Blog Krzysztofa Matysa

Podróże i coś więcej.

Tag: podlasie (Strona 2 z 3)

Chińczycy na Podlasiu

Kilka ostatnich dni spędziłem w towarzystwie dziennikarzy i przedstawicieli chińskiej branży turystycznej. Przyjechali zobaczyć Polskę. Udało się namówić ich również na wizytę w naszym regionie. Grupy z Chin, co prawda niezbyt licznie, ale przyjeżdżają do Polski. Odwiedzają Warszawę, Kraków i może Wrocław. W programie często mają też Oświęcim (sami o to proszą) i Żelazową Wolę (popularność muzyki Chopina). Koniecznie musi być Gdańsk – Chińczycy namiętnie kupują wyroby z bursztynu. Podlasie jednak omijają. Próbujemy to zmienić. Stąd ta wizyta. Zobacz film z tego wydarzenia: Turyści z Chin na Podlasiu.

Podlasie, Soce, Kraina Otwartych Okiennic. "Duch puszczy" przypadł do gustu naszym gościom. Właścicielowi butelki dziękujemy za podarunek!

Podlasie, Soce, Kraina Otwartych Okiennic. „Duch puszczy” przypadł do gustu naszym gościom. Właścicielowi butelki dziękujemy za podarunek!

Nad tematem pracowaliśmy prawie rok. Najpierw była idea, później konieczność wytłumaczenia, że warto tu przyjechać. Jak przekonać Chińczyków, że powinni wybrać się do nas? Łatwo nie było. Niestety, dla sporej części świata jesteśmy turystyczną białą plamą. Albo raczej czarną dziurą. Region ma wiele do nadrobienia. Czas najwyższy na mądrą i konsekwentną promocję. A ta niestety ciągle jest dość przypadkowa, nieprzemyślana i chaotyczna. W zeszłym roku byłem na targach w Moskwie. Podlasie miało malutką część niewielkiego polskiego stoiska. I czym próbowało zachęcić Rosjan do wizyty? Fototapetą z żubrem na tle lasu! Czego jak czego, ale dzikiej przyrody, to Rosjanie mają u siebie pod dostatkiem. Trudno skusić ich żubrem. Łatwiej byłoby żubrówką i obietnicą dobrej zabawy.

Dużo fotografujemy

Dużo fotografujemy

Na co zareagowali Chińczycy? Czym udało się zachęcić ich do przyjazdu? Zadziałały dwa atuty. Po pierwsze, że jesteśmy po drodze na Litwę, Łotwę i Estonię (możliwy przejazd z Warszawy aż do Helsinek) oraz tuż przy Białorusi (koniecznie chcieli zobaczyć granicę polsko-białoruską). Po drugie, jedyny w Europie naturalny las nizinny. To są turyści, którzy zaliczają „największe”, „najstarsze”, „jedyne”, itd. I mimo tego, że padał deszcz i było dość chłodno wszyscy udali się na kilkugodzinną wyprawę do rezerwatu ścisłego PBN. Bo chcieli postawić nogę w tym niepowtarzalnym miejscu!

Bez w roli atrakcji turystycznej

Bez w roli atrakcji turystycznej

Znamy specyfikę kraju, więc dość ostrożnie podchodziliśmy do tematów typu religia i mniejszości narodowe. Ale okazało się, że również ta specyfika Podlasia bardzo ich zainteresowała. Wielokulturowość, to było to, na co zwracali olbrzymią uwagę. Dopytywali szczegółowo. Nie bali się tematów religijnych. Pytali np. dlaczego krzyż prawosławny ma na dole pochyłą poprzeczkę, albo jaka jest różnica między drewnianą architekturą wschodniej części Podlasia, a architekturą rosyjską. Bardzo interesowało ich odbicie różnic kulturowych w tradycyjnej kuchni, strojach i obyczajach. Jedliśmy więc bigos, babkę i kiszkę ziemniaczaną, pierogi z dziczyzną, a nawet nasze podlaskie sało, czyli zaprawianą słoninę z cebulą i czosnkiem. Piliśmy też bimber – znany wszystkim w Polsce jako „duch puszczy”.

Biebrza, tratwy

Biebrza, tratwy

Wycinanki w Nowogrodzie

Wycinanki w Nowogrodzie

Uczyliśmy się bić masło, robić wycinanki kurpiowskie i wódkę z trawą żubrówką. W Nowogrodzie były tańce z zespołem ludowym (pozdrawiamy wspaniałych pasjonatów z Myszyńca!). Nasi przyjaciele z Chin tańczyli i śpiewali razem z Kurpiami! Były spotkania z żubrami i spływ tratwami po Biebrzy. Najtrudniej było wytłumaczyć co to jest łoś. Poradziliśmy sobie porównując łosia z reniferem (sic!).

Piękne są takie wycieczki. Różnice kulturowe i językowe są tak duże, że właściwie wszystko może być atrakcyjne. Trzeba to tylko umiejętnie przedstawić i zaaranżować najprostsze „przypadkowe” zdarzenia. Spotkania tego typu są bardzo wdzięcznym materiałem. Bardzo interesującym również dla organizatorów. To my musimy wyjść poza nasze codzienne przyzwyczajenia i postrzeganie świata. Musimy dostosować się do naszych gości. Uczymy się i bawimy razem z turystami.

Refleksje na zakończenie? Byli zachwyceni! Krajobrazem, przyrodą, drewnianą architekturą, pięknymi cerkwiami okolic Narwi i Hajnówki. Gościnnością i otwartością miejscowych. Byli pod wrażeniem kuchni serwowanej w białowieskich restauracjach. Pielimieni w „Carskiej” i zupa opieńkowa w „Pokusie” okazały się przebojami wycieczki.

Wizyta ta jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że Podlasie jest rewelacyjnym celem wycieczek. Szkoda, że ciągle  w dużym stopniu niewykorzystanym. Mam nadzieję, że to się szybko zmieni. Zapraszamy! Możecie liczyć tu na moc atrakcji i serdeczne przyjęcie.

Polecam i obiecuję, że zrobię wiele, żeby było super! Mój mail: [email protected]

Kurpiowski zespół ludowy z Myszyńca

Kurpiowski zespół ludowy z Myszyńca

Impreza realizowana była przez Polską Organizację Turystyczną we współpracy z innymi podmiotami.

Zobacz również:

Sylwester na Podlasiu – 13 stycznia

Duch puszczy – bimber z Puszczy Knyszyńskiej

nowy rok fajerwerki

Sylwester 13 stycznia

W czasie gdy cała Polska odpoczywa po sylwestrowych imprezach spora część mieszkańców Podlasia dopiero myśli o nadchodzącej zabawie. Tu żegnają stary rok i witają nowy z opóźnieniem, zgodnie z kalendarzem juliańskim. Jak to wygląda w praktyce?

Niektórzy obchodzą Sylwestra dwa razy. Pierwszy raz 31 grudnia, a drugi 13 stycznia, A są i tacy, którzy na pierwszego Sylwestra w ogóle nie zwracają uwagi. Dla nich to żadna okazja do świętowania.

W Białymstoku i w takich miastach jak Bielsk Podlaski czy Hajnówka normalną rzeczą są sylwestrowe bale w nocy z 13 na 14 stycznia. Regionalne rozgłośnie radiowe grają do tańca, a władze zawieszają zakaż używania petard i ogni sztucznych. Zabawa idzie na całego.

nowy rok fajerwerki

Na Podlasiu fajerwerki odpalane są również 13 stycznia

Drugi Sylwester popularny jest wśród prawosławnych mieszkańców Podlasia. Ale biorą w nim udział również katolicy. Znajomi, rodzina…

W sumie należałoby to potraktować jak turystyczną atrakcję. Zrobić z tego produkt regionalny. Ściągnąć turystów. Pokazać w telewizji. Szkoda, że nie myślą o tym ani władze regionu, ani urzędnicy odpowiedzialni za promocję województwa podlaskiego.

Popularnie nazywany jest juliańskim lub prawosławnym Sylwestrem. Ale to nazwa sztuczna, utworzona na podstawie kalendarza gregoriańskiego. W Kościele katolickim św. Sylwester wspominany jest 31 grudnia. Patronem ostatniego dnia roku w kalendarzu juliańskim jest św. Melania, stąd też noworoczne zabawy nazywane są „małanką” lub „mełanką”.

Wśród prawosławnych mieszkańców Podlasia funkcjonuje też jako „szczodry wieczór” – od obfitości potraw na stole. W tradycji ten aspekt ostatniego dnia roku był bardzo istotny. W niezbyt zamożnych domach, na ten jeden moment szerzej otwierano spiżarnie. Na stołach pojawiały się sycące i tłuste potrawy. Bywało nawet bardziej bogato niż w czasie świąt Bożego Narodzenia.

Co poza jedzeniem wyróżniało ten wieczór? Jako, że był szczególny, pomiędzy jednym, a drugim rokiem, to miał specjalne reguły. Dozwolone, a nawet wskazane były psikusy, na które w innych okolicznościach nie można było sobie pozwolić. Na wsiach, pod osłoną nocy zdejmowano i ukrywano sąsiadom furtki, na kryty strzechą dach wciągano drabiniasty wóz, a w oborach podmieniano zwierzęta.

Panny oddawały się wróżbom. Oczywiście przewidywano zamążpójście. Dziewczyny kładły na podłodze garstkę ziaren, a następnie do izby wpuszczano kurę. Ta z panien, której zboże ptak wybrał, miała największe szanse na małżeństwo.

kolędowanie z gwiazdą

Kolędowanie z gwiazdą to jeden z obyczajów, które przetrwały. Kolędnicy odwiedzają też sylwestrowe zabawy. Obraz M. Germaszewa z 1916 r.

Wysypywano ścieżki popiołem lub słomą. Tak w noc sylwestrową łączono pary, często ułatwiając im podjęcie życiowej decyzji. Jeśli było wiadomo, że dwoje ma się ku sobie, to po cichu, usypywano dróżkę od domu chłopaka do domu dziewczyny. Rano było trochę wstydu i sporo żartów, ale mogło zadziałać, bo jak to celnie ujął Edward Redliński w „Konopielce” pogadajo sobie ludzi, pogadajo, już się młode nie wybronio przed wiosko. Ślub był przesądzony.

Dziś większości tych obyczajów już nie ma. Ale pozostał zwyczaj chowania furtek. Na Podlasiu funkcjonuje on również wśród katolików. Pamiętam go dokładnie z mojego dzieciństwa. Są za to sylwestrowe bale. Przy regionalnej muzyce (również białoruskiej i ukraińskiej). Z regionalną kuchnią. Warto wtedy wybrać się na Podlasie. Zapraszamy! To dobra okazja żeby dotknąć wschodniej egzotyki.

Sylwester juliański na Podlasiu.

………………………………………….

13 stycznia to ostatni dzień roku według kalendarza juliańskiego, stosowanego przez Kościoły wschodnie przy ustalaniu dat świąt religijnych. Zgodnie z tym kalendarzem Boże Narodzenie, a więc i Nowy Rok, wypadają później niż w kalendarzu gregoriańskim. Tam, gdzie mieszkają prawosławni, np. w województwie podlaskim, ten wieczór, to okazja do świętowania sylwestra po raz drugi.

Kalendarz juliański – opracowany na życzenie Juliusza Cezara (wprowadzony w życie w I w. p.n.e.). Powszechnie stosowany w Europie: w Polsce do 1582, w Rosji do 1918, w Grecji aż do 1923 r. Zastąpiony przez kalendarz gregoriański, jednak niektóre Kościoły wciąż jeszcze posługują się kalendarzem juliańskim.

Zobacz też: Sylwester po raz drugi.

………………………………………….

Czytelnikom bloga składam jak najlepsze życzenia!

SAMYCH RADOŚCI W NOWYM ROKU!

I dużo pięknych podróży!

Duch puszczy, samogon z Podlasia

Jest jedną z wizytówek regionu. Rzecz tu bardzo popularna i w Polsce rozsławiona. Pojawia się na niejednej imprezie. Króluje na ogniskach i kuligach. To „duch puszczy”, czyli leśny trunek. Alkohol pędzony w ukryciu, nocą, gdzieś głęboko w puszczy. Mocny (dobry powinien mieć powyżej 55 procent). Szlachetny – pod warunkiem, że wiemy od kogo kupić. Choć formalnie zakazany, to po cichu staje się turystycznym hitem.

Duch puszczy, etykieta

Etykieta

Dostałem od kogoś trzylitrowy pojemnik. Trunek przedni. Skąd wiem? Bo jeżdżę po świecie, zajmuję się turystyką i z zawodowego obowiązku próbuję. W wielu krajach robione domowym sposobem alkohole są lokalną atrakcją, Wspierają turystykę, promują region i dają zarobić miejscowym. Działa to bardzo prosto. Każdy ma prawo destylować i sprzedawać alkohol. Musi tylko zgłosić to w urzędzie i ryczałtem zapłacić akcyzę. W zależności od kraju są różne ograniczenia. Na przykład mogą robić to tylko rolnicy z własnych produktów rolnych. Albo można sprzedawać taki alkohol wyłącznie na terenie gospodarstwa, gdzie został wytworzony, w należącej do niego restauracji lub pensjonacie. Może być też limit ilościowy, np. w ciągu roku na takich zasadach można sprzedać maksymalnie tysiąc litrów.

Trudno wyobrazić sobie wycieczki do Gruzji bez degustacji domowego wina i czaczy – mocnego alkoholu (powyżej 50 proc.) wytwarzanego z wytłoczyn winogronowych. (Dobrej jakości czacza przebija wszelkie sklepowe trunki). Jedno i drugie jest łatwo dostępne i stanowi element kultury oraz stylu życia. W Tbilisi korzystamy z restauracji, w której turyści obserwują proces destylacji, a następnie próbują świeżutkiej, jeszcze ciepłej czaczy. Podobnie w Armenii – tutowka, czyli samogon z owoców morwy. Trunek o wyjątkowym smaku, cieszący się uznaniem turystów, choć niektórzy wolą łagodniejszy bimber z moreli i brzoskwiń. (Więcej o ormiańskich trunkach).

Oczywiście nie ma mowy o wielkim piciu. Chodzi o degustację, o spróbowania. Traktujemy to jako element miejscowej kultury. Chcemy jej dotknąć, poznać, posmakować. Turyści fotografują i filmują. Więcej z tego żartów i zabawy niż picia.

W Nepalu do specjalnie zamówionej kolacji z lokalnymi potrawami podają nam domowej roboty mocny alkohol z ryżu. Smakuje tak sobie, ale każdy turysta spróbuje, a po powrocie do domu pochwali się, że pił coś takiego, Tak działa turystyka! Polska nie zezwalając na taki biznes  strzela sobie w kolano.

Długo można by wymieniać mniej lub bardziej egzotyczne kraje i popularne tam domowe alkohole. Nie w tym rzecz jednak. Wróćmy do podlaskiego „ducha puszczy”. Zwiemy go też „księżycówką” ponieważ wytwarzany jest nocą i w ukryciu. Mam przed sobą etykietę. Tak, tak, profesjonalną, wydrukowaną w pełnym kolorze. Dołączona była do wspomnianego wyżej trzylitrowego pojemnika. Czytamy na niej, że szczególny sposób przygotowania, chroniony przez wieki tajemniczą recepturą, a także dobór najwykwintniejszych składników czyni jego smak szlachetnym i wyjątkowym.

Na etykiecie nie znajdziemy danych producenta. To oczywiste. Przecież wytwarzanie takiego alkoholu oraz jego dystrybucja jest prawnie zakazana. Bimbrownie tropione są przez policję i niszczone. Ale jak mówią miejscowi, łupem organów ścigania padają tylko te wytwórnie, które robią trunki słabej jakości. Mistrzowie, którzy do swoich wyrobów przyzwyczaili całe wsie i miasteczka, lokalnych notabli oraz ich ważnych gości z Warszawy, czują się bezpiecznie. Ich umiejętność doceniana jest również przez lokalne władze. U nas mówi się, że niby wszystko jest zakazane, ale jak ktoś z gminy jedzie załatwić coś ważnego w stolicy to wiezie bagażnik bimbru i kiełbasy z dzika.

W wielu krajach domowe trunki są istotnym uzupełnieniem oferty turystycznej. Szczególnie dotyczy to mniejszych podmiotów, działających np. w obszarze agroturystyki. Spełniają kilka ważnych ról. Doskonale nadają się do promocji regionów. Są bardzo często kupowane na wynos, jako prezent. Wspomagają budżety niewielkich gospodarstw agroturystycznych i restauracji. Wreszcie, podatki z tego płynące zasilają skarb państwa. Szkoda, że nie w Polsce. Kiedyś mieliśmy w tym zakresie wspaniałe tradycje. Podniszczyła je okupacja, dobił PRL. Wolna Polska przez dwadzieścia kilka lat nie wpadła na pomysł żeby do nich wrócić. Na szczęście, w konspiracji przetrwały tu i tam. W okolicach Białegostoku (Supraśl, Waliły, Czarna Białostocka…) uratował je gęsty las Puszczy Knyszyńskiej. Zapraszamy więc do nas!

Więcej o atrakcjach regionu: Turystyczna Polska Wschodnia.

PS
Bimbru o najbardziej okrutnym smaku próbowałem w Etiopii. Był pieruńsko mocny i zrobiony z… czosnku! Wypić się nie da. Ale umoczyć usta, spróbować, zrobić zdjęcie i pochwalić się po powrocie do domu – jak najbardziej!

I jeszcze jedno. Nie namawiam ani do używania, ani do kupowania nielegalnego alkoholu. Zwracam tylko uwagę na jedną z turystycznych atrakcji regionu i tkwiący w niej potencjał.

……..
More info about Podlasie in English: Poland Podlachia.

Sylwester po raz drugi

W Polsce dawno już posprzątano po sylwestrowych zabawach, a tymczasem w nocy z 13 na 14 stycznia w Białymstoku i Hajnówce ponownie wystrzelą fajerwerki oraz korki od szampanów. Podlasie wita nowy rok podwójnie. Wierni kościołów wschodnich święta obchodzą według kalendarza juliańskiego, a zgodnie z nim, rachuba dat przesunięta jest o 13 dni.

Przy takich okazjach najlepiej, bo w praktyce, objawia się wielokulturowość regionu. Publiczne Radio Białystok przez cały wieczór  nadaje specjalną audycję z muzyka białoruską i ukraińską. Restauracje urządzają bale, a w mieście zawieszany jest zakaz używania sztucznych ogni i petard.

W masowym przekazie, dzień ten ochrzczony został juliańskim lub prawosławnym Sylwestrem. Tyle, że to nazwa odrobinę krzywdząca. Wynika ze sztywnego przyjęcia reguł kalendarza gregoriańskiego. W Kościele katolickim św. Sylwester wspominany jest 31 grudnia. Patronem ostatniego dnia roku w kalendarzu juliańskim jest za to św. Melania, stąd też noworoczne zabawy nazywane są „małanką” lub „mełanką”.

Wśród prawosławnych mieszkańców Podlasia funkcjonują też jako „szczodry wieczór” – od obfitości potraw na stole. W tradycji ten aspekt ostatniego dnia roku był bardzo istotny. W niezbyt zamożnych domach, na ten jeden moment szerzej otwierano spiżarnie. Na stołach pojawiały się sycące, tłuste, mięsne potrawy. Bywało nawet bardziej bogato niż w czasie świąt Bożego Narodzenia.

Ten szczególny wieczór, poświęcony był dwóm tematom. Dziewczyny bawiły się wróżąc, a chłopcy oddawali się psikusom. Panny koniecznie chciały się dowiedzieć, która pierwsza wyjdzie za mąż. Sposobów by się o tym przekonać była masa. Na przykład, każda z dziewczyn kładła na podłodze garstkę ziaren, a następnie do izby wpuszczano kurę. Ta z panien, której zboże ptak wybrał, miała największe szanse na zamążpójście. Próbowano różnych metod. W użyciu były wróżby lekkie i zabawne, ale też idące w stronę magii i czarów. Tak jakby tej nocy można było sobie pozwolić na więcej. Bo to przecież czas pomiędzy, moment kiedy jedno już się skończyło, a drugie jeszcze nie zaczęło. Standardowe reguły zdawały się być na chwilę zawieszone.

Pierwszy dzień nowego roku dla wielu gospodarzy rozpoczynał się niespodzianką. Zdarzało się, nie można było wyjść z domu bo drzwi zostały zabarykadowane z zewnątrz, w komin wetknięty był snop słomy, a na kryty strzechą dach stodoły ktoś wciągnął drewniany wóz. Po cichu zamieniano też w nocy zwierzęta. Konia lub krowę od jednego gospodarza przeprowadzano do drugiego. Ilość ogonów się zgadzała, ale sztuki były inne. Ważne było, aby nie zrobić tu nikomu krzywdy, dlatego też po zaskakującym poranku wszystko bez szkód musiało wrócić do normy. Dowcipnisie pomagali gospodarzom pozbierać swój inwentarz. Dziś już trudno o strzechy i wozy drabiniaste, więc i obyczaje te raczej zanikły. Na pewno przetrwał jeden. Podmienianie furtek i bram. Pamiętam to z dzieciństwa. Najpierw jako małe dzieci, w Nowy Rok emocjonowaliśmy się tym komu zginęła bramka i gdzie się znalazła; później, już jako młodzieńcy, sami robiliśmy takie psikusy. I w tej podlaskiej (choć katolickiej) wsi zwyczaj ten funkcjonuje nadal. Furtki znikają w noc sylwestrową i czasem trzeba się rzeczywiście naszukać by swoją odnaleźć.

Nie ma już za to ciekawego obyczaju wysypywania ścieżek popiołem lub słomą. W ten sposób w noc sylwestrową kawalerka łączyła domniemane pary, często ułatwiając im podjęcie życiowej decyzji. Jeśli było wiadomo, że tych dwoje ma się ku sobie, to po cichu, pod osłoną nocy usypywano dróżkę od domu chłopaka do domu dziewczyny. Rano było trochę wstydu i sporo żartów. Jak to celnie ujął Edward Redliński w Konopielce „pogadajo sobie ludzi, pogadajo, już się młode nie wybronio przed wiosko”. Ślub był przesądzony.

Co dziś zostało z tej bogatej ludowej tradycji? Myślę, że nie jest źle. Co prawda na potrzeby komercji i dla ułatwienia, bale nazywa się juliańskimi sylwestrami, ale miejscowi nadal określają ten dzień po swojemu, jako Szczodry Wieczór, Małanka czy Hohotucha. Oczywiście zmieniła się też forma. Dziś to huczne imprezy i tańce, na wzór sylwestra gregoriańskiego, ale co ważne, przy „tutejszej” muzyce i z elementami lokalnego folkloru. Może to być sporą atrakcją dla przyjezdnych i okazją by zobaczyć nieco bardzo ciekawej, podlaskiej egzotyki.

PS
W pisowni słowa sylwester jest spory bałagan. Zasugerowałem się wskazówką, by nazwę dnia rozumianego jako święto pisać wielką literą, stąd Sylwester podobnie jak Wigilia czy Nowy Rok, a nazwę zabaw i obyczajów małą, więc sylwester i małanka, podobnie jak andrzejki czy mikołajki.

W tym roku organizuję takiego sylwestra w Supraślu. Wybierają się na niego turyści z całej Polski.

Film z takiego Sylwestra na Podlasiu.

Wino z Mielnika

Korzystając z wolnego dnia odwiedziłem Mielnik, niewielką miejscowość nad Bugiem, położoną na granicy województw podlaskiego i mazowieckiego.

Skrzywienie zawodowe, gdzie nie zajadę, patrzę na wszystko pod kątem turystyki. Mielnik ma potencjał! Malownicza dolina Bugu idealnie nadaję się na aktywny wypoczynek: kajaki, rowery, konie…Pagórkowaty teren porośnięty jest lasem. Widoki rewelacyjne (zdjęcia do zobaczenia tu). No i tylko 130 km od Warszawy.

Mielnik pamiętam z zajęć historii, jako istotny ośrodek funkcjonujący w ramach państwa polsko-litewskiego. To tu, na początku XVI wieku, Aleksander Jagiellończyk zatwierdzał zawartą wcześniej w Piotrkowie unię (stąd czasem stosowana nazwa „unia piotrkowsko-mielnicka”). Od tej pory oba organizmy stać się miały jednym państwem. Postanowień unii nie udało się jednak wprowadzić w życie. Temat wrócił prawie 70 lat później, w postaci unii lubelskiej.

Zauważyłem, że miejscowa szkoła nosi nazwę unii mielnickiej. Z uśmiechem pomyślałem, że to chyba nie do końca wychowawczy przykład, wszak ten akt prawny należy postrzegać w połączeniu z przywilejem mielnickim, w którym Aleksander za cenę korony polskiej, zgodził się na istotne ograniczenie władzy królewskiej. Dzięki temu ogromny wpływ na rządy w państwie zyskał senat. Kraj ewoluował w kierunku władzy magnaterii. Czym to się skończyło, wszyscy wiemy.

Pamiątką najlepszych czasów Mielnika jest Góra Zamkowa. Tu bywali królowie (położony na styku Litwy i Korony zamek doskonale się do tego nadawał). Wyobraźnię turystów najłatwiej pobudzić opowieścią o wizycie królowej Bony.

Historia Mielnika wzbudza szacunek. Pierwsze wzmianki pochodzą z XIII wieku. Wtedy gród padł ofiarą mongolskiego najazdu. W wieku XIV, jako litewska twierdza, bronił się przed Krzyżakami. Prawa miejskie od XV wieku; odebrane zostały w 1934 r. Generalnie, jego dzieje determinuje pogranicze. Kronikarze wspominają o Jaćwingach, Litwinach, społecznościach ruskich, Mazowszanach… Różne narody i religie odciskają swoje piętno aż po wiek XX. Sprawia to, że Mielnik dziś, dodatkowo zyskuje na atrakcyjności.

Turyści, którzy tu dotrą, poza pozostałościami zamku oglądaj również wyjątkową w skali kraju, odkrywkową kopalnię kredy; stroje z filmu „Ogniem i Mieczem” zdeponowane w miejscowym Domu Kultury (jest plan wybudowania Parku Historycznego „Trylogia”) oraz zabytkowe świątynie kilku wyznań (kościół, cerkiew, synagoga). Chociażby z tego powodu Mielnik idealnie nadaje się na cel wycieczek edukacyjnych.

Nowe nasadzenia. Będzie z tego dobre wino

Kapitalny temat dotyczący procesów geologicznych (skąd się wzięła kreda?) z jednej strony, wielokulturowość i dzieje państwa polsko-litewskiego z drugiej. Dla grup szkolnych akurat.

Ale na mnie największe wrażenie wywarło coś innego. Nie myślałem, że zobaczę tu prawdziwą, profesjonalna winnicę! A taka właśnie powstaje. Dzięki winiarskiej pasji Mikołaja Korola. Gospodarz z dumą pokazuje rzędy dobrze utrzymanych roślin. Właśnie zasadzone zostały nowe, szlachetne szczepy, sprowadzone z Austrii i Niemiec. Kolejne partie pięknie nasłonecznionego stoku czekają na swoją kolej. Próbowałem wina. Czerwone i różowe, o mocnym owocowym aromacie, przypominały mi wina… gruzińskie. No cóż. Już w niedalekiej przyszłości, właśnie lokalne wino, może być sporą turystyczną atrakcją Mielnika!

Super majówka!

Jak media długie i szerokie, od kilku dni przewija się pięknie brzmiące zdanie: „Wystarczy wziąć 3 dni urlopu i mamy 9 dni wolnego”. Prawda. Tylko korzystać!

Szkoda, że myślimy o tym tak późno. Od dwóch tygodni widać wzmożone zainteresowanie turystów. Tyle, że często wchodzą do biura i wychodzą. Pytają o ofertę na długi weekend. Liczą na super oferty typu last minute. Już nam się nawet nie chce odpowiadać. Majówka cieszy się takim zainteresowaniem, że trzeba było o to pytać kilka miesięcy wcześniej!

Plaża w Egipcie

  To taka pora roku, że nie da się pojechać gdziekolwiek. Decyduje pogoda. Te osoby, które myślą o wypoczynku na plaży, w cieple i słoneczku, mają do dyspozycji przede wszystkim Egipt. Dlatego na tym kierunku oferta jest bardzo mocno przebrana i nie ma co liczyć na okazyjne oferty! Da się znaleźć wolne miejsca, ale już tylko na dwutygodniowy pobyt.

Atrakcyjnym, turystycznym produktem są kilkudniowe wypady do europejskich stolic. Paryż, Rzym, Madryt… Tyle, że w tym terminie, taka impreza kosztuje ponad 2 tys. zł. Oczywiście ze względu na spory koszt przelotów. To cena podstawowa, do tego trzeba doliczyć wydatki na miejscu, dopłaty do zwiedzania, do kolacji, itd. Wyjdzie sporo więcej niż za tydzień pobytu w Egipcie.

Chętnie wybieramy ciepłe i słoneczne kierunki, np. Bałkany

Sezon na wycieczki autokarowe dopiero startuje. I co ciekawe, mimo tak dogodnego terminu, nie wszystkie imprezy dochodzą do skutku. Słabsi organizatorzy, którym nie udało się zebrać minimalnej ilości uczestników, odwołują imprezy. Chętni pojawiają się dopiero teraz, na tydzień przed majówką. To za późno. Organizator, który nie miał wystarczającej ilości chętnych, już zwolnił autokar i hotele.

Wszystko to skutkuje takim efektem, że na kilka dni przed majówką, jest przewaga popytu nad podażą. No cóż, dzięki temu będzie jak co roku. Dużo mówienia o długim weekendzie i o atrakcyjnych wycieczkach, a i tak ogromna większość Polaków zostanie w domu. Z atrakcji będzie grill i telewizja.

Zamek w Trokach na Litwie

W naszym regionie, na Podlasiu, najłatwiej o kilkudniową wycieczkę na Litwę. Blisko (z Białegostoku do Druskiennik tylko 200 km, do Wilna 300) i ciekawie. Hotele z dobrą infrastrukturą (Aquaparki, SPA), oryginalna kuchnia i kawał historii Polski. Znaczenie ma też atrakcyjna cena. Koszt 3-dniowej wycieczki (w cenę wliczone wszystkie świadczenia, dużo atrakcji!) to tylko 550 zł. Przykładowy program tu litwa-wycieczki

Życzę udanego wypoczynku!

Prawosławne Boże Narodzenie

„Wesołych Świąt!” Rozsyłam właśnie maile z takimi życzeniami, a to do Gruzji, a to do Armenii. Tłumaczę w nich, że my, w Białymstoku, Boże Narodzenie mamy dwa razy. Podobnie Sylwestra i Nowy Rok. W pięknym rejonie Polski żyjemy!

 

Ja dziś nie świętuję, ale naprawdę, ogromnie się cieszę, że inni to czynią! Samych Radości życzę!

 

Za to wybieram się na juliańskiego sylwestra. 13 stycznia, małe urokliwe miasteczko w Puszczy Knyszyńskiej. Trochę białoruskiej muzyki i huczne tańce. Rano, po zabawie, oczywiście sauna.

Boże Narodzenie 7 stycznia obchodzone jest na całym Wschodzie, od Gruzji i Armenii po Etiopię. Na Podlasiu też

Boże Narodzenie 7 stycznia obchodzone jest na całym Wschodzie, od Gruzji po Etiopię. Na Podlasiu też. Na zdjęciu kapłani etiopscy.

 

Turystyczne doświadczenie, każe mi zastanowić się nad niewykorzystanym fenomenem. Podlasie nie ma pomysłu na promocję. Od lat wszystkie lokalne władze powtarzają mantrę: turystyka jest priorytetem. Na papierze może i tak. W rzeczywistości trochę gorzej.

 

Taki dzień jak dziś, jest idealnym momentem do promocji regionu. W mediach, z racji na długi weekend i brak spektakularnych wydarzeń, prawosławne Święta stanowią jeden z głównych tematów. Ale nic poza tym! U nas na miejscu nic się nie dzieje! Nie ma czegoś co przyciągnęłoby kamery telewizyjne. Czegoś, co przyciągnęłoby turystów! Szkoda.

 

Ulice Białegostoku wyglądają dziś jak wymarłe. Ruch uliczny zupełnie minimalny. W biurowcu, w którym mam lokal, ciemno. Zamknięta nawet kawiarnia. Spora część mieszkańców wyjechała do rodzin na wieś. Tam są piękne, tradycyjne, prawosławne Święta!

 

Najwyższy czas pomyśleć nad spójną i długofalową strategią. Jak działać, żeby udało się wpisać podlaską oryginalną kulturę, w mądrze rozumianą, zrównoważoną turystykę.

Sejny. Miasteczko na kresach

Wczoraj wróciłem z Sejneńszczyzny. To region północno-wschodniej Polski, tuż przy granicy z Litwą. Wyjątkowy. Jakże inny od płaskich terenów niziny podlaskiej. Cały krajobraz to małe pagórki. Pełno ich. Jakby ktoś je specjalnie usypał. A między nimi ukryte są małe jeziorka. Jest tam miejsce, z którego widać siedem jezior! Mniej za to jest lasów. Jeśli już to

Taki krajobraz

Taki krajobraz

niewielkie olszyny czy śródpolne laski iglaste zwane borkami. Tak jak w pięknych zdaniach Miłosza z Pieska przydrożnego o „okolicach polnych i jeziornych” tudzież „powiatach pagórków i borków”. Zobacz więcej w artykule: Suwalszczyzna.

 

W krajobrazie tym z daleka już widać wieże kościoła w Sejnach. I o tym miasteczku  chciałbym napisać parę słów. Wizyta w nim przypomniała mi wszystkie klimatyczne, senne miejscowości naszego regionu. Takie, które mają atrakcje turystyczne, ale jednocześnie są senne i – wydawałoby się – po prostu, nudne. Wymienić można by Supraśl czy Krynki, a nawet Białowieżę. Tak, ta bardzo popularna dziś Białowieża, też bywa senną, małą i, dla niektórych nieciekawą, wsią.

Sejny

Jest coś uwodzicielskiego w nastroju takich miejscowości. Jest też coś niebezpiecznego. Osoby, które muszą tam zostać na trochę reagują różnie. Jedni uciekają najszybciej jak się da, inni zostają na zawsze. Miejscowi dużo piją by jakoś poradzić sobie z szarością krajobrazu.

 

Właściwie to można by pomyśleć o czymś w rodzaju przewodnika po miasteczkach północno-wschodniej Polski, w którym tematem przewodnim będzie właśnie owa specyficzna atmosfera. Jak ją nazwać? Atmosferą prowincji? Klimatem powiatowego miasteczka? Proponuję coś innego. Mnie, to wszystko kojarzy się z dzieciństwem. Spędziłem je na podlaskiej wsi, właśnie wśród pól i borków. Dla mnie byłaby to więc atmosfera dawności, klimat utraconej sielskości. Coś, za czym tęsknimy, a czego złapać już nie da rady.

biala_synagoga_sejny_suwalszczyzna_fot_krzysztofmatys

Biała Synagoga w Sejnach

Polska zmienia się w ekspresowym tempie. Zmieniają się duże miasta, ale wieś też przeżywa metamorfozę. Nowym elementem krajobrazu są chociażby porozrzucane po polach duże bele słomy czy zafoliowanego siana. Swoją drogą, te ostatnie, to straszne paskudztwo. Na szczęście, w tym roku pojawiła się folia w kolorze zielonym. Dzięki temu bele już tak nie szpecą. Jeszcze kilka lat i przyzwyczaimy się. Wielkie zielone, plastikowe walce będą tak naturalnym widokiem jak kiedyś kopy siana.

sejny_bazylika_mniejsza_suwalszczyzna_fot_krzysztofmatys

Bazylika i klasztor podominikański w Sejnach

Tam, gdzie najbardziej odczuwam klimat dawności, są więc małe miasteczka. W części jeszcze nieodrestaurowane, trochę zapuszczone. Takie, jakby bardziej naturalne. W dziwnym świecie, nawet to może być atrakcją turystyczną. Dla mnie jest.

 

A Sejny? No cóż, przyjechać tu trzeba koniecznie. Urzeknie was tak samo krajobraz otaczających miasteczko pól, jak i piękna idea wielokulturowości, którą się tu pielęgnuje. Ogromna w tym zasługa prężnego i znanego w świecie Ośrodka „Pogranicze sztuk kultur i narodów”. Miasto ma bogatą historię i kilka ciekawych zabytków (pochodząca z XVII w. Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, Klasztor Dominikanów, gotycka figurka zwana Madonną Szafkową przedstawiająca Matkę Boską z Dzieciątkiem i oczywiście Biała Synagoga).

Pokamedulski klasztor w WIgrach

Klasztor w Wigrach, wizytówka Suwalszczyzny

Większość turystów przejeżdża szybko drogą prowadzącą z Augustowa na Litwę. Pędzą do Druskiennik lub Wilna. Ledwie kilka kilometrów od tej trasy leżą Sejny. Skręćmy nieco w bok. Zajedźmy do tego miasteczka. Chociaż na chwilę. Na kawę czy obiad w litewskiej karczmie. Na dalszą drogę zabierzmy stąd nieco tutejszego wyjątkowego klimatu.

Zobacz też: Puńsk, Litwini w Polsce.

……….

 

Najlepszy hotel na Suwalszczyźnie.

 

Wycieczki na Podlasie, Litwę i Białoruś

Święto truskawki

Jak szybko można zjeść kilogram truskawek? Ile waży największa truskawka? Jak smakuje najlepsze truskawkowe ciasto oraz jak wygląda pokaz truskawkowej mody? O tym wszystkim można się było przekonać w miniony weekend na największej truskawkowej imprezie w kraju.

 

Były to jubileuszowe, bo piętnaste, już Ogólnopolskie Dni Truskawki w Korycinie.

 

Wielkie tłumy przyciągnął koncert zespołu Boney M. Stałem z boku i przyglądałem się jak ludzie podrygują w rytm muzyki. Tak sobie myślałem, że lata temu, chyba nikt z nich nie przypuszczał, że ten zespół kiedyś wystąpi na korycińskich błoniach.

 

Całkowicie zwariowaną konkurencję w jedzeniu truskawek na czas wygrał Paweł Marchel. Żeby wziąć udział w zabawie, przyjechał z Londynu. Wie, że jest mistrzem, konkurs wygrał po raz dziesiąty. Kilogram truskawek odszypułkował i zjadł w 2 minuty i 17 sekund.

   

Korycin to niewielka miejscowość w województwie podlaskim. Kiedyś to była zupełnie biała plama na turystycznej mapie. Znam dobrze te okolice, to moja rodzinna gmina. Ani rzeki, ani jeziora. Nie ma gór, ani szczególnych zabytków. Teren płaski, pola uprawne. Żadnego powodu aby się tam wybrać. Kto mógł, raczej uciekał.

 

A przecież miejsce to ma kilka niezaprzeczalnych atutów, w oparciu o które można zbudować coś zajmującego. Pierwszym jest położenie na trasie z Białegostoku do Augustowa i dalej w kierunku Litwy. To bardzo ruchliwy ciąg komunikacyjny. Trzeba tylko zwrócić na siebie uwagę i dać powód kierowcom aby chcieli się tam zatrzymać. Drugi to potencjał miejscowego rynku. Dookoła nie ma żadnych atrakcji, niemal żadnych propozycji spędzania wolnego czasu. A okolica wcale nie jest biedna. Dobrze funkcjonuje tu rolnictwo.

 

Ma też ten region swoje skarby. Długo były ukryte. Nowoczesność spowodowała, że gdzieś je pochowano. Zarosły chwastami zapomnienia. Na szczęście, i bardzo mądre działania władz gminy, i zew rynku, spowodowały, że przypomniano sobie o nich. Wymieńmy dwa:

 

·   Sery korycińskie. Dziś, w naszym regionie, każdy już je zna. Wiele osób je ceni. To absolutny rarytas dla miłośników żółtych serów. Ale przecież kilkanaście lat temu już prawie nikt o nich nie pamiętał. Wielkie brawa gminie Korycin za wskrzeszenie tego wyjątkowego regionalnego produktu. Nie próbowaliście? Zachęcam! Jeden warunek. Musi to być prawdziwy ser koryciński. Z mleka od prawdziwej krowy, karmionej prawdziwą trawą. Zagadkowe jest pochodzenie technologii ich produkcji. Skąd tu żółte sery? Miejscowi mówią, że przepis zostawili bądź to szwajcarscy żołnierze po rozegranej obok Korycina wielkiej bitwie w trakcie potopu szwedzkiego, bądź Francuzi maszerujący z Napoleonem na Moskwę.

 

·   Wiatraki. Z racji na to, że mało było tu cieków wodnych, które mogłyby napędzać mechanizmy młynów, korzystano z siły wiatru. Na całym tym terenie, wiatraki były powszechnym elementem krajobrazu. Co ciekawe, powstawały tu urządzenia różnego typu: holendry, koźlaki, paltraki i najciekawsze bo spotykane tylko tu – wiatraki sokólskie. Za każdym razem jadąc trasą Białystok – Augustów, przyglądałem się ostatnim, w sporej części zrujnowanym już, reprezentantom tego wyjątkowego budownictwa. Stoją samotnie w polu i niszczeją. A przecież to wymarzone obiekty na restauracje, małe hoteliki i muzea. Słowem mogłyby być wizytówką regionu. I oto, gmina rekonstruuje jeden z nich. Stanął dumnie w najlepszym miejscu. Będzie zapraszał do Korycina.

 

Bywam tam raz do roku, właśnie na Dni Truskawki. I widzę jak się zmienia. Wykopano duży zalew, jest miejsce na plażę i na kajaki. Zbudowano „Orlika”. Teraz ten wiatrak i koncert Boney M. na łące, na której do tej pory pasły się tylko krowy. Wiem, wiem, wielu z nas było na lepszych koncertach, ale w tym miejscu, to coś naprawdę niezwykłego. Brawo gmina!

………………………………………………………………………………………

Krzysztof Matys Travel – autorskie biuro podróży.

Kulinarne przeboje

„Jeśli w czasie posiłku podają ci jakiś miejscowy rarytas, ważne jest, by go przyjąć, nawet jeśli zbiera ci się na wymioty na sam widok złowrogiego oka kozy na twoim talerzu” pisze Mark McCrum w książce pod tytułem Jak uniknąć gaf w obcych krajach. Dalej autor wymienia takie dania, jak gotowane larwy os, genitalia indyka, mrówki w czekoladzie, gulasz z kota czy zupę z penisa kozła. Jak widać dobór potraw nastąpił według kryterium szoku kulturowego. Jedząc coś takiego zmagamy się z uprzedzeniami. Natomiast walory smakowe mogą być niczego sobie.

Tarasun – bimber z… mleka! Specjalność ludów Syberii. Więcej o tym tu: Bajkał kulinarnie.

Gorzej jeśli i jedno i drugie, delikatnie mówiąc, nie należą do najbardziej atrakcyjnych. Przypominam swoje doświadczenia. Na pierwszym miejscu postawiłbym chyba etiopską indżerę, czyli coś w rodzaju kwaśnego i mokrego placka. Wyglądem przypomina wywrócony na wierzch krowi żołądek, a w smaku jest jeszcze gorsza. W sporej części Etiopii jest podstawowym daniem, pełni rolę chleba, ale jada się to na śniadanie, obiad i kolację. Często, w tanich jadłodajniach nie ma nic innego. I tu turysta ma problem. Nie chce, ale musi. Wśród Polaków odwiedzających ten piękny kraj ugruntowało się powiedzenie: indżera – mokra ściera. Muszę przyznać, że w pełni zasłużone. Więcej na ten temat: Etiopia.

Indżera z dodatkami. Sosy są pyszne, do  smaku placka trzeba się przyzwyczaić.

A z rzeczy, które jadłem ostatnio, to gotowane wnętrzności barana. Wszystkie! W jednym wielkim kotle. Najpierw pije się rosół, później je pozostałe części. Już sam widok jest niesamowity i…. niezbyt zachęcający. A zapach? No cóż, pachnie zawartością jelit. I  baranim łojem. Takie cuda w Kirgistanie.

Autor wspominanej książki podaje przykłady „ciekawych” potraw z różnych strona świata. Niestety nie pojawia się nic z Polski. W ogóle nasz kraj wymieniony jest chyba tylko ze dwa razy, zawsze przy okazji wódki. Czy rzeczywiście w naszej narodowej  kuchni nie mamy nic, czym moglibyśmy wprawić w zakłopotanie zagranicznego turystę?

Zastanawiam się nad tym i przychodzą mi do głowy następujące potrawy:

• Tatar – ponieważ nie wszędzie jada się surowe mięso. A często towarzyszy mu dodatkowo surowe jajko! Brr…

• Śledzie – słone i dziwne z wyglądu i dotyku. Słyszałem opowieść o studencie z Afryki, który pobyt w Polsce rozpoczął od próby usmażenia śledzia. Długo nie chciał dać się namówić na ponowne skosztowanie tej ryby.

• Kiszone ogórki i kiszona kapusta. W wielu miejscach świata kwaszone oznacza zepsute.

• Podpiwek. Na Podlasiu nadal pijemy. Ale nie taki kupowany czy rozrabiany ze sklepowego koncentratu. Prawdziwy, swojski. Ostatnio, miałem przyjemność gościć ludzi, którzy nigdy wcześniej nie próbowali tego specjału. Byli bardzo mili, ale widziałem, że szło im to dość opornie.

Tradycyjna kirgiska potrawa. Gotowane wnętrznaości barana

Tradycyjna kirgiska potrawa. Gotowane wnętrzności barana

• A skoro przy trunkach jesteśmy, to oczywiście bimber. Ten w najgorszym wydaniu, rozpoznawalny po zapachu nawet przy ostrym katarze. Nieprzyzwyczajonych zwala z nóg i ostro poniewiera. U nas, na Podlasiu zwany „duchem puszczy”. W dobrym wydaniu, to naprawdę porządny trunek. I oczywiście turystyczna atrakcja, nielegalna oczywiście. Więcej w artykule: Samogon z Podlasia.

• Kiszka ziemniaczana, czyli tarte kartofle upchane w świńskie jelito grube. Nasz specjał regionalny. Smakuje nieźle. Pod warunkiem, że się nie uczestniczyło w myciu kiszek. Kiedyś pomagałem w tym mojej babci. Zapach pamiętam do dziś.

• Aha, no i oczywiście, to, co na ciepło w trakcie świniobicia. Kiedyś bardziej popularne, dziś już mało kto zna ten smak, choć na Litwie, na przykład, ciągle funkcjonuje – do kupienia nawet w sklepie. Podsmalone świńskie uszy i ogony. Do chrupania zamiast chipsów. Zagryzka do piwa. A jako danie główne smażony mózg. Smacznego, na zdrowie! Ja dziękuję.

Macie jakieś pomysły? Doświadczenia, historie do opowiedzenia? Zapraszam, stwórzmy listę kulinarnych przebojów.

Zobacz artykuł o wyjątkowej kuchni gruzińskiej.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Autorskie biuro podróży Krzysztof Matys Travel. W trakcie  naszych wycieczek poznajemy najciekawsze lokalne smaki. Zapraszamy!

Działa na WordPress & Szablon autorstwa Anders Norén