Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Strona 2 z 32

Sylwester juliański

Na Podlasiu okresu świąteczno-noworocznego ciąg dalszy. Dziś wieczorem w regionie huczne świętowanie. Ponownie wystrzelą fajerwerki i korki od szampanów. Tu nowy rok wita się dwa razy. Wierni kościołów wschodnich święta obchodzą według kalendarza juliańskiego, a zgodnie z nim rachuba dat przesunięta jest o 13 dni.

Dzień ten można potraktować jak turystyczną atrakcję i zrobić z tego coś w rodzaju produktu regionalnego. Ściągnąć turystów. Pokazać w telewizji. Szkoda, że nie myślą o tym ani władze regionu, ani urzędnicy odpowiedzialni za promocję województwa podlaskiego. Robimy to sami, od kilku lat organizujemy imprezy w Supraślu. Przyjeżdżają na niego ludzie z całej Polski, dla wielu z nich jest to pierwsza wizyta w naszych stronach. Poza balem jest jeszcze kulig i zwiedzanie Szlaku Tatarskiego. Program znajduje się tu: Sylwester w Supraślu.

Supraśl zimą

Supraśl zimą

Popularnie nazywany jest juliańskim lub prawosławnym Sylwestrem. Ale to nazwa sztuczna, utworzona na podstawie kalendarza gregoriańskiego. W Kościele katolickim św. Sylwester wspominany jest 31 grudnia. Patronem ostatniego dnia roku w kalendarzu juliańskim jest św. Melania, stąd też noworoczne zabawy nazywane są „małanką” lub „mełanką”.

Wśród prawosławnych mieszkańców Podlasia funkcjonuje też jako „szczodry wieczór” – od obfitości potraw na stole. W tradycji ten aspekt ostatniego dnia roku był bardzo istotny. W niezbyt zamożnych domach, na ten jeden moment szerzej otwierano spiżarnie. Na stołach pojawiały się sycące i tłuste potrawy. Bywało nawet bardziej bogato niż w czasie świąt Bożego Narodzenia.

O tym jak był i jak teraz jest obchodzony przeczytacie tu: Sylwester 13 stycznia.

W niedzielę, 15 stycznia, mieszkańcy województwa podlaskiego będą musieli wrócić do rzeczywistości i wziąć udział w referendum. Pytanie jest jedno: czy chcemy mieć lotnisko? Kilka dni temu odbyła się debata na ten temat. Miałem przyjemność wziąć w niej udział. Zapis z organizowanego przez „Kurier Poranny” i „Gazetę Współczesną” wydarzenia można zobaczyć tu.

Wesołych Świąt!

Najlepsze życzenia na Święta i na nadchodzący rok! Do zobaczenia gdzieś tam, hen daleko, na pięknej wycieczce!

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia Krzysztof Matys

Zapisz

Turystyczny Fundusz Gwarancyjny z perspektywy biura podróży

Chcieliśmy to mamy. Tak można podsumować stan, w którym się znaleźliśmy. Od lat pomysł utworzenia Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wspierała część branżowych środowisk, z Polską Izbą Turystyki na czele. Tyle, że teraz, kiedy po latach starań idea wchodzi w życie, jakoś nie widzę entuzjazmu. Branża nie odtrąbiła sukcesu. Dlaczego? Powód jest prosty. TFG będzie utrapieniem dla biur podróży.

Jak zawsze w tego typu przypadkach kłopotliwa jest biurokracja. Organizatorzy imprez turystycznych będą musieli składać miesięczne raporty zawierające wykaz zawartych umów, z tak szczegółowymi danymi jak: termin zawarcia umowy, termin imprezy turystycznej, liczbę osób, cenę, miejsce wykonania umowy, rodzaj środka transportu, terminy i wysokość dokonanych wpłat, termin i wysokość zwrotu wpłat w przypadku rozwiązania umowy.

Czy dzięki TFG Polacy chętniej wrócą do Tunezji, Egiptu i Turcji?

Czy dzięki TFG Polacy chętniej wrócą do Tunezji, Egiptu i Turcji?

Wypełnienie tego obowiązku wymaga dodatkowej pracy, co wiąże się ze wzrostem kosztów działalności biura. I wydaje się, że właśnie ten aspekt touroperatorzy odczują najbardziej. Jak zwykle w tego typu przypadkach, trudniej będą miały małe biura, które nie zawsze mogą pozwolić sobie na zwiększenie zatrudnienia.

Mniej doskwierać będzie składka na fundusz. Organizatorzy turystyki muszą odprowadzić opłatę naliczaną od każdego turysty. Kwotę kilku czy kilkunastu złotych biura podróży przerzucą oczywiście na klientów i tak naprawdę, w sensie finansowym, to klienci stworzą ten fundusz.

Przepisy dotyczące Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wchodzą etapami, zaczynając od dziś. Najważniejszy dla biur podróży moment nastąpi 26 listopada, ponieważ od tego dnia każdy touroperator będzie musiał prowadzić szczegółową ewidencję. Pierwsze sprawozdanie do funduszu organizatorzy imprez turystycznych przekażą w grudniu, za listopad właśnie.

Jaki jest cel funduszu?

W idei powołania funduszu chodzi o pełne zabezpieczenie interesów klientów biur podróży. Każdy legalnie działający touroperator posiada gwarancję ubezpieczeniową (względnie gwarancję bankową), która na wypadek bankructwa biura podróży ma pokryć ewentualne roszczenia (ściągnięcie turystów z zagranicy oraz zwrot wpłaconych należności). Tyle, że dotychczas pieniędzy z gwarancji zazwyczaj nie wystarczało. Dlatego zdecydowano się na wprowadzenie dodatkowego filaru zabezpieczeń. Touroperatorzy przekazując do funduszu składki stworzą pulę pieniędzy, z której – na wypadek bankructwa jednego z biur – mają być pokryte roszczenia. Wszystkie! Zgodnie z tym klient, który opłacił wycieczkę, a nie zdążył wyjechać, bo w międzyczasie biuro ogłosiło upadłość, odzyska pełną kwotę.

Przewidywane skutki

Co do zasady, postulat, by klient był w pełni zabezpieczony wydaje się słuszny. Tyle, że tego typu rozwiązanie może stworzyć oczywiste zagrożenia. Wśród nich najbardziej niebezpiecznym wydaje się zmiana nastawienia klientów. Po serii bankructw sprzed kilku lat rynek ustabilizował się, a turyści zrozumieli, że do wyboru oferty podchodzić należy ostrożnie, biorąc pod uwagę nie tylko atrakcyjną  cenę, ale też dane dotyczące kondycji biura oraz opinie o nim. Takie zachowania premiują przedsiębiorstwa pewne, stabilne i zasługujące na zaufanie. Istnieje uzasadniona obawa, że na skutek działania funduszu może się to zmienić. Klienci posiadając gwarancję pełnych zwrotów poniesionych opłat nie będą już tak ostrożni. W naturalny sposób pojawi się przestrzeń dla przedsiębiorców skłonnych do większego ryzyka, mniej doświadczonych lub zwyczajnych oszustów, liczących na łatwe ściągnięcie pieniędzy z rynku. Sądzę, że jest duże prawdopodobieństwo pojawienia się biur oferujących produkt na granicy kosztów. Wszystko według zasady, że może się uda. A jak nie, to TFG pokryje straty. Pisałem o tym już cztery lata temu w artykule Fundusz Gwarancyjny.

Negatywnych skutków może być więcej. Tego typu rozwiązanie działa na korzyść turystyki wyjazdowej i wspiera przede wszystkim biura zajmujące się masową turystyką czarterową, bo to właśnie do nich w wyniku działania funduszu, klienci nabiorą większego zaufania. W praktyce oznaczać to może, że więcej Polaków wyjedzie na urlop za granicę i mniej pieniędzy zostanie u nas w kraju. Po świetnych tegorocznych wakacjach za rok może być już gorzej.

Niestety, wzmocni to dodatkowo szarą strefę. Już teraz osoby lub instytucje organizujące wycieczki nielegalnie, z pominięciem ustawy o usługach turystycznych, mają przewagę. Wykazują niższe koszty, nie ponoszą opłat związanych chociażby z gwarancją ubezpieczeniową i nie podlegają kontroli, bo ta skupia się wyłącznie na biurach zarejestrowanych. Teraz dysproporcja jeszcze się powiększy. Szara strefa nie będzie odprowadzać składek na TFG oraz uniknie obowiązku kłopotliwej biurokracji z tym związanej.

Jakieś plusy?

Charakter Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego powoduje, że trudno przesądzić jakie skutki wywoła jego wprowadzenie. W założeniu Polskiej Izby Turystyki, od lat lobbującej na rzecz pełnego zabezpieczenia klientów ma to spowodować większe zaufanie do biur podróży, owocujące wzrostem sprzedaży. Czy tak się stanie? Zobaczymy.  Równocześnie może pojawić się efekt psucia rynku przez touroperatorów, którzy uznają, że najlepszą metodą marketingową jest przedstawienie oferty najtańszej. Nabiorą się na to w pierwszym rzędzie klienci uznający TFG za czynnik znoszący wszelkie ryzyko.

Wycieczki dla koneserów

Białoruś znosi wizy. Grodno i Kanał Augustowski

Tytuł atrakcyjny, dlatego spotkał się z entuzjastyczną reakcją polskiego internetu. Zareagowały chyba wszystkie większe portale, zarówno te piszące o turystyce, jak i specjalizujące się w tematyce międzynarodowej. Trudno się dziwić. Chcemy tam jeździć,  a z perspektywy biura podróży widać wzrost zainteresowania wycieczkami na Białoruś.

Gdyby rzeczywiście Mińsk zniósł wizy byłoby to wydarzenie epokowe, ale wydaje się, że w przewidywalnej perspektywie takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Białorusi oczywiście zależy na zwiększeniu ruchu turystycznego*, tyle, że w grę wchodzą co najwyżej ściśle określone programy, dopuszczające ograniczony ruch bez konieczności posiadania wizy. (Znane są już szczegóły programu, tu można dowiedzieć się jak w praktyce wygląda ruch bezwizowy do Grodna).

Bezwizowe przejście graniczne Białowieża - Piererow

Bezwizowe przejście graniczne Białowieża – Piererow

Pierwszy taki projekt działa już od roku i dotyczy terenu Puszczy Białowieskiej. Obejmuje jedno przejście graniczne Białowieża (Grudki) – Piererow i ograniczone jest do ruchu pieszego oraz rowerowego. By przekroczyć granicę trzeba uzyskać przepustkę, rejestrując się na dedykowanej temu stronie internetowej oraz wykupić przynajmniej dwie usługi turystyczne z terenu białoruskiej Puszczy Białowieskiej. W pierwszej połowie tego roku granice w ten sposób przekroczyło około 3 tys. osób. Więcej informacji o warunkach tego projektu w artykule.

A jeśli chodzi o ogłoszony właśnie „ruch bezwizowy” w obszarze Kanału Augustowskiego i Grodna, to ciągle mamy za mało danych, żeby przesądzić jak to będzie wyglądać w praktyce. Póki co wiemy, że:

  • W dniu 23 sierpnia Aleksander Łukaszenko podpisał odpowiedni dekret, ale jego szczegółami dopiero teraz zajmuje się Ministerstwo Sportu i Turystyki. Prezydencki  dekret wchodzi w życie po dwóch miesiącach, a więc program ma zacząć działać 23 października. Wstępnie przewidziany jest do końca 2017 r.
  • Ograniczony jest do terenu białoruskiej części Kanału Augustowskiego i Grodna.
  • Obok paszportu trzeba będzie posiadać też dokument uprawniający do zwiedzania parku Kanał Augustowski. Szczegóły tego dokumentu nie są jeszcze znane.
  • Obcokrajowcy bez wiz będą mogli znajdować się na terenie Białorusi maksymalnie pięć dni.
  • Będzie dotyczył kilku przejść granicznych, z terenu Polski i Litwy. W przypadku Polski są to dwa przejścia: w Rudawce na Kanale Augustowskim oraz w Kuźnicy Białostockiej.
Jeden z zabytków Grodna - wzniesiona w XII wieku cerkiew na Kołoży

Jeden z zabytków Grodna – wzniesiona w XII wieku cerkiew na Kołoży

Sporym zaskoczeniem jest włącznie do programu przejścia Kuźnica Białostocka – Bruzgi. Od kilku lat mieliśmy nadzieję na uruchomienie bezwizowego ruchu w ramach Kanału Augustowskiego na granicy w Rudawce(przejście działa sezonowo i przeznaczone jest dla kajakarzy), a w pakiecie znalazła się również Kuźnica (ruch samochodowy i kolejowy). I właśnie to, a także włączenie do projektu Grodna spowodowało tak entuzjastyczne reakcję. Niektórzy pewne zrozumieli to w ten sposób, że wystarczy wziąć paszport, wsiąść do samochodu i pojechać na obiad do Grodna. Co prawda szczegółów jeszcze nie znamy, ale wątpię by wyglądało to w ten sposób. Na podstawie szczątkowych informacji oraz dotychczasowych doświadczeń można wnioskować, że program będzie przypominał sprawdzone rozwiązanie z terenu Puszczy Białowieskiej, a więc trzeba będzie uzyskać dokument/przepustkę (być może za pomocą strony internetowej), wykupić ubezpieczenie oraz jakieś usługi turystyczne na terenie przewidzianym programem. Najbardziej interesującą kwestią są warunki, jakie trzeba będzie spełnić, żeby bez wizy pojechać do Grodna, bo zdaje się, że właśnie to miasto będzie głównym magnesem przyciągającym turystów. Może być tak, że wyjazd do Grodna będzie wiązał się z koniecznością wykupienia usług turystycznych na terenie parku Kanał Augustowski.

Poczekamy spokojnie na szczegóły programu, a póki co można powiedzieć, że Białoruś już zyskała – bezpłatną reklamę. Pojawiła się w mediach w pozytywnym świetle. To dobrze! Od lat podkreślamy, że turystycznie jest to atrakcyjne miejsce. Bezpieczne i naprawdę warto się tam wybrać. W 2017 roku należy się spodziewać wzrostu zainteresowania Białorusią. W niepewnej światowej sytuacji coraz więcej osób postrzega naszego wschodniego sąsiada jako miejsce stabilne, a za tym i bezpieczne. Po uruchomieniu „bezwizowego” ruchu turystów będzie jeszcze więcej. To ważne dla osób i grup planujących wycieczki. Kraj nie ma mocno rozbudowanej infrastruktury. Szczególnie w sezonie i w długie weekendy może brakować miejsc w hotelach. Wydaje się, że Białoruś na przyszły rok warto zaplanować ze sporym wyprzedzeniem.

Centrum Grodna

Centrum Grodna

Ciekawe możliwości stwarza też  nowe połączenie kolejowe z Krakowa do Grodna (przez Warszawę i Białystok). Pociąg będzie kursował już od września. Idealne rozwiązanie chociażby dla wycieczek szkolnych. A, że każdy polski uczeń powinien odwiedzić miejsca związane z naszą historią, to wręcz oczywiste. Więcej o tym w artykule: Grodno – historia i zabytki.

* Według rankingu Światowe Organizacji Turystyki Narodów Zjednoczonych Białoruś jest jednym z najrzadziej odwiedzanych krajów Europy. W 2014 roku na Białorusi było ledwie 137 tys. turystów. Dla porównania Polskę w tym samym czasie odwiedziło około 16 mln turystów, a zajmującą pierwsze miejsce Francję aż 83 mln.

Wycieczka na Białoruś

P.S.
Od lutego 2017 roku wchodzi w życie program umożliwiający bezwizowy wjazd na teren Białorusi przez lotnisko w Mińsku. W tym przypadku nie ma żadnych ograniczeń terytorialnych i można przemieszczać się po obszarze całego kraju. Szczegółowe informacje znajdują się tu: Do Mińska bez wiz.

 

Adżaria. Batumi i coś jeszcze

Batumi cieszy się dużą popularnością. Szczególnie miło wspominają je osoby, które pamiętają opowieści z czasów PRL-u. Legenda powstała w dużej mierze dzięki piosence Filipinek. Była to jedna z bardziej znanych melodii tamtych lat, niedawno przypomniana przez Natalię Lesz. Młodsze pokolenie poznaje kurort dzięki taniej linii lotniczej Wizz Air, która od kilku lat obsługuje połączenia z Warszawy i Katowic do gruzińskiego Kutaisi.

Plac Europejski z pomnikiem Medei

Plac Europejski z pomnikiem Medei

Każdego roku odwiedzam Batumi przynajmniej kilka razy. Miasto znajduje się w naszej standardowej i cieszącej się największym powodzeniem wycieczce. Do Batumi przyjeżdżamy po zwiedzeniu Tbilisi, Gori i Swaneti. Po wizycie nad morzem wracamy do stolicy, a tam czekają na nas jeszcze wyprawy do winiarskiej Kachetii i górzystego Kazbegi. Jednym słowem mnóstwo atrakcji. Zawsze pytam turystów o wrażenia. Opinie z grubsza są te same. Że do Batumi przyjechać trzeba było, ale głównie po, by zmierzyć się z legendą słynnego niegdyś kurortu. Pospacerować po ogrodzie botanicznym i zobaczyć jak wygląda plaża. Ale, że nie było to miejsce najważniejsze. Nic w tym zaskakującego, Gruzja ma wiele atrakcji i kilka miejsc, które przebijają ofertę nadmorskiego ośrodka.

Tyle o Batumi wpisanym w program wycieczki objazdowej. Można oczywiście i inaczej, niektórzy wybierają kurort na dłuższy wakacyjny pobyt. Zainteresowani szczegółowymi informacjami znajdą je w artykule: Batumi, pogoda, plaża. Turystom zastanawiającym się nad opcją all inclusive polecam artykuł: Gruzja all inclusive.

A co z obszarem wokół kurortu? Czy region Adżarii może stanowić atrakcyjny cel wycieczki? Od kilku lat obserwuję wysiłki lokalnych władz. Robią sporo, starają się. Adżaria jest obecna na największych polskich targach turystycznych. Regularnie zaprasza dziennikarzy i blogerów, dzięki czemu w internecie znajdziemy sporo relacji z kilkudniowych wypadów do Adżarii.

Centrum miasta jest dobrze oznaczone. Z prawej strony budynek zabytkowej synagogi

Centrum miasta jest dobrze oznaczone. Z prawej strony budynek zabytkowej synagogi

Po pierwsze historia

Zaskakująco ciekawa. Od czasów starożytnych po współczesność. Jeśli ktoś nie był w Muzeum Narodowym w Tbilisi, to powinien odwiedzić tutejsze Muzeum Archeologiczne lub choćby niewielką salę z eksponatami  znajdującą się na terenie twierdzy twierdzy Gonio.

Adżaria, to teren starożytnej Kolchidy. Do tego miejsca wyprawili się Argonauci po złote runo. Historie związane z tą częścią dzisiejszej Gruzji stanowią osnowę znanych greckich mitów, o czym przypomina nam charakterystycznym pomnik Medei na placu Europejskim. W Muzeum Archeologicznym niewielka sala przeznaczona jest na ekspozycję pięknej złotej biżuterii z okresu przełomu er, która od razu kojarzy się nam ze słynnym złotem Kolchidy.

To właśnie historia przesądziła o specyfice Adżarii. Region ten przez kilkaset lat znajdował się pod panowaniem tureckim. Pozostałością z tamtych czasów są zabytkowe meczety i muzułmańska społeczność zamieszkująca region. Bliskość tureckiej granicy widać w samym Batumi. Spora część hoteli, restauracji i innych lokalnych biznesów należy do kapitału tureckiego.

Interesująca jest historia najnowsza. Do 2004 r. Adżaria była de facto osobnym państwem, zarządzanym przez dyktatora Asłana Abaszydze. Dopiero zmiana władzy w Tbilisi i energiczne działania Micheila Saakaszwilego zmieniły tę sytuację. Gruzji udało się odzyskać kontrolę nad zbuntowaną republiką. Od tamtej pory rząd w Tbilisi zainwestował tu sporo środków starając się tym samym przekonać Adżarów o korzyściach przynależności do państwa gruzińskiego. Region funkcjonuje na zasadach autonomii, ma swoją flagę, lokalny rząd i parlament. W Batumi swoją siedzibę ma gruziński Sąd Konstytucyjny.

Jeden spośród słynnych kamiennych mostów

Jeden spośród słynnych kamiennych mostów

Morze

Plaża w Batumi, na całej długości kamienista. Piasek pojawia się sporadycznie w miejscowościach obok, w zatłoczonym każdego lata kurorcie Kobuleti oraz w znacznie bardziej kameralnej okolicy wokół twierdzy Gonio. Jeśli ktoś jest mobilny, to warto zobaczyć też czarne, powulkaniczne plaże w Ureki. Przeszkadzać w wypoczynku może pogoda. W okolicy często pada, również latem. Nie sposób też przewidzieć na co możemy liczyć w danym momencie. W maju i we wrześniu równie dobrze może być mokro, wietrznie i zimno (temperatura na polar i kurtkę), co słonecznie i ciepło (opalanie na plaży). Zmiany zachodzą nagle, z dnia na dzień, raz pada, raz świeci słońce. Więcej o pogodzie w Batumi.

Zwiedzanie

Batumi jest młodym miastem, powstało dopiero w XIX wieku, stąd też najważniejsze zabytki znajdują się poza jego granicami. Tuż obok wznosi się twierdza Gonio (starożytne Apsaros). Warto tu zajrzeć, by zdać sobie sprawę z bogatej historii tych ziem. Na terenie twierdzy znajduje się domniemane miejsce pochówku apostoła Macieja.

Bazar w Batumi. Właśnie przejechał pociąg

Bazar w Batumi. Właśnie przejechał pociąg

Jeśli mamy kilka dni na zwiedzanie Adżarii, to będziemy musieli postarać się, żeby dobrze wykorzystać czas. Zobaczyć trzeba choć jeden z kamiennych mostów, które wznoszą się tu od czasu średniowiecza. Ówczesna Adżaria mogła poszczycić się siecią bitych dróg, których częścią były właśnie te mosty. Kunszt z jakim je zbudowano zdumiewa do dziś. Miłośnicy przyrody zapuścić się mogą do parków narodowych Maczachela i Mtrala. To dobre miejsce na trekking, powstały szlaki, pojawiają się kolejne kwatery agroturystyczne.

A w samym Batumi? W ciągu ostatnich lat zrobiono sporo, żeby podnieść atrakcyjność miasta. Wyremontowano centrum. Turyści zatrzymują się na placu Europejskim i w zrobionym na wzór włoski kwartale zwanym Piazza. Ten ostatni, szczerze powiedziawszy nie jest niczym szczególnie ciekawym, to po prostu zespół eleganckich restauracji.

Osoby, które lubią takie miejsca, z przyjemnością odwiedzą tutejsze muzea. Jest ich kilka. Wspomniane już Muzeum Archeologiczne oraz Muzeum Adżarii. Warto zajrzeć do Muzeum Sztuki, choćby po to by zobaczyć obraz słynnego gruzińskiego prymitywisty, Niko Pirosmaniego. Z zabytkowych obiektów jest jeszcze synagoga – duży, odrestaurowany budynek otwarty jest dla zwiedzających.

Można wybrać się na przejażdżkę kolejką linową Argo. Linia ma 2,5 km długości i w ciągu 8 minut z nadmorskiej plaży wwozi pasażerów na wysokość 252 metrów. Roztacza się stąd ładny widok na miasto i wybrzeże.

Wyjątkowo wilgotny las w jednym z parków Adżarii

Wyjątkowo wilgotny las w jednym z parków Adżarii

Jeśli lubimy wschodnie klimaty, to zajrzyjmy na tutejszy bazar. Niby nic wielkiego, ale przynajmniej części osób może wydać się interesujący. To zresztą dobre miejsce, żeby na szybko przyjrzeć się gruzińskiej kulturze kulinarnej. Oczy cieszą stoiska z przeróżnymi przyprawami, wspaniałymi serami, miodem w plastrach i owocami. Tanio kupimy adżikę – lokalną pikantną przyprawę o konsystencji pasty lub sól swańską  – mieszankę z dużą domieszką czosnku. Miłośnicy herbaty zapewne zwrócą uwagę na miejscowy susz. A jeśli trafimy na moment, w którym przez teren bazaru, tuż przy nogach handlarzy, przejeżdża pociąg, to ujrzymy obrazki niemal jak z Indii.

Wielką popularnością cieszy się tutejsze delfinarium. Latem, w szczycie sezonu, widownia zajęta jest do ostatniego fotela. Byłem, i choć z reguły nie przepadam za takimi widowiskami, to w tym przypadku muszę przyznać, że robi ono wrażenie. Rodziny z dziećmi będą zachwycone. Pamiętać tylko trzeba o tym, żeby bilety kupić z wyprzedzeniem, bo tuż przed pokazem może nie być wolnych miejsc.

Ze względu na swoją różnorodność Batumi daje możliwość poruszania się na szerokiej turystycznej skali. Od luksusowych pięciogwiazdkowych hoteli z kasynami, po kwatery prywatne. Dobrze rozwinięty jest tu rynek wynajmu mieszkań na czas wakacji. Wędrujemy od czystego i zadbanego nadmorskiego deptaka (bulwar ma aż 7 km długości), po opisane wyżej, iście wschodnie targowisko. To wszystko razem ma pewien urok. Ambicje nowoczesnej, momentami bardzo ciekawej architektury (wszystkim polecam oryginalny budynek McDonalda) zderzają się z postradzieckimi blokowiskami. Dzisiejszy wygląd miasta właściwie oceni tylko ta osoba, która pamięta jego wygląd sprzed 5-7 lat. Zmieniło się nieprawdopodobnie dużo. Batumi wypiękniało. Zobacz też: Batumi, legenda i rzeczywistość.

Delfinarium. Bilet: 20 GEL

Delfinarium. Bilet: 20 GEL

Jak się tu dostać?

Autobusem (marszutką) bądź nocnym pociągiem z Tbilisi. Można też przylecieć do oddalonego o 2 godziny jazdy Kutaisi: Wizz Air z Warszawy i z Katowic). Od września będą też połączenia z Berlina. Mieszkańcy północno-wschodniej Polski mogą wziąć pod uwagę loty z Wilna. Albo wybrać wycieczkę objazdową, w programie której znajduje się również Batumi.

Informacje praktyczne:

Batumi, pogoda, plaża, hotele

Lotnisko w Kutaisi, transport, wymiana pieniędzy

Kutaisi – nowe centrum gruzińskiej turystyki

Jeden raz

Jest tyle krajów, których nie pamiętam. Albo pamiętam słabo. Coś tam w głowie zostało, ale niewiele. Z Grecji może oliwki, wyjątkowo dobry hotel na Krecie i betonowe pseudorekonstrukcje pałacu w Knossos. Z Portugalii wieżę, w której więziony był Józef Bem, pyszną cataplanę i świeże sardynki prosto z rusztu. Z hiszpańskiego Costa de la Luz pamiętam bociany i przyzwoite wino w ramach all inclusive. A z Maroka? Z Maroka głównie rozczarowanie Casablancą i Rabatem.

Miejsca, w których byłem tylko jeden raz. Mało czytałem, nie studiowałem ich historii, problemów i zachodzących tam zjawisk. Nie poznałem ludzi. Nie wracałem, żeby coś sprawdzić i obejrzeć jeszcze raz. Pewnie dlatego tak mało znaczą.

Egipt, Asuan, wyspa File

Egipt, Asuan, wyspa File

Ma rację Krzysztof Środa, pisząc, że „jeden pobyt w nieznanym kraju daje niewiele”. Prawie nic. A przecież większość turystów tak właśnie podróżuje. Jeden raz. Tyle jest państw na świecie – mówią. Szkoda jechać drugi raz w to samo miejsce.

Nie mógłbym tak. Wiem od dawna, że na pytanie dokąd wolałbym się wybrać, w jakieś nieznane mi miejsce czy po raz nie wiadomo który do Armenii, wybrałbym Armenię. Tak samo z innymi, dobrze znanymi krajami. Chętnie jeszcze raz na Białoruś, do Mołdawii, do Gruzji… W zasadzie, to chyba im lepiej znam, im bardziej jestem wciągnięty w bieżące sprawy, tym mocniej chce się jechać. A jeśli minęło już wiele lat i wzajemne relacje osłabły, to i sytuacja się zmieniła. W takim przypadku miejsce już nie kusi, nie wzywa. Nic nie ciągnie w tamtą stronę. Jak z dawnym zauroczeniem, które kiedyś gorące i niezwykłe, dziś nie znaczy prawie nic. Tak mam z Egiptem, Indiami, Nepalem czy Etiopią. Było, minęło. Może wrócić, ale do tego potrzebny jest nowy impuls. Coś znaczącego, coś, co na powrót obudzi zainteresowanie.

Z części jednorazowych wizyt nie powstał żaden tekst. Nic, nawet najmniejszy wpis na blogu. Bo niby co miałbym napisać? Że Madryt jest piękny i wesoły, a Rzym cudowny i niezwykły? W internecie aż nadto takich tekstów.

Etiopia, wodospad na Nilu Błękitnym

Etiopia, wodospad na Nilu Błękitnym

Z jednokrotnego wyjazdu najłatwiej pisze się poradniki. Jak kupić bilet, jak przejechać z lotniska do miasta, gdzie wymienić pieniądze. Ceny w sklepach, tanie noclegi. Użyteczne wskazówki. Chętnie czytane, bo ludzie szukają informacji. Przewodniki z wydań książkowych przeniosły się do sieci. To, co podsunie nam najpopularniejsza wyszukiwarka, to wiemy. Oczywiście, też korzystam. Gdy zaczynam uczyć się nowego kraju, robię kwerendę. Książki, artykuły i internet. Przebrnięcie przez Googla nie jest łatwe. Pojawiają się zdawkowe materiały, artykuły z niewielką ilością informacji. Powtarzające się, pisane jeden od drugiego. Przepisywane z tego samego źródła. I relacje z wyjazdów w stylu: byłem, widziałem, jest pięknie. Trzeba się natrudzić, żeby znaleźć coś wartościowego. Oryginalnych myśli jak na lekarstwo. Po co jeździmy? Po to, by powtarzać wcześniej wygłoszone kwestie?! Przy pierwszej wizycie pokusa takiego zachowania jest wielka. Bo to łatwe i nie wymaga wysiłku. Zanim się spostrzeżemy już komentujemy i oceniamy. Na podstawie czego? Czy nie nazbyt łatwo? Mówimy nie swoim językiem. Wskoczyliśmy w głębokie, dobrze uformowane koleiny. Powtarzamy za innymi. Dajemy głos stereotypom. Jeden raz to za mało, żeby poznać, wniknąć, zbadać i wyrobić opinię. Wystarczy za to, by dobrze się bawić, przeżyć coś miłego i „zobaczyć kawałek świata”. Oto turystyka.  Na ten temat zobacz też: Jak się pisze przewodniki.

Turystyka kulinarna w Gruzji

Ten segment turystyki rozwija się bardzo prężnie. Na szczęście minęły już czasy, kiedy Polacy jeździli wyłącznie z własnym prowiantem, gdy chcieli jak najtaniej. Dziś coraz więcej osób szuka nowych smakowych doznań. Liczy się też atmosfera, lokalny koloryt i oryginalność. Ciekawość świata zaspakajana również w tym aspekcie. I bardzo dobrze! Jest gorącym zwolennikiem takiego podejścia. Nie lubię wycieczek, w czasie których turysta biega z językiem na brodzie, od zabytku do zabytku i nie ma czasu na obiad w pięknym miejscu, kieliszek wina czy kawę z uroczym widokiem. (Pod tym względem polecam artykuł: Atuty wycieczki do Gruzji).

Łódź, Festiwal Dobrego Smaku

Łódź, Festiwal Dobrego Smaku

Coraz bardziej cenię chwile relaksu przy dobrej kuchni. Dlatego też na imprezach organizowanych przeze mnie unikamy hotelowego jedzenia. Z rozmysłem wybieramy dobre restauracje. Bywa, że małe, pomijane przez innych turystów. Bywa, że daleko od popularnych tras, np. na wsi, w uroczych winnicach.

Turystyka kulinarna w oczywisty sposób związana jest z enoturystyką, bo cóż lepiej pasuje do pysznego jedzenia, jeśli nie wino.

Jednym z krajów rewelacyjnie nadających się na tego typu wycieczki jest Gruzja. Tamtejszą kuchnię uważam za jedną z najlepszych na świecie. O jej atrakcyjności decyduje kilka czynników. Po pierwsze naturalne, w pełni ekologiczne produkty. Przemysłowe rolnictwo jeszcze tam nie dotarło. Wszystko musi być świeże, w całości przygotowane tuż przed podaniem. Żadne półprodukty czy mrożonki nie wchodzą w grę. No i rzecz kolejna, być może najważniejsza, to kultura stołu. Nie może być szybko, na łapu-capu. W Gruzji  je się tak samo, jak pije. Z szacunkiem dla darów nieba. I z przekonaniem, że należy użyć ich we właściwy sposób. Na chwałę dnia, który właśnie trwa. Z radości, że ludzie spotykają się, rozmawiają i mogą zasiąść przy jednym stole. Więcej na ten temat w artykule Gruzińska kuchnia.

Przyjemność enoturystyki

Przyjemność enoturystyki

Gruzińska kuchnia to coś więcej niż jedzenie. To obyczaj. To świętość supry, wina i gościnności. Jeśli będziemy umieli spojrzeć na to w ten sposób, dotkniemy prawdziwej Gruzji. Kraju, który pod tym względem nie ma sobie równych.

I o tym właśnie będę opowiadał w Łodzi, w ramach Festiwalu Dobrego Smaku. Zapraszam w piątek, 17 czerwca do księgarni ArtTravel.pl (godz. 17.00). Szczegółowe informacje znajdują się na stronie Festiwalu.

Zobacz też nasz film z Gruzji.

Polecam też artykuł Supra, zabawa w gruzińskim stylu.

Kraina Otwartych Okiennic

Jest czymś takim, jak katowicki Nikiszowiec. Żyjącym zabytkiem i atrakcją w europejskiej skali.

Koniec maja, słoneczne popołudnie, zaraz będzie dobre światło, ciepłe, takie, które pomaga robić zdjęcia. Jadę więc. Z Białegostoku to ledwie 30 kilometrów. Na rondzie w Zabłudowie drogą w kierunku Białowieży (nie pomylić z trasą na Bielsk Podlaski!). Wąska, kręta szosa prowadzi przez las. Młody, sosnowy, wygląda jak zalesione grunty porolne. Pola tu biedne, piaski. Ludzi wyciągnął stąd Białystok. Dziś te wsie, to raczej domy na weekend, mieszkania i ogródki dziadków, którzy za nic nie chcą ich opuścić.

Cerkiew w Trześciance

Cerkiew w Trześciance

Jeżdżę tam od lat. Sam i w towarzystwie podróżników, co to wiele już widzieli. Trzymam tę krainę jak asa w rękawie. Słabo rozpropagowana, więc mało kto o niej wie. I kiedy z gośćmi mamy już zaliczoną Białowieżę, Szlak Tatarski i Tykocin, to mówię, że jest też taka niedoceniana perełka. Jedziemy i to zawsze robi wrażenie. Miejsce jest trochę jak z innego świata. Jakbyśmy po drodze przekroczyli granicę. Może to już Białoruś, a może Rosja?

Jeszcze  z piętnaście lat temu było tu trochę wstydu. Bo biednie, bo małe domki, bo drewniane. Stąd się wyjeżdżało. A kto wyjechał, chciał zapomnieć, oderwać się. W tamtych czasach poznałem kilka osób z tych wsi. Byli młodzi, mieszkali w mieście, dobrze zarabiali. Nie rozumieli co może zachwycać. Na początku nie dowierzali. Trzeba było przekonywać, że mówię serio. Zresztą ten schemat widzę w wielu innych miejscach. Dopiero gdy ktoś z zewnątrz dowartościuje, to miejscowi uwierzą. Najlepiej jakby to był ktoś z dużego miasta, super jeśli z Warszawy. A gdyby tak z zagranicy, to już w ogóle rewelacja. Zobacz np. Chińczycy na Podlasiu.

Jeszcze kilka lat przy wjeździe do wsi Soce stała taka tablica. Gdzieś zniknęła, już jej nie widzę.

Jeszcze kilka lat przy wjeździe do wsi Soce stała taka tablica. Ale gdzieś zniknęła, już jej nie widzę. Szkoda, była ładną wizytówką tego miejsca.

W tamtych czasach nie było tu żadnej turystyki. Kwater, pensjonatów, pokoi do wynajęcia. Nic. A dziś? Jest już lepiej. Jeżdżąc wczoraj zauważyłem, że pojawiły się miejsca, w których można się przespać. Spotkałem dwójkę rowerzystów. Przyjechali z daleka, odpoczywają, odkrywają nieznany kawałek Polski.

Sięgam po przewodniki sprzed kilkunastu lat. „Polska na weekend” wydawnictwa Pascal, z 1999 roku. O Krainie Otwartych Okiennic nie ma ani słowa. Nie pojawiają się też nazwy wsi, które ją tworzą. Nie ma ich na mapie. Choć autorzy przewodnika są całkiem blisko, omawiają obszar pomiędzy Białymstokiem a Białowieżą. Po prostu, wtedy nie było jeszcze tego tematu. Biała plama.

W dokładnym i szczegółowym przewodniku Tomasza Darmochwała „Północne Podlasie, Wschodnie Mazowsze”, wydanym w 2003 roku, nazwy wsi są już wymienione, ale omówione są skrótowo, po dwa zdania na każdą. Nie pojawia się jeszcze termin Kraina Otwartych Okiennic.

Początki turystyki wiążą się z działalnością Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Kraina jest projektem zainicjowanym przez PTOP. Zaczęło się w 2001 roku, od odnowienia kilku domów. Obecnie przedsięwzięciu patronuje Stowarzyszenie Dziedzictwo Podlasia. Zrealizowano już wiele przedsięwzięć, konkursów i zamierzeń promujących Krainę. Działania te wywołały  dumę  mieszkańców. Stare domy, tradycja i lokalna gwara nabrały wartości.

Największa w okolicy jest Narew. Dziś to wieś, ale od 1514 do 1934 roku miała prawa miejskie. Zawdzięczała je królowi Zygmuntowi Staremu. W I Rzeczpospolitej Narew była ważnym ośrodkiem żeglugi rzecznej, na szlaku z Wilna i Grodna do Lublina i Krakowa. Każdy, kto choćby tylko przejechał przez Narew, musiał widzieć dwie piękne i zabytkowe świątynie. Obie drewniane, wpisują się w specyfikę architektoniczną regionu. To kościół katolicki z 1775 roku oraz prawosławna cerkiew z XIX wieku. Malownicze, zwracają uwagę tych, którzy robią zdjęcia.

Jeden z domów Krainy Otwartych Okiennic

Jeden z domów Krainy Otwartych Okiennic

W odległości kilku kilometrów od Narwi leżą trzy wsie tworzące Krainę Otwartych Okiennic. To Soce, Puchły i Trześcianka. Najbardziej znana jest ta ostatnia. Prowadzi przez nią asfaltowa trasa łącząca Białystok z Białowieżą. Klasyczna ulicówka z drewnianymi domkami ustawionymi szczytami do drogi. Piękna. Zachowało się sporo budynków. Ozdobiona dodatkowo śliczną cerkwią pw. św. Michała Archanioła (1867 r.). Tyle, że ruch tu spory, ciągną samochody.

Inny świat zaczyna się tuż obok. Soce i Puchły. Wsie bez asfaltu, na uboczu. Cicho tu i spokojnie. Na ławkach przed domami starsi ludzie. Kontemplują, czekają na przyjazd dzieci, wnuków i sąsiadów. Można podejść, zagadać. Miejscowi posługują się lokalną gwarą, będącą wypadkową kilku słowiańskich języków, zaliczaną do grupy północnoukraińskiej. Ale mówią oczywiście też po polsku. Kulturowo blisko im do tradycji białoruskiej.

Krzyż wotywny na granicy wsi Soce

Krzyż wotywny na granicy wsi Soce

Soce to wieś założona w XVI wieku, zasiedlona przez Rusinów wyznania prawosławnego. Nazwa pochodzi najprawdopodobniej od socenia czyli sączenia wody, w pobliskim strumyku. W 2012 r. decyzją podlaskiego konserwatora zabytków została wpisana do rejestru zabytków.

Jedną z wizytówek Krainy jest drewniana cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Bożej w Puchłach. Takich perełek w okolicy jest więcej. Przebiega tędy Szlak Świątyń Prawosławnych. Jak czytamy na stronie internetowej gminy Narew: Turysta przemierzający szlak może podziwiać zabytkowe, drewniane, różnorodne w stylu i wieku cerkwie i inne obiekty kultu religijnego Prawosławia, takie jak kapliczki oraz przydrożne krzyże wotywne.

Jest wiele domów bardziej kolorowych i zdobnych, ale ten zachwycił mnie w sposób szczególny

Jest wiele domów bardziej kolorowych i zdobnych, ale ten zachwycił mnie w sposób szczególny

Krainę przecina Podlaski Szlak Bociani (ciekawa przyrodniczo trasa z Białowieży przez Tykocin aż do Goniądza, zobacz więcej w artykule: Dzień bociana). W Socach gniazda na słupach jedno obok drugiego. Poletka tu niewielkie, podzielone miedzami i laskami. Sporo łąk. Nie ma jeszcze wielkopowierzchniowych monokultur, które nie sprzyjają bocianom. Dlatego na Podlasiu ptaków nie ubywa, w przeciwieństwie do innych regionów kraju.

Urok miejsca tworzy szczególna architektura. Drewniane domy i cerkwie. Bogate zdobienia snycerskie. Kolory. Niespotykana w innych regionach Polski ornamentyka nawiązuje do rosyjskiego budownictwa ludowego. Drugą wartością jest przyroda. Zielono tu i pięknie. Akurat na rower. Jeździ się nie wybetonowanym ścieżkami, a zwykłymi polnymi drogami. Warto pojechać dalej, wzdłuż doliny Narwi przez kolejne malownicze wsie: Ciełuszki, Kaniuki, Dawidowicze, Pawły i Ryboły. Lokalny  folklor i gwara stanowią kolejną atrakcję. Cieszę się gdy spotykam turystów. Do tej pory było to miejsce zupełnie nieskomercjalizowane. Dziś jest już agroturystyka. Od lipca w Puchłach będzie można kupić lokalne pamiątki. Niech się rozwija!

Zobacz też: Turystyczna Polska Wschodnia.

Wieś Soce, fot. Justyna Wasyluk

Wieś Soce, fot. Justyna Wasyluk

PS

W okolicy z powodzeniem organizuje się też spływy kajakowe. Z Narwi do Puchł jest około 3 godzin wiosłowania, z Puchł do Plosek około 5 godzin. Krainę Otwartych Okiennic można włączyć też w dłuższą trasę kajakową, rozpoczynając spływ w Narewce, na terenie Puszczy Białowieskiej. Trwa 3 lub 4 dni.

In English: Wooden architecture in Podlasie.

Zapisz

Sezon w pełni

Kiedy prowadzi się biuro podróży, tak właśnie wypada zacząć tekst. Szczególnie o tej porze roku. Maj, więc wycieczki ruszyły pełną parą. Pędzi jedna za drugą. Jeżdżą po Polsce i po krajach sąsiednich. Robimy sporo wyjazdów firmowych, integracji, etc. Stąd też w naszej ofercie są również takie miejsca jak Białowieża, Suwałki, Zakopane, Kraków czy Praga. Tradycyjnie, dużo grup wysyłamy na Litwę. Niektórzy decydują się pojechać nieco dalej i wtedy mamy bardzo fajne programy Litwa – Łotwa – Estonia.

Plany na najbliższy czas

Plany na najbliższy czas

Z racji na położenie Białegostoku specjalizujemy się w wycieczkach na Białoruś. Gorąco polecam ten kierunek! Jest bezpiecznie. Absolutnie nie ma się czego obawiać. Szkoda, że niewielu Polaków zna Grodno i okolice. Przecież to nasza historia. I to jaka! Od Batorego po Mickiewicza. Nowogródek, Zaosie, jezioro Świteź, Mir, Nieśwież i Bohatyrowicze. No i rzecz jasna Wasiliszki Stare, w których dorastał Czesław Niemen. Koniecznie do odwiedzenia!

Najbardziej znani jesteśmy z kierunków egzotycznych. Właśnie ktoś wrócił z Iranu, jesienią będzie kolejna wycieczka. Zainteresowanie Iranem rośnie. W czasie weekendu majowego grupy zwiedzały m.in. Chiny i Gruzję. Dzieje się sporo. Trwają przygotowania do wyjazdów na Wyspy Sołowieckie i do Mołdawii. Tradycyjnie, jak od lat, szukamy kierunków niszowych, ciekawych, bywa, że niedocenianych. Odkrywamy miejsca i wyszukujemy atrakcje. Wcale nie trzeba podróżować bardzo daleko. Egzotyka może być tuż obok. W pewnym sensie za takie właśnie można uznać nasze piękne Podlasie. A to ze względu na liczne ślady Orientu, ze Szlakiem Tatarskim na czele.

Perełek szukamy głównie na Wschodzie. Od wspomnianej już Białorusi po Japonię. Jest jeszcze trochę do odkrycia. Bo, na przykład, kto wie, gdzie leży Gagauzja? Albo, kto był w Naddniestrzu? (a naprawdę warto się tam wybrać!). Oczywiście, trzeba realizować też bardziej typowe kierunki. Stąd też w ofercie jest bardzo popularna Gruzja, Moskwa czy Etiopia. Ale zawsze staramy się, żeby były to wycieczki wyjątkowe. Wyróżniające się atrakcjami i standardem. Innych robić nie warto!

Wszystkim turystom oraz pracownikom biur podróży, pilotom i przewodnikom życzę udanego sezonu! Wielu pięknych wycieczek!

Wielkanoc w Gruzji i na Podlasiu

Poniedziałek wielkanocny. W tym roku późno, drugiego maja. Miesiąc po świętach katolickich. W Kachetii wiosna w pełni. Jak na warunki Gruzji to teren nizinny, ledwie sześćset metrów nad poziomem morza, dlatego ciepło. Nie to co w górach, gdzie jeszcze leży śnieg. W Kachetii trawa już wysoka, na drzewach kwiaty. Słońce opala twarze.

Cmentarz w Gruzji

Cmentarz w Gruzji

Cmentarze. Widzieliśmy ich kilka. Zlokalizowane przy drodze, więc wszystko widać z samochodu, nawet nie trzeba wysiadać z auta. Pikniki. Drugiego dnia Świąt Wielkanocnych Gruzini odwiedzają zmarłych. Idą na cmentarze. Zabierają ze sobą jedzenie i wino. Wspominają i ucztują. Jakiś czas temu niecierpliwi kaukascy górale szli na groby dzień wcześniej, ale zaprotestował patriarcha tutejszej Cerkwi. Ogłosił, że nie wolno, bo niedziela poświęcona jest żywym. A, że Gruzini słuchają Eliasza (cieszy się tu on wielkim autorytetem) to wstrzymali się. Pokornie czekają do poniedziałku. I wtedy masowo ruszają na cmentarze. Odchodząc zostawiają malowane jajka. Położone na grobach od razu rzucają się w oczy. Szczególnie nam, katolikom, u których nie ma takiego obyczaju. Razem z pisankami leżą babki wielkanocne.

Cmentarz w Białymstoku

Cmentarz na Podlasiu. Malowane jajka obok zniczy

Kilka lat temu obserwowałem podobny obyczaj w Mołdawii. Tyle, że tam, podobnie jak na sporym obszarze prawosławia, cmentarze odwiedza się w niedzielę przypadającą tydzień po Wielkanocy. Na groby bliskich schodzą się całe rodziny. Ucztują, piją alkohol. To bardzo ważny moment w roku. W Kiszyniowie miałem wrażenie, że ludzie żyją tylko tym. Trzeba było przekładać spotkania, bo wszyscy powyjeżdżali na wieś, na groby przodków.

We wtorek, trzeciego dnia Świąt, byliśmy już w zachodniej Gruzji. Tuż obok Kutaisi znajduje się monaster Gelati. Wzniesiony w XII wieku, słynie z pięknych średniowiecznych fresków. Tu pochowano też jednego z największych władców kraju – Dawida IV Wielkiego. Ładny poranek, jesteśmy sami. Ciszę przerywają tylko wiosenne śpiewy ptaków. Idziemy na pobliski cmentarz. Chcemy z bliska zobaczyć świadectwa wielkanocnego obyczaju. Na grobach leżą malowane jajka. Zostawiono je tu wczoraj, razem ze świątecznymi babkami. Na części mogił stoją też butelki z winem.

Z Gruzji wróciłem do Białegostoku. Tydzień po prawosławnej Wielkanocy, w poniedziałek, poszedłem na duży prawosławny cmentarz. Chciałem sprawdzić na ile obyczaj ten utrzymuje się również u nas. Są pisanki! Na części grobów. Tradycyjne, bordowe, farbowane w wywarze z łupin cebuli. Ale widziałem też nowoczesne, wielokolorowe, oklejone wzorzystymi nalepkami. Są też znicze. Dużo zniczy, część pali się jeszcze. Niektóre od wczoraj, inne zapalone zostały dziś rano. Robię zdjęcia. Tak, żeby w jednym kadrze było malowane jajko i znicz. Kwiaty. Sporo sztucznych, ale z racji na to, że prawosławna Wielkanoc w tym roku wypadła późno, to widać też kwiatki naturalne. Wszystko razem komponuje się w ujmujący obraz. Jest coś szczególnego w takim zestawieniu. Nieodwracalność grobu, status zmarłego i ciała pogrzebanego na wieki wywołuje smutek. Ale w tym przypadku wrażenie to złamane zostaje symbolem jajka, które kryje w sobie życie. Zmartwychwstanie. Przedchrześcijański motyw pisanki w przypadku Wschodu nie ogranicza się tylko do żywych spotykających się przy świątecznym stole. Wychodzi dalej. Na cmentarze. By przypominać o odrodzeniu. A wiosna temu sprzyja. Przyroda budzi się do życia. Stąd wydaje się to bardzo naturalne, logiczne i wpisane w rytm świata.

W Białymstoku, 9 maja

W Białymstoku, 9 maja

A gdyby ktoś chciał zobaczyć coś tak szczególnego, to szansa będzie jeszcze w najbliższą niedzielę. Część osób, ze względów praktycznych, rozkłada wizyty na grobach na dwa tygodnie. Zapewne najbardziej ujmujące obrazy powstaną na wiejskich cmentarzach. Zapraszamy na Podlasie!

Zobacz też artykuł o prawosławnych obyczajach wielkanocnych: Orthodox Easter.

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén