Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: egipt (Strona 2 z 2)

Tahrirowa demokracja

Paradoks związany z dzisiejszą sytuacja w Egipcie, polega miedzy innymi na tym, że nie wiemy, czy stało się dobrze, czy źle! Z jednej strony jest wielkie hura – obalono dyktatora, masy upomniały się o swoje prawa, niech żyje głos ludu! Z drugiej potężna obawa o szanse choćby namiastki demokracji w tej części świata. Gdybym musiał nakreślić najbardziej prawdopodobny scenariusz rozwoju sytuacji, powiedziałbym, że samoczynne zaistnienie demokracji byłoby czystym cudem.

Nie ten czas, nie to miejsce, nie ta kultura. Oczywiście mogę się mylić, wszak cuda się zdarzają. I bardzo bym chciał aby teraz się zdarzył.

Łatwo posądzić zachodnich analityków o rasizm. Przecież przez lata odmawiali Arabom realnych szans na demokrację. Tak, jakby ci byli ludźmi innej kategorii. Takie podejście pomagało uzasadnić poparcia USA i Europy dla tutejszych reżimów. Skoro społeczeństwa nie nadają się do demokracji, to lepiej niech rządzi nimi ktoś twardą ręką, przynajmniej jest porządek.

Bazar Chan al-Chalili w Kairze

Bazar Chan al-Chalili w Kairze

Ale dziś nie o rasizm tu chodzi, tylko o społeczne realia. Każdy, kto zna Egipt nieco bardziej, musi niepokoić się o jego przyszłość. Czy możliwa jest realna demokracja w kraju gdzie jedna trzecia ludzi nie potrafi czytać, gdzie jest potężny problem ubóstwa i idąca z tym w parze podatność na skrajne demagogie? Pytania można by mnożyć. Kto ma rząd dusz i czy znajdziemy tu demokratyczną wykładnię islamu? Nikt chyba nie zakłada, że możliwa jest demokracja wbrew islamowi. Co jest głównym czynnikiem jednoczącym ten naród? Czy przypadkiem nie wrogość wobec Izraela? Z czego są dumni? Ku czemu chcą dążyć?

Teraz, z każdym kolejnym dniem, sytuacja będzie się zmieniała. W newsach coraz mniej upokorzonego Mubaraka, coraz więcej bohatera masowego jakim staną się egipskie problemy. Niektóre zdarzenia będą nas śmieszyć inne wprawiać w zdumienie. Jeszcze inne będziemy piętnować. Ot, społeczeństwo pokaże swoje oblicze. No chyba, ze armia szybko zaprowadzi żołnierski porządek.

„Korespondentka amerykańskiej sieci radiowo-telewizyjnej CBS Lara Logan została pobita i była napastowana na tle seksualnym podczas relacjonowania wydarzeń na placu Tahrir w Kairze”. Oto bardziej pikantne oblicze tak zwanej rewolucji. Ktoś na forum napisał, że trudno się dziwić tłumowi, tak atrakcyjnie wygląda owa gwiazda TV (do zobaczenia tu). Szczerze powiedziawszy, ja kobiety bym tam nie wysłał, a już na pewno nie w takim stroju. CBS może sobie pogratulować.

Do czasu rewolucji prezydent Mubarak był niemal wszędzie

Do czasu rewolucji prezydent Mubarak był niemal wszędzie

Waszyngton zmienił zdanie. Tak jak do tej pory pomagał reżimom, tak teraz zachęca do ich obalania. Piękne to! Takie oczywiste, że aż dziw bierze, że dopiero teraz Biały Dom na to wpadł.

Tyle, że w tę logikę wpisany jest prosty schemat: obalajcie, obalajcie, aż obalicie reżim w Iranie! Oto cel. Największy problem amerykańskiej polityki zagranicznej może rozwiązać się sam. Na ulicach Teheranu zamiast na polu atomowej bitwy. Znowu piękne to.

Wyobraźmy sobie. Za kilka lat nikt nie chce jeździć na wakacje do Hiszpanii. Bo dlaczego tam kiedy są tak fantastyczne miejsca jak Libia, Arabia Saudyjska, Jemen, cała Zatoka Perska łącznie z Iranem? Wszędzie ciepło i piękne plaże. Kurorty jak w Europie. Ludzie kulturalni, otwarci, mili i uprzejmi, nikt nie chwyta za rękaw, nie wciąga do sklepu, nie napastuje turystek… To będą piękne czasy. Już nie mogę się doczekać. Cóż może jednak USA mają rację? Po raz kolejny…

PS. Póki co, upadł Mubarak. Egipcjanie tak go znienawidzili również za to, że wbrew społeczeństwu prowadził proamerykańska politykę.

Egipt po przejściach

Zainteresowanie polskich mediów Egiptem jest tak duże, iż można by wyciągnąć wniosek, że kraj ten to nasz sąsiad, albo przynajmniej partner strategiczny. Łukaszenka musiałby się teraz mocno postarać by mówiono o nim więcej niż o Mubaraku. Dziwne to. Egipt leży przecież tak daleko. Co łączy go z Polską?

Dla nas, Egipt to nie jest kraj w północno-wschodniej Afryce, o strategicznym, wręcz kluczowym znaczeniu dla całego Bliskiego Wschodu. To nie jest największy wśród państw arabskich odbiorca amerykańskiej pomocy. To nie jest gwarant stabilizacji w regionie.Wreszcie to nie jest reżim i prześladowania. Dla nas Egipt to 7 dni all inclusive w pięciogwiazdkowym hotelu za 2 tys. złotych!

 

Co się zmieniło przez ostatnie 3tygodnie? Być może nic. Plaże są jak były, hotele też. Piramidy stoją, rafy czekają na nurków. Za miesiąc zrobi się jeszcze cieplej, a od kwietnia to już w ogóle, pełna tropikalna rozkosz. Całkiem możliwe, że zaraz tam wrócimy, i nie będzie dla nas miało żadnego znaczenia, że Mubarak oddał władzę, że w Kairze były wielkie demonstracje. Każdy turysta odwiedzający stolicę kraju zobaczy słynny już Midan Tahrir, a to dlatego, że tuż przy nim ulokowane jest najważniejsze egipskie muzeum. To w nim ogląda się, na przykład, skarby z grobowca Tutenchamona. Każda wycieczka ma go w swoim programie. Teraz dojdzie nowa atrakcja. Przewodnicy będą mówić: „Proszę państwa, to właśnie na tym placu rozgrywały się znane wszystkim wydarzenia…”

Dla turysty to będzie taki kraj jak był. Trudno wyobrazić sobie coś innego. Co stałoby się z tą ogromną ilością hoteli? Z czego mieliby żyć związani z turystyką ludzie? To lobby jest zbyt silne by zignorowano jego potrzeby.

Ale czy w Egipcie w ogóle coś się zmieni? Czy ludzie, którzy wrócili właśnie do domów po tygodniach protestów na Midan Tahrir, będą świętować również za rok, za pięć lat? Nie wydaje mi się.Zmieni się niewiele. Dlaczego? Bo potencjalne zmiany mogłyby być zbyt niebezpieczne. Egipt ma Kanał Sueski. Wyobraźmy sobie, że wstrzymany zostaje cały transport morski odbywający się tą drogą. Ile kosztowałaby wtedy ropa?Którędy wędrowałyby towary z Chin? Egipt to też gwarant amerykańskich interesów w tym regionie. To dlatego reżim Mubaraka był tak hojnie dotowany przez USA. O dobre stosunki z Kairem opiera się względnie pokojowe współistnienie Izraela i otaczających go państw arabskich.

To sprawy międzynarodowe, alej est jeszcze temat stosunków wewnętrznych. Egipt ugina się pod ciężarem potężnych problemów. Od lat demografowie ostrzegają przed gigantycznym przyrostem naturalnym. Około 40 proc. społeczeństwa żyje za mniej niż 2 dolary dziennie, a 35 proc. to analfabeci. Widzicie gdzieś siłę polityczną, która chciałaby się zmierzyć z tymi problemami? Taką, która miałaby na to pomysł i umiejętność reformowania? A przede wszystkim taką, która zyskałaby potrzebne,długookresowe poparcie społeczne?! Mnie wydaje się to zupełnie niemożliwe.

Dziś Egipcjanie są w euforii.Ukarali znienawidzonego prezydenta. Tyle, że po odejściu Mubaraka problemy nie znikną. Od tego nie podniosą się pensje minimalne, a masy bezrobotnych nie otrzymają pracy. Przykro mi to mówić bo lubię Egipt, lubię Egipcjan, ale czekają ich trudne czasy. Tropienie po całym świecie 70 mld ukrytych przez Mubaraka dolarów da pewną satysfakcję, ale nie naprawi kraju.

To wszystko wiemy my,komentatorzy z zewnątrz. Ale czy wiedzą to Egipcjanie?

PS.

Pamiętam jak w 1999 roku na ulicach Kairu dzieci pytały mnie czy kocham Mubaraka. Jedyną słuszną odpowiedzią było, że oczywiście kocham. Dziś, faraon odszedł w niesławie, przez co podobno cierpi na depresję. Moi egipscy przyjaciele, pełni nadziei, cieszą się i wiwatują. A ja, jakoś dziwnie chłodny mam do tego stosunek. Nie wiem dlaczego, chyba w obawie przed rozczarowaniem. Najbardziej prawdopodobny scenariusz: zagraniczni turyści wrócą do luksusowych kurortów, a krajowi kontestatorzy do więzień. Biedni dalej będą klepać biedę.

W Kairze

Przylecieliśmy. Najtrudniejszy był pierwszy tydzień. Nie wiedzieliśmy co i gdzie jeść, więc chodziliśmy głodni. Pamiętam wędrówkę po dzielnicy w poszukiwaniu czegoś mogłoby zaspokoić nasz głód. Próba zakończyła się dość mizernie. Udało nam się kupić sok w kartonie i jakieś cienkie placki w worku foliowym. Były suche i niesmaczne. Nigdzie nie widzieliśmy sklepu w naszym rozumieniu. Tylko jakieś stragany i budki. Z ciekawością patrzyliśmy na brązowo-szare, okrągłe przedmioty wyłożone na chodniku. Tuż przy ruchliwej jezdni. Zastanawialiśmy się co to może być. Wyglądało tak, jakby ktoś to sprzedawał. Ale po co, do czego to mogło służyć? Po kilku dniach już wiedzieliśmy, że ten widok będzie nam towarzyszył do końca pobytu w Kairze. Był tak powszedni. W każdej dzielnicy i na każdej ulicy. Nawet w samym centrum, na Midan Tahrir, tuż obok Muzeum Kairskiego. W końcu dowiedzieliśmy co to jest. To chleb! Razowy, z otrębami. Ale jeszcze baliśmy się spróbować. Bo jak można kupić chleb leżący na brudnym chodniku, na który kopcą setki przestarzałych samochodów?! Pamiętam jak Magda powiedział mi, że nigdy tego do ust nie weźmie. Ale po pewnym czasie jedliśmy ten chleb ze smakiem. Bardzo dobry. Tylko piasek trochę chrzęścił między zębami.


Dostawca chleba w Kairze

Dostawca chleba w Kairze. Zdjęcie zrobiłem w 1999 roku.

Później śmialiśmy się z tego wielokrotnie. Sami nie mogliśmy się nadziwić temu, jak bardzo byliśmy nieprzygotowani do spotkania z Egiptem (zobacz: Egipt po raz pierwszy). Wszystkiego musieliśmy się nauczyć na własnej skórze. Nie mieliśmy przewodnika. Nikogo, kto coś tam by nam pokazał, powiedział i wprowadził w temat. Dopiero za jakiś czas, kiedy poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy się z miejscowymi, kiedy zebraliśmy się w paczkę, wszyscy polscy stypendyści, było łatwiej.

 

Zamieszkaliśmy w nowoczesnej dzielnicy Kairu. Tu już były sklepy. Z tym, że nasze rządowe stypendium ledwie wystarczało na opłacenie pokoju i najskromniejsze, egipskie jedzenie. Żywność w naszym europejskim znaczeniu była droga. Żółty ser był rarytasem. Znacznie później, kiedy już zacząłem dorabiać oprowadzając turystów, stać nas było na to aby raz w tygodniu pójść do Pizza Hut. To było przedziwne doświadczenie. Jak wizyta w innym świecie. Siedzieliśmy za szybą i patrzyliśmy na zaglądających nam w oczy Egipcjan. Dla ogromnej większości z nich była to granica nie do przekroczenia. Nigdy w życiu nie wejdą do takiej restauracji. Nie stać ich na to. Jedzą coś zupełnie innego, w innym otoczeniu i za inne pieniądze.

 

Jeść razem z nimi, mieszkać, itd. to jedyny sposób by tak naprawdę poznać kraj. Nie da się tego zrobić z poziomu dobrego hotelu, w strzeżonym przez policję kurorcie. Nie uda się też to za szyby klimatyzowanego autokaru. Bardzo często turyści przyjeżdżający na pół dnia do Kairu mają tylko jedno wrażenie: brud i bieda. Wystawiają miastu jak najgorszą opinię. Jest to opinia powierzchowna i niesprawiedliwa. Poznanie czegokolwiek musi być powiązane z wysiłkiem. Natomiast komentarz za szyby autokaru jest zbyt łatwy, nie dotyka sedna tematu. Zobacz też: Oswajanie Egiptu.

 

No właśnie, jak przemieszczać się po Kairze? W końcu to dwudziestomilionowe miasto. Wszędzie jest daleko. Jest tam

Golibroda w Starym Kairze

Golibroda w Starym Kairze. Zdjęcie z 1999 roku.

bardzo dobrze działające metro, ale ma tylko kilka linii. Co ciekawe, są oddzielne wagony dla podróżujących samotnie kobiet. Kiedyś przez pomyłkę wsiadłem do takiego. Było wesoło. Na szczęście Egipcjanki potraktowały mnie przyjaźnie, z uśmiechem. A nie zawsze można na to liczyć! Kobiety zdecydowanie bronią tu swojej nietykalności. Właściwie to powinny mnie wyzywać, opluć i zawstydzonego wyrzucić jak tylko drzwi wagonika by się otworzyły. Szedłbym wtedy po peronie z piętnem podejrzanego o molestowanie seksualne. Zobacz też: Kobieta w Egipcie.

 

Jako obcokrajowiec mogłem liczyć nie tylko na pewną dozę wyrozumiałości, ale też na nietypowe zachowania miejscowych kobiet. Miałem wtedy długie włosy. Świadomy tego, jak dziwnie wygląda tu mężczyzna z taką fryzurą, raczej się z tym nie afiszowałem. Nosiłem je związane. Ledwie kilka razy wyszedłem na ulicę z rozpuszczonymi. No i muszę powiedzieć, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Już nigdy więcej nie wzbudzałem takiego zainteresowania u kobiet. W jawny sposób podrywały mnie na ulicy. Rzecz tu niewyobrażalna. Kobiecie nie wolno! A jednak się działo. Z powodu długich i rozpuszczonych włosów! Dlaczego?

 

W starożytnym Egipcie rozpuszczone włosy były wyraźnym erotycznym sygnałem. W pewnych okresach, kiedy modne były peruki również one spełniały tę rolę. Zachował się tekst, w którym jedno z pary kochanków mówi do drugiego: „Włóż perukę, spędzimy godzinkę w łóżku”. Minęło kilka tysięcy lat, a znaczenie tego symbolu przetrwało! Nie chcę przez to powiedzieć, że dziś Egipcjanki wieczorami obowiązkowo wkładają peruki. Ale rozpuszczone włosy u kobiety, to wyraźny znak dla mężczyzny, który zachęcony takim widokiem może przystąpić do działania. I zdarza się, że przystępuje. Kiedy widzi na ulicy zabłąkaną, samotną turystykę z bardzo wyzywającą fryzurą.

Autorskie biuro podróży Krzysztof Matys Travel

Egipt po raz pierwszy

Jesień to czas Egiptu. Oferty wypoczynku nad Morzem Czerwonym dominują w biurach podróży. W tym okresie jest bezkonkurencyjny. Nigdzie indziej, za takie pieniądze, nie będziemy mieli tak ciepło. Do tego niepowtarzalne zabytki, rafy i – jeśli się mądrze wybierze – dobre hotele.

Dlatego pomyślałem sobie, że to dobry pomysł by wrócić do tematu poruszonego już wcześniej w tekście pt. Oswajanie Egiptu. Dziś o moim pierwszym spotkaniu z krajem, dzięki któremu rozpocząłem trwającą do dziś turystyczną przygodę.

Egipscy dżentelmeni

Egipscy dżentelmeni

To było dawno temu, jeszcze w poprzednim stuleciu, a dokładnie jesienią 1999 roku. Przygotowywaliśmy się do wyjazdu na stypendium. Jechaliśmy we dwójkę, ja i moja dziewczyna Magda. Rok akademicki na Uniwersytecie Kairskim. Spore wyzwanie. Byliśmy pierwszymi studentami z naszej uczelni, którzy mieli dostąpić czegoś podobnego.

Nic nie działo się przypadkiem. Wszystko zawdzięczaliśmy jednej osobie, profesor Albertynie Dembskiej, która jako wybitny egiptolog pomogła nam uzyskać to stypendium.

Z podziwem patrzyłem na to jak Magda pakuje do walizki wszystkie swoje piękne obcisłe i zwiewne sukienki.Odsłaniające ramiona, dekolt lub uwypuklające biodra. Nic nie dało się zrobić.Po prostu, decydował natura kobiety – niezależnie od okoliczności trzeba wyglądać atrakcyjnie. Nie pomogły moje prośby i tłumaczenia. Targaliśmy kilka ciężkich walizek. Jedna była pełna książek, druga sukienek, spódniczek i bluzeczek. Ta druga szybko wróciła z powrotem do Polski. Ale nie wyprzedzajmy faktów, wszystko po kolei.

Oczywiście mieliśmy wszystkie niezbędne papiery, wizy i dokumenty. Mieliśmy też potwierdzenie z polskiej ambasady, że będą czekać na nas na lotnisku w Kairze. Do obowiązku attache kulturalnego należała opieka nad polskimi studentami. Oczywiście nikt na nas nie czekał!

Architektura egipskiej ulicy

Architektura egipskiej ulicy

Był koniec września, środek nocy. Upał niemiłosierny. Do dziś pamiętam pierwsze wrażenie. Jakbym wszedł do pieca!Nigdy wcześniej nie byłem w ciepłych krajach. Egipski upał, który dziś nie robi na mnie już żadnego wrażenia, wtedy zwalał z nóg. Wylądowaliśmy na terminalu, na który przybywały samoloty z Trzeciego Świata (taki przydział miała nasza część Europy). Dzięki temu od razu znaleźliśmy się w centrum Afryki. Cała hala zapełniona egzotycznymi studentami. Wszystkich przyciągał Uniwersytet Kairski. To tu studiuje pół Afryki i spora część Bliskiego Wschodu. Było barwnie, gwarnie i przerażająco. Byliśmy mocno wystraszeni. W środku nocy w nieznanym mieście. Bez żadnych kontaktów. Bez najmniejszego pomysłu dokąd pojechać z lotniska, gdzie przenocować.

Na szczęście (dziś, po latach podróżowania, wiem, że zawsze jest jakieś „szczęście”), tym samym samolotem leciał student arabistyki. Z jego uczelni każdego roku na stypendium wyjeżdżało kilka osób. On doskonale wiedział, że nie może liczyć na pomoc ambasady. Był umówiony ze swoim starszym, zadomowionym już w Kairze kolegą. Zlitował się i zabrał nas ze sobą (raz jeszcze dzięki Piotrek, uratowałeś nas wtedy).

To był duży dom na jednej z dzielnic Kairu. Nasi gospodarze zniknęli zajęci swoimi sprawami, my zostaliśmy we dwójkę. Nie było klimatyzacji. Ciężko przechodziliśmy aklimatyzację. Prawie cały dzień byłem w czymś w rodzaju ciężkiego snu. Parę razy próbowałem wstać i po paru krokach padałem na łóżko. Upał odbierał wszelkie siły.

Na targu

Na targu

Bliżej wieczora, kiedy zrobiło się już odrobinę chłodniej, Magda odważyła się wyjść na taras. Oczywiście w jednej ze swoich sukienek. No i się zaczęło! Pod domem szybko zebrał się tłum mężczyzn. Krzyczeli, śpiewali i bębnili w dachy samochodów. Tańczyli jakiś swój, niezrozumiały dla nas taniec. Trwało to długo, prawie całą noc. Spędziliśmy ją przerażeni i zamknięci w tym domu, w jakiejś dzielnicy Kairu. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Najgorsze, że nie wiedzieliśmy też co nas czeka dalej. Początek, w każdym bądź razie, był obiecujący.

Przez kolejne 10 miesięcy Magda już nie włożyła niczego podobnego. Przy pierwszej okazji walizka został wysłana do Polski. A my szybko zrozumieliśmy na czym polega tu jedyna właściwa reakcja na kobiece wdzięki. Zresztą na męskie też. O czym oczywiście napiszę w dalszej kolejności.

Krzysztof Matys Travel

Boski Egipt Napieralskiego

Skuszony reklamą na kiosku z gazetami zainwestowałem 1,40 zł by dowiedzieć się do jakiego „raju” trafił Grzegorz Napieralski. Na pierwszej stronie czytam, że „lider lewicy pławi się w basenie luksusowego pięciogwiazdkowego hotelu”. Gazeta dodaje też, że taki hotel w Hurghadzie to „spełnienie marzeń każdego wczasowicza”.

Przyglądam się by ze zdjęć zidentyfikować jaki to hotel wzbudził taki zachwyt dziennikarzy „Faktu”, ale idzie mi słabo. Na zdjęciach króluje tors polityka. Trochę z boku żona i dzieci.

Przychodzi mi do głowy kilka refleksji.

Ustawiane te zdjęcia czy też ktoś z biura, a może spośród turystów sprzedał temat gazecie? Turyści raczej odpadają bo pan Grzegorz zapewne wybrał hotel, w którym polskich wczasowiczów jest bardzo mało albo nie ma wcale. Osoby szeroko znane z mediów tak robią, a politycy w szczególności. Są otwarci i chętni do dyskusji przed kamerami, ale raczej unikają kontaktów bezpośrednich, choć i tu są wyjątki. Zdarzało mi się spotykać polityków gdzieś na obczyźnie. Mocno utkwiły mi dwie sytuacje. W obydwu przypadkach sposób zachowania polityka był dla mnie zaskoczeniem.

Lata temu, w samolocie z Egiptu, leciał z nami Jan Maria Rokita. Wtedy jeszcze nikt nie słyszał o jego lotniczych wyczynach. Wsiadł do samolotu ostatni, schował się za żonę siadając przy oknie. Z nikim nie porozmawiał. Nic. Jakby go nie było. Trochę mnie to zdziwiło. Była to przecież dobra okazja by nawiązać autentyczną, a nie telewizyjną więź z wyborcami.

Kilka lat temu w Jerozolimie, przy Ścianie Płaczu spotkałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tu też było zaskoczenie. Myślałem, że będzie bardziej oficjalny i zdystansowany. Tymczasem, prezydent, zauważywszy, że są tam Polacy skierował się do nas. Podał rękę, porozmawiał. Szczegółowo opisałem to tu: Spotkanie z prezydentem Kaczyńskim.

A wracając do głównego wątku, to skąd gazeta miała informacje? I skąd zdjęcia tak dobrej jakości? To może ktoś z biura, które organizowało wyjazd sprzedał newsa na pierwszą stronę? Możliwe, ale raczej wątpię. Takie osoby dostają status VIP i biurom mocno zależy na ich satysfakcji. Przez lata pracy, jako rezydent, miałem z tym styczność. Nie znam sytuacji by biuro wydało swego VIP-a. No chyba, że za obopólną zgodą! To już inna historia. Czasem gwiazda telewizyjna dostaje wakacje gratis, a organizator ma reklamę.

A może Napieralski sam ustawił to z gazetą? Może jako polityk o lewicowej wrażliwości chce przebić postulat prezesa PiS dotyczący masowego wypoczynku Polaków na plażach Egiptu i Tunezji (zobacz)?  I po prostu pojechał sprawdzić jak tam jest. Może?

A jak jest prawda?

Prawda jest taka, że Egipt to kraj bardzo atrakcyjny turystycznie. Za określoną kwotę tu dostaniemy najwięcej. Dlatego tak wielu Polaków tam jeździ. Lider lewicy pewnie też.

Trzeba dawać napiwki!

W wielu turystycznych krajach napiwki są obowiązkowe. W tym sensie, że często stanowią nawet większą część dochodów takich pracowników, jak lokalni przewodnicy, kierowcy, bagażowi, pokojówki i kelnerzy.

 

Tymczasem Polacy nie potrafią dawać napiwków! Część nie wie, że tak wypada. Inni nie wiedzą jak to zrobić, nie wiedzą ile, wstydzą się, itd. Część, najzwyczajniej w świecie, żałuje paru groszy. Kuriozalne są sytuacje, gdy padają argumenty typu: „Przecież mamy all inclusive. Wszystko w cenie, a więc i napiwki!”

 

A przecież chodzi o drobne kwoty. Nieistotne z punktu widzenia ceny za wycieczkę. Bagażowemu w Egipcie, za to, że zaniesie naszą walizkę do pokoju, wypada dać 1 USD. Przecież to tylko 3 zł! Dlaczego więc wielu naszych turystów woli targać toboły? Jak to śmiesznie wygląda! Hotel 5* (bo chcemy luksusu), a panie na obcasach obijają sobie pięty bagażami (bo żal paru złotych).

 

Ileż razy musiałem tłumaczyć i prosić: „Zostawmy im walizki. Niech wykonają swoją pracę i w ten sposób coś zarobią. Na te pieniądze czekają ich rodziny. Dla nich to jest jedyne źródło dochodu”. Wtedy skutkowało. Polacy to dobrzy ludzie. Czasem trzeba tylko wyjaśnić co i jak. Bywa, że potrzebujemy odrobiny pomocy by odnaleźć się w obcym świecie. Dekady socjalizmu zrobiły swoje.

 

Problem napiwków to jedna z podstawowych rzeczy na jaką zwracam uwagę szkoląc rezydentów biur podróży i pilotów wycieczek. Tłumaczę, że są kraje, w których ich brak, może oznaczać kłopoty. Obsługa hotelu czy kierowcy pozbawieni pieniędzy, na które mocno liczyli potrafią zrobić awanturę pilotowi. Skarżą się przełożonym i generalnie robią wiele by zamanifestować swoje rozczarowanie. Ci, którzy po raz pierwszy pracują z Polakami, o wszystko oskarżają pilota myśląc, że to on zabronił dawać napiwki albo zgarnął je sobie. W głowie im się nie mieści, że turyści mogą nie dać napiwków.

 

Proszę się nie dziwić. Spróbujmy postawić się w roli jednego z pracowników branży turystycznej, który nie ma stałej pensji lub ma tylko symboliczną, a cały jego dochód pochodzi z napiwków. Co się stanie jeśli przyjedzie wycieczka z Polski i napiwków nie będzie?! Przesadzam? Nie. Znam wiele przypadków, gdzie np. lokalni przewodnicy, nauczeni już doświadczeniem, robili co mogli by nie dostać polskiej grupy.

 

Tu, wielu turystom należy się wyjaśnienie. Są kraje (pozaeuropejskie), gdzie, np. wspomniani wyżej przewodnicy, pracują za darmo! Tak duża jest konkurencja, że lokalne biura wykorzystują to bez skrupułów. Mają pracownika za darmo, a  wyżywić się ma on z napiwków. Tak wygląda rynek pracy. Jest bezwzględny. Nieuczciwe? Pewnie tak, ale pamiętajmy, że za to mamy tańsze wycieczki! Gdyby w Egipcie, Tunezji, Palestynie czy Indiach, prawo pracy było takie jak w Europie, nasze wymarzone wakacje byłyby droższe.

 

Oczywiście, można by pomyśleć o turystycznym odpowiedniku Fair Trade (Sprawiedliwy Handel). O promocji biur, które organizowałyby wycieczki dbając o wszystkich pracowników i podwykonawców, również w tych dalekich, egzotycznych krajach. Ale póki co, jedynym sposobem na uczciwą zapłatę za ich pracę są napiwki. Dlatego zachęcam do ich wręczania.

 

Oswajanie Egiptu

Kiedyś miałem plan żeby spisywać wszystkie dziwne, zabawne, a czasami nawet szokujące historie, które przydarzały się w trakcie pracy pilota wycieczek, przewodnika i rezydenta. Taki pomysł miał chyba każdy początkujący adept tego zawodu. Ciekawe historie zdarzają się niemal codziennie, wynikają z różnic kulturowych, zderzenia charakterów, nieporozumień językowych i wielu innych czynników, których zawczasu nie sposób przewidzieć. Plan upadł ponieważ w ferworze pracy zabrakło na to czasu, a poza tym, z biegiem lat, przyzwyczaiłem się i zacząłem takie zdarzenia traktować jak coś oczywistego i naturalnego.

Bałab

Bałab

W pamięci utrwaliły mi się tylko te historyjki, do których wracałem opowiadając o nich znajomym, czasem turystom i moim kursantom na szkoleniach dla rezydentów. Są to te zdarzenia, które uważam za istotne. Ważne, ponieważ choć trochę objaśniają otaczający nas świat.

Dziś jedna z nich. O kolejnych oczywiście również napiszę. Niebawem.

Jest to opowieść o spotkaniu z Egiptem.

Krótko jeszcze wtedy mieszkałem w Kairze, ledwie miesiąc czy dwa. Stypendium naukowe nie wystarczało nawet na skromne życie, trzeba było dorobić. Miałem już pierwsze doświadczenia w pracy pilota/przewodnika na rejsach po Nilu. Pojechałem do Hurghady, której wtedy jeszcze nie znałem. Nie miałem tam nikogo. Przyjechałem na spotkanie z potencjalnym egipskim pracodawcą. Spóźnił się kilka dni, a ja w międzyczasie musiałem jakoś przetrwać. Bez mieszkania i jedzenia, bo oczywiście jak to biedny student przyjechałem bez grosza przy duszy. I to było moje pierwsze, prawdziwe spotkanie z Egiptem.

Sytuacja raczej niewesoła. Choć minęło już kilkanaście lat, to pamiętam dokładnie towarzyszące mi uczucie bezradności i przygnębienia.

W bocznej uliczce egipskiego miasta

Gdzie spać, co zjeść, jak długo czekać? Ale na szczęście to Egipt. Tu jeśli się wejdzie między ludzi, odejdzie trochę od głównego deptaka w kurorcie czy od najbardziej zatłoczonych zabytków, to spotka się osoby gościnne i miłe. Im dalej od pieniędzy związanych z turystyką, tym lepiej. Dlaczego? Ponieważ turystyczny biznes psuje dobre obyczaje. Gościnność zamienia w kupiectwo. Szczery uśmiech, w maskę sprzedawcy. Poczęstunek herbatą w chwyt marketingowy. Nie narzekam, nie krytykuję. Po prostu opisuję.

Trafiłem gdzieś na obrzeża Hurghady. Budynek robiący za małe „centrum nurkowe”. Parę butli, masek, itd. Na dachu swój pokój miał nurek. Komnata była czymś w rodzaju amatorskiej dobudówki. Kto trochę zna tę część świata, wie o co chodzi. Były tam dwa łóżka i jakaś skrzynia z jego rzeczami. Kran z zimną wodą na zewnątrz. Sypiałem później w lepszych hotelach, ale to miejsce pamiętam, bo wtedy dało mi azyl w zupełnie obcym świecie.

Mój towarzysz był młodym instruktorem nurkowania. A może pomocnikiem instruktora. Wiem tyle, ile sam mi powiedział. Znikał na cały dzień, a wieczorem, prosił żebym czytał mu listy od dziewczyn. Miał ich cały kuferek. W większości po angielsku. On słabo znał angielski pisany, języka nauczył się ze słyszenia, więc w ten sposób odwdzięczałem mu się za gościnę. Były też i po polsku, te starałem się tłumaczyć. Listy wyglądały na szczere, a ich autorki na zakochane. Słuchając, mój kolega śmiał się, wzruszał i komentował. Ciekawsze fragmenty trzeba było powtarzać. Cóż to była za lektura!

Egipskie śniadanie. Wtedy nie było mnie stać nawet na takie.

Egipskie śniadanie. Wtedy nie było mnie stać nawet na takie.

Rano zmarznięty schodziłem z dachu. Tak, w Egipcie zimą noce są chłodne. Bez ogrzewania czy dobrze zabezpieczonego mieszkania bywa nieprzyjemnie. Siadałem na progu, tuż przede mną, na słońcu kładł się kot. Temperatura szybko wracała do afrykańskiego standardu, a ja czułem absolutną jedność z kotem. Mnie, tak jak jemu, nigdzie się nie spieszyło. Przez tych kilka dni czas nie istniał. Było tylko chłodniej lub cieplej. Kot i ja należeliśmy do tego samego naturalnego świata.

Bywało też głodno. Ale na spokojnie, bez nerwów. Bez paniki, typu: muszę coś zjeść czy co dziś na obiad. Do pewnego stopnia, głód można oswoić. Nie musi stanowić czegoś złego. Ma też swoje zalety.

Wypiek chleba w południowym Egipcie

Obok na progu siadał bałab czyli dozorca budynku. Właściciel zostawiał mu cukier, herbatę i jakieś grosiki na tani, egipski chleb. Rano piliśmy mocną jak diabli i słodką jak miód herbatę, a w południe szliśmy do piekarni. Takiej prawdziwej, dla ludu, gdzie gorące chlebki wyrzuca się na chodnik, na ulicę i na piasek żeby ostygły. Ten ostatni pięknie później chrzęści w zębach. Wtedy, jeden razowy placek, zwany tu przez Polaków, beretem, kosztował w przeliczeniu na nasze, pięć groszy. Jadłem lunch za jedną dwudziestą złotego!

Mój pracodawca pojawił się z kilkudniowym opóźnieniem. Jakby nigdy nic nawiązaliśmy współpracę.

Zobacz też: Egipt po raz pierwszy.

………………………………….

Więcej artykułów o Egipcie

Strona 2 z 2

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén