Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Majówki nie będzie!

Naprawdę, to nie prima a prilis. Długi weekend majowy został odwołany.

Jedno z najbardziej popularnych turystycznych przedsięwzięć, w tym roku się nie wydarzy. To fakt bez precedensu. Czas na przełomie kwietnia i maja był okresem żniw, momentem, w którym branża zarabiała większe pieniądze, nadrabiając spadki z okresu zimowego. Majówka była też sygnałem do rozpoczęcia sezonu, od niej zaczynało się umowne turystyczne lato. Przygotowywano się do niej z dużym wyprzedzeniem i wiązano konkretne biznesowe plany. Teraz cała ta praca idzie na marne. Na ten temat zobacz artykuł: Wielka majówka.

Bez potrzebnego dochodu pozostaną biura podróże, hotele, restauracje, linie lotnicze, atrakcje turystyczne, piloci wycieczek i przewodnicy.

W naszym biurze anulacje rozpoczęliśmy już w połowie lutego. Na pierwszy rzut poszły wycieczki do Chin i Iranu przewidziane na połowę kwietnia. Wtedy straty te wydawały się istotnym problemem. Dziś, w obliczu decyzji o odwołaniu imprez na weekend majowy, anulacja tamtych kilku wycieczek wydaje się błahostką.

Na koniec kwietnia i początek maja planowaliśmy imprezy m.in. do Uzbekistanu, Gruzji, Albanii, Libanu, Armenii oraz na Białoruś i Litwę. Grupy wypełnione po brzegi, większość wycieczek sprzedana z dużym wyprzedzeniem, na przykład na Armenię wolnych miejsc nie było już od pół roku. Kilka miesięcy intensywnej pracy biura obróciło się w niwecz.

Jedno z najczęściej zadawanych dziś pytań brzmi: kiedy to się skończy? Bardzo chcielibyśmy wiedzieć, bo to umożliwiłoby planowanie, a w związku z tym minimalizowanie strat. Byłoby dobrze, gdyby rząd popracował nad wyjaśnieniem sytuacji. Urządzałby nas, na przykład komunikat, że granice i lotniska będą zamknięte, powiedzmy do 10 maja, a po tej dacie ruszamy – o ile nie nastąpią dalsze nadzwyczajne okoliczności. Dysponując takimi danymi mamy jasną sytuację: anulujemy wszystkie wycieczki do 10 maja, turystom zwracamy pieniądze lub proponujemy przeniesienie wpłat na późniejsze imprezy, a sami występujemy o zwroty do linii lotniczych i pozostałych kontrahentów.

A jak to wygląda dziś? Tak naprawdę nie wiemy do kiedy turystyka jest zamrożona. Oficjalnie długi weekend majowy jest jeszcze w grze. Skoro nie ma decyzji rządu o zablokowaniu granic, to linie lotnicze nie anulowały połączeń. LOT skasował rejsy tylko do 19 kwietnia. Bilety kupione na późniejsze terminy obowiązują. I nie ma znaczenia, że ktoś słabo wierzy w możliwość realizacji wycieczek na przełomie kwietnia i maja. Ważne, że rezerwacje obowiązują i wycofanie się z nich związane jest z kosztami. Więcej na ten temat w artykule: Polityka biura podróży w związku z epidemią koronawirusa.

Lepszy czas

Nie lubię wiosennej zmiany czasu, tego przyspieszenia o godzinę. By przejście nie było szokiem, najlepiej wyjechać, zmienić klimat, wtedy przeróbki, która akurat dzieje się u nas w domu, po prostu nie odczujemy. W tym roku o tej porze miałem być w Jordanii. Trochę później planowałem Armenię i Kazachstan. Z racji na epidemię koronawirusa plany oczywiście trzeba zmienić. W zeszłym roku wiosną poleciałem do Libanu.

W świecie podróży przestawianie wskazówek zegara o pełną godzinę, to rzecz oczywista, robimy tak przemieszczając się i zmieniając strefy czasowe. Ale są też kraje, po przyjeździe do których czas zmienia się nietypowo, o pół godziny, albo ledwie o piętnaście minut! Piszę o tym w artykule: Zmiana czasu.

W ostatni weekend marca 2020 roku wypada życzyć, żeby to przesunięcie zegarków o godzinę rozpoczęło zmianę w kierunku lepszych czasów, żebyśmy szybko wyszli z tarapatów, w jakie wpędziła nas epidemia!

Wirtualne podróże

Napisałem ten tekst dwa lata temu, w ramach przygotowywanej od dawna książki „O podróżowaniu”. Przypomniał mi się teraz. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w obecnej sytuacji wymuszonej epidemią koronawirusa, wirtualne podróże mogłyby mocno zyskać na popularności. Gdyby ktoś miał zaawansowany produkt tego typu, mógłby śmiało liczyć przychody. Po drugie, bo zdałem sobie sprawę, jak bardzo nie przewidzieliśmy obecnej sytuacji. Wydawało się, że najważniejszym problemem turystyki będzie zbyt intensywny wzrost liczby podróżujących. Tymczasem mamy wyludnione hotele, zawieszone połączenia lotnicze, pozamykane granice…

Coraz bardziej aktualne staje się pytanie nie o to, co teraz, ale o stan turystyki za kilka miesięcy. Jaka będzie? Bo to, że się zmieni, jest już niemal pewne. Przyjdzie nam żyć w odmienionym świecie, w którym przeformułować się mogą nie tylko procedury, ale też i wartości. Jaką rangę będą miały podróże organizowane dla przyjemności?! Może trzeba będzie je ograniczyć ze względu na bezpieczeństwo, dla dobra ludzkości?

Dobrze jest przypomnieć, co myśleliśmy przed wybuchem niespodziewanego kryzysu, żeby zadać sobie sprawę z faktu, że to, co uważamy za oczywiste i naturalne, wcale takie być nie musi.

Oto tekst z 2018 roku:

Przyszłość

Udzielałem wywiadu dotyczącego turystyki. Na pytanie o rozwój w perspektywie piętnastu lat odpowiedziałem, że nie bardzo wiem, bo wszystko jest możliwe, że równie dobrze, co nad programami nowych wycieczek, mógłbym pracować nad udoskonaleniem gogli symulujących podróże. Istotnie, myślę, że rozwinie się przestrzeń doświadczeń alternatywnych. Co więcej, będziemy zwiedzać nie tylko miejsca rzeczywiście istniejące, ale również obszary zupełnie wirtualne. Szybko okaże się, że dobrze opłacany zespół młodych grafików komputerowych stworzy „zabytki” i atrakcje przewyższające splendorem Tadź Mahal i piramidy w Gizie. Bez tłoku, niedogodności i chorób żołądkowych. Łatwo i przyjemnie, a tak przecież lubimy.

Ale to tylko jeden z powodów. Są przecież i kolejne, w tym bardzo ważny, moim zdaniem – ograniczone możliwości rozwoju światowej turystyki. W 2018 roku, podobnie jak w latach poprzednich, turystyczne podróże odbywa ekonomiczna elita. To przedstawiciele tej grupy przemieszczają się samolotami, zamieszkują hotele i nawiedzają turystyczne hity od Luwru i Wenecji po tokijską Ginzę. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby do tej uprzywilejowanej grupy dołączyły większe rzesze mieszkańców globu? Jak zmieścić miliardy ludzi w najpopularniejszych muzeach i centrach turystycznych miast? Jak ułożyć ich na plażach pożądanych kurortów? Co z problemami komunikacyjnymi, ekologią, bezpieczeństwem i komfortem życia miejscowych?! Świat nie udźwignie obciążenia wynikającego z tak daleko idących zmian.

Jest jeszcze coś. W przypadku części podróżujących osób, wrażenia, jakie niesie tradycyjna turystyka przestają wystarczać. Przyzwyczajamy się i z czasem uodparniamy na bodźce. Trzeba czegoś więcej. Również dlatego, że świat zmalał, przestał szokować; już nie wprawia nas w osłupienie widok tego czy owego. Oswojeni jesteśmy z odmiennymi kulturami, dietami i strojami. Przydałyby się nowe obszary eksploatacji, nowe kontynenty, wcześniej jeszcze nie odkryte. A skoro ich nie ma, to trzeba je stworzyć, wykreować. Można wirtualnie. Byle sugestywnie, wtedy to zadziała. Zobacz też: Coraz mniejszy świat.

Dziś na Facebooku wyświetlił mi się krótki film promujący turystyczny produkt pod nazwą „Dinner in the Sky”. Plaża w Rumunii. W dole parasole i leżaki, linia wody, białe grzbiety fal. W górze, na wysokości kilkudziesięciu metrów fruwa stół otoczony fotelami. Na fotelach ludzie przypięci pasami bezpieczeństwa. Pośrodku dziewczyna gra na skrzypcach, a nieco dalej barman serwuje drinki. Wszystko to zawieszone na grubej linie umocowanej do potężnego dźwigu. Kamera pokazuje pełne radości twarze, ludzie robią selfie. Widać są duże emocje. To są wrażenia! Nie to co tam na dole. Tego właśnie dziś trzeba. Standardowa plaża, słońce i woda to mało. Na razie stół musi fruwać rzeczywiście, musi być lina i dźwig. Ale gdyby tak dało się to zasymulować i poddać wirtualnej kreacji?!

Wyraźną przesłankę, sugerującą to, co może czekać nas w przyszłości, obserwujemy już od dobrych kilku lat. Na wycieczkach szkolnych. Dzieci nie oglądają tego, co widać przez okna autokaru, tylko obserwują ekrany tabletów i smartfonów. W muzeach dostają słuchawki, w których słychać opowieść przewodnika. Ci zdolniejsi do tych słuchawek podpinają swoje urządzenia z muzyką. Udają uczestnictwo w wycieczce, w rzeczywistości pozostając w swoim świecie. Wyrosną z tego i przejdą na „prawdziwą turystykę”. Może. A może jednak nie?

Ciekawe, co będzie towarem bardziej luksusowym, wycieczka w tradycyjnym jej rozumieniu czy może ta wirtualna, stworzona w oparciu o najnowsze technologie i bogata w intensywne doznania. W którą stronę pójdziemy?

Zobacz też: Zakazana turystyka.

Sytuacja w branży turystycznej

Turystyka znalazła się w tarapatach. Nie pierwszy raz co prawda, ale wcześniejsze kryzysy nie miały aż tak dużej skali. Z racji na fakt, że skupianie się na tym, z czym dziś mamy do czynienia nie bardzo ma sens, ponieważ jutro może być to nieaktualne, to postanowiłem przypomnieć wcześniejsze, najtrudniejsze przypadki.

W branży jestem od dwudziestu lat, kilku kryzysów więc już doświadczyłem. I co najważniejsze, przetrwaliśmy je, i ja, i branża, a to napawa optymizmem i pozwala mieć nadzieję, że i tym razem jakoś z tego wyjdziemy. Plusem może być to, że trzeba będzie zastanowić się nad nowymi rozwiązaniami, na przykład nad uruchomieniem czegoś w rodzaju towarzystwa asekuracji wzajemnych (o czym niżej).

W 2001 roku mieszkałem w Egipcie, pracowałem jako pilot i przewodnik na rejsach po Nilu. To były bardzo atrakcyjne wycieczki, wtedy cieszyły się wielką popularnością. W pracy wykorzystywałem wiedzę zdobytą w czasie studiów w Kairze, Egipt lubiłem, czułem się tam, jak u siebie w domu. To był piękny czas. Zupełnie niespodziewanie przerwany przez tragiczne wydarzenia z 11 września. Ten i kolejny dzień pamiętam dokładnie, byłem wtedy w Szarm el-Szejk, a następnie w Kairze, obserwowałem reakcję Egipcjan – z upokorzenia Ameryki cieszyli się również niektórzy z moich znajomych, młodzi i wykształceni ludzie. Sporo wtedy zrozumiałem, pojąłem siłę emocji i kulturowych uwarunkowań. Przydało się dziesięć lat później, gdy świat zachwycał się egipską rewolucją, ja pamiętałem o doświadczeniu sprzed lat, spodziewając się kłopotów. Co nieco opisałem na tym blogu, na przykład w artykule Tahrirowa demokracja.

Wtedy, we wrześniu 2001 roku, pomimo nakręcającej się atmosfery strachu czułem się bezpiecznie, nawet przez chwilę nie pojawiła się myśl, że w Egipcie mogłoby stać mi się coś złego. Nie uciekałem, zostałem i patrzyłem, jak wyludnia się Hurghada. Olbrzymi i prężny kurort, istna fabryka wakacji, z dnia na dzień przeszedł w stan uśpienia. Turyści wyjechali, hotele pozamykano, pracownicy wrócili do domów. To był przygnębiający widok. Na co dzień tysiące wesołych, cieszących się życiem ludzi, tworzyło w mieście specyficzną, rozrywkową atmosferę. Przywykłem do tego, traktowałem jak coś oczywistego, innej Hurghady nie znałem. Nagle, jakby świat zamarł. Oczywiste zniknęło, zostały puste ulice. Smutek. Trwało to kilka miesięcy. Na większa skalę, turyści zaczęli wracać w styczniu. Fabryka wakacji znowu ruszyła.

Od tamtej pory wiem, że turystyka jest bardzo niestabilną gałęzią gospodarki. Wisi na cienkim włosku. We współczesnym świecie przywykliśmy traktować spokój i dobrobyt, jako coś naturalnego. Wydaje się nam, że zawsze będą wakacje i zawsze będzie nas na nie stać.  Tymczasem doświadczenia historyczne nakazują znacznie bardziej racjonalne podejście. Trzeba się liczyć z większymi lub mniejszymi okresami zawirowań. Dla osób, które w branży pracują od niedawna i nie doświadczyły jeszcze poważniejszych kryzysów, obecna sytuacja może być sporym szokiem. Dla nas wszystkich będzie solidną szkołą przetrwania.

Spore perturbacje miały miejsce wiosną 2010 roku. Najpierw katastrofa smoleńska, a chwilę później wulkan, który unieruchomił samoloty nad Europą, przez co nie sposób było rozpocząć zaplanowaną wycieczkę (straty biur podróży) i przywieźć do kraju turystów, którym wycieczka właśnie się zakończyła (jeszcze większe straty). W najpoważniejsze tarapaty wpadły firmy, które akurat miały najwięcej klientów, głównie w Egipcie i Tunezji. Od tamtych wydarzeń zaczęły się problemy znanego, dużego biura Alfa Star, które w końcu zakończyły się jego upadkiem. Więcej o tym w artykule: Wulkanom już dziękujemy.

W międzyczasie było kilka momentów o mniejszym i lokalnym znaczeniu, na przykład latem 2006 roku w Izraelu, kiedy to ze względu na wojnę na Bliskim Wschodzie ruch turystyczny niemal zamarł. Niemal, bo jednak cześć wycieczek przyjeżdżała, w tym moje. Korzystaliśmy wtedy z łatwiejszego dostępu do zazwyczaj obleganych miejsc, wygodnie i bez kolejek zwiedzając najważniejsze obiekty z Jerozolimą i Betlejem na czele.

Bez wpływu na turystykę nie pozostała też sytuacja na Ukrainie. W 2014 roku ludzie rezygnowali z wyjazdów do Gruzji i Armenii „bo obok jest wojna”. Trzeba było wyjaśniać, tłumaczyć, uspokajać, pisać artykuły (zobacz np. Bezpieczne wycieczki do Gruzji i Armenii). Wtedy też, na kilka lat zrezygnowaliśmy z łączenia wycieczki do Mołdawii z Odessą.

Na przestrzeni dwudziestu lat bywało różnie. Rozwojowi turystyki opartemu na zaufaniu klientów nie sprzyjała fala bankructw biur podróży, w tym tych największych i najbardziej znanych, z Orbisem i Triadą na czele (zobacz: Dlaczego upadł Orbis Travel). Ponadto Polacy na tyle korzystali z różnych form zorganizowanego wypoczynku, na ile pozwalały im domowe budżety oraz poczucie komfortu finansowego, a z tamtych czasów pamiętamy, że szliśmy od kryzysu, do kryzysu, cały czas mając nadzieję, ze kiedyś będzie lepiej.

To „lepiej” zaczęło się w końcu realizować. Przez kilka ostatnich lat, mieliśmy w turystyce sytuację, jakiej nigdy wcześniej nie było. Dominował optymizm i chęć wydawania pieniędzy, rynek korzystał z zasobność portfeli Polaków. Nie narzekała też turystyka przyjazdowa, bijąc kolejne rekordy.

Rosła światowa turystyka, nawet o 7 proc. rocznie. Nie nadążano z budową niezbędnej infrastruktury, w tym m.in. lotnisk. W bardziej popularnych miejscach hotele trzeba było rezerwować z dużym, nawet rocznym wyprzedzeniem. Liniom lotniczym brakowała maszyn.

W dobie tego, z czym się dziś mierzymy, paradoksalnym wydaje się, że jeszcze kilka miesięcy temu miasta i regiony tworzyły programy ograniczania zbyt mocno rozwiniętego ruchu turystycznego. Na nadmiar turystów cierpiała m.in. Wenecja. Modne stawało się ograniczanie podróży lotniczych (zobacz artykuł: Wstyd z latania). Dziś brzmi to wręcz niewiarygodnie. Opustoszałe Włochy liczą straty, a z nią niemal cały świat, od największych linii lotniczych, przez hotele, po pilotów wycieczek i przewodników turystycznych.

To prawda, takiej sytuacji jeszcze nie było, co gorsza, nie wiadomo, jak będzie się rozwijać, ale nie jest to pierwszy poważny kryzys. Poprzednie czegoś nas nauczyły, niektórzy wyciągnęli wnioski zmieniając modele biznesowe, dostosowując się do nowych czasów. Ten też powinien przynieść jakąś naukę. Może będzie na przykład katalizatorem do powołania dodatkowego mechanizmu asekuracji w postaci czegoś w rodzaju towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Działającego na zasadzie dobrowolnego zrzeszenia i składek gromadzonych na wypadek „nadzwyczajnych okoliczności”. Taki fundusz mógłby być również partnerem do rozmów z rządem w sytuacji podobnej do tego, z czym mamy do czynienia obecnie. Ewentualne dotacje z budżetu państwa również mogłyby iść za jego pośrednictwem.

Dziś dowiedzieliśmy się o zamknięciu na dwa tygodnie szkół, uczelni, kin, itp. Być może pomysł, żeby  „wszystko zamknąć” ma sens. Gdyby tak na cały marzec zawiesić ruch turystyczny i anulować wszystkie wycieczki, a jakiekolwiek podróże ograniczyć do minimum… Nie wiem, jak z medycznego punktu widzenia, ale z perspektywy branży turystycznej mogłoby to być jakieś rozwiązanie. Tracimy jeden miesiąc, koszty oczywiście będą, ale jeśli od kwietnia zaczniemy pracować, a w maju ruszymy pełną parą, to wyjdziemy na prostą. Gorzej, gdy problem będzie ciągnął się miesiącami, aż do lata, wtedy straty będą trudne do odrobienia, odczują je klienci oraz cała gospodarka.

Zobacz też: Koronawirus, ustawa o imprezach turystycznych a rezygnacja z wycieczki.

 

Koronawirus, rezygnacja z wycieczki a ustawa o imprezach turystycznych

Odpowiadając na pytania dotyczące możliwości rezygnacji z wycieczki powołujemy się na art. 47 ustawy o imprezach turystycznych. W ciągu ostatnich tygodni temat wiele razy pojawiał się w mediach, też miałem okazję o tym mówić, np. w Radiu Białystok i TVN.

Z przebiegu dyskusji, w tym z wypowiedzi w prasie specjalistycznej oraz komunikatu UOKiK z dnia 02.03.2020, można by wnioskować, że ustawa jest jednoznaczna i precyzyjnie definiuje przypadki, w których turysta może ubiegać się o zwrot całości wpłaconych pieniędzy w przypadku rezygnacji. Tymczasem sytuacja wcale nie jest taka prosta.

Wydaje się, że w dominującej części wypowiedzi, jakie zaistniały w przestrzeni publicznej, skupiono się na pierwszej części ustępu 4 z artykułu 47 ustawy („nieuniknione i nadzwyczajne okoliczności”) pomijając jego dalsze brzmienie, stanowiące, iż te nadzwyczajne okoliczności muszą mieć „znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej”, a właśnie ten fragment może być kluczowy i od niego może zależeć, czy w przypadku rezygnacji turysta otrzyma zwrot wpłaconych pieniędzy czy też nie. Dla ułatwienia zacytujmy ów ustęp w całości:

Art. 47 ust. 4. Podróżny może odstąpić od umowy o udział w imprezie turystycznej przed rozpoczęciem imprezy turystycznej bez ponoszenia opłaty za odstąpienie w przypadku wystąpienia nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności występujących w miejscu docelowym lub jego najbliższym sąsiedztwie, które mają znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej lub przewóz podróżnych do miejsca docelowego. Podróżny może żądać wyłącznie zwrotu wpłat dokonanych z tytułu imprezy turystycznej, bez odszkodowania lub zadośćuczynienia w tym zakresie.

Przyjrzyjmy się temu uważniej.

Po pierwsze, jak rozumieć „nadzwyczajnych okoliczności”? Ustawa tego nie wyjaśnia, ale więcej światła rzuca dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 2015/2302, która stwierdza, że mogą być to „na przykład działania wojenne, inne poważne problemy związane z bezpieczeństwem, takie jak terroryzm, znaczące zagrożenie dla zdrowia ludzkiego, takie jak wybuch epidemii poważnej choroby w docelowym miejscu podróży lub katastrofy naturalne, takie jak powodzie lub trzęsienia ziemi, lub warunki pogodowe uniemożliwiające bezpieczną podróż do miejsca docelowego uzgodnionego w umowie o udział w imprezie turystycznej”. Epidemia jest więc uwzględniona w tym katalogu, do zastanowienia pozostaje kwestia tego, kiedy mamy do czynienia z epidemią i czyją opinię możemy uznać za wiążącą. Zdaniem UOKiK pomocne mogą być komunikaty Głównego Inspektora Sanitarnego, Ministerstwo Spraw Zagranicznych czy Światowej Organizację Zdrowia (WHO). Zauważyć należy przy tym, że poradnik UOKiK z dnia 02.03.2020 nie jest w tym zakresie precyzyjny, bo na przykład, jak należy rozumieć słowo „pomocne” albo, co w przypadku, kiedy wykładnia GIS i WHO nie będą spójne? Brakuje więc jasnej wykładni. Tym bardziej, że cytowana wyżej dyrektywa mówi o „znaczących zagrożeniach dla zdrowia”, a w informacji UOKiK pojawia się „realne zagrożenie”. Znaczące to nie to samo, co realne.

Po drugie, do wyjaśnienia pozostaje kwestia, czy sam fakt wystąpienia „nadzwyczajnych okoliczności”, np. epidemii (niezależnie od tego, jak ją rozumiemy) wystarczy, żeby turysta mógł zrezygnować z imprezy turystycznej bez ponoszenia kosztów. Jeśli trzymać się zapisu ustawy, to niezbędne jest też spełnienie drugiego warunku, a więc wpływu na realizację imprezy. Nadzwyczajne okoliczności, jakie by one nie były, w dalszej części ustępu 4, doprecyzowane są poprzez skutek, jaki przynoszą. Wygląda na to, że jeśli nie mają istotnego wpływu na samą imprezę, to nie są powodem do rezygnacji z wycieczki bez ponoszenia kosztów. Interpretowałbym to w ten sposób, że w każdym konkretnym przypadku organizator imprezy turystycznej powinien przeanalizować sytuację pod kątem tego, czy w zaistniałych okolicznościach wycieczkę da się zrealizować czy też nie.

Omówmy to na podstawie dwóch przykładów.

W przypadku zaplanowanej na marzec wycieczki do Chin turysta oczywiście ma prawo do rezygnacji i odzyskania wszystkich wpłaconych pieniędzy nie tylko ze względu na bezsporny fakt „znaczącego zagrożenia dla zdrowia”, ale również dlatego, że w tym przypadku, koronawirus ma „znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej” – w Chinach zamknięto m.in. muzea i zabytki, w związku z czym nie da się zrealizować programu wycieczki. Tu mamy więc sytuację jasną, dlatego też organizatorzy wyjazdów, nie czekając na rezygnację turystów, anulują te wycieczki i zwracają wszystkie wpłacone środki.

Ale już w przypadku wyjazdu do innego kraju, w którym stwierdzono pojedyncze przypadki koronawirusa (trudno mówić o „znaczącym zagrożeniu”) i, w którym nie występują żadne utrudnienia wpływające na realizację imprezy (działają atrakcje turystyczne, hotele, restauracje, etc.) biuro podróży może mieć podstawy do tego, by klientowi naliczyć koszty w przypadku rezygnacji.

Moim zdaniem nie wystarczy sam fakt powołania się na ryzyko związanie z koronawirusem. Nie tylko dlatego, że w wielu przypadkach realna skala ryzyka trudna jest do oszacowania, ale przede wszystkim ze względu na fakt, że w ustawie pojawia się wymóg „znaczącego wpływu na realizację imprezy turystycznej”. W związku z tym uważam, że powszechnie przywoływany artykuł 47 ustawy o imprezach turystycznych, wcale nie jest tak jednoznaczny, jak to zwykło się ostatnio przyjmować.

I na koniec najistotniejsze. Bezpieczeństwo oczywiście jest ważne. Żadna, nawet najbardziej atrakcyjna impreza turystyczna nie jest warta tego, by ryzykować życiem i zdrowiem. Wie to każdy szanujący się touroperator i w praktyce stosuje tę zasadę.

W naszym biurze anulowaliśmy wycieczki do Chin i Iranu, zwróciliśmy turystom wpłacone pieniądze, sami zostaliśmy z poniesionymi kosztami. Dobre praktyki biura podróżny mogą działać w interesie klienta skuteczniej, niż nieprecyzyjny przepis prawny.

ITB ofiarą koronawirusa

Właśnie się dowiedziałem, że odwołano targi turystyczne w Berlinie. ITB to największe na świecie spotkanie branży turystycznej (10 tys. wystawców ze 180 krajów). Od wielu lat targi te wyznaczają jedną z najważniejszych dat w kalendarzu naszego sektora gospodarki. Miały rozpocząć się 4 marca. Anulacja (komunikat na stronie ITB) oznacza, że w świat popłynie negatywny komunikat: jeśli specjaliści od podróży nie przyjadą do Berlina, to najwidoczniej jest się czego obawiać i należy zaniechać jakichkolwiek wyjazdów. Rzecz jasna, stawia to biura podróży w trudnej sytuacji. Teraz choćby chciały przekonywać swoich klientów, że jest bezpiecznie, to fakt odwołania targów w Berlinie, sugeruje coś przeciwnego. Skoro my, specjaliści od podróży, nie pojedziemy i nie spotkamy się, to znaczy, że bezpiecznie nie jest.

Największe turystyczne targi na świecie

W żadnym wypadku nie chcę straszyć. W ciągu ostatnich dni mówiłem o tym w różnych mediach, np.:

Audycja w Radiu i z 21 lutego

Polskie Radio Białystok, 27 lutego

Raczej starałem się uspokajać i tłumaczyć, że na razie nie ma co rezygnować z wycieczki, na przykład do Włoch przewidzianej na czerwiec, bo to tego czasu wiele jeszcze może się zdarzyć. Nie panikujmy z powodu doniesień o pierwszym przypadku koronawirusa w kraju, do którego wybieramy się za kilka miesięcy, ale też nie powinniśmy lekceważyć ryzyka w przypadku wyjazdów zaplanowanych na najbliższy czas. Pod wielkim znakiem zapytania stoją marcowe wycieczki, a w przypadku konkretnych kierunków ich los jest przesądzony.

Ze względu na fakt, że sytuacja jest dynamiczna, to problem ma swoją dramaturgię rozpisaną w czasie. W naszym biurze zaczęliśmy się mierzyć z problemem już w styczniu, rozpatrując możliwość realizacji wycieczki do Chin, planowanej na kwiecień. Grupa była w całości sprzedana, bilety lotnicze zarezerwowane i zapłacone zaliczki za hotele. W połowie lutego podjęliśmy decyzję o anulacji. Turystom zwróciliśmy wszystkie pieniądze, sami zostaliśmy z kosztami. Podobnie z wycieczką do Iranu – miała być w kwietniu, odwołaliśmy ze względu na koronawirusa. Obie imprezy anulowaliśmy ze sporym wyprzedzeniem, mogliśmy jeszcze zwlekać z decyzją, ale nie chcieliśmy trzymać naszych klientów w niepewności.

We wspomnianych wyżej audycjach znajduje się sporo informacji i rad, również odnośnie przepisów prawnych dotyczących możliwości rezygnacji w wykupionej wcześniej wycieczki. Zachęcam do odsłuchania.

Wstyd z latania, czyli flight shaming

Dziś o zjawisku stosunkowo nowym, intrygującym, może nawet zaskakującym. Mianowicie o rosnącej modzie na „wstyd z latania”. Właśnie opowiadałem o tym w radiu (link do podcastu audycji: Czym jest flight shaming?). Wyszło trochę żartobliwie, podworowaliśmy sobie nieco z niektórych pomysłów, ale tak naprawdę temat jest poważny i zdaje się, że będzie nabierał znaczenia. Nie da się wykluczyć, że odbije się nie tylko na turystyce, rozumianej jako ważny sektor gospodarki, ale też na możliwościach indywidualnego turysty-konsumenta. Unia Europejska rozważa wprowadzenie dodatkowego podatku od latania (wtedy wzrosną ceny biletów), a niektóre kraje i miasta planują ograniczanie połączeń lotniczych i wprowadzanie na ich miejsce pociągów (Szwecja, Barcelona…).

Jak to będzie z tym lataniem? Autor tekstu na lotnisku w Tokio, Japonia.

Z punktu widzenia podróżnika, to może być kłopotliwe zjawisko. No, bo jak dostać się na przykład do Libanu? A jeszcze dalsze wyprawy: obie Ameryki, Australia, Indie? Zrezygnować? Czy poświęcić dużo więcej czasu na podróż drogą morską, najlepiej oczywiście jachtem, żeby nie emitować CO2?

Rzecz w tym, że tak niesamowity rozrost podróżniczej społeczności, łącznie z blogami, książkami, audycjami, filmami i filmikami, nastąpił dzięki łatwej dostępności podróży lotniczych (tanio i szybko). Bez samolotów cały ten segment runie i wrócimy do czasów Elżbiety Dzikowskiej i Toniego Halika, czyli do sytuacji, w której dalsze podróże były domeną wąskiej elity.

Kogo stać na samoograniczenie? Na zdanie typu: Tak, kocham podróże, ale dbam o środowisko i dlatego nie będę latać samolotami?!

Widok z okna samolotu, jedna z przyjemności podróżowania.

Ciekaw jestem, jak do rosnącego zjawiska „wstydu z latania” ustosunkuje się rynek. Założyć trzeba, że w dobie mody na ekologię, nie będzie można pozostać obojętnym. Póki co, zareagowały linie lotnicze, w tym Lufthansa, KLM, Air France i Finnair, wprowadzając działania, które mają uspokoić sumienie bardziej wrażliwych pasażerów (więcej o tym we wspomnianej wyżej audycji). Do grupy tej dołączył też LOT. Jak przeczytałem w styczniowym magazynie pokładowym „Kaleidoscope” ruszył program kompensacji CO2: na stronie internetowej przewoźnika każdy pasażer może obliczyć swój ślad węglowy i dowiedzieć się w jaki sposób tę szkodę środowisku zrekompensować.  Wygląda na to, iż władze LOT-u uznały, że presja społeczna jest na tyle duża, iż nie można jej lekceważyć i należy dołączyć do grona linii lotniczych wypełniających reguły politycznej poprawności. LOT zresztą, ma w tym przypadku niezły punkt wyjścia. Nie musi wspierać zalesiania Ameryki Środkowej jak robi to Lufthansa, może powoływać się na ilość lasów w Polsce i ich rolę w redukcji CO2. Aż się prosi o jakąś wspólną akcję z Lasami Państwowymi. Przymiarki już widać, w lutowym „Kaleidoscope” prezes LOT-u pisze o tym, że dobrowolne wpłaty od pasażerów chcących zrekompensować ślad węglowy, przekazane będą na odtworzenie i ochronę siedlisk żurawi w woj. pomorskim.

Armenia, lotnisko w Erywaniu.

Parę słów o samym zjawisku.

Za jego ojczyznę uważa się Szwecję, gdzie „wstyd z latania” (po szwedzku to flygskam) pojawił się około roku 2017. W ciągu zaledwie dwóch lat zjawisko zrobiło zawrotną karierę, również dzięki mediom społecznościowym. W promocji pomogły znane osoby, w tym Greta Thunberg. Zespół Coldplay ze względu na „wstyd przed lataniem” zrezygnował z trasy koncertowej, a Radiohead do USA wybrał się statkiem, żeby zmniejszyć emisję CO2.

Jak wygląda to w liczbach?

Branża lotnicza odpowiada za ok. 2 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. (Dużo to czy mało, biorąc pod uwagę fakt, że branża ta wspiera wytwarzanie aż 20 proc. światowego PKB?!). Solą w oku ekologów stała się Ryanair, który w rankingu przygotowanym przez Komisję Europejską, znalazł się na dziesiątym miejscu w Europie pod względem produkcji CO2.

Wycieczki w kilku obrazkach

Świat zmienia się tak szybko, że blog oparty o słowo pisane stracił nieco na znaczeniu. Zyskały za to inne kanały komunikacji, głównie media społecznościowe z Facebookiem i Instagramem na czele. Obrazy stały się bardziej istotne, stąd też wziął się pomysł na ten post.

W kilku zdjęciach postaram się przedstawić część naszych wycieczek.

Armenia. Kierunek, który promuję od lat. Zachęcam, tłumacze, opowiadam… Na tym blogu jest sporo artykułów (tag: armenia). Powstał też osobny serwis: armenia.krzysztofmatys.pl

Klasztor Norawank

Długo niedoceniana, pozostawała w cieniu sąsiedniej Gruzji. Teraz nadrabia stracony czas. Coraz więcej turystów wie, że warto się tam wybrać oraz, że Armenia atrakcjami wcale nie ustępuje Gruzji, a zdaniem wielu osób, nawet ją przewyższa. Najważniejsze atuty w wielkim skrócie: góry (piękny Kaukaz), wspaniałe zabytki poświadczające tysiące lat rozwoju ormiańskiej kultury, wyśmienita naturalna kuchnia, wino i koniaki.

Malowniczy kanion rzeki Uvac, gdzie poza krajobrazami podziwiamy również olbrzymie sępy płowe. Więcej o atrakcjach Serbii.

Serbia. Przypomina Gruzję sprzed kilku lat, czyli z czasu przed wybuchem masowej turystyki. Jest jeszcze naturalna i autentyczna. Gościnna i wesoła. Jeśli ktoś szuka czegoś spoza głównego nurtu turystycznego, to zdecydowanie polecam! Póki nie ruszyły tam tłumy. Myślę, że mamy ledwie kilka lat, później zrobi się tłoczno.

Mostar

Bośnia i Hercegowina. Sąsiadka Serbii, ale bardziej znana i tłumniej odwiedzana. Decydują popularne atrakcje: piękne Sarajewo, fantastyczny Mostar i uroczy Blagaj. Do tego Medziugorie, przyciągające rzesze pielgrzymów. W efekcie, turystów z Polski jest sporo, ale są to głównie wycieczki autokarowe, w biegu odhaczające kolejne punkty na Bałkanach. Ciągle do odkrycia przez wycieczki samolotowe. My łączymy ją w jeden program: Serbia – Bośnia i Hercegowina.

Baalbek

Liban. Kiedyś był w ofercie, później zniknął, turystów wystraszyła wojna w sąsiedniej Syrii. Rok 2019 zapoczątkował wielki powrót wycieczek, również dzięki bezpośrednim połączeniom LOT-u na trasie Warszawa – Bejrut. Po latach przerwy, wiosną zeszłego roku pojechałem sprawdzić aktualną sytuację (zobacz: Liban – informacje). Turystyka kwitła, w hotelach brakowało miejsc, w bejruckiej Hamrze tłok. Korektę przyniosły jesienne antyrządowe protesty, demonstranci blokowali drogi, telewizyjne relacje zniechęcały do wyjazdu. Tuż po tym mieliśmy wycieczkę, grupa wszystko zobaczyła, bez utrudnień. Za to turystów było mniej, zwiedzało się wygodniej. Liban ma wielki turystyczny potencjał i oby tylko polityka nie szkodziła, to z Polski pojedzie wiele wycieczek i pielgrzymek.

Twierdza w Sorokach w 2019 r.

Mołdawia i Naddniestrze. Największe na świecie piwnice winne, najdalsze polskie kresy, naturalna kuchnia, folklor, dobre wina, zabytki, krajobrazy… Mimo sporej gamy atutów Mołdawii jakoś ciężko przebić się do świadomości polskiego turysty. Brakuje promocji, a i my zwyczajnie nie grzeszymy wiedzą na temat tego regionu, więc zapewne z tego powodu nie wiemy, że warto się tam wybrać. Pisałem o tym już na tym blogu (zobacz na przykład: Mołdawia), od lat prowadzę też osobny serwis: moldawia.krzysztofmatys.pl. Sporym atutem wycieczki jest możliwość odwiedzenia Naddniestrza, jednego z najbardziej tajemniczych miejsc w Europie.

Zdjęcie sprzed kilku lat, dziś ta okolica wygląda już inaczej

Gruzja. Na zdjęciu wyżej pokazana jest Cminda Sameba, czternastowieczna kamienna cerkiew, ulokowana u stóp góry Kazbek. Położony na wysokości ponad 2 tys. m n.p.m. zabytek od lat jest jedną z fotograficznych wizytówek Gruzji. Każdy chce tu być i zrobić zdjęcie. Będąc pierwszy raz, z położonego niżej miasteczka Stepancminda (Kazbegi) szedłem pieszo. Później, dziesiątki razy, z kolejnymi wycieczkami, wjeżdżałem terenówkami po wyboistej górskiej ścieżce, dostarczając niezapomnianych przeżyć tym, którzy pokonywali tę trasę pierwszy raz. Dziś, w miejsce ścieżki mamy asfaltową drogę, a na górze, przy cerkwi, spory parking. Zrobiło się wygodniej, szybciej i tłoczniej. Miejsce stało się łatwiej osiągalne, ale przez to straciło na atrakcyjności. Oczywista konsekwencja rozwoju turystyki masowej, widoczna też w innych miejscach Południowego Kaukazu. Niektórzy gniewają się na to i złorzeczą argumentując, że kiedyś było pięknie, a teraz, to już właściwie nie ma po co jechać. Jasne, dziesięć, a nawet pięć lat temu, było bardziej naturalnie i autentycznie. Miejscowi przyjmowali gości, a nie klientów, kierowali się honorem, a nie perspektywą zysku. Tak, to wszystko prawda, z tamtej Gruzji sporo odeszło i już nie wróci, ale ze względu na to, co zostało, ciągle warto tam się wybrać!

Berat, zwany miastem tysiąca okien

Albania. Kiedyś napisałem artykuł o tym, że „Albania, to nie Afganistan”. Chciałem przez to powiedzieć, że nie ma się czego bać (zła sława Bałkanów sprzed lat). Później wybuchła moda, zdecydowały konkurencyjne ceny oraz dziura na rynku, jaka pojawiła się w wyniku kryzysu w takich krajach, jak Tunezja i Egipt. Albania zapowiada się na jeden z bardziej popularnych kierunków 2020 roku. Z tym, że dotyczy to turystyki masowej, a ta ogranicza się do pękających latem w szwach nadmorskich kurortów (Saranda, Wlora, Durres). Tymczasem Albania ma dużo więcej atrakcji i wartych odwiedzenia miejsc, dlatego też dobrze nadaje się na ambitną wycieczkę objazdową.

Persepolis

Iran. Gdy piszę ten artykuł zaczyna się właśnie kolejna polityczna awantura na linii USA – Iran. W ciągu ostatnich lat przeżyliśmy ich już trochę. Niezależnie od tego, jak polskie media by nie straszyły reżimem w Teheranie, to zawsze na miejscu okazywało się, że jest bezpiecznie, miło i sympatycznie. Z Iranem jest tak, że wielu podróżników chce się tam wybrać, bo kusi magia starożytnej Persji, przyciągają tak atrakcyjne miejsca, jak Sziraz, Persepolis i Isfahan. Nie wszyscy jednak jadą, bo jedni się boją, a inni nie wiedzą, że w ogóle można. Można, przynajmniej na razie, przyszłość wygląda niepewnie, dlatego wycieczki do Iranu nie odkładałbym na później.

Czajchana na Jedwabnym Szlaku

Uzbekistan. Coraz łatwiej dostępny, coraz bardziej zatłoczony. Jeszcze niedawno niezbędne były wizy, a do ich wyrobienia sporo formalności, łącznie z zaświadczeniem o zatrudnieniu. Od kilku lat, stopniowo poluzowywano reguły wizowe, znosząc ten obowiązek ostatecznie w 2019 roku. Rząd w Taszkencie wprowadził też inne ułatwienia (więcej w artykule: Zmiany w Uzbekistanie) w efekcie czego w Samarkandzie, Chiwie i Bucharze pojawiło się więcej turystów z Zachodu. Przypadek ten jest kolejnym potwierdzeniem dobrze znanej prawdy, że warto wybierać cel wycieczki, zanim pojawi się na niego moda.

Wszystkie nasze wycieczki dostępne są na stronie internetowej Matys Travel.

Portugalskie saudade

Temat wrócił przy okazji dzisiejszego meczu Jagiellonii z Rio Ave. Rozmawiamy o tym w Radiu Białystok, audycja z cyklu „Ucho na świat”, do posłuchania tu:

Portugalia – kraj przepełniony swoistą melancholią

Fot. Monika Kalicka, Polskie Radio Białystok

Portugalia to jeden z moich ulubionych kierunków. Z kilku powodów. Wśród nich jest bardzo specyficzny element tamtejszej kultury. We wspomnianej wyżej audycji nazwaliśmy go melancholią, ale w sumie to coś bardziej złożonego. Nie ma dobrego odpowiednika w języku polskim. Po portugalsku to saudade, termin, który Wikipedia obrazowo opisuje w ten sposób: „pozytywny autostereotyp postrzegany jako wartość narodowa; rodzaj nostalgii i melancholii związanej z silną waloryzacją przeszłości, kontemplacją przemijania i piękna rozkładu, odbieranej z subtelną dumą i radością, w sposób pozytywny. Saudade nie jest chwilowym stanem ducha, lecz jest stale obecne w charakterze osoby, której dotyczy”. I dalej: „Ciągła obecność saudade w społeczeństwie stanowi główny wyróżnik portugalskiej tożsamości narodowej”.

Piękną analizę słowa saudade znajdziemy tu. Autor artykułu używa malowniczych porównań i pięknie się gimnastykuje, by wytłumaczyć nam sens tego pojęcia. Oto jedno ze zdań: „Saudade jest miejscem, gdzie spotykają się szczęście wspomnień i smutek nieobecności”.

Prawda, że brzmi kusząco? Już choćby tylko z tego powodu można zainteresować się  Portugalią. A przecież są jeszcze inne wartości. Mocne i oczywiste. Wśród nich m.in. rewelacyjna kuchnia i wino, fado, Lizbona, Porto, Algarve… Więcej o tym w artykułach, które już wcześniej pojawiły się na tym blogu:

Portugalia. Lizbona

Wybrzeże Algarve. Najpiękniejsze plaże Europy

PS. Ciekawe jakie nastroje zagoszczą w Białymstoku po meczu z portugalską drużyną. Czy będzie to saudade?

Nasza wycieczka do Portugalii

Walka o leżaki

Turystyczne lato jest przewidywalne. Przyglądając się medialnym doniesieniom można odnieść wrażenie, że jak co roku: problemy te same, dobrze znane, wręcz oczywiste. Czyli nuda. Coś by się przeanalizowało, poszukało inspiracji, a tu nic nowego, słabo. Co najwyżej, można tylko obstawiać, który portal jako pierwszy odpali z konkretnym i oswojonym tematem oraz czy będzie to historia o spóźniających się samolotach czarterowych, nagannych zachowaniach na plaży, a może o problemach z ubezpieczeniami podróżnych. W stałym katalogu jest też kwestia leżaków przy basenie. Ta właśnie się objawiła, w postaci krótkiego filmu opatrzonego wymownym tytułem: O 7.30 rano turyści „jak szarańcza” zajmują wszystkie leżaki przy basenie. Są brutalni i szybcy.

Rzecz ma miejsce na Gran Canarii, trwa 3 minuty i kończy się tym, że są ranni i poszkodowani. Do rannych zaliczamy pana, który w trakcie biegu złamał palec u nogi, a poszkodowani to ci, którym się nie udało i będą musieli cały dzień znosić cierpienia wynikające z braku leżaka. Temat w sam raz na stronę główną poważnego portalu. Tym bardziej, że opisana i sfilmowana bitwa nie dotyczyła naszych rodaków; wszystko działo się pomiędzy turystami z Wielkiej Brytanii.

Leżaki czekają na turystów

Pod materiałem mnóstwo komentarzy, w sporej części krytykujących taką formę wypoczynku. Internauci piszą, że to najgorsze zachowania, i, że w sumie, z prawdziwą turystyką mają niewiele wspólnego. Oczywiście, jest w tym sporo racji, ale z jednym istotnym zastrzeżeniem. Otóż, każdy wypoczywa, jak chce. Jedni wolą górskie włóczęgi, inni tygodniowe smażenie się przy hotelowym basenie. Turystyka jest bardzo pojemna. W tym również jest jej siła, że może zaspakajać tak zróżnicowane potrzeby.

Gdy na spokojnie podejdziemy do tematu, to jasnym będzie, że jeśli do kogoś można kierować pretensje, to przede wszystkim do hotelu. Nie tylko o to, że leżaków jest za mało, bo to standard, ale głównie dlatego, że pozwala się na ich rezerwację. Wszyscy wiemy, jak takowa wygląda. Zasada jest prosta: kto pierwszy dobiegnie do leżaka i położy na nim swój ręcznik. Po czym wcale nie musi z niego korzystać. Może pójść na śniadanie, a nad basen wrócić za godzinę lub dopiero po obiedzie. W niektórych miejscach radzą sobie z tym w prosty sposób. Obsługa hotelu zdejmuje ręczniki z leżaków, które nie są używane. Chodzi o to, żeby na leżakach wypoczywali ludzie, a nie ręczniki.

Na tej plaży w Albanii sprawa jest jasna – leżaków brak!

Próbuję wyobrazić sobie, co bym zrobił w takiej sytuacji. Jak bym się zachował, gdybym potrzebował leżaka, na przykład dla dziecka. Czy stanąłbym w kolejce i wziął udział w wyścigu o godzinie 7:30? Licho wie, nigdy nie byłem postawiony wobec takiej konieczności. Za to taka myśl chodzi mi po głowie, że chyba za łatwo ocenimy. Internauci krytykują, potępiają i śmieją się ze sfilmowanych turystów. A przecież łatwo można poszukać niuansów, które mogą rzucić na całą historię trochę inne światło. Może nie każdy zapisując się na wakacje dostał od biura informacje, że leżaków jest za mało i że trzeba będzie starać się o nie w tak szczególny sposób? Zwyczajnie, mogli nie wiedzieć na co się piszą. A skoro już się w czymś takim znaleźli, to radzą sobie w miarę możliwości, lepiej lub gorzej, z większym lub mniejszym wdziękiem.

Swoją drogą, jak już ktoś ów filmik obejrzy, to przekona się, że nazywanie tego wydarzenia bitwą, a turystów szarańczą raczej nie jest usprawiedliwione. Rzecz przebiegła znacznie spokojniej, niż wynikałoby z opisu. Mówiąc krótko, taki materiał to news z byle czego. Za mało sensacji, więc historię trzeba było trochę podkolorować, dodając kilka mocnych słów.

Z tego wynika, że sezon ogórkowy w pełni.

Zobacz też: Ile gwiazdek, tyle szczęścia

Strona 1 z 34

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén