjski przewodnik, podróżujący z nami przez część trasy był szczerze wzruszony. Do tej pory myślał, że cały Zachód zapomniał już o duchowości, że w Europie nikt się już żarliwie nie modli. Nasza grupa pokazała mu, że jest inaczej.

  

Jeden ze stosów kremacyjnych

 

Z tego też powodu była to piękna ekumeniczna wyprawa. Zderzenie tak różnych światopoglądów religijnych zawsze może spowodować różne, nawet ekstremalne reakcje. Tu było pięknie i tak, jak trzeba. Nasi pielgrzymi odnosili się z szacunkiem i nawet chyba czerpali inspirację z wyjątkowego, hinduskiego klimatu. O szczegółach napiszę później. Jest o czym, chociażby o wizycie w domu Matki Teresy w Kalkucie.

 

Póki co, cieszę się pierwszym dniem po powrocie. I już zaczynam myśleć o kolejnej wyprawie…

Poprzednie

Indie, Indie…

Następne

Słonie. Indie i Nepal

Komentarz: 1

  1. ~GeoGrzes

    Panie Krzysztofie, cieszę się z powrotu i zapewne częstszych wpisów. Ja właśnie kończę czytać lekturę ” Moje Indie ” autorstwa pana Jarosława Kreta :)) też czuję się jakbym wracał z bardzo udanego wyjazdu :)) pozdrawiam

Dodaj komentarz

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén